Sezon 2024/2025
Relacje meczowe: 13 Liga
Trudno przypomnieć sobie mecz, którego przebieg byłby bardziej zaskakujący, niż starcie Inferno Team III z drużyną Gentleman Warsaw Team. To spotkanie miało wszystko - popisy strzeleckie, indywidualne momenty załamania (po obu stronach), gole po stałych fragmentach gry i końcową dramaturgię. Ten mecz nie mógł zacząć się inaczej, niż golem samobójczym, po którym goście wyszli na prowadzenie. Spory udział w tej akcji miał Paweł Domański, któremu finalnie bramka nie została zapisana, ale statystyki poprawił przy kolejnym trafieniu, gdy sam trafił do siatki. Następnie do głosu doszli gracze Inferno Team III, którzy w tym meczu akcji mieli co niemiara, ale nie potrafili ich wykończyć. Kacper Krajewski strzelił na 1:2, dobijając uderzenie jednego z kolegów. Później znów odskoczyli goście, dzięki “petardzie” w wykonaniu Piotra Loze. Gospodarze obijali obramowanie bramki, a GWT cieszyło się ze swojego szczęścia, gdy trafili na 1:4. Jedyną nadzieją na odrobienie strat przez Inferno Team III był Krajewski, który jeszcze przed przerwą zmniejszył różnicę bramkową, dzięki przejęciu piłki na skrzydle i doskonałej finalizacji. Po przerwie niewiele się zmieniło, bo gospodarze wciąż marnowali sytuacje na potęgę. Doskonale bronił golkiper Gentlemanów, ale prawie wszyscy gracze Inferno też mają sobie nieco do zarzucenia. Prawie, bo Kacper Krajewski strzelał jak natchniony. Na 3:4 dobił piłkę wracającą od poprzeczki, a na 4:4 trafił tuż przy słupku. Zespół GWT bazował na kontrach i w ten sposób znów objęli prowadzenie - faul w polu karnym i pewnie wykonana “jedenastka”. Zawodnicy Inferno wiedzieli jednak, że zasługują na więcej, zwłaszcza, mając w zespole napastnika o takim potencjale jak Krajewski. Swojego piątego gola strzelił samodzielnie kreując całą akcję i doprowadzając do wyrównania. I wtedy stało się to, czego nikt się nie spodziewał. Gracze Inferno Team III mimo wizualnej przewagi popełnili błąd, który kosztował ich trzy punkty. W jednej z ostatnich minut obrońca gospodarzy postanowił podać piłkę do swojego bramkarza, ale… zrobił to tak pechowo, że piłka zatrzepotała w siatce. Po tym ciosie gracze Igora Patkowskiego nie byli w stanie się podnieść i przegrali - na własne życzenie - 5:6.
Ostatniej niedzieli, w ramach 13 kolejki, spotkały się ze sobą drużyny Wombatów oraz Old Boys Derby III. Ciężko było wskazać faworyta w tym starciu, ponieważ żadna z ekip nie zaznała jeszcze smaku zwycięstwa w rundzie jesiennej. Ten mecz mógł zmienić tę sytuację, co też się stało. Wombaty zwyciężyły 8:3. Grali swoje, kontrolowali przebieg od pierwszego do ostatniego gwizdka sędziego, ani na minutę nie stracili kontroli na boisku. Całe spotkanie przebiegało pod ich dyktando, prezentowali solidny poziom drużynowy, lecz warto z tego miejsca wyróżnić Piotra Marciniaka, który odznaczał się na tle kolegów. Tego dnia był katem dla rywali, notując hat-tricka oraz dokładając do swojego dorobku asystę. Dzięki jego postawie Wombaty odniosły niezwykle cenny sukces, ponieważ jest to ich pierwsze zwycięstwo w tych rozgrywkach, natomiast Old Boysi notują już czwartą porażkę z rzędu.
Klub Sportowy Sandacz bardzo dobrze rozpoczął przygodę z Ligą Fanów, odnosząc trzy zwycięstwa w pierwszych kolejkach. Ich rywale, zespół Niedzielnych zdobył do tej pory tylko punkt i w roli faworyta trzeba było upatrywać zawodników gospodarzy. Początek meczu bardzo spokojny i obydwie drużyny skupiły się na defensywie. Dodatkowo od początku spotkania padał intensywny deszcz, co nie pomagało w kreowaniu składnych akcji. Wynik otworzył Paweł Podkoń i faworyci w 8 minucie objęli prowadzenie. Kolejne minuty to walka w środkowej części boiska i wynik nie ulegał zmianie. Kolejną bramkę zobaczyliśmy dopiero na kilka chwil przed gwizdkiem kończącym pierwszą połowę, kiedy to zawodnicy Sandacza podwyższyli prowadzenie. Pierwsze 10 minut drugiej odsłony to dobra postawa obydwu bramkarzy, którzy nie dawali się pokonać rywalom. Po upływie tego czasu dwukrotnie na listę strzelców wpisali się reprezentanci Sandacza, którzy zwiększyli różnicę do czterech trafień. Po straconych bramkach kilkukrotnie groźnie zaatakowali goście, jednak na posterunku stał golkiper Paweł Kyc, który przez pełne 50 minut nie dał się pokonać. W ostatniej minucie spotkania jeszcze jedno trafienie dorzucili gospodarze i mecz zakończył się wynikiem 5:0. Klub Sportowy Sandacz pewnie pokonał Niedzielnych i dopisał kolejne trzy punkty do swojego dorobku. Natomiast goście na pierwszą wygraną muszą czekać do następnej kolejki.
To spotkanie rozpoczęło się od błyskawicznego ciosu ze strony Green Teamu, bo właściwie już w pierwszej akcji Marcin Rudnicki przejął niedokładne podanie i nie dał szans golkiperowi Szeregu. Zieloni zaliczyli po chwili drugie trafienie, niestety tym razem był to gol samobójczy, a już w kolejnej minucie Szereg wyszedł na prowadzenie po trafieniu Bogdana Bańkowskiego. Po tym nieco chaotycznym początku, gra wyraźnie się wyrównała i na kolejnego gola musieliśmy czekać do 16 minuty, kiedy po raz pierwszy zapunktował Aleksander Ryszawa. Powoli zarysowywała się przewaga Szeregu w kreowaniu sytuacji bramkowych, ale przed przerwą to oni stracili gola po akcji Macieja Rożka, zakończonej strzałem Marcina Rudnickiego i pierwsza połowa skończyła się stykowym wynikiem 3:2. Po zmianie stron gospodarze momentalnie zapakowali dwa gole i po trafieniach Michała Łuczki oraz Jana Mitrowskiego mieli już trzy gole zaliczki, które poniekąd ustawiły resztę meczu. Goście musieli gonić wynik, co wytrąciło ich z koncentracji – sytuacji bramkowych nie brakowało, co innego musimy napisać na temat wykończenia. Dopiero w 38 minucie niemoc strzelecką przełamał Robert Zawistowski, który oddał dość niespodziewany, ale za to skuteczny strzał na bramkę Jana Wosińskiego. Green Team powinien iść za ciosem, ale to Szereg wyprowadził dwa ciosy, które pogrzebały jakiekolwiek szanse na dogonienie wyniku. Aleksander Ryszawa zgarnął hat-tricka i choć do końca meczu zostało jeszcze 10 minut, to morale Zielonych wyraźnie opadło i na więcej niż strzelenie jednego gola zwyczajnie zabrakło czasu. Tym samym Szereg Homogenizowany pewnie sięgnął po komplet punktów.
Czy można było mieć jakieś złudzenia, że starcie między CWKS Ferajną Warszawa a Pogromcami Poprzeczek będzie trzymało w napięciu dłużej, niż kilka lub maksymalnie kilkanaście minut? Pewien ogląd sytuacji dawało nam starcie Poprzeczek z 2.kolejki z Szeregiem Homogenizowanym. Przegrali 1:9, a z tym samym zespołem CWKS Ferajna zremisowała 6:6. Oczywiście mecz meczowi nierówny i wszystko mogło się wydarzyć, ale jednak większość znaków na niebie i ziemi wskazywało, że tutaj niespodzianki nie będzie. No i odpowiadając na pytanie ze wstępu, aromat sensacji unosił się nad Areną Grenady ledwie kilka chwil. Stało się tak za sprawą ładnego gola Aleksandra Peszki, a potem okazję na 2:0 miał jeszcze Marcin Kowalski, lecz nie udało mu się oszukać Stanisława Dąbrowskiego. No i tak naprawdę to byłoby na tyle, jeśli chodzi o pozytywy w pierwszej połowie. Kierownicę w dłoń przejęli bowiem przeciwnicy, a konkretnie Mikołaj Szymański. Gra faworytów napędziła się i z prowadzenia Poprzeczek pozostały tylko wspomnienia. W końcówce pierwszej odsłony Marcin Kowalski mógł odrobinę zmniejszyć straty, lecz przegrał pojedynek z niemal pustą bramką i po 25 minutach rezultat brzmiał 5:1. Tutaj wszystko było już ustalone, natomiast trzeba pochwalić przegranych, że mimo mało przyjemnej perspektywy wysokiej porażki, grali do końca. To pozwalało do pewnego momentu odpowiadać na bramki zdobyte przez konkurentów w drugiej połowie, ale tylko do stanu 7:3. Kolejne trzy gole padły łupem Ferajny, która wygrała łącznie 10:3. Konkluzja? Był to trochę pojedynek dwóch prędkości. Wydaje się, że albo CWKS jest o kilka lig za nisko, albo Pogromcy są za wysoko. Albo może nawet jedno i drugie. Jeśli jednak Ferajna wszystkie swoje mecze okrasza dwucyfrówką, to znaczy, że chyba trochę marnuje się w 13.lidze. Nie widzimy innej opcji, by tego sezonu nie okrasili awansem. A Pogromcy? No cóż, nie mieli tutaj za wiele do powiedzenia, ale jest w tej lidze kilka zespołów, z którymi spokojnie powinni powalczyć. Jeden z nich czeka na nich już w najbliższą niedzielę i będą w tym spotkaniu faworytem. Za kilka dni dowiemy się, jak sobie z tą, dość nietypową dla siebie sytuacją poradzą.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)