Sezon 2017/2018
Relacje meczowe: 2 Liga
To spotkanie od pierwszych minut miało wyraźnego reżysera. Rock’n’Roll przejął inicjatywę natychmiast po rozpoczęciu meczu i nie oddał jej aż do końcowych fragmentów. Już pierwsza akcja pokazała, że goście przyjechali po komplet punktów - po składnym, kombinacyjnym rozegraniu dwóch Vladów, Rahmail zagrał idealnie w tempo, a Voronov mocnym uderzeniem otworzył wynik.
Od tego momentu rozpoczęło się prawdziwe show. Maksim Hladchenko i Vlad Rahmail byli nie do zatrzymania. Pierwszy popisał się skutecznością godną rasowego napastnika - cztery gole i asysta mówią same za siebie. Rahmail natomiast rozegrał mecz kompletny: hat-trick, dwie asysty i udział przy niemal każdej groźnej akcji Rock’n’Rolla. Razem tworzyli duet, który w tej lidze rzadko pozwala rywalom choćby na chwilę oddechu. Swoje trzy grosze dorzucił również Artem Pavlik, który skompletował hat-tricka po serii bardzo mocnych, precyzyjnych uderzeń.
Goście kontrolowali tempo gry, wymieniali piłkę z luzem i precyzją, a ich dominacja była bezdyskusyjna. Wynik 2:12 w drugiej połowie mówił sam za siebie. Dopiero w końcówce, gdy zwycięstwo było już praktycznie pewne, w szeregi zespołu wdarło się rozluźnienie. I właśnie wtedy swoje pięć minut miała Contra, która wykorzystała moment nieuwagi faworyta. W ostatnich fragmentach meczu gospodarze trafili aż pięć razy, zmniejszając rozmiary porażki do 7:13. To pokazuje, że nawet w drugiej lidze chwila braku koncentracji może sporo kosztować.
Na wyróżnienie po stronie Contry zasłużył Adrian Bucki - hat-trick w starciu z tak mocnym rywalem to wynik, który trzeba docenić. Jego aktywność, waleczność i determinacja do końca dodały gospodarzom energii, a kibicom odrobinę radości mimo niekorzystnego rezultatu.
Rock’n’Roll zagrał jak zespół z prawdziwymi aspiracjami na najwyższe miejsca - skutecznie, z rozmachem i widowiskowo. Końcówka spotkania była jednak lekcją, że nawet przy wysokim prowadzeniu nie można pozwolić sobie na moment dekoncentracji.
To spotkanie od początku miało w sobie sporo napięcia. Mecz rozgrywano w trudnych warunkach pogodowych, co odbiło się na jakości gry, ale nie na jej intensywności. Cyrkulatka, typowana przed meczem jako faworyt, długo nie mogła złapać rytmu. Zespół gości miał problemy z budowaniem akcji, a dobrze zorganizowani Vikings skutecznie ograniczali im pole manewru.
Od pierwszych minut było widać, że gospodarze przyjęli prosty, ale skuteczny plan – kompaktowa obrona, szybki doskok i groźne kontry. Cyrkulatka prowadziła grę, lecz brakowało jej ostatniego podania i precyzji w wykończeniu. Mimo to to właśnie goście jako pierwsi wyszli na prowadzenie, jednak Vikings dwukrotnie odrabiali straty, pokazując charakter i dużą dyscyplinę taktyczną. Do przerwy mieliśmy remis 2:2, a atmosfera na boisku robiła się coraz bardziej gorąca.
Drugą połowę można określić jednym słowem – kontaktowa. Obie drużyny walczyły o każdy metr boiska, a sędzia często musiał interweniować. Nie brakowało emocji, determinacji i twardych starć. W końcówce jednak coraz wyraźniej było widać, że Cyrkulatka zaczyna przejmować kontrolę. Gdy Vikings nieco opadli z sił, goście wreszcie dopięli swego.
Świetny fragment rozegrał Rząd, który często rozprowadzał piłkę podaniami i dryblingiem na korzyść Cyrkulatki. Obserwowanie jego gry to czysta przyjemność – balans ciała, tempo i precyzja robiły ogromną różnicę. W końcówce Wikingowie jeszcze raz pokazali serce – Oleh Dvoliatyk poderwał zespół do walki i zdobył bramkę kontaktową, lecz chwilę później odpowiedział Maciej Wieliczuk, wdzierając się w pole karne gospodarzy. Na dwie minuty przed końcem kontaktowego gola zdobył Ivan Markovych, ale czasu na wyrównanie już zabrakło.
Ostatecznie Cyrkulatka wygrała 5:4, ale na to zwycięstwo musiała solidnie zapracować. Vikings zasługują na duże uznanie za determinację i organizację gry, natomiast goście po raz kolejny potwierdzili, że mają zarówno drużynę, jak i indywidualności, które potrafią przesądzić o losach meczu.
Mecz 6. kolejki 2. ligi fanów pomiędzy Warsaw Bandziors a Ternovitsią zapowiadał się niezwykle ciekawie. Z jednej strony gospodarze, którzy po pięciu kolejkach mieli na koncie zaledwie cztery punkty i potrzebowali przełamania, z drugiej niepokonana dotąd Ternovitsia z kompletem zwycięstw i pozycją lidera tabeli. Na boisku jednak różnicy klas nie było widać, a spotkanie okazało się jednym z najbardziej emocjonujących widowisk tej kolejki na trzecim szczeblu rozgrywkowym.
Od pierwszych minut Bandziorsi grali z ogromnym zaangażowaniem, częściej utrzymywali się przy piłce i szukali swoich szans w ataku pozycyjnym. Mimo to pierwsi cieszyli się goście – w 8. minucie Oleg Grabowski po dobitce własnego strzału otworzył wynik meczu. Stracony gol nie załamał gospodarzy, którzy konsekwentnie dążyli do wyrównania. W 14. minucie efektownym uderzeniem z dystansu popisał się Maciej Kiełpsz, doprowadzając do remisu 1:1.
Zaledwie sześć minut później, po świetnej i szybkiej wymianie podań, Kołosowski i Cichocki rozmontowali defensywę Ternovitsii, a ten pierwszy wykończył akcję, dając Bandziorom prowadzenie. Tuż przed przerwą znów błysnął Kiełpsz, który mocnym strzałem z rzutu wolnego podwyższył wynik na 3:1.
Druga połowa rozpoczęła się od prawdziwej kanonady, bo w ciągu zaledwie pięciu minut kibice zobaczyli aż pięć goli. Najpierw Blintsov zdobył bramkę kontaktową, po chwili Kołosowski przywrócił gospodarzom dwubramkowe prowadzenie (4:2), ale Ternovitsia błyskawicznie odpowiedziała trafieniami Hrydowego i Ruslana Romanovskyiego, a ten ostatni dołożył jeszcze jedno uderzenie, wyprowadzając lidera na prowadzenie 5:4.
Warsaw Bandziors nie zamierzali się poddawać, lecz ich ofensywne zapędy wykorzystał Serhii Romanovskyi, podwyższając wynik na 6:4. W końcówce meczu Kołosowski zdobył swoją drugą bramkę, zmniejszając straty do 5:6, jednak mimo ambitnej walki gospodarze nie zdołali już doprowadzić do remisu.
Ostatecznie Ternovitsia utrzymała miano niepokonanej, ale Warsaw Bandziors zasłużyli na duże brawa, bo zagrali odważnie, ofensywnie i momentami dominowali nad liderem. Jeśli utrzymają taki poziom gry, ich pozycja w tabeli z pewnością wkrótce ulegnie poprawie.
Już po kilku minutach tego meczu było jasne, że nasze przedmeczowe przewidywania okazały się całkowicie słuszne i Zoria na luzie wywiezie z tego spotkania trzy punkty. Już w 2. minucie wynik otworzył Martinian Delikatnyi, a trzy minuty później podwyższył Artur Ulasiuk. Minął raptem kwadrans gry, a gospodarze prowadzili już czterema oczkami.
Ciężko wytłumaczyć taki stan rzeczy, bo wszystkie gole dla Zorii padały w niemal identycznych okolicznościach – atak ze skrzydła, podanie do niekrytego zawodnika i wbicie piłki do pustej bramki. Klasyczne sytuacje, na które zawodnicy Agape powinni być przygotowani, a jednak nie potrafili znaleźć na nie odpowiedzi. Jeszcze bardziej zaskakujące było to, że pierwszy gol dla gości padł w momencie, kiedy ekipa Krzysztofa Gołosa... grała w osłabieniu. Jeśli był to plan taktyczny Agape, to równie szalony, co nieudany, ponieważ już akcję później Zoria ponownie znalazła drogę do bramki Huberta Kałuckiego.
Pierwsza połowa skończyła się wymownym wynikiem 6:1, a po zmianie stron gospodarze szybko dołożyli kolejne trafienie. Chwilę później na 7:2 strzelił Filip Woźnica, ale jeśli ktoś myślał o ewentualnym comebacku, to bardzo szybko został sprowadzony na ziemię. Zawodnikom Agape nie brakuje ani umiejętności, ani kondycji, ale coś się w tej drużynie po prostu popsuło. Na zupełnie przeciwległym biegunie była Zoria, która grała tego wieczoru jak z nut i potrafiła dosłownie dwoma podaniami przenieść grę na drugą stronę boiska. Wyjątkowo aktywne było trio Delikatnyi–Solop–Marchenko, a swoje dołożyli jeszcze Artur Ulasiuk i Roman Malinowskyi.
Symbolicznym podsumowaniem meczu była akcja bramkarza Zorii Vladyslava Burdy, która otarła się o miano upokorzenia – przegalopował całe boisko i zamiast samemu strzelić gola, poczekał na kolegę i wyłożył mu piłkę do pustej bramki. 12:5 to wynik, który zdecydowanie nie oddaje możliwości takiego zespołu jak Agape i powinien być wyraźnym sygnałem dla menedżera teamu, że najwyższy czas coś zmienić.
To był prawdziwy mecz o sześć punktów w 2. lidze – starcie pomiędzy Dzikimi z Lasu a Husarią, które miało ogromne znaczenie dla układu tabeli. Dla Husarii była to szansa, by po zwycięstwie zbliżyć się maksymalnie do czołowej trójki, natomiast porażka mogła zepchnąć ich w środek stawki. Dla Dzikich sytuacja wyglądała podobnie, bo wygrana pozwoliłaby im zrównać się punktami z rywalem i realnie włączyć do walki o TOP 3.
Od pierwszych minut spotkanie toczyło się w wysokim tempie. Już w 5. minucie Dziki objęły prowadzenie, kontrolując grę i częściej utrzymując się przy piłce. Wydawało się, że to oni będą nadawać ton meczowi, jednak Husaria błyskawicznie odwróciła losy spotkania. Około 10. minuty zdobyła dwa gole z rzędu – i to jakie! Oba trafienia śmiało mogłyby kandydować do miana „Bramki kolejki”. Najpierw Mateusz Lewicki huknął z dystansu, ściągając pajęczynę z okienka bramki rywali. Chwilę później Franek Lis pokazał klasę i technikę – efektownie przelobował piłkę piętą po długim podaniu kolegi, a futbolówka, jak po sznurku, przeturlała się między nogami bramkarza. Piłkarska elegancja w najczystszej postaci!
W dalszej części pierwszej połowy obraz gry nie uległ zmianie. Dziki częściej przy piłce, lecz bez pomysłu na sforsowanie dobrze zorganizowanej defensywy Husarii. Z kolei goście konsekwentnie wykorzystywali kontry i błędy rywala. Do przerwy prowadzili już 5:1.
Po zmianie stron przegrywający rzucili się do odrabiania strat, ale to Husaria ponownie zaskoczyła. Po jednym ze strzałów gospodarzy bramkarz Husarii, Konrad Piskorz, odbił piłkę tak mocno, że ta wylądowała na połowie przeciwnika, gdzie dopadł jej niezwykle czujny tego dnia Kamil Kapica. Widząc zawahanie bramkarza, uderzył głową na dobieg i posłał piłkę do pustej bramki – 6:1. Wydawało się, że to już gwóźdź do trumny, ale Dziki z Lasu się nie poddały. W ciągu kilku minut Szymon Kwiatkowski wziął sprawy w swoje ręce i zdobył cztery bramki, doprowadzając do wyniku 6:4. Emocje sięgnęły zenitu – czy Husaria utrzyma prowadzenie, czy Dziki dokonają „comebacku”?
Kluczowa okazała się kolejna akcja Kamila Kapicy, który odebrał piłkę na skrzydle, ruszył z nią i idealnie dograł do Mateusza Lewickiego. Ten nie zawiódł – uderzył pewnie i skompletował hat-tricka. Po tym ciosie Dziki już się nie podniosły. Husaria kontrolowała grę do końca i ostatecznie zwyciężyła 9:5.
Dzięki temu triumfowi Husaria tuż przed końcem pierwszej rundy zbliżyła się do ścisłej czołówki i ma realne szanse, by jeszcze przed zimową przerwą wskoczyć do TOP 3. Dziki z Lasu natomiast ugrzęzły w środku tabeli. I jeśli chcą wiosną powalczyć o coś więcej, muszą jak najszybciej zacząć punktować, inaczej rywale odjadą im na dobre.







)
)
)
)
)
)
)
)
)