Sezon 2022/2023
Relacje meczowe: 7 Liga
Starcie KK Wataha Warszawa z Tornado Squad już przed pierwszym gwizdkiem miało wyraźnego faworyta. Gospodarze, walczący o podium, mierzyli się z ostatnią drużyną w tabeli i niestety tym razem nie było miejsca na niespodziankę. Goście dodatkowo przyjechali bez nominalnego bramkarza, co od początku stawiało ich w trudnej sytuacji.
W pierwszej połowie między słupkami stanął Andrzej Parys i trzeba mu oddać, że przez około 10 minut utrzymywał czyste konto. Ten stan przerwał jednak Maciej Lulka, który zaliczył prawdziwe wejście smoka – wszedł z ławki i od razu wpisał się na listę strzelców, otwierając worek z bramkami. Od tego momentu trafienia zaczęły się sypać i do przerwy było już 4:0.
Patrząc na to, co wydarzyło się po zmianie stron, ten wynik i tak był dla gości najniższym wymiarem kary. Do bramki wszedł Michał Maciejewski, ale pracy miał zdecydowanie więcej niż jego poprzednik. Druga połowa to już pełna dominacja Watahy – strzelanie ruszyło od razu, gdy Wojtek Wolny dorzucił kolejne trafienie, a potem do głosu dosłownie doszedł każdy zawodnik z pola.
Finalnie skończyło się aż 16:1. Honorowego gola dla Tornado Squad zdobył w końcówce Franek Orłowski, ale przy takim wyniku trudno mówić o jakimkolwiek pocieszeniu. Dla KK Wataha Warszawa to był mecz, w którym nie tylko dopisali trzy punkty, ale też solidnie podkręcili bilans bramkowy i zrobili kolejny krok w stronę podium.
Spotkanie Oldboys Derby z Eagles FC od pierwszych minut układało się pod dyktando gości. To Eagles częściej utrzymywali się przy piłce, narzucali tempo i konstruowali składne akcje, które szybko zaczęły przynosić efekty w postaci kolejnych bramek.
Oldboysi próbowali odpowiadać i momentami potrafili zagrozić rywalom, jednak ich możliwości były ograniczone. Krótka ławka rezerwowych (zaledwie jeden zmiennik) zaczęła dawać się we znaki, co przekładało się na problemy kondycyjne i trudności w utrzymaniu wysokiej intensywności gry. Mimo to gospodarze zdołali trzykrotnie pokonać bramkarza Eagles, pokazując charakter i wolę walki. Jednak skuteczność gości była większa, dzięki czemu na przerwę schodzili z prowadzeniem 5:3, mając wyraźną przewagę przed drugą połową.
Druga część spotkania okazała się istnym rollercoasterem. Eagles narzucili nieprawdopodobne tempo i zdobyli aż pięć bramek z rzędu, przez co wynik przez chwilę wynosił 4:10. Niestety, atmosfera wewnątrz drużyny i ewidentne rozprężenie spowodowały, że czujność gości została całkowicie uśpiona. Oldboysi, widząc zagubienie w szeregach rywala, zaczęli napierać. Akcja za akcją, strzał za strzałem i niemożliwe stało się faktem! Na tablicy wyników pojawił się remis 10:10.
Publika zgromadzona wokół boiska bacznie obserwowała rozwój wydarzeń. Emocje sięgały zenitu i mecz mógł potoczyć się w obie strony. Obie ekipy jednak nieco uspokoiły tempo, dorzuciły po jednym trafieniu i rywalizacja zakończyła się hokejowym wynikiem 11:11.
Spotkanie pomiędzy Warsaw Gunners FC a KS Driperzy od samego początku miało bardzo jednostronny przebieg. Już pierwsza połowa pokazała, że tego wieczoru na boisku będzie dominować tylko jedna ekipa. KS Driperzy narzucili swoje warunki gry od pierwszej minuty i schodzili na przerwę z bardzo wysokim prowadzeniem 5:0. W zespole Warsaw Gunners brakowało dosłownie wszystkiego - nie funkcjonowała ani obrona, która zostawiała mnóstwo miejsca przeciwnikom, ani atak, który nie potrafił stworzyć realnego zagrożenia pod bramką rywali.
Nawet czerwona kartka, którą obejrzał Norbert Gregorczyk, nie była w stanie wybić Driperów z uderzenia. Choć musieli radzić sobie w osłabieniu, w ogóle nie było tego widać na boisku. Zespół dalej pewnie kontrolował piłkę i regularnie dorzucał kolejne trafienia, pokazując dużą swobodę w budowaniu akcji. Prawdziwy koncert strzelecki urządził sobie Wiktor Stojek, który aż cztery razy wpisał się na listę strzelców.
Warsaw Gunners próbowali walczyć o poprawienie wyniku, co zaowocowało dwoma bramkami autorstwa Patryka Szerszenia i Wiktora Zdzienickiego. Były to jednak tylko trafienia pocieszenia, które w żaden sposób nie zagroziły zwycięstwu rywali. KS Driperzy do samego końca pilnowali wyniku i nie pozwolili sobie na chwilę rozluźnienia. Ostatecznie mecz zakończył się bardzo wysokim i w pełni zasłużonym zwycięstwem faworytów 9:2.
Starcie na szczycie 7. ligi w ramach 13. kolejki zapowiadało ogromne emocje. Lider tabeli Alash FC podejmował wicelidera – ekipę Virtualne Ń. Obie drużyny przystąpiły do meczu w pełnej mobilizacji, jednak początek spotkania kompletnie zaskoczył gości.
Gospodarze od pierwszego gwizdka narzucili bardzo wysokie tempo i błyskawicznie przejęli pełną kontrolę nad wydarzeniami na boisku. Ich dominacja była wręcz przytłaczająca. W pewnym momencie Alash prowadził aż 7:0, co musiało być ogromnym szokiem dla drużyny przeciwnej. Kluczową postacią w tym fragmencie gry był Madiyar Seiduali, który w krótkim czasie skompletował hat-tricka, dokładając do tego jeszcze asystę. Swoje trzy grosze dorzucił także bramkarz gospodarzy Alizhan Zamirov, który pewnie wykorzystał rzut karny. Cała drużyna Alash prezentowała się w tym fragmencie znakomicie i ciężko było dostrzec ich słabe punkty.
Virtualne Ń długo nie potrafili znaleźć odpowiedzi na ofensywny napór rywali, ale przełamanie w końcu nadeszło. Pierwszy sygnał do odrabiania strat dał Filip Dawydzik, którego trafienie tchnęło w zespół gości nową energię. Jeszcze przed przerwą Virtualni zdobyli dwie kolejne bramki, jednak Alash FC nie zamierzali zwalniać tempa i również dołożyli dwa trafienia. Końcówka pierwszej połowy przyniosła jeszcze jeden istotny moment – Daulet Niyazov obejrzał czerwoną kartkę za zatrzymanie piłki ręką zmierzającej do siatki i to zdarzenie wyraźnie dodało gościom nadziei przed drugą częścią meczu.
Po przerwie ponownie lepiej zaczęli gospodarze – na 10:3 podwyższył niezawodny tego dnia Madiyar Seiduali. Wydawało się, że losy spotkania są już rozstrzygnięte, jednak wtedy Virtualni ruszyli do zdecydowanego ataku. Na około 10 minut przed końcem zdołali zmniejszyć stratę do czterech bramek, a duży udział w tej pogoni miał Szymon Kolasa, który w tym okresie skompletował hat-tricka. Końcówka należała jednak do Alash FC, którzy zachowali więcej chłodnej głowy i przypieczętowali zwycięstwo, ustalając wynik na 12:7.
Mimo wysokiej porażki Virtualne Ń mogą żałować przede wszystkim pierwszej połowy. Po przerwie zaprezentowali się znacznie lepiej i pokazali, że nieprzypadkowo zajmują czołowe miejsce w tabeli. Druga część spotkania była zdecydowanie bardziej wyrównana i godna pojedynku lidera z wiceliderem 7. ligi.
Wieczorne spotkanie na AWF-ie przyniosło kibicom intensywne, otwarte i momentami bardzo fizyczne widowisko. Od pierwszych minut było widać, że Skra Warszawa – z zawodnikami mającymi doświadczenie z dużego boiska – nie zamierza oddać pola bez walki. Mimo to gospodarze lepiej weszli w mecz i do przerwy prowadzili 2:1, prezentując bardziej zespołowe i uporządkowane podejście.
Mecz od początku toczył się w wysokim tempie, a akcje szybko przenosiły się spod jednej bramki pod drugą. Skra opierała swoją grę na indywidualnościach, które potrafiły zrobić różnicę w pojedynczych akcjach. Najbardziej widoczny był Lewis Onuigbo – dynamiczny, szybki, zwrotny i niezwykle silny zawodnik ofensywny. Zdobył bramkę i zanotował asystę, regularnie stwarzając zagrożenie i napędzając ataki swojej drużyny. Wsparcie dawał mu Bartosz Dzikowski, autor dwóch bramek, który potrafił odnaleźć się w kluczowych momentach.
Po stronie gospodarzy kluczem była jednak gra jako kolektyw. Czasoumilacze nie polegali na jednym zawodniku – ich siłą była współpraca, ruch bez piłki i konsekwencja w realizowaniu założeń. Na tym tle wyróżniał się Piotr Cieślak, który zanotował 2 bramki i asystę, będąc jednym z liderów ofensywy.
Szczególne uznanie należy się również Mateuszowi Musińskiemu. Przed meczem nie był wskazywany jako potencjalna gwiazda spotkania, a tymczasem rozegrał kapitalne zawody. Ten niepozorny zawodnik dołożył 3 asysty i bramkę, imponując spokojem, przeglądem pola i skutecznością w kluczowych momentach.
W drugiej połowie Czasoumilacze zaczęli budować przewagę, wykorzystując lepszą organizację gry i zespołowość. Skra walczyła, ale nie była w stanie zatrzymać rozpędzonych gospodarzy. Ostatecznie mecz zakończył się wynikiem 8:5, a gospodarze zasłużenie sięgnęli po zwycięstwo, pokazując, że dobrze funkcjonujący kolektyw potrafi zneutralizować nawet bardzo mocne indywidualności.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)