reklama reklama
usuń na 24h reklama
menu ligowe
Archiwum
poziomy rozgrywek
aktualnośći
aktualnośći
Rozgrywki
Statystyki
Futbol.tv
turnieje
Wywiady
DECATHLON CUP
Galeria
Ekstraklasa
1 Liga
2 Liga
3 Liga
4 Liga
5 Liga
6 Liga
7 Liga
8 Liga
9 Liga
10 Liga
11 Liga
12 Liga
13 Liga
14 Liga
15 Liga
16 Liga
ID
Godzina
Gospodarz
Wynik
Gość
Raport
1
15:00

To był chyba ostatni moment, by jeszcze spróbować zachwiać pewnym marszem Zadymiarzy po mistrzostwo. Gdyby Oldboys Derby II wygrało to spotkanie, strata zmniejszyłaby się do sześciu punktów i można byłoby jeszcze przynajmniej teoretycznie marzyć o walce o tytuł. Stało się jednak inaczej - zwycięstwo odnieśli faworyci i tym samym już w następnej kolejce mogą zapewnić sobie mistrzostwo ligi.

Sam mecz wcale nie był jednak dla lidera łatwy. Pierwsza połowa była bardzo wyrównana. Obie drużyny próbowały kreować sytuacje i żadna nie zamierzała jedynie bronić dostępu do własnej bramki. Mimo wszystko klarownych okazji było stosunkowo niewiele. Jako pierwsi na prowadzenie wyszli gospodarze po trafieniu Dominika Zawiślaka, ale Oldboys szybko pokazali, że nie zamierzają odpuszczać. Do wyrównania doprowadził Dariusz Sierawski i do przerwy na tablicy widniał remis.

Druga połowa rozpoczęła się niemal identycznie, bo od wymiany ciosów. Na gola Gorzelińskiego odpowiedział Łukasiewicz i z każdą minutą coraz bardziej czuć było, że o wyniku zdecyduje jeden moment, jeden błąd albo przebłysk indywidualnej jakości. Końcowy akord należał jednak do lidera ligi. Najpierw do siatki trafił Dela, a chwilę później Zawiślak praktycznie zamknął spotkanie, wbijając symboliczny „gwóźdź do trumny”.

Tym samym Zadymiarze pewnym krokiem zmierzają po mistrzostwo, a Oldboys Derby II pozostaje walka o jak najwyższe miejsce na podium. Drugie wciąż jest w ich zasięgu, a choć medal wydaje się już niemal pewny, drużyna na pewno będzie chciała wycisnąć maksimum z ostatnich kolejek sezonu.

2
16:00

Ten mecz był dla obu ekip szansą na wyjście z kryzysu i odwrócenie złej passy kilku kolejek bez zwycięstwa. Teoretycznie faworytem powinna być znajdująca się zaraz za podium ekipa Santiago, ale zdecydowanie większą mobilizację dało się odczuć w drużynie Adriana Kanigowskiego.

Elekcyjna szybko narzuciła swoje warunki gry i równie szybko wyszła na prowadzenie – już w 2. minucie wynik otworzył Krystian Pijanowski. Zabrakło jednak pójścia za ciosem i koncentracji w defensywie, bo w 7. minucie wyrównał Bartosz Chamera. Kolejny gol padł dopiero w końcówce pierwszej połowy i znów Elekcyjna wyszła na prowadzenie – ponownie asystował Bartek Brulikus, a gola zdobył Karol Wierzchoń. Drużyny udały się więc na przerwę przy stanie 1:2.

Przerwę zdecydowanie lepiej wykorzystali gospodarze, bo po zmianie stron Santiago z minuty na minutę grało lepiej, za to Elekcyjna popełniała coraz więcej błędów. Gości zgubiła też nonszalancja, bo w 30. minucie zmarnowali przysłowiową „setkę” właśnie z powodu nadmiernej pewności siebie. Szybko się to zemściło, bo w 33. minucie do wyrównania doprowadził Szymon Czyżewski, a ofensywa Elekcyjnej była coraz mniej skuteczna.

W 35. minucie goście znów mieli doskonałą okazję na zdobycie gola i ponownie nie byli w stanie skierować piłki do siatki. Remis utrzymywał się do 42. minuty, kiedy oglądaliśmy kalkę z poprzedniego gola Santiago – Paweł Balcerkiewicz podał na lewe skrzydło, a Max Poczman nie dał szans bramkarzowi Elekcyjnej. Na minutę przed końcem Santiago Remberteu podwyższyło nawet na 4:2, a gola zdobył Konrad Domański. Wydawało się, że jest już zupełnie po meczu, ale o dziwo Elekcyjna się obudziła i już w kolejnej akcji Jakub Mydłowiecki zdobył gola na 4:3, przez co gospodarze musieli drżeć o wynik do samego końca.

Chwilę później Tomasz Pawlak przypieczętował jednak zwycięstwo Santiago, zdobywając gola na 5:3 i gospodarze mogli cieszyć się z bardzo ważnych trzech punktów.

3
17:00

Spotkanie pomiędzy FC Olimpik a Warsaw Pistons zapowiadało się niezwykle ciekawie już przed pierwszym gwizdkiem. Olimpik przystępował do meczu z 5. miejsca w tabeli i wciąż liczył się w walce o awans do górnej części stawki. Z kolei Pistons znajdowali się tuż nad strefą spadkową, dlatego każdy punkt miał dla nich ogromne znaczenie. Obie drużyny miały więc o co grać i było to widać od pierwszych minut.

Lepiej spotkanie rozpoczął Olimpik, który już w 1. minucie objął prowadzenie po trafieniu Vladymyrskiego po podaniu Zhukova. Chwilę później Olimpik podwyższył prowadzenie dzięki bramce samobójczej zawodnika Warsaw Pistons w 8. minucie i wydawało się, że gospodarze całkowicie kontrolują przebieg meczu. Pistons nie zamierzali się jednak poddawać i stopniowo wracali do gry. W 23. minucie Mikulski wykorzystał podanie Kafarskiego i zdobył kontaktową bramkę dla swojego zespołu.

Po przerwie Pistons poszli za ciosem. W 30. minucie Chodziński, ponownie po asyście Kafarskiego, doprowadził do wyrównania, a sytuacja Olimpiku zrobiła się bardzo nerwowa. Lider ofensywy Olimpiku nie zamierzał jednak odpuszczać - trzy minuty później Novakovskyi zdobył bramkę po podaniu Vladymyrskiego, ponownie wyprowadzając swoją drużynę na prowadzenie. W 36. minucie ten sam zawodnik ponownie wpisał się na listę strzelców po asyście Prokopchuka i Olimpik odzyskał kontrolę nad spotkaniem.

Końcówka należała do Olimpiku, który wykorzystał doświadczenie i większy spokój w decydujących momentach. W 43. minucie Pyvovar podwyższył wynik po podaniu Petriva, a chwilę później Zhukov zdobył kolejną bramkę po asyście Diachenki. Pistons walczyli do samego końca i w 48. minucie Chodziński zdobył jeszcze gola po podaniu Bogusza, ale na więcej zabrakło już czasu.

Ostatecznie FC Olimpik wygrał emocjonujące spotkanie 6:3 i dopisał bardzo ważne trzy punkty, utrzymując kontakt z czołówką tabeli. Warsaw Pistons mimo porażki pokazali charakter i długo byli bardzo blisko sprawienia niespodzianki.

5
18:00

Patrząc na wynik, można odnieść wrażenie, że było to dość jednostronne spotkanie, ale jest to wrażenie zupełnie mylne. Niech świadczy o tym chociażby fakt, że pierwszy gol padł dopiero w końcówce pierwszej połowy.

Kanarki były tutaj teoretycznym faworytem, ale musiały się sporo napracować na swoje zwycięstwo. Niby inicjatywa od samego początku była po stronie gospodarzy, jednak drużyna Mateusza Chatrego słusznie nie lekceważyła przeciwnika i cierpliwie budowała swoją przewagę. Krzysztof Wiśniewski miał sporo pracy między słupkami swojej bramki i trzeba przyznać, że dobrze się ustawiał, bo zanim udało się otworzyć wynik, Jakub Gałęzowski dwa razy obił słupek – najpierw z dystansu, a po chwili z okolic pola karnego. Gol dla Kanarków wisiał jednak w powietrzu i w końcu w 23. minucie na 1:0 trafił Mateusz Chatry.

Kapitan gospodarzy zdążył jeszcze przed przerwą skompletować dublet, kiedy przejął niedokładne rozegranie piłki i nie dał szans bramkarzowi. Na początku drugiej połowy Kanarki mogły dość szybko zamknąć mecz – sędzia podyktował rzut karny, ale Olek Stach fatalnie przestrzelił. Sytuacja ta błyskawicznie się zemściła i goście wyprowadzili akcję zakończoną golem Marka Malenki. Heavyweight Heroes mieli swój moment, ale nie poszli za ciosem i tym razem to oni padli ofiarą piłkarskiego porzekadła o niewykorzystanych sytuacjach.

W 39. minucie podanie przez całe boisko posłał golkiper Kanarków, a Jakub Gałęzowski tym razem nie dał szans Krzysztofowi Wiśniewskiemu i strzelił na 3:1. Ten gol wyraźnie podciął skrzydła gościom, bo w przeciągu niecałych czterech minut Jakub Gałęzowski zapunktował ponownie, a swoje dołożył też Tomasz Markowicz i było już praktycznie po meczu.

Kropkę nad „i” postawił Mateusz Chatry, kompletując hat-tricka i ustalając wynik na 6:1.

Reklama