Sezon 2022/2023
Relacje meczowe: 9 Liga
W jednym z meczów inaugurujących 9. Ligę byliśmy świadkami prawdziwego strzeleckiego widowiska. Na Arenie Grenady zmierzyły się drużyny Gamba Veloce oraz A.D.S Scorpion’s. Oba zespoły miały już okazję spotkać się podczas tegorocznej edycji Ligi Letniej – wtedy triumfowała Gamba, natomiast Scorpion’s przyjechał tym razem w mocno odmienionym składzie, co mogło dawać nadzieję na trzymające w napięciu starcie.
Początek meczu był wyrównany: obie ekipy badały się nawzajem, próbując narzucić własne tempo gry. Po chwili taktycznych szachów gra zaczęła się otwierać. Jako pierwsi bramkę zdobyli gospodarze – błąd w obronie wykorzystał Skwirtniański, wykładając piłkę do pustej bramki Florczukowi. Nim się obejrzeliśmy, Gamba prowadziła już 3:0, a beniaminek z każdą akcją nabierał wiatru w żagle. Świetną zmianę dał Sienicki, który ustrzelił dublet zaledwie kilka minut po wejściu na boisko. Do końca pierwszej połowy trafiali jeszcze Nita, Filip Wolski oraz Kiszka, dzięki czemu do przerwy na tablicy widniał już wynik 8:0. Goście wyglądali na kompletnie zagubionych, nie nadążając za tempem rywali.
Po zmianie stron wydawało się, że intensywność gry nieco opadnie, ale nie w tym meczu. Druga połowa rozpoczęła się niemal identycznie jak pierwsza – Skwirtniański ponownie wykorzystał błąd w defensywie i zanotował kolejną asystę. Chwilę później cudownym rajdem popisał się Filip Wolski, podwyższając prowadzenie na 10:0. Dopiero w 30. minucie spotkania przebudziła się drużyna A.D.S Scorpion’s – pewnym strzałem akcję zakończył Morra.
Niestety dla gości kolejne minuty były pechowe: zaliczyli dwa samobóje, przeplatane efektownym golem Dybowskiego, który zabawił się z rywalami niczym w brazylijskim stylu. Następnie Radziszewski po akcji kombinacyjnej trafił na 14:1. Goście odpowiedzieli dopiero w końcówce, zdobywając w krótkim odstępie dwa gole. Mecz w spokojnym tempie dobiegł do końca, a Gamba dołożyła jeszcze dwa trafienia.
Rezultat 16:3 mówi sam za siebie. Gamba Veloce melduje się w lidze z przytupem i jasno sygnalizuje, że interesuje ich walka o złoto. A.D.S Scorpion’s muszą natomiast jak najszybciej zapomnieć o tym spotkaniu i w kolejnej kolejce wyjść na boisko z czystą głową, bo sezon dopiero się zaczyna.
W potyczce 1. kolejki 9. ligi zmierzyły się ekipy Asap Vegas FC oraz Królewscy Wola. Od pierwszego gwizdka sędziego było jasne, że obie drużyny przyjechały po trzy punkty – intensywność, zaangażowanie i wyrównany poziom gry mogły się podobać.
Pierwsza połowa obfitowała w składne akcje i dobre okazje z obu stron, jednak to Asap Vegas jako pierwsi objęli prowadzenie. Na listę strzelców wpisał się Kacper Drozdowicz, skutecznie wykańczając jedną z akcji gospodarzy. Do przerwy było 1:0, co zapowiadało jeszcze więcej emocji po zmianie stron.
Druga połowa nie przyniosła zmiany obrazu gry – walka trwała w najlepsze, a sytuacje mnożyły się pod obiema bramkami. Szczególnie Kamil Ostapiński, bramkarz Królewskich, miał pełne ręce roboty, notując kilka kapitalnych interwencji i utrzymując swój zespół w grze. W końcówce spotkania emocje sięgnęły zenitu. Po celnym uderzeniu z rzutu wolnego Kuba Gajda doprowadził do wyrównania. Radość gości nie trwała jednak długo – zaledwie chwilę później ponownie błysnął Kacper Drozdowicz, zdobywając swoją drugą bramkę i ustalając wynik na 2:1 dla gospodarzy.
Choć to reprezentanci Asap Vegas FC mogli cieszyć się ze zwycięstwa, oba zespoły zostawiły na boisku mnóstwo serca i zaprezentowały się z bardzo dobrej strony. Jeśli następne kolejki 9. ligi będą równie emocjonujące, kibice mogą szykować się na naprawdę pasjonujący sezon.
Obie ekipy miały w tym meczu coś do udowodnienia, dlatego oglądaliśmy bardzo wyrównane i emocjonujące spotkanie. Sandacz nie popisał się frekwencją, stawiając się na placu gry z zaledwie jedną zmianą, natomiast Legendy nie tylko dysponowały szeroką ławką rezerwowych, ale też ogromnym głodem strzelania bramek. Ujawnił się on już w 3. minucie, gdy Mateusz Borczyk otworzył wynik.
Nie minęły dwie minuty, a sędzia podyktował rzut karny dla gospodarzy, który pewnie wykorzystał Marcin Wojciechowski. Po świetnym początku w wykonaniu drużyny z Bielan do głosu doszedł Sandacz, a konkretnie nowy nabytek tego zespołu – Rafał Bujalski. W 10. minucie wykorzystał podanie Damiana Słojkowskiego, a chwilę później popisał się akcją indywidualną i mieliśmy remis. Riposta gospodarzy była błyskawiczna – Jan Wojciechowski ponownie wyprowadził swój zespół na prowadzenie, które chwilę później podwyższył Marcin Wojciechowski. Goście jeszcze przed przerwą zdołali odrobić straty. Najpierw zapunktował Kacper Zając, a w ostatniej akcji pierwszej połowy Damian Rozmarynowski w nieco kontrowersyjnych okolicznościach doprowadził do remisu 4:4.
Druga połowa lepiej rozpoczęła się dla Sandacza. W 27. minucie Damian Słojkowski dał swojej drużynie prowadzenie, a chwilę później dołożył drugie trafienie i nagle losy meczu całkowicie się odwróciły. Wprawdzie Bielany Legends nie zwiesili głów, ale coś w ich grze wyraźnie się zacięło. W pierwszej połowie rozgrywali piłkę zespołowo, co przynosiło efekty, natomiast po przerwie skupili się na indywidualnych akcjach, które przeważnie rozbijały się o obronę gości.
W 35. minucie Rafał Malinowski obejrzał żółtą kartkę, a przewagę liczebną gospodarze przekuli w gola autorstwa Mateusza Borczyka. Prowadzenie Sandacza stopniało do zaledwie jednego trafienia, lecz poszukując wyrównania, Legendy zbytnio się odkryły. Goście wykorzystali to, przechodząc do gry z kontry, a jedną z takich akcji zabójczo wykończył Paweł Podkoń.
W samej końcówce Piotr Kamiński przywrócił gospodarzom nadzieję na remis, ale czasu zabrakło i Sandacz dowiózł korzystny wynik do końca, zgarniając trzy punkty. Choć Legendom zabrakło nieco koncentracji, szczególnie w drugiej połowie, to w naszym odczuciu dobrze zaprezentowali się w pierwszym meczu sezonu. Sandacz mimo zwycięstwa musi jednak popracować nad frekwencją. Jedno jest pewne – rewanż w rundzie wiosennej zapowiada się na prawdziwe widowisko.
KSB II Warszawa podejmowało LaFlame Bielany w meczu rezerw drużyn, które na co dzień występują w najwyższej klasie rozgrywkowej Ligi Fanów. Był to także swoisty „mecz przyjaźni”, rozgrywany w wyjątkowo spokojnej atmosferze. Dobre relacje między zespołami było widać zarówno w zachowaniu zawodników na boisku, jak i w liczbie „prezentów”, jakie wzajemnie sobie sprawiali.
Obie ekipy postawiły na ofensywę i grały radosny, otwarty futbol. Do 11. minuty padło aż osiem goli – po cztery dla każdej ze stron. Większość strzałów zmierzających w światło bramki kończyła się golem. Taki obraz meczu utrzymywał się przez całą pierwszą połowę, która zakończyła się wynikiem 6:6.
Drugą część lepiej rozpoczęły rezerwy KSB, obejmując prowadzenie 7:6, ale były to tylko dobre złego początki. Od tego momentu zawodnicy Michała Tarczyńskiego jakby stanęli, co skrupulatnie wykorzystali rywale, zdobywając kolejne bramki.
Bardzo aktywny był zwłaszcza Szymon Lisiecki, który zakończył mecz z dorobkiem trzech goli i trzech asyst. Wtórował mu Staszyc (3 gole, 2 asysty) oraz Przewoźny i Grygorczuk (po 2 gole). Z upływem czasu przewaga gości rosła, a gospodarze wyraźnie opadli z sił. Stać ich było jedynie na trafienie Giżyńskiego w końcówce, co nie mogło już odwrócić losów rywalizacji.
Ostatecznie LaFlame Bielany pokonało KSB II Warszawa 11:8.
W pierwszej kolejce 9. szczebla rozgrywkowego Ligi Fanów, na Arenie Grenady, spotkały się drużyny KS Iglica Warszawa i TRCH. Od pierwszych minut było jasne, kto będzie rozdawał karty w tym spotkaniu, ponieważ gospodarze szybko przejęli pełną kontrolę nad meczem.
Wynik otworzył Kacper Kubiszer, skutecznie wykańczając podanie od Kacpra Romanowskiego. Choć rezultat 1:0 utrzymywał się dość długo, końcówka pierwszej połowy należała już w pełni do podopiecznych Radka Sówki. Najpierw na 2:0 podwyższył Jakub Zając, a tuż przed przerwą Sebastian Szczygielski dołożył trzecie trafienie, ustalając wynik do przerwy na 3:0. Dorobek bramkowy Iglicy mógł być jeszcze wyższy, ale kilkukrotnie świetnymi interwencjami ratował swój zespół bramkarz TRCH, Wojtek Matczak.
Druga połowa rozpoczęła się pozytywnym akcentem dla gości – bramkę zdobył Mikołaj Kawecki, dając swojej drużynie cień nadziei na odwrócenie losów meczu. Radość TRCH nie trwała jednak długo, bo Kubiszer odpowiedział niemal błyskawicznie, zdobywając kolejne trafienie i kompletnie podcinając skrzydła rywalom. Od tego momentu na boisku dominowała już tylko jedna drużyna.
KS Iglica Warszawa nie zwalniała tempa i systematycznie powiększała przewagę, ostatecznie wygrywając aż 9:1. Był to bezapelacyjny pokaz siły i znakomite wejście w sezon w wykonaniu triumfatorów. Jeśli utrzymają formę z tego spotkania, mogą być jednym z głównych kandydatów do czołowych lokat w nadchodzących rozgrywkach. I pewnie taki jest również ich cel.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)