Sezon 2013/2014
Relacje meczowe: 11 Liga
Rywalizacja Patetikos z MWSP otwierała zmagania w 11. lidze. Gospodarze nieco spuścili z tonu po całkiem niezłym początku sezonu, co poniekąd spowodowane jest faktem, że w ostatnim czasie – z różnych względów – nie mogą korzystać z kilku czołowych zawodników.
Do zespołu dołączył co prawda Maciej Kurpias, ale ten transfer na niewiele się zdał, bo wracający po kontuzji zawodnik nie dokończył nawet pierwszej części spotkania. Na tym tle frekwencja w MWSP wygląda wręcz wzorowo.
Mecz przez długi czas był niezwykle wyrównany. Obie ekipy miały swoje sytuacje do zdobycia bramki, ale na pierwsze trafienie musieliśmy czekać aż do 19. minuty – wtedy z indywidualną akcją ruszył Jakub Sołdaczuk i strzałem z dystansu pokonał Dominika Trzaskowskiego. Takie rozwiązanie okazało się wyjątkowo skuteczne, bo w ten sam sposób – i niemal z tego samego miejsca – padły kolejne dwa gole, autorstwa Łukasza Piechocińskiego i Macieja Wrotniaka. Powtarzalność godna pozazdroszczenia!
Druga część meczu nie zapowiadała się lepiej dla Patetikos. Kolejne urazy i wąska kadra nie dawały zbyt dużego pola manewru, jednak początek drugiej połowy przyniósł gola Patryka Skibińskiego na 1:3. Niestety, radość gospodarzy nie trwała długo, a dwa kolejne trafienia Jana Michny właściwie przesądziły o tym, że komplet punktów zgarnęło MWSP. Spotkanie zakończyło się wynikiem 2:6, który w pełni oddaje jego przebieg.
MWSP było zespołem lepszym w tej rywalizacji, choć Patetikos również miało swoje momenty. Niemniej jednak gospodarze na razie są cieniem drużyny z poprzedniego sezonu. Muszą się zmobilizować na ostatnie kolejki, by czołówka tabeli nie uciekła im zbyt daleko.
Mecz pomiędzy ekipami szorującymi po dnie ligowej tabeli z reguły nie kojarzy się z emocjonującym widowiskiem, a jednak w tym przypadku piłkarskiej jakości i ciekawych momentów wcale nie brakowało.
Osłabieni kadrowo, choć wciąż stawiani w roli faworyta piłkarze Narketu rozpoczęli strzelanie jako pierwsi – podanie Rubena Nieścieruka z bramki próbował przechwycić jeden z defensorów rywali, lecz nie opanował w pełni futbolówki, dając pole do popisu czujnie czyhającemu za plecami Śliwińskiemu, który sprytnym strzałem umieścił ją w siatce. Choć przewaga gospodarzy nie była rażąca, to jednak wystarczająca, by kontrolować wydarzenia na boisku w większym stopniu niż przeciwnicy. Na 2:0 trafił Maciek Zadroziński po podaniu Konrada Szuflińskiego, lecz – o dziwo – były to miłe złego początki.
Najpierw sprokurowany rzut karny, który z zimną krwią wykorzystał doświadczony Robert Kwapisz, potem „żółtko” dla Szuflińskiego za pretensje do arbitra, a na deser ładna klepka duetu Vertun–Kumor, dająca Legijnej Ferajnie wyrównanie. Odpowiednia motywacja ze strony kapitana gospodarzy nie pozwoliła jednak zawodnikom Narketu pogrążyć się w marazmie – wręcz przeciwnie, błyskawicznie wzięli się do pracy, czego efektem był gol Zadrozińskiego po serii wygranych przebitek. Przed przerwą długą piłkę od golkipera gospodarzy uratował przed opuszczeniem boiska Śliwiński, a wykorzystując moment nieuwagi rywali, dopadł do niej Michał Grzybowski, podwyższając wynik na 4:2.
W drugiej odsłonie oglądaliśmy dość chaotyczny obraz gry, przez co o zdobyczach bramkowych często decydowały detale. Takim z pewnością było świetnie wymierzone podanie Rubena Nieścieruka, które wyprowadziło Filipa Śliwińskiego wzdłuż lewej linii boiska – ten minął bramkarza i z ostrego kąta umieścił piłkę w siatce. Na 5:3 trafieniem Oskara Kwapisza odpowiedzieli zawodnicy Ferajny, lecz kolejne gole – Zadrozińskiego po wyśmienitym woleju przy słupku, Śliwińskiego po następnej asyście Nieścieruka, Mazurka nabitego szczęśliwie przez rywala oraz Grzybowskiego, który wykorzystał fatalną pomyłkę golkipera Zielonych – nie pozostawiły już żadnych złudzeń. Nie pomogła nawet bramka o „ciekawej urodzie” autorstwa Roberta Kwapisza na 9:4, gdyż czasu na zmiany było już zbyt mało.
Jak ważne było to zwycięstwo dla Narketu, mówiła sama radość zawodników po końcowym gwizdku – taka, jakiej nie widzieliśmy od poprzedniego sezonu. Ferajna natomiast wciąż czeka na swoje premierowe punkty.
Mimo że nie był to mecz na szczycie w dosłownym tego słowa znaczeniu, walki i piłkarskich emocji nie brakowało aż do ostatnich minut. Naprzeciw siebie stanęły ekipy Piwa Po Meczu FC, które pragnęło jak najszybciej opuścić strefę spadkową, oraz znajdująca się w środku tabeli CWKS Ferajna Warszawa.
Elektryzujący początek spotkania, w którym obie strony na zmianę przechwytywały futbolówkę i wyprowadzały kontrataki, szybko przerodził się w festiwal niedokładności. W efekcie przez całą pierwszą odsłonę zmagań nie zobaczyliśmy ani jednego trafienia – najbliżej był Adam Stankiewicz, ale jego strzał obił jedynie słupek.
Po przerwie obie drużyny przyjęły bardziej charakterystyczne dla siebie założenia taktyczne – Piwo Po Meczu z żelazną defensywą i dobrym doskokiem czekało na przechwyt oraz kontratak, natomiast CWKS cierpliwie budował akcje w ataku pozycyjnym. Prawdopodobnie wynik zostałby otwarty znacznie wcześniej, gdyby nie kapitalna dyspozycja bramkarzy – Jacka Spalińskiego i Stanisława Dąbrowskiego – którzy kilkukrotnie ratowali swoje drużyny przed stratą gola. Pierwsze trafienie padło dopiero w okolicach 30. minuty meczu. Po przechwycie w środku pola gospodarze ruszyli z kontrą, którą sfinalizował duet Karol Talarek – Szymon Koziarski, a ten drugi umieścił piłkę w siatce. Radość gospodarzy nie trwała jednak długo – już chwilę później rzut wolny Kacpra Waza przyniósł wyrównanie dla Ferajny. Remis utrzymywał się przez kilka minut, aż w końcówce spotkania Konrad Krużyński dobił obroniony przez bramkarza strzał, wyprowadzając gości na prowadzenie 1:2. To trafienie wyraźnie podniosło morale CWKS-u, który poszedł za ciosem i dołożył kolejne dwa gole. Najpierw Jakub Cieśluk dograł płasko w pole karne do Bartosza Sitarka, który z najbliższej odległości wpakował piłkę do bramki, a chwilę później Bartosz Puchacz wykorzystał błąd Spalińskiego, zdobywając czwartego gola.
Rezultat 1:4 pozwolił gościom utrzymać niewielki dystans do podium, co w perspektywie dalszych kolejek może mieć ogromne znaczenie w walce o czołowe lokaty. Piwo Po Meczu natomiast wciąż nie znalazło sposobu, by opuścić niechlubną „czerwoną strefę”.
To był prawdziwy hit kolejki w 11. dywizji – starcie dwóch czołowych zespołów, które w pełni spełniło oczekiwania kibiców. Tempo, emocje, bramki i indywidualne popisy – ten mecz miał wszystko, co najlepsze w ligowym futbolu.
Spotkanie rozpoczęło się błyskawicznie. Już w 2. minucie Karol Kowalski dał prowadzenie Warsaw Wilanów, popisując się precyzyjnym uderzeniem z dystansu. To trafienie było jasnym sygnałem, że goście przyjechali po pełną pulę. Jednak radość nie trwała długo – odpowiedź gospodarzy była szybka i zdecydowana. Wyrównującego gola zdobył Piotr Górecki, który od tego momentu przejął kontrolę nad grą i rozegrał prawdziwy koncert.
Pomocnik Choszczówki nie tylko strzelił gola, ale też popisał się trzema asystami, które przesądziły o losach spotkania. W jego grze było wszystko: wizja, spokój i dokładność w kluczowych momentach. To po jego podaniach Bartosz Sałata dwukrotnie wpisał się na listę strzelców, pokazując, jak dobrze rozumie się z liderem drużyny.
W 34. minucie na tablicy widniał wynik 5:2 dla Choszczówki i wydawało się, że mecz jest już rozstrzygnięty. Ale Wilanów nie zamierzał się poddawać. Goście pokazali charakter, zdobywając dwie bramki kontaktowe w końcówce – ponownie błysnęli Świtalski (dwa gole i asysta) oraz Kowalski, którzy próbowali poderwać zespół do walki. Szkoda tylko, że ta pogoń rozpoczęła się tak późno, bo emocji w końcówce mogło być jeszcze więcej.
Ostatecznie AC Choszczówka wygrała 5:4, udowadniając, że to drużyna bardziej konkretna, zgrana i poukładana. Gospodarze imponowali dynamiką, techniką i lepszym zrozumieniem w ofensywie, a ich zwycięstwo było w pełni zasłużone. Tego dnia o sukcesie zadecydowały detale a Choszczówka miała ich po prostu więcej.
W 11. lidze, w 5. kolejce, zmierzyły się ze sobą drużyny Hiszpański Galeon oraz Mistrzowie Chaosu. Spotkanie od początku zapowiadało się interesująco – doświadczenie gości kontra młodość, dynamika i technika gospodarzy. Pierwsza połowa była bardzo wyrównana i zakończyła się remisem 2:2, co dawało nadzieję na emocjonującą drugą część meczu.
Po przerwie jednak Hiszpański Galeon całkowicie przejął kontrolę nad wydarzeniami na boisku. Gospodarze grali szybciej, z większą energią i dokładnością. Ich przewaga w tempie oraz w pojedynkach „jeden na jeden” była widoczna gołym okiem. W drugiej połowie zespół całkowicie zdominował rywala i zakończył mecz efektownym zwycięstwem 9:4.
Na szczególne wyróżnienie zasłużyli Krzysztof Małażewski oraz Adam Strobel – duet, który napędzał ofensywne akcje Galeonu. Małażewski imponował dynamiką, zwrotnością i odwagą w dryblingu, a jego dwie asysty i gol były potwierdzeniem świetnej formy. Strobel z kolei był prawdziwym lisem pola karnego – zawsze w odpowiednim miejscu i czasie, skutecznie wykorzystujący każde podanie. Zanotował trzy bramki i asystę, będąc kluczową postacią zwycięskiego zespołu.
Mistrzowie Chaosu, choć walczyli ambitnie, z czasem opadli z sił. Brak świeżości i niższe tempo gry sprawiły, że nie byli w stanie utrzymać równowagi w drugiej połowie.
Hiszpański Galeon zasłużenie sięgnął po trzy punkty, pokazując, że technika, tempo i kondycja potrafią przechylić szalę zwycięstwa nawet w starciu z bardziej doświadczonym przeciwnikiem.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)