Sezon 2025/2026
Relacje meczowe: 8 Liga
Mecz pomiędzy Ajaksem Warszawa a drugą drużyną Oldboys Derby zapowiadał się ekscytująco. Młodość kontra doświadczenie, ale cel jeden – wygrana i komplet trzech punktów po ostatnim gwizdku. Gospodarze rozpoczęli to spotkanie nie tyle co słabo co mało skutecznie. Często tworzyli sobie dogodne okazje na zdobycie, lecz nie mogli umieścić piłki w siatce. Goście natomiast woleli rozgrywać piłkę na swojej połowie i z spokojem czekać na nadarzającą się okazję. Taka strategia przyniosła skutek w 10 minucie. Łukasz Łukasiewicz dał prowadzenie zawodnikom z osiedla Derby. Chwilę później szansę na podwyższenie wyniku miał Marcin Sobczak, lecz piłkę kierowaną do siatki zatrzymał słupek. Ajaks mimo wielu dogodnych sytuacji nie mógł się przełamać, czym potęgował własną frustrację. Cztery minuty przed przerwą wynik pierwszej połowy ustalił strzałem z rzutu wolnego zdobywca pierwszego gola. Obie drużyny na przerwę schodziły w odmiennych nastrojach. Gospodarze wykorzystali chwilę odpoczynku na motywację, ustalając plan odrobienia strat. Kiedy sędzia wznowił grę, Ajaks, który przeważnie lepiej wygląda w tej części meczu, po raz trzeci zmuszony był do wznowienia gry ze środka boiska. Jednak z każdą upływającą minutą zastępujący kontuzjowanego Rafała Wieczorka w bramce Marcin Wiktoruk miał coraz więcej pracy. 40 minuta była przełomowa dla tego spotkania. W końcu najbardziej bramkostrzelny zawodnik Ajaksu Bartek Kopacz strzelił gola, a 7 minut później dopisał dwie asysty. Remis, który nie zadowalał żadnej ze stron trwał tylko kilka sekund. Michał Bugajski zdobył czwartą bramkę dla Oldboys. Mimo bardzo intensywnych ostatnich minut wynik już nie uległ zmianie i goście cieszyli się z drugiego zwycięstwa w tym sezonie. Oba zespoły naprzemiennie wyróżniły swoich bramkarzy, którzy mieli ręce pełne pracy.
TRCH po porażce w pierwszej kolejce z Oldboysami chcieli wrócić na Arenę AWF tylko w jednym celu - by zdobyć pierwszy komplet punktów w sezonie. Plany te miał zamiar pokrzyżować Fenix, który zaznał już smaku zwycięstwa i był zdeterminowany, by odnieść następny sukces. Goście szybko, bo już przed zakończeniem pierwszego kwadransa meczu wysunęli się na wysokie, czterobramkowe prowadzenie i jasne się stało, że to oni będą tutaj zdecydowanie bliżej sukcesu. Końcówka pierwszej połowy obfitowała w kolejne bramki, ale tym razem również TRCH zaczął dochodzić do głosu i rezultat trochę się zmienił w stosunku do pierwszych 15 minut i stanął na 3:5. TRCH w drugiej odsłonie ruszył do ataku, jego akcje naprawdę mogły się podobać i w ostatnich 10 minut meczu gospodarze mieli już tylko jedną bramkę straty. Od tego momentu gole strzelali już jednak tylko zawodnicy FC Fenix, którzy w końcówce dwukrotnie pokonali bramkarza rywali i wygrali ten ciekawy i emocjonujący mecz 7-4.
Poczucia powtórki z rozrywki mogli doświadczyć zawodnicy Tornado Squad, widząc okoliczności meczu z KS Driperzy. Podobnie jak w pierwszej kolejce znów grali na Grenady i znów ich potyczka zamykała batalię na boisku na warszawskiej Woli. Do pełni szczęścia brakowało tylko tego, by powtórzyć wynik z inauguracji. Wówczas pokonali tutaj Bulbez, a teraz chcieli podobnie uczynić z kolejnym oponentem. Czy to było realne? Gdy zorientowaliśmy się, że w ich składzie nie ma Piotrka Markiewicza, to mieliśmy mieszane uczucia. Z drugiej strony – skład był dużo szerszy niż tydzień temu i dawał nadzieję, że tutaj można powalczyć. Nie wszystko jednak układało się tak, jak Tornado by chciało. To oponenci zaczęli bowiem od zdobycia bramki i to oni wyglądali lepiej na starcie. Im jednak dłużej spotkanie trwało, tym gra się wyrównała, a potwierdzeniem tego było trafienie wyrównujące Sebastiana Szajkowskiego. Potem znów do głosu doszli KS Driperzy. Pięknym strzałem z dystansu popisał się Mikołaj Owczarczyk i była to jedna z dwóch fatalnych informacji, które spotkały nominalnych gospodarzy w krótkim okresie. Chwilę później kontuzji nabawił się bowiem kapitan Tornado, Michał Nawrocki, dla którego to był koniec meczu, a może nawet i koniec rundy. Gdy jednak na początku drugiej połowy gola na 2:2 zainkasował Andreas Altanis, myśleliśmy że tutaj będzie jeszcze ciekawie, jednak kolejne fragmenty należały już do Driperów. Bramkę na 3:2 efektownym lobem zanotował Kuba Wilk, a potem tylko dzięki wielu dobrym interwencjom Jakuba Rudnika, Tornado trzymało się w grze. To jednak nie mogło trwać wiecznie – następne dwa gole rozwiały jakiekolwiek złudzenia i to Driperzy mogli się cieszyć z całej puli. Wygrali zasłużenie, bo mieli więcej do zaoferowania z przodu, a i z tyłu trudno im coś zarzucić. Grali przyjemnie dla oka, dobrze się na Grenady czuli i niewykluczone, że jeszcze tutaj wrócą i znów pokażą kawałek dobrego futbolu. A Tornado? Bardziej niż porażki, szkoda Michała Nawrockiego. Oby tylko jego kontuzja nie okazała się bardzo poważna, bo bez niego drużynie będzie zdecydowanie trudniej, by w tej rundzie powalczyć o coś spektakularnego.
W niedzielę o godzinie 20:00 w ramach 2 kolejki Mareckie Wygi miały możliwość wykazania się przeciwko Bulbez Team Bemowo. Obie ekipy po pierwszej kolejce były zupełnie na innych biegunach, bo gospodarze dzięki wygranej mieli na swoim koncie punkty, natomiast goście przegrali na inaugurację, chociaż potyczkę z Tornado wydawali się mieć w garści. W niedzielnym spotkaniu trudno było znaleźć zdecydowanego faworyta. Piłkarze z Marek, już od początku zaciekle atakowali, co przynosiło zamierzony efekt, bowiem po nieco ponad 5 minutach gry mieli już dwubramkowe prowadzenie. Gospodarze byli lepsi w każdym aspekcie, gościom natomiast brakowało wykończenia oraz popełniali proste błędy w obronie. Dwoił się i troił najmłodszy na boisku Aleksander Osowski, jednak i on w pojedynkę nie mógł zagrozić bramce rywali. W grze gospodarzy od początku świetne zawody grała dwójka Kotowski – Hutarov i to głównie dzięki ich staraniom Mareckie Wygi do przerwy prowadziły 5-0. Po zmianie stron obraz gry nie zmienił się, ponownie od szybkich dwóch bramek rozpoczęli gospodarze. Przy wysokim prowadzeniu 7-0 pierwszy raz w tym meczu koncentrację zgubili obrońcy markowian. Wtedy to po zamieszaniu w polu karnym sytuacyjną bramkę zdobył Michał Rychlik. Kolejne minuty to już wymiana ciosów z obu stron, spotkanie nieco straciło na jakości a oba zespoły zdecydowanie bardziej chciały zdobyć bramkę, niż bronić wyniku oraz dostępu do swojej świątyni. W końcowych minutach widzieliśmy jeszcze kilka niepotrzebnych starć, po których sędzia zmuszony był pokazać obustronne czerwone kartki, jednak nie przyćmiło to przebiegu całego spotkania, które toczone było w spokojnej i piłkarskiej atmosferze. Ostatecznie gospodarze wygrali wysoko, bo aż 15:5 i dzięki temu wskoczyli na fotel lidera. Bulbez słabo rozpoczął ten sezon, jednak znamy chłopaków bardzo dobrze i wiemy, że stać ich na zdecydowanie lepszą grę.
FC Po Nalewce po sromotnej porażce sprzed tygodnia musieli nastawić się na kolejny ciężki mecz, bo ich rywalem był New Samand, który nie dość, że w pierwszej kolejce wygrał swoje spotkanie, to zrobił to w bardzo dobrym stylu. Początek meczu to wzajemne badanie się, aż w końcu wybiła 7 minuta meczu i Sobir Mirzoahmedov wyprowadził swój zespół na prowadzenie, a tuż przed zakończeniem pierwszego kwadransa ten sam zawodnik podwyższył wynik. Dwie kolejne bramki również były autorstwa gości i dopiero przed zakończeniem pierwszej połowy FC Po Nalewce zdobyło swoją premierową bramkę, którą zanotował wybrany przez przeciwników najlepszym zawodnikiem swojej ekipy Marcin Król. Druga połowa była bardziej wyrównana, ale dalej to New Samand wyglądał na zespół, który w pełni kontroluje przebieg spotkania. Goście zdobyli w drugich 25 minutach trzy bramki, natomiast gospodarze ponownie byli w stanie odpowiedzieć zaledwie jednym trafieniem. New Samand znów udowodniło, że w piłkę grać potrafi i każdy w tej lidze powinien się ich obawiać. Natomiast FC Po Nalewce powoli może zaczynać bić na alarm, bo gra zdecydowanie nie układa się tak, jak w niedawno zakończonym sezonie.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)