Sezon Lato 2025
Relacje meczowe: 4 Liga
W deszczową niedzielę na arenie AWFu będąca w kryzysie drużyna LTM Warsaw podejmowała ekipę Fuszerki. Faworytem tego spotkania byli goście, którzy mają za sobą serie dwóch zwycięstw z rzędu i zajmują wysokie 4 miejsce w ligowej tabeli. LTM przystępował do tego spotkania bez żadnej zmiany, ponieważ kilku zawodników gospodarzy pomyliło boiska. Początek spotkania zgodnie z oczekiwaniami dla gości. Fuszerka od początku kontrolowała mecz i stwarzała sobie coraz groźniejsze akcje. Pierwszą bramkę w tym meczu zdobył Adrian Giska, który wykorzystał fatalny błąd obrońcy. Kolejne minuty spotkania to jeszcze większa przewaga gości. Gospodarze mieli problem z wyjściem z własnej połowy, a cała gra ofensywna opierała się na grze jednego zawodnika - Krzysztofa Kulibskiego. Fuszerka grała swoje, budowała akcje od tyłu i groźnie kontratakowała. Goście przeważali pod każdym względem i zdobywali kolejne bramki. Na 0:2 podwyższa Rafał Papiernik, a kilka minut później ten sam zawodnik strzela na 0-3. Jeszcze przed przerwą na chwilę przebudziła się ekipa LTMu, po jednej z akcji Michała Fijołka bramkę strzelił Grzegorz Bogdański. Na przerwę schodziliśmy przy wyniku 1:3. Po zmianie stron obraz gry nie zmienił się, goście prowadzili grę i stwarzali sobie sporo sytuacji. Gospodarze wzmocnieni zawodnikami rezerwowymi starali się poukładać swoją grę w obronie i przy nadarzającej się okazji wyprowadzać groźne kontry. Silnie padający deszcz również nie pomagał w odważnej grze do przodu, mokra piłka często odskakiwała i była trudna do opanowania przez napastników. W kolejnych 25 minutach pierwszego gola strzelają zawodnicy Fuszerki, Piotr Jastrząb wykorzystuje stratę w środku pola i podwyższa rezultat na 1:4. W końcowych minutach meczu wynik ustalił Kamil Krupa, strzelając bramkę z rzutu wolnego. LTM ostatecznie przegrywa 2:4 i ponosi już siódmą porażkę z rzędu. Zawodnicy gospodarzy muszą szybko wziąć się do roboty, jeśli jeszcze myślą o pozostaniu w 4 lidze. Fuszerka natomiast po serii zwycięstw zbliża się do podium i do drugiego miejsca traci już tylko dwa oczka.
Goniąca czołówkę czwartej ligi drużyna FC Tartak grała przeciwko Cosmos United, które zajmowało ostatni stopień podium. Goście zaczęli to spotkanie z jednym zawodnikiem mniej, z powodu utrudnień na trasie dojazdu na nasze boisko. Tartak po mimo początkowej liczebnej przewagi nie był w stanie pokonać ustawionego defensywnie rywala. Kiedy skład Cosmosu został uzupełniony i dojechali spóźnieni zawodnicy mecz zrobił się bardziej dynamiczny, a jako pierwsi na prowadzenie w 8 minucie za sprawą duetu Bogusz – Cichocki wyszli goście. Stracona bramka zadziałała jak płachta na byka i drwale szybko ruszyli do odrabiania strat. Pierwsza okazja była w 10 minucie, lecz obrońca gości wybił piłkę niemal z linii bramkowej. Jednak minutę później Mateusz Wodnicki zdobył gola na remis z podania Łukasza Łukasiewicza. Można powiedzieć, że mecz zaczął się od nowa. Ładne szybkie podania oraz dynamiczna wymiana kontratakami nadawała rumieńców temu spotkaniu. Bramka zdobyta na dwie minuty przed końcem tej części gry przez ten sam duet nie zapowiadały późniejszych wydarzeń na boisku. Po zmianie stron do głosu doszli goście, którzy dużo lepiej weszli w drugą połowę. W 32 minucie doprowadzili do remisu i niespełna dwie minuty później mieli już dwubramkową przewagę. Gospodarze mieli jeszcze parę okazji na zdobycie gola, lecz nie dali rady rozpędzającej się drużynie Cosmosu. Finalnie mecz zakończył się różnicą czterech goli na korzyść gości. Dzięki wygranej Kosmiczni po tej kolejce tracą już do lidera tylko trzy punkty, a Tartak spadł o jedno miejsce zachowując cały czas realne szanse na podium.
W zapowiedziach przewidywaliśmy, że będzie to starcie doświadczonej ekipy naszych rozgrywek z szaleńczą młodością, która, według nas, może dużo namieszać w lidze. To co zobaczyliśmy na boisku nie pozostawiło cienia wątpliwości. Jak opisać ten mecz? Na boisku był ogień – dosłownie i w przenośni. Pomimo deszczowej aury i strużek wody lejących się z czół zawodników, drużyna z Bielan pokazała prawdziwy ogień. Pierwszą bramkę dla Bielan zdobył Kacper Cetlin. Nie wiedzieliśmy jeszcze wtedy, że była to jego pierwsza z siedmiu strzelonych tego dnia bramek. Gdybyśmy mieli je wszystkie opisać to relacja meczowa zdecydowanie by przekroczyła dozwoloną ilość znaków, dlatego umieściliśmy Kacpra w szóstce kolejki, by pogratulować mu tego osiągnięcia. Na wyróżnienie zasługuje również Antoni Sidor, Karol Gozdalik czy Konrad Kisiel, którzy oprócz tego, że też strzelali to wspaniale dogrywali swojemu koledze z zespołu. Fenomenalną passę Ognia przerwała na chwilę czerwona kartka dla bramkarza Aleksandra Góreckiego, który zagrał ręką poza obrysem pola karnego. Nie zastopowało to jednak gości. Dalej strzelali, a finalnie spotkanie zakończyło się 5:11. Oldboysom udało się trafić do siatki pięć razy, a dobrą postawą w zespole gospodarzy może pochwalić się Jacek Pryjomski, który ustrzelił hat-tricka. Ogień Bielany wszedł do ligi jak po swoje, dlatego z niecierpliwością czekamy co wydarzy się podczas 12. kolejki.
Virtualne Ń i Compatibl mieli przed bezpośrednim meczem dokładnie taki sam bilans i taką samą liczbę punktów. To zapowiadało wyrównane starcie, chociaż z racji zwycięstwa jesienią, być może ciut więcej procent dalibyśmy na potencjalną wygraną ekipy Marka Giełczewskiego. Kompatybilnych nie wolno jednak lekceważyć, bo nawet jeśli ta drużyna nie ma wielkich gwizd, nie ma takiego super strzelca, jakim jest choćby Szymon Kolasa, to swoją zespołowością potrafi uprzykrzyć życie każdego faworytowi. I Virtualni przekonali się o tym w niedzielę. Podopieczni Andriija Hryndy od samego początku grali kompaktowo, fajnie się uzupełniali i nie było tutaj słabego punktu. W dużym stopniu udało im się też zneutralizować poczynania Szymona Kolasy, dzięki czemu do przerwy prowadzili 2:1. Było jednak jasne, że w drugiej odsłonie ich rywale przycisną gaz do dechy, co zresztą szybko znalazło odzwierciedlenie w boiskowej rzeczywistości, bo po skutecznie wyegzekwowanym rzucie karnym, wynik brzmiał już 2:2. Ale kolejne minuty należały do graczy w białych koszulkach. Co prawda początkowo nie wykorzystali kilku dobrych szans, ale wreszcie przełamali impas i odzyskali prowadzenie, a potem je podwyższyli, gdy strzelał Andrii Hrynda, piłka zaliczyła paskudny rykoszet i totalnie zaskoczyła Jerzego Modzelewskiego. Virtualni nie mieli wiele czasu by odrobić straty, no i przede wszystkim mieli duże problemy, by przebić się przez dobrze usposobioną defensywę konkurentów. Udało im się to dopiero pod koniec spotkania, ale gol Szymona Kolasy to było za mało, by myśleć tutaj choćby o remisie. Kompatybilni mogli więc cieszyć się ze zwycięstwa i naszym zdaniem o tego jednego gola byli tutaj lepsi. Nie jest to może zespół grający bardzo efektownie, lecz efektywnie, potrafiący skutecznie trzymać się swojego planu od pierwszej do ostatniej minuty. W ich zwycięstwie nie ma więc przypadku, co dla Virtualnych stanowi pewnie gorzką pigułkę do przełknięcia.
Nic nie może przecież wiecznie trwać – a co za tym idzie każda seria kiedyś się kończy. Postawa graczy Mobilisu jest na to idealnym przykładem. Minionej niedzieli, zawodnicy z dziewiątej lokaty czwartej ligi w heroicznym starciu pokonali faworyta. Mowa tu o kapitalnym FFK, które po dziesięciu seriach spotkań samodzielnie prowadzi w lidze. Spotkanie było niezwykle zacięte, a wyrównany poziom sprawił, że nam – obserwatorom – z ogromną przyjemnością oglądało się boiskowe zmagania. Strzelanie rozpoczęli goście. Po dwójkowej akcji między Yakovenką, a Kowalskim, Ukrainiec zdołał pokonać bramkarza rywali. Na odpowiedź nie musieliśmy czekać zbyt długo. Po upływie kilku minut, fantastyczny tego dnia Fabisiak umieścił piłkę w bramce. Otwarta wymiana ciosów trwała przez pełne 50 minut. Jednakże delikatna przewaga malowała się po stronie FFK. Gospodarze jednak, nie mieli zamiaru ustępować, usilnie dążąc do zwycięstwa. Sztuka ta zaczęła im się udawać od stanu 2:4, kiedy to duet Janiszewski – Fabisiak trzy razy z rzędu pokonał Jakuba Klimka. Zawodnicy w pomarańczowych strojach co prawda rzucili się jeszcze do odrabiania strat, ale gwoździem do trumny okazało się być trafienie Kaczyńskiego, które ustaliło wynik tego starcia. Dzięki temu sukcesowi, gracze Mobilisu mogą odpocząć i przynajmniej do kolejnego weekendu nie zaprzątać sobie głowy batalią o utrzymanie na piątym szczeblu rozgrywkowym.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)