reklama reklama
usuń na 24h reklama
menu ligowe
Archiwum
poziomy rozgrywek
aktualnośći
aktualnośći
Rozgrywki
Statystyki
Futbol.tv
turnieje
Wywiady
DECATHLON CUP
Galeria
Ekstraklasa
1 Liga
2 Liga
3 Liga
4 Liga
5 Liga
6 Liga
7 Liga
8 Liga
9 Liga
10 Liga
11 Liga
12 Liga
13 Liga
14 Liga
15 Liga
16 Liga
ID
Godzina
Gospodarz
Wynik
Gość
Raport
1
08:00

Jedno z najładniejszych spotkań ostatniej kolejki miało miejsce, zanim większość osób zdążyła wypić poranną kawę! O ósmej rano Georgian Team mierzył się z Shot DJ, a obie drużyny od początku grały dynamicznie i testowały nawzajem swoich bramkarzy.

Najpierw ładną piętką bramkę zdobył Saba Lomia, jednak gospodarze nie byli w stanie pójść za ciosem. Po kilku minutach Shot DJ wyrównał – Krzysztof Bartkiewicz w zamieszaniu próbował pokonać Bekę Meskhiego efektowną przewrotką. Gruzin wykazał się fantastycznym refleksem i zbił piłkę nogą na słupek, jednak Chris Rodil Kalaba doskoczył do bezpańskiej futbolówki i wbił ją do bramki z najbliższej odległości. Status quo nie trwał jednak długo – po chwili Saba Lomia, po klepce z Lashą Gabrichidze, ponownie wyprowadził swoją drużynę na prowadzenie. Później jednak rolę aktora pierwszoplanowego przejął Jan Jabłoński. Jeszcze przed przerwą wyprzedził rywali, by pokonać bramkarza gości w sytuacji sam na sam, jednak prawdziwy koncert dał po przerwie.

W drugiej odsłonie Janek strzelił wszystkie bramki swojej drużyny, a goście wygrali aż 6:3. Gospodarzom brakowało sił oraz szczęścia – często przegrywali piłki stykowe o włos, co powodowało dodatkową frustrację. Tymczasem goście wyglądali coraz pewniej i systematycznie dążyli do powiększenia swojej przewagi. Na pocieszenie dla gospodarzy porażka ta nie przekreśla ich szans na medal – dwumecz z Shot DJ zakończył się idealnym remisem, więc w ostatnich spotkaniach drużyny będą rywalizowały ze sobą korespondencyjnie. Co więcej, choć Georgian Team spadł na czwarte miejsce, ma tyle samo punktów co drużyna, której wyższość musiał uznać w niedzielę. Natomiast do drugiego miejsca traci tylko dwa oczka, więc wszystko pozostaje w rękach Saby Lomii i jego kolegów. Najbliższa okazja do poprawy wiosennych osiągnięć będzie już w nadchodzącym spotkaniu z zamykającym tabelę Green Lantern.

2
08:00

W dolnej części tabeli doszło do bardzo ważnego starcia – Bartolini Pasta podejmowała Green Lantern. Różnice punktowe między zespołami są minimalne, więc trudno było wskazać wyraźnego faworyta. Dodatkowo u gości pojawiły się nowe twarze, co tylko podkręcało ciekawość przed tym meczem.

Lepiej zaczęli gospodarze i to oni jako pierwsi wyszli na prowadzenie, ale odpowiedź przyszła szybko. Nowy nabytek Green Lantern, Łukasz Pruszyński, błyskawicznie zaznaczył swoją obecność, zdobywając dwie bramki i pokazując się jako realne zagrożenie pod bramką rywali. Dobrze odnajdywał się w ataku, często utrzymywał się przy piłce i sprawiał sporą trudność defensywie przeciwników.

Mecz od początku był otwarty – Bartolini Pasta potrafiła odpowiedzieć i wychodziła na prowadzenie, między innymi po pięknym trafieniu Mateusza Brożka. Jednak, jak to często bywa, głos zabrał lider gości. Mikołaj Wysocki jeszcze przed przerwą skompletował hat-tricka i to Green Lantern schodziło do szatni z jednobramkowym zapasem. Było widać, że ich gra zaczyna się lepiej układać. Warto dodać, że goście musieli radzić sobie w trudnych warunkach – już na początku meczu kontuzji doznał ich podstawowy bramkarz i między słupkami stanął zawodnik z pola. Mimo tego zespół nie stracił stabilności.

Po przerwie Green Lantern wyglądało pewniej. Lepiej kontrolowali przebieg meczu, byli bardziej uporządkowani w defensywie i rzadziej dawali się łapać na kontry. Swoje momenty miał też drugi z nowych zawodników, Damian Michalczyk – dobrze czuł się z piłką przy nodze, próbował dryblingów i dawał drużynie jakość w rozegraniu. Mimo że Bartolini Pasta cały czas trzymała kontakt i odpowiadała na kolejne trafienia, to przez większość drugiej połowy utrzymywało się jednobramkowe prowadzenie gości. Dopiero w końcówce Mikołaj Wysocki przypieczętował zwycięstwo, dokładając kolejne trafienie i odbierając gospodarzom nadzieję na punkty.

Dzięki temu zwycięstwu sytuacja na dole tabeli robi się jeszcze ciekawsza – Green Lantern wyraźnie pokazało, że nie zamierza pogodzić się ze strefą spadkową.

3
09:00

Zapowiadało się na starcie drużyn z zupełnie innymi celami na ten sezon. FC Zaborów, po świetnej rundzie jesiennej zakończonej na podium, wciąż liczył się w walce o awans. Saska Kępa natomiast koncentrowała się głównie na utrzymaniu, a do meczu przystępowała po dwóch porażkach, z wyraźną chęcią przełamania.

Od pierwszych minut inicjatywa należała do gospodarzy. FC Zaborów miał więcej pomysłu na rozegranie i częściej utrzymywał się przy piłce, jednak długo nie potrafił przełożyć tego na konkretne sytuacje bramkowe. Saska Kępa broniła się skutecznie aż do 17. minuty. Wtedy rozpoczął się prawdziwy koncert jednego zawodnika. Między 17. a 21. minutą Ratajczak skompletował hat-tricka, kompletnie rozbijając defensywę gości i zmieniając przebieg spotkania w zaledwie kilka chwil. Saska Kępa zdołała odpowiedzieć jedynie trafieniem Cyrana z dystansu, ale do przerwy to Zaborów prowadził pewnie 3:1.

Druga połowa to już wyraźna dominacja gospodarzy. Goście zaczęli opadać z sił, co bezlitośnie wykorzystali rywale. W 27. minucie Ratajczak dołożył kolejne trafienie, podwyższając na 4:1, a trzy minuty później wynik na 5:1 ustalił Jacewicz. Prawdziwie niecodzienne wydarzenia miały miejsce między 35. a 38. minutą. W tym krótkim fragmencie Czarnecki skompletował hat-tricka, pokazując niesamowitą skuteczność i jeszcze bardziej pogrążając przeciwników. Chwilę później gola dla Saskiej Kępy zdobył Gediga, ale na 10 minut przed końcem Zaborów prowadził już 8:2.

Końcówka należała ponownie do Ratajczaka, który w zaledwie dwie minuty dołożył trzy kolejne bramki, kończąc mecz z imponującym dorobkiem. Ostatnie słowo należało do Zahorodnego, który ustalił wynik spotkania na 12:2.

FC Zaborów wysłał tym samym bardzo mocny sygnał w walce o awans, prezentując ofensywną siłę i skuteczność na najwyższym poziomie. Saska Kępa natomiast musi szybko wyciągnąć wnioski, bo walka o utrzymanie wciąż pozostaje dla niej priorytetem.

4
10:00

Spotkanie Sante ze Szmulkami Warszawa zaczęło się bardzo zaskakująco. Już w pierwszych sekundach gospodarze wyszli na prowadzenie – szybka akcja i Paweł Kowalski dał swojej drużynie idealny start. Chwilę później było już 2:0 i wyglądało na to, że Sante weszło w mecz perfekcyjnie, podczas gdy Szmulki były jeszcze „poza grą” – brak skupienia i spóźnienia w składzie utrudniły im dobre wejście w spotkanie.

Goście potrzebowali chwili, żeby się obudzić. Impuls dał Borys Sułek, który wygrał pojedynek w środku pola i uderzeniem z dystansu zdobył bramkę kontaktową. Niedługo później był już remis i mimo szalonego początku mecz się uspokoił – przez dłuższy czas żadna ze stron nie potrafiła przejąć wyraźnej kontroli. Dopiero końcówka pierwszej połowy znów należała do Sante, które dołożyło dwa trafienia i schodziło na przerwę z przewagą.

Po zmianie stron obraz gry się odwrócił. Szmulki wyglądały dużo lepiej – grały szybciej, składniej i zaczęły regularnie dochodzić do sytuacji. Po około dziesięciu minutach doprowadziły do wyrównania, a chwilę później wyszły na prowadzenie. Sante wyraźnie straciło swoją pewność z pierwszej połowy, a goście złapali rytm. Końcówka to już czysty rollercoaster. Na pięć minut przed końcem Maksymilian Jędrzejak skompletował hat-tricka i dał gospodarzom kontakt. Zaraz potem Paweł Kowalski wyrównał i emocje sięgnęły zenitu – obie drużyny szły po zwycięstwo, sytuacje pojawiały się zarówno z jednej, jak i drugiej strony.

Sante w końcówce postawiło wszystko na atak i to się na nich zemściło. Po jednej z akcji stracili piłkę, poszła szybka kontra i Mateusz Łęcki strzelił decydującego gola dla Szmulek Warszawa. Goście odwrócili losy meczu po słabym początku i ostatecznie to oni zgarnęli trzy punkty.

5
12:00

Patrząc na wynik, można odnieść wrażenie, że było to raczej jednostronne widowisko, ale jest to przypuszczenie zupełnie fałszywe. Ekipa Mateusza Jochemskiego musiała srogo się napracować na taki rezultat i niech świadczy o tym chociażby to, że pierwszy gol padł dopiero po kwadransie gry.

Obie ekipy miały swoje szanse, ale niemoc strzelecką po obu stronach przełamał dopiero w 16. minucie Eryk Stoch, który popisał się mocnym, ale precyzyjnym strzałem z dystansu. Skromne prowadzenie 1:0 utrzymało się praktycznie do samej końcówki pierwszej połowy i spora w tym zasługa bramkarza Mikstury, Cezarego Kubalskiego, który tego dnia bronił jak natchniony, a napastnicy Old Eagles zadbali, aby miał co robić w tym meczu. W 24. minucie kontra rozpoczęta przez Artura Zawadzińskiego zakończyła się golem Filipa Junowicza i gospodarze schodzili do szatni ze skromnym, ale solidnym prowadzeniem 2:0.

Po zmianie stron Mikstura miała błyskawiczną okazję do podwyższenia, ale skończyło się obiciem poprzeczki. Old Eagles szukali swoich okazji, jednak w grze ekipy z Koła wyraźnie zabrakło tego dnia polotu, który był konieczny, aby zagrozić znajdującemu się w kapitalnej formie Cezaremu Kubalskiemu. Sytuacja Orzełków zrobiła się dramatyczna, kiedy w 38. minucie na 3:0 trafił Artur Zawadziński. Goście zdecydowali się na grę z lotnym bramkarzem, ale chwilę później stracili kolejnego gola i choć do końca zostało jeszcze prawie dziesięć minut, to raczej nie mogło być mowy o odwróceniu losów spotkania.

Goście próbowali, ale nie udało się nawet zdobyć gola honorowego, a wynik w ostatniej akcji meczu ustalił Patryk Zych. Dzięki temu zwycięstwu Mikstura zrobiła bardzo wyraźny krok w kierunku mistrzostwa 6. ligi.

Reklama