Sezon 2015/2016
Relacje meczowe: 7 Liga
Jeden z najbardziej ognistych meczów w 7. lidze mogli obejrzeć kibice na boiskach AWF w niedzielne południe. Spotkanie pełne napięcia, emocji i z naprawdę nieoczekiwanym finałem – ale po kolei.
Jako pierwsi na prowadzenie wyszli Czasoumilacze – Mikołaj Kuszka wykorzystał błąd rywali i otworzył wynik meczu. Następnie na pierwszy plan dwukrotnie wyszedł kapitan Kanonierów, Arkadiusz Trwoga. Najpierw doprowadził do wyrównania, a chwilę później wyprowadził swoją drużynę na prowadzenie, pokazując prawdziwe cechy lidera i zdobywając niezwykle ważne bramki. Czasoumilacze nie zamierzali się jednak poddawać – do remisu doprowadził Mateusz Musiński. Wydawało się, że na przerwę zespoły zejdą przy równym wyniku, ale czujny Janek Jabłoński był we właściwym miejscu o właściwym czasie i skutecznie dobił piłkę, ponownie dając prowadzenie swojej drużynie.
W drugiej połowie Kanonierzy, ponownie za sprawą Janka, zwiększyli przewagę do 4:2 . Wydawało się, że mają wszystko pod kontrolą aż do samej końcówki… i właśnie wtedy rozpoczął się prawdziwy dramat. Najpierw Mikołaj Kuszka zdobył kontaktową bramkę, podkręcając napięcie do maksimum. Czasoumilacze zaczęli ryzykować, a w odpowiedzi nadziewali się na groźne kontry. Kanonierzy mieli kilka stuprocentowych okazji, by zamknąć mecz, ale nie potrafili ich wykorzystać – i na pewno będą jeszcze długo wspominać te sytuacje. Bo w ostatniej akcji meczu Mateusz Musiński posłał piłkę na dalszy słupek, gdzie czekał już Dominik Sędrowski i wykorzystał swoją szansę. Chwilę po tym golu sędzia zakończył spotkanie.
To remis, który dla Czasoumilaczy smakuje jak zwycięstwo, a dla Kanonierów jest wyjątkowo bolesny – w niedzielę sami wypuścili wygraną z rąk. Mimo wszystko apelujemy, by nie opuszczać głów – przed Kanonierami jeszcze sześć spotkań i wciąż jest o co walczyć. Czasoumilaczom natomiast należą się ogromne brawa za walkę do ostatnich sekund – to był naprawdę świetny comeback.
W 7. lidze doszło do starcia pomiędzy zespołami Eagles FC a Driperami. Spotkanie zakończyło się rezultatem 5:5, co – w naszej opinii – jest jak najbardziej sprawiedliwym podziałem punktów, z uwagi na liczbę dogodnych sytuacji oraz zmarnowanych szans przez obie ekipy.
Niedzielny mecz był istną sinusoidą emocji. Driperzy kilkukrotnie wychodzili na prowadzenie, lecz nie byli w stanie utrzymać przewagi, gdyż rywal za każdym razem odpowiadał własnym trafieniem. Był to mecz walki o każdy skrawek murawy – nikt nie odstawiał nogi. Każda drużyna miała też swojego bohatera. W ekipie Eagles FC brylował Edilson Sabino, który swoimi dryblingami przysporzył wielu problemów defensywie Driperów. Do tego dołożył trzy gole i asystę, co tylko pokazuje jego ogromny wkład w to spotkanie. Po drugiej stronie najjaśniejszym punktem zespołu był bez wątpienia Norbert Gregorczyk. Wspomniany zawodnik również trzykrotnie wpisywał się na listę strzelców.
Wynik remisowy pewnie nie satysfakcjonuje żadnej z drużyn, jednak emocji obie ekipy dostarczyły co niemiara.
To było starcie, które mogło znacząco wpłynąć na układ czołówki 7. ligi. Trzecia w tabeli Wataha podejmowała lidera - Alash, a różnica zaledwie czterech punktów sprawiała, że stawką tego meczu było coś więcej niż tylko kolejne trzy oczka. I od pierwszego gwizdka było widać, że żadna ze stron nie zamierza kalkulować.
Spotkanie rozpoczęło się w zawrotnym tempie. Już w pierwszych minutach Alash pokazał swoją ofensywną siłę, szybko wychodząc na prowadzenie 2:0. Goście imponowali swobodą w operowaniu piłką, odwagą w dryblingu i pewnością siebie w wykończeniu akcji. Wataha jednak nie zamierzała się poddawać. Drużyna, prowadzona ofensywnie przez Anassa El Anssariego, błyskawicznie odpowiedziała i odrobiła straty, doprowadzając do wyrównania. Mecz zaczął przypominać wymianę ciosów, a każda akcja niosła zagrożenie. Na tym jednak nie skończyły się emocje pierwszej połowy. Alash tego dnia grał jak w transie. Ich akcje były płynne, dynamiczne i pełne jakości technicznej. Zawodnicy świetnie radzili sobie w pojedynkach 1 na 1, często ogrywając rywali zwodami i tworząc przewagę praktycznie z niczego.
Do przerwy nikt nie dał za wygraną – 3:3.
Druga połowa była kontynuacją tego widowiska. Obie drużyny atakowały, nie brakowało otwartej gry i kolejnych bramek, ale to Alash utrzymywał kontrolę nad przebiegiem spotkania. Ich zespołowość, luz w grze i skuteczność sprawiały, że za każdym razem, gdy Wataha zbliżała się wynikiem, lider potrafił odpowiedzieć. Ostatecznie mecz zakończył się wynikiem 9:6 dla Alash, a kibice mogli być świadkami jednego z najbardziej efektownych spotkań tej kolejki.
Dla triumfatorów to bardzo ważne zwycięstwo w kontekście walki o mistrzostwo. Wataha natomiast musi szybko się podnieść - strata punktów boli, a w tak wyrównanej lidze każdy mecz może decydować o końcowym układzie tabeli. Teraz przed nimi okres, w którym będą musieli pokazać charakter, jeśli chcą wrócić do ścisłej czołówki.
Oldboys Derby wchodzili w ten mecz na fali dwóch zwycięstw i z wyraźnym poczuciem, że wiosenna pogoda im służy. Skra Warszawa z kolei szukała przełamania po trudnym starcie rundy, w której punkty uciekały. Spotkanie zapowiadało się na wyrównane, a skończyło się pogromem.
Już na starcie Skra zaskoczyła, za sprawą Dzikowskiego, który ładnie uderzył piłkę z dystansu, dając prowadzenie. Następnie Pryjomski wykorzystał sytuację sam na sam, Balysh dorzucił swoje trafienie i gospodarze przejęli kontrolę. Marcinkowski odpowiedział efektownym rajdem, ale końcówka pierwszej połowy należała do Pryjomskiego, który dwukrotnie wykończył z bliskiej odległości i ustanowił wynik na 4:2. Skra miała swoje momenty, lecz brakowało im postawienia kropki nad i.
Na początku drugiej części spotkania wydawało się, że goście wracają na właściwe tory. Dzikowski zdobył kontaktowego gola po efektownym zwodzie, lecz Królikowski po rzucie rożnym szybko uspokoił sytuację. Później pozornie zwykły faul wywołał burzliwe przepychanki słowne i fizyczne, co poskutkowało żółtym kartonikiem dla gracza jednej i drugiej ekipy.
Kluczowym momentem okazało się zejście z boiska bramkarza Skry, który nie był w stanie kontynuować gry po wcześniejszym urazie, a między słupkami musieli stanąć zawodnicy z pola. Od tego momentu mecz zamienił się w jednostronne widowisko. Bassa i Pryjomski seryjnie punktowali, nie dając rywalom jakichkolwiek szans na powrót do meczu. Goście zdołali zdobyć jeszcze dwa honorowe trafienia, ale niewiele to zmieniło przy końcowym rezultacie 14:5.
Oldboje konsekwentnie wykorzystali błędy i problemy kadrowe przeciwników. Spokojnie dowieźli kolejne zwycięstwo, potwierdzając swoją dobrą dyspozycję w tej rundzie.
W starciu zmajdującego się w dolnej części tabeli Tornado Squad z walczącym o najwyższe cele wiceliderem, Virtualne Ń, obyło się bez sensacji. Choć gospodarze postawili faworytowi twarde warunki w pierwszej połowie, goście ostatecznie udowodnili swoją wyższość, wygrywając pewnie 1:4.
Pierwsza odsłona toczyła się pod znakiem ostrożnych, taktycznych szachów. Gra toczyła się głównie w środku boiska, a klarownych sytuacji było niewiele. Mimo to wynik niespodziewanie otworzyli zawodnicy Tornado Squad – po skutecznej dobitce na listę strzelców wpisał się Maciejewski. Odpowiedź wicelidera nadeszła jednak jeszcze przed przerwą. Rzut karny na gola zamienił Kolasa, ustalając wynik do szatni na 1:1.
Po zmianie stron tempo spotkania wyraźnie wzrosło, ale to goście w pełni przejęli kontrolę nad wydarzeniami na murawie. Szalę zwycięstwa na korzyść Virtualnego Ń przechylił trafieniem na 1:2 Burakowski. Chwilę później sytuację gospodarzy pogorszył niefortunny gol samobójczy, a kropkę nad „i” postawił Kolasa, pieczętując wygraną 1:4.
Choć w formacjach z pola trudno było wskazać jednego, zdecydowanego lidera, na ogromne słowa uznania zasłużył bramkarz gości, Jerzy Modzelewski. Jego świetna i pewna postawa między słupkami dała drużynie niezbędny spokój w kluczowych momentach. Virtualne Ń dopisuje cenne punkty w walce o mistrzostwo, pozostawiając Tornado Squad z problemami na dole tabeli.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)