Sezon 2019/2020
Relacje meczowe: 13 Liga
Kiedy na boisko wchodzą Pogromcy Poprzeczek oraz gracze Niedzielnych II to jest pewne, że będą trzeszczały kości. Ten klasyczny pojedynek nie otrzymał jeszcze przydomka na miarę potyczek Realu Madryt i FC Barcelony, a powinien, więc mamy nadzieję, że niebawem jedna ze stron wyjdzie z oficjalnym stanowiskiem w tej sprawie. Tempo spotkania od początku było porywające i żadna z ekip nie odstawiała nóg, więc sędzia co chwila musiał sięgać po gwizdek. Lepiej w tych arcytrudnych warunkach odnaleźli się gospodarze, którzy po celnym podaniu Olka Markowskiego i pięknym, płaskim strzale Mateusza Niewiadomego wyszli na prowadzenie. W grze gości było sporo niedokładności i chaosu, a także pecha, bo tak trzeba nazwać kiksa jednego z graczy Niedzielnych przy niecelnym strzale z paru metrów. Niewykorzystana sytuacja się zemściła w postaci bramki ustalającej wynik pierwszej odsłony na 2:0 autorstwa Aleksandra Peszko, który w zamieszaniu w polu karnym dopadł do piłki zagranej przez Bartka Kusio. Wysiłek włożony w grę w pierwszej odsłonie przez gospodarzy pozwolił stworzyć dwubramkową przewagę, ale jak powszechnie wiadomo, w Lidze Fanów to bardzo niebezpieczny wynik. Niemniej, Pogromcy utrzymali dobrą postawę także po zmianie stron i kontynuowali marsz po cenne trzy punkty. Po raz kolejny świetną asystą popisał się Bartek Kusio, a po jego podaniu gola na swoim koncie zapisał Bartek Rafał. Bartek Kusio świetne zawody zwieńczył również trafieniem, gdy po indywidualnej szarży podwyższył na 4:0. Rezultat spotkania został ustalony w dość niecodzienny sposób, gdyż piłkę zagraną (strzeloną ?) przez Aleksandra Peszko, do bramki skierował Robert Szołtyk, a zrobił to przy użyciu...brzucha. To unikatowe trafienie sprawiło, że Pogromcy Poprzeczek mogli cieszyć się z okazałego zwycięstwa 5:0. Niedzielni II tym razem niestety nie mogą być zadowoleni ani z wyniku, ani ze swojej formy, więc po cichu liczymy na ich odbudowanie już w następną niedzielę.
Trzecia drużyna Oldboys Derby podejmowała zamykający tabelę ASAP Vegas. W teorii faworytem powinni tu być gospodarze, którzy liczyli na włączenie się do walki o wyższe lokaty. Niestety rzeczywistość nieco zweryfikowała te plany, bo nie dość, że tuż przed meczem wypadło kilku zawodników, przez co Oldboje zagrali z węższą kadrą, to jeszcze stracili bramkę w jednej z pierwszych akcji meczu. Na domiar złego rywale tego dnia mieli naprawdę dobrze nastawione celowniki – przodował w tym Norbert Dymiński, który dwukrotnie pokonał bramkarza rywala mocnymi strzałami z dystansu. Kapitalnym uderzeniem popisał się też Sebastian Walczak i po nieco ponad 10 minutach mieliśmy już 0:4 dla ekipy gości! Zapowiadał się wysoki wynik na niekorzyść Oldbojów, ale jeszcze w pierwszej połowie udało się nieco te straty zmniejszyć i na przerwę obie ekipy schodziły przy stanie 1:4. Gdy w drugiej połowie ASAP podwyższył ponownie prowadzenie, raczej nic nie wskazywało na to, że team z Osiedla Derby będzie jeszcze w stanie coś tutaj ugrać. Raczej skłanialibyśmy się do scenariusza, w którym goście punktują rywala i wygrywają dość wysoko. Tymczasem, choć wydawało się że prowadzący mają wszystko pod kontrolą, to jednak im bliżej końca meczu, tym Oldboje coraz mocniej zbliżali się ku remisowi. Na 5 minut przed końcem było już zaledwie 4:5, do tego coraz mocniej zarysowywała się przewaga Oldbojów i choćby punkt w tym starciu stawał się coraz bardziej realny. Gracze ASAP utrzymali jednak prowadzenie do końcowego gwizdka i w naszej ocenie zasłużenie zgarniają - premierowy dla siebie - komplet punktów. Już wcześniej pisaliśmy, że goście coraz lepiej sobie radzą na naszych boiskach i wygrana nad Oldboysami na pewno będzie dla nich pozytywnym impulsem. Gospodarzom nie pomogły z kolei niespodziewane absencje, bo do tej pory spisywali się bardzo dobrze, ale też co mecz dysponowali obszerną ławką rezerwowych, której tym razem zabrakło.
Niesamowite okoliczności towarzyszyły potyczce Green Teamu z Gentleman Warsaw Team. To spotkanie było rozgrywane na Arenie Grenady od godziny 16:00, a jak dziś już wszyscy wiedzą, na tym obiekcie nie mogliśmy rozpalić reflektorów. Mecz był więc rozgrywany w egipskich ciemnościach i o ile w pierwszej połowie zawodnicy mieli jeszcze całkiem niezłą widoczność, to drugie 25 minut stało pod znakiem sporego przypadku. Ostatecznie mecz udało się rozegrać w całości, za co dziękujemy obydwu zespołom, bo znalezienie terminu na rozegranie jednej połowy mogłoby być kłopotliwe. No a teraz przejdźmy do meritum, czyli tego jak wyglądał sam mecz. Początek zdecydowanie należał do Green Teamu, który zaczął z impetem, a efektem tego było dwubramkowe prowadzenie. Trudno powiedzieć, czy tak łatwe wejście w spotkanie spowodowało, że nastąpiło delikatne rozluźnienie, ale faktem jest, że potem do głosu doszli Gentlemani. Chłopaki nie dość, że doprowadzili do wyrównania, to na starcie drugiej połowy zdążyli wyjść na prowadzenie, gdy Jakub Tryngiel pokonał strzałem między nogami Sebastiana Durańskiego. Ale radość Dżentelmenów trwała krótko. Rywale odpowiedzieli im dwoma trafieniami, z czego jedno było samobójcze. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że wynik 4:3 pozostanie końcowym. To wcale nie było jednak tak oczywiste, a ogromna w tym zasługa golkipera Green Teamu. Sebastian Durański był absolutnym bohaterem końcówki spotkania, gdzie najpierw fenomenalnie obronił strzał w okienko jednego z rywali, a potem jeszcze raz popisał się umiejętnościami, trzymając wynik dla swojej ekipy. Gdy myśleliśmy, że Gentlemani stracili już swoją najlepszą okazję, to dosłownie na sekundy przed finałowym gwizdkiem, doskonałą szansę miał jeszcze Marcin Pelowski. To była piłka na wagę jednego "oczka", ale jak na złość futbolówka poleciała obok słupka! Zawodnikom Green Teamu spadł ogromny kamień z serca, bo to były centymetry, a przecież różnica między jednym punktem a trzema jest znacząca. Gdyby jednak wynik 4:4 okazał się końcowym, to o wielkiej niesprawiedliwości nie moglibyśmy mówić. Inna sprawa, że tutaj o wielu rzeczach decydował przypadek i niewykluczone, że okoliczności związane z brakiem oświetlenia, również miały wpływ na tę ostatnią piłkę. Ale wiecie co? Bez względu na wynik, to ten brak światła dodał spotkaniu pewnego uroku, może nawet lekkiej romantyczności. I wynik schodzi trochę na drugi plan, chociaż gdyby skończyło się remisem, to byłoby to chyba najlepsze rozwiązanie z możliwych.
Wyżej ulokowana w ligowej tabeli drużyna Furduncio Brasil F.C. II grała przeciwko Szeregowi Homogenizowanemu. Gospodarze przez cały czas mieli mecz pod kontrolą a ułatwiła im to szybko zdobyta bramka w 3 minucie. Mimo iż na drugiego gola w pierwszej połowie musieliśmy czekać aż do końcówki pierwszej połowy, to gospodarze lepiej się prezentowali na tle rywala, który dzielnie stawiał opór ofensywnym atakom Brazylijczyków. Goście swoją najlepszą okazję na zmniejszenie strat mieli w jednej z ostatnich akcji tej części, lecz przyznany rzut karny przestrzelił Aleksander Ryszawa i gospodarze na przerwę schodzili z dwoma bramki na swoim koncie i bez straty gola. Druga część spotkania to ciąg dalszy dobrej gry Furduncio i lepsza postawa Szeregu Homogenizowanego. Niestety dla gości ta połowa była bardziej obfita w bramki, których łącznie zobaczyliśmy sześć, a na dwa zdobyte przez Jana Mirowskiego gospodarze odpowiedzieli czterokrotnie. Szereg mimo starań nie był w stanie zdobyć więcej goli nawet grając przez trzy minuty w przewadze, natomiast Furduncio systematycznie powiększało różnicę, pozostając w bezpiecznej przewadze bramkowej. Niepokonani do tej pory Brazylijczycy są liderami trzynastej ligi, natomiast Szereg Homogenizowany plasuje się na szóstej lokacie.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)