Sezon 2017/2018
Relacje meczowe: 11 Liga
Mało kto przypuszczał, że w niedzielny poranek o 8:00, gdy większość drużyn dopiero się rozbudza, obejrzymy tak wyrównane widowisko. Boiskowy Folklor i Lisy Bez Polisy zaserwowały kibicom prawdziwe piłkarskie show – pełne tempa, zwrotów akcji i bramek od pierwszej do ostatniej minuty.
Spotkanie rozpoczęło się od kapitalnych interwencji bramkarzy – Patryka Świtaja i Jakuba Brzezińskiego – którzy szybko pokazali, że są w pełni skoncentrowani. Gdy padła pierwsza bramka, worek z golami otworzył się na dobre. Gospodarze rozpoczęli perfekcyjnie – najpierw Ariel Kucharski wykorzystał asystę Adriana Fontańskiego, a chwilę później sam Fontański wykończył świetne podanie Kacpra Miriuka.
Goście szybko odpowiedzieli – czujny Kamil Jarosz świetnie uruchomił Miłosza Górskiego, który zdobył kontaktowego gola. Folklor nie pozostał dłużny – ponownie Kucharski, tym razem po podaniu Damiana Wójcika, wpisał się na listę strzelców. Pierwsza połowa była prawdziwym rollercoasterem – trafiali jeszcze Dąbkowski, Fontański, Doch, Miriuk, Jarosz i Borkowski. Niektóre gole padały po składnych dwójkowych akcjach, inne po stałych fragmentach – nudy nie było ani przez chwilę.
Druga połowa również rozpoczęła się od mocnego akcentu. Goście ruszyli z zabójczą kontrą i powinni objąć prowadzenie, ale Piotr Plewa zmarnował sytuację sam na sam ze Świtajem. Co się jednak odwlecze… – wkrótce Damian Borkowski dał Lisom prowadzenie 5:6. Radość nie trwała jednak długo – Folklor błyskawicznie odpowiedział dwiema bramkami duetu Miriuk-Kucharski i odzyskał kontrolę nad meczem. Lisy nie zamierzały się jednak poddawać. Miłosz Górski znów błysnął indywidualnym rajdem, po którym wyłożył piłkę Maciejowi Frączakowi, doprowadzając do remisu. Gdy emocje sięgnęły zenitu, a końcowy gwizdek był coraz bliżej, znów zaczęło się strzelanie. Miriuk trafił na 8:7 po świetnej akcji z Kucharskim, ale w odpowiedzi Plewa wyrównał po podaniu Borkowskiego.
Wszystko wskazywało na sprawiedliwy remis, gdy nagle bramkarz gości popełnił fatalny błąd, wykopując piłkę wprost pod nogi Miriuka. Ten nie zmarnował okazji i pewnym strzałem zapewnił Folklorowi bezcenne trzy punkty.
Dzięki tej wygranej Boiskowy Folklor wydostał się ze strefy spadkowej, natomiast Lisy, mimo porażki, mogą spać spokojnie – brak "oczek" nie popsuł sytuacji w tabeli w kontekście zagwarantowania sobie miejsca na Pucharze Ligi Fanów Superbet.
Mecz na szczycie 11. ligi zapowiadał się niezwykle interesująco. Obie drużyny miały już zapewnione miejsce na podium – pytanie brzmiało tylko, jakie krążki zawisną na ich szyjach podczas gali kończącej sezon. W najlepszej sytuacji znajdowało się Force Fusion – losy tytułu mieli w swoich rękach. Shitable, choć trzecie w tabeli, wciąż miało matematyczne szanse nawet na mistrzostwo – musiałaby jednak potknąć się również Astana. Kluczowe było więc bezpośrednie starcie, w którym stawką były nie tylko trzy punkty, ale i potencjalny złoty medal.
Lepiej w mecz weszli nominalni gospodarze. Już na początku spotkania Piotr Szpilarewicz huknął z dystansu i dał prowadzenie Force Fusion. Niestety – chwilę później opuścił boisko z kontuzją, co było dużym ciosem dla jego zespołu, zwłaszcza że na ławce pozostał tylko... rezerwowy bramkarz. W tej sytuacji ciężar gry musieli wziąć na siebie inni – a szczególnie wyróżnił się Oleh Leshchyshyn. Najpierw dwukrotnie odnalazł się w polu karnym po stałych fragmentach (aut i rzut rożny), a następnie skompletował hat-tricka po indywidualnym rajdzie. Tuż przed przerwą Vadim Churukonov dołożył jeszcze jedno trafienie i Force Fusion zeszło do szatni z pewnym prowadzeniem 5:0.
Po zmianie stron można było się spodziewać, że gospodarze, grający praktycznie bez zmian, zaczną słabnąć fizycznie. Nic bardziej mylnego. Shitable nie zdołało w żaden sposób zbliżyć się do rywala. Brakowało im konkretów, pomysłu i odpowiedzi na dynamiczną grę Force Fusion. Każde trafienie gości błyskawicznie kontrowane było przez gospodarzy, którzy całkowicie kontrolowali przebieg meczu.
Ostatecznie Force Fusion wygrało aż 11:3 i w pełni zasłużenie sięgnęło po komplet punktów. Wiadomo już, że Shitable zakończy sezon na trzecim miejscu. O tym, czy Force Fusion sięgnie po mistrzostwo, zdecyduje ostatnia kolejka sezonu – emocji na finiszu z pewnością nie zabraknie.
W zapowiedziach nie bez powodu przewidywaliśmy, że może to być mecz o zaskakującym przebiegu – i absolutnie się nie pomyliliśmy. Gospodarze rozpoczęli spotkanie od totalnego szturmu, serwując swoim rywalom trzy szybkie ciosy. Już w 4. minucie wynik otworzył Caio Barbosa, chwilę później podwyższył Rafael Kroeger, a w następnej akcji Luciano Sant’ana popisał się potężnym uderzeniem z dystansu. Zanim ktokolwiek zdążył się zorientować, Furduncio prowadziło 3:0!
Szokujący początek wyraźnie zaskoczył nie tylko kibiców, ale i samych graczy Borowików. Jednak goście błyskawicznie się otrząsnęli i rozpoczęli odrabianie strat – tym razem to pod bramką Juana Agudelo zaczęły dziać się cuda. Po rzucie rożnym Aleksandra Anishchenkova gola zdobył Daniel Władek, a już minutę później Łukasz Wrona trafił na 3:2. W 9. minucie po akcji Krzysztofa Porębskiego na tablicy wyników widniał już remis – 3:3. Co za szalony początek meczu!
Obie drużyny grały ofensywnie, bez kalkulacji. W 12. minucie ponownie na prowadzenie wyszło Furduncio – drugi raz na listę strzelców wpisał się Kroeger. Jednak i tym razem Borowiki szybko odpowiedziały, a wyrównującą bramkę zdobył znów Wrona. Po kolejnej wymianie ciosów Canarinhos zdołali jeszcze przed przerwą rozmontować defensywę rywali, a trafienie Mattisa dało im prowadzenie 5:4 po pierwszej połowie.
Po zmianie stron emocje nie opadły. Już na początku drugiej połowy Anishchenkov doprowadził do remisu. Później gra nieco się uspokoiła i więcej działo się w środku pola. Choć bramkarze obu drużyn mieli ręce pełne roboty, na kolejne trafienie trzeba było poczekać. W końcówce emocje sięgnęły zenitu. Po jednej z akcji gości Elio Silva zagrał piłkę ręką w polu karnym. Sędzia początkowo pokazał czerwoną kartkę, jednak po konsultacji z drugim arbitrem zmienił decyzję na żółtą. Do rzutu karnego podszedł Marcin Stachacz – bramkarz Furduncio był blisko obrony, ale silne uderzenie zrobiło swoje i Borowiki po raz pierwszy w meczu wyszły na prowadzenie.
Wydawało się, że goście dowiozą zwycięstwo, ale Brazylijczycy nie bez powodu słyną z walki do ostatnich sekund. W 49. minucie na ratunek po raz kolejny przyszedł Kroeger i zapewnił Furduncio remis 6:6.
Mecz pełen zwrotów akcji, indywidualnych popisów i dramaturgii – zdecydowanie jeden z hitów kolejki!
W niedzielne południe na Arenie Grenady rozegrano spotkanie, które od początku zapowiadało się jako jednostronne widowisko – i rzeczywiście takim się okazało. Wicelider tabeli, FC Astana, podejmował ekipę Dżentelmenów, którzy już wcześniej stracili nawet matematyczne szanse na utrzymanie w lidze. Gospodarze, wciąż mający realne aspiracje na mistrzowski tytuł, od pierwszego gwizdka ruszyli do ataku, nie pozostawiając rywalom żadnych złudzeń.
Zaledwie pięć minut wystarczyło, by nadać ton temu spotkaniu. Daulet Niyazov skompletował hat-tricka w iście ekspresowym tempie, błyskawicznie odbierając przeciwnikom jakąkolwiek nadzieję. FC Astana grała z rozmachem, imponując nie tylko skutecznością, ale i stylem – dynamiczne akcje, szybka wymiana podań i znakomite zgranie sprawiały, że ich gra była po prostu przyjemna do oglądania.
Do przerwy gospodarze prowadzili już 10:1, a ich dominacja nie podlegała dyskusji. Po zmianie stron obraz gry nie uległ większej zmianie – Astana nadal kontrolowała mecz i konsekwentnie podwyższała wynik. Na szczególne brawa zasłużył Daniyar Seiduali, który zanotował aż siedem asyst – jego przegląd pola i wyczucie momentu były filarem ofensywnych działań zespołu.
Trudno wskazać jednego bohatera tego meczu – cały zespół FC Astana zasłużył na słowa uznania. Ich zaangażowanie, gra drużynowa i sportowa ambicja były widoczne od pierwszej do ostatniej minuty. Po tak efektownym zwycięstwie Astana wciąż traci tylko punkt do lidera, co oznacza, że ostatnia kolejka sezonu zapowiada się niezwykle emocjonująco i może przynieść roszady na szczycie tabeli.
Dla Dżentelmenów był to kolejny trudny dzień – mimo woli walki, różnica poziomów była aż nadto widoczna. Mimo spadku, zespół na pewno będzie chciał zakończyć sezon w jak najlepszym stylu.
Przed rozpoczęciem kolejki gospodarze mogli być niemal pewni, że sezon zakończą na czwartej pozycji – a po porażce Lisów Bez Polisy, stało się to już oficjalne. Z kolei wygrana Boiskowego Folkloru postawiła Jogę Bonito w bardzo trudnej sytuacji – zespół spadł do strefy spadkowej i potrzebował punktów, by myśleć o utrzymaniu. Pojedynek z Legionem UA zyskał więc dla nich rangę kluczowego starcia.
Od pierwszego gwizdka spotkanie było wyrównane i toczone w bardzo fizycznym stylu. Obie ekipy grały twardo, z dużym zaangażowaniem, nie odpuszczając żadnej piłki. Mimo kilku okazji z obu stron długo utrzymywał się bezbramkowy remis – aż do 21. minuty. Wówczas dynamiczną, dwójkową akcję przeprowadzili Mateusz Bubrzyk i Grzegorz Szostak, a ten drugi potężnym strzałem dał prowadzenie gościom. Wydawało się, że Joga Bonito zejdzie do szatni z jednobramkowym prowadzeniem, jednak tuż przed końcem pierwszej połowy Legion doprowadził do wyrównania – i do przerwy było 1:1.
Druga odsłona wyglądała bardzo podobnie – dużo walki, twardych starć i przerywanej gry. Obie drużyny szukały zwycięstwa, ale brakowało skuteczności i płynności. Decydujące momenty przyszły dopiero w końcówce meczu. Na siedem minut przed ostatnim gwizdkiem Legion objął prowadzenie 2:1, a chwilę później podwyższył wynik na 3:1. Joga Bonito jeszcze się nie poddała – zdołała zdobyć kontaktowego gola, zmniejszając straty do 3:2 – ale zabrakło już czasu na wyrównanie.
To był bardzo zacięty mecz, w którym remis wydawał się sprawiedliwym wynikiem. Jednak bohaterem spotkania został bramkarz Legionu UA, który kilkukrotnie ratował swój zespół przed stratą bramki i w dużej mierze to właśnie dzięki niemu gospodarze sięgnęli po trzy punkty.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)