Sezon 2013/2014
Relacje meczowe: 6 Liga
Po porażce z poprzedniej kolejki Perła miała na ten mecz jasny cel – wygrać z Saską i umocnić się na pozycji lidera. O ile w zeszłym tygodniu zawiodła frekwencja, o tyle tym razem udało się Piotrowi Stańczewskiemu skompletować solidny skład i gospodarze wyszli na murawę w dobrych nastrojach. Wydawało się, że Perła będzie dyktować warunki gry od pierwszego gwizdka, ale nie minęła nawet minuta i to Saska otworzyła wynik, kiedy typową dla siebie akcję na zastawkę wykorzystał Sebastian Sitek. Gospodarze zaliczyli mały falstart, ale otrząsnęli się błyskawicznie – w 3 minucie gola zdobył Matheus Franco, w 5 minucie indywidualny rajd i podanie Filipa Żukowskiego na bramkę zamienił Oliwier Tetkowski, a w 6 minucie Oliwier asystował przy trafieniu Igora Bartkowskiego i Perła wyszła na prowadzenie, którego nie oddała już do końca spotkania. Saska nie pozostawała bierna i po chwili na 3:2 trafił Marcin Nowak, jednak po tej bramce inicjatywa stopniowo przechodziła na stronę gospodarzy. W 12 minucie żółty kartonik obejrzał defensor Saskiej Kępy i choć strzał z rzutu wolnego trafił w mur, dwie minuty później piłkę do siatki sprytnym zagraniem zapakował Arkadiusz Król. Kolejnego gola jeszcze przed przerwą dołożył Matheus Franco i Perła schodziła do szatni z bezpiecznym prowadzeniem 5:2. Druga połowa należała już zupełnie do teamu Piotra Stańczewskiego. W 29 minucie Arkadiusz Król wypatrzył uciekającego na lewym skrzydle Igora Bartkowskiego i podał tak, że Igor tylko dołożył nogę i było 6:2. Saska odpowiedziała drugim golem Marcina Nowaka, ale zespołowi Korneliusza Troszczyńskiego coraz częściej brakowało koncentracji, pojawiały się wzajemne pretensje i brak jasnej komunikacji. W efekcie kompletnie zawiodło krycie w obronie i gole dla Perły posypały się jak z rękawa i mecz zakończył się pewnym zwycięstwem gospodarzy 10:4. Warto odnotować, że aż trzech zawodników Perły WWa skompletowało hat-tricka – mowa tu o Matheusie Franco, Oliwierze Tetkowskim i Igorze Bartkowskim. Dzięki temu zwycięstwu Perła WWa przybliżyła się do zdobycia mistrzostwa, które w przypadku zwycięstwa z ADP może świętować już za tydzień. Saska Kępa utrzymała się na trzeciej pozycji, ale przewaga nad trzecimi w tabeli Popalonymi Stykami zmalała do dwóch oczek i team Korneliusza Troszczyńskiego będzie musiał jeszcze powalczyć, aby zapewnić sobie brązowe medale.
ADP Wolska Ferajna pewnie chciałaby jak najszybciej zapomnieć o ostatnich tygodniach. Remis na własne życzenie z Popalonymi Stykami, a potem dwie bolesne porażki i z zespołu, który miał prawo marzyć o medalach, nagle się okazało, że ekipa Kamila Jagiełło bardziej niż przed siebie, musi patrzeć co dzieje się za nią. Jej niedzielny rywal czyli A.D.S. Scorpion’s też nie mieli w ostatnim czasie wysokich notowań, aczkolwiek wygrana z Radlerem stanowiła ważny element w kierunku odbudowania dobrej pozycji w tabeli. Teraz celem były kolejne trzy punkty, aczkolwiek było jasne, że nie przyjdą one tak łatwo jak na jesieni, gdy Skorpiony pokonały Ferajnę aż 11:1. To się potwierdziło, chociaż akurat pierwsza połowa była zdecydowanie na korzyść drużyny Artura Kałuskiego. Pod względem czysto piłkarskim ta drużyna była lepsza, natomiast nie było łatwo złamać opór rywali, zwłaszcza że to ekipa z Woli objęła prowadzenie. Gdy jednak Skorpiony złapały swój rytm, to błyskawicznie udało się odwrócić losy spotkania i po 25 minutach gry wynik brzmiał 3:1. Zupełnie inaczej wyglądała druga odsłona. Początkowo nie zwiastowała ona kłopotów dla A.D.S., jednak rywale nie odpuszczali i po tym, jak zdobyli gola kontaktowego, przejęli kontrolę nad spotkaniem. I naprawdę mieli wystarczająco dużo okazji, by pokusić się tutaj o coś więcej. W tym okresie przeciwnik praktycznie nie istniał, Skorpionom ciężko było opuścić własną połowę i wydawało się, że gol na 3:3 jest tylko kwestią czasu. Po jednej z akcji ADP widzieliśmy już nawet piłkę w siatce, ale Jarosław Marek i Piotrek Arendt na spółkę zażegnali ogromne niebezpieczeństwo. I dosłownie chwilę po tej sytuacji, ekipa Skorpionów przeprowadziła jeden z niewielu ataków w drugiej połowie i to właśnie po nim „zabiła” mecz trafieniem na 4:2. Triumfatorzy najedli się jednak sporo strachu i drugie 25 minut w ich wykonaniu było na tyle słabe, że tylko indolencji strzeleckiej oponentów zawdzięczają, że nie stracili tutaj tego, co wypracowali sobie w pierwszej połowie. Wolska Ferajna może być z kolei zawiedziona. Owszem, pierwsza połowa nie była taka, jak sobie ją wyobrażali, ale w drugiej w wielu fragmentach na ten zespół naprawdę dobrze się patrzyło. Szkoda tylko, że z ich perspektywy, to jedyny pozytyw jaki został im po ostatnim gwizdku.
Mecz pomiędzy drużynami FC Dziki z Lasu z FC Łazarskim miał zdecydowanego faworyta w postaci gospodarzy, który po serii zwycięstw włączył się do walki o mistrzostwo. Drużyna gości po kilku meczach bez zdobyczy punktowej zajmuje ostatnie miejsce w ligowej tabeli i kolejny sezon spędzi w niższej klasie rozgrywkowej. Pomimo dużej różnicy punktowej pierwsze minuty spotkania były bardzo wyrównane. Dopiero 7 minuta przyniosła nam pierwszą bramkę strzeloną przez zespół gospodarzy. W kolejnych fragmentach przewagę miał wyżej notowany zespół, jednak ich ataki były nieskuteczne i nie przyniosły one zmiany rezultatu. Ich próby zakończyły się powodzeniem pod koniec pierwszego kwadransa gry, gdy uzyskali dwubramkową przewagę. W ostatnich fragmentach jeszcze dwukrotnie zdołali pokonać golkipera rywali i na przerwę drużyny schodziły przy wyniku 4:0. Druga połowa zaczęła się od zdecydowanych ataków Dzików z Lasu, którzy w tej części meczu byli bardzo skuteczni i w ciągu kilku minut aż czterokrotnie zdołali umieścić piłkę w bramce rywali. Goście próbowali zdobyć bramkę honorową, ale ich ataki były mało skuteczne. Dodatkowo w ostatnich fragmentach ich bramkarz został pokonany jeszcze dwukrotnie i mecz zakończył się wysokim zwycięstwem gospodarzy 10:0. Wynik spotkania jak najbardziej sprawiedliwy, ponieważ zespół Łazarskiego był tylko tłem na tle rywali i tylko przez ich słabą skuteczność w pierwszej połowie meczu przez dłuższy czas mogli jeszcze myśleć o urwaniu punktów swoim przeciwnikom. FC Dziki z Lasu dzięki zdobytym trzem punktom mają jeszcze matematyczne szanse na końcowy sukces, jakim na pewno będzie zdobyte przez nich mistrzostwo.
Kilka tygodni temu, gdy Tornado Squad pokonywało Slavic Warszawa pisaliśmy, że to nie jest drużyna na spadek. Zawodnicy tej ekipy wyszli z podobnego założenia, bo zapisali na swoje konto również dwa kolejne spotkania i teraz należało zrobić kolejny krok, w kierunku umocnienia się w środku ligowej stawki. Rywal wydawał się dość wdzięczny, bo Radler Świętokrzyski miał zupełnie odwrotną passę, aniżeli niedzielny oponent. Ta ekipa przegrała swoje trzy ostatnie mecze i w ten sposób definitywnie pozbawiła się szans na utrzymanie. Nie wydaje nam się jednak, by świadomość relegacji miała na nich jakikolwiek wpływ. Przyjeżdżając w niedzielę na Arenę Grenady chcieli po prostu wygrać mecz, przełamać kiepską serię i jednocześnie fajnie zaakcentować debiut nowych strojów. Jednak na zapowiedziach się skończyło. Ten zespół po raz kolejny zaprezentował się w bardzo podobnym schemacie, w jakim mogliśmy go oglądać w poprzednich kolejkach. Czyli naprawdę bardzo dobry początek meczu, gdzie nie brakowało okazji, ale im dłużej to spotkanie trwało, tym wyglądało to słabiej. Tornado odwrotnie – początek taki sobie i to mimo objęcia prowadzenia po rzucie karnym, lecz w miarę upływu spotkania ten zespół zaczął sobie układać grę i efekty były znakomite. Do przerwy było 2:1, jednak w drugiej połowie procent posiadania piłki przez Tornado był tak duży, że to musiało się skończyć kolejnymi okazjami i bramkami. Tak też było – ekipa Michała Nawrockiego zdobyła bowiem dwie gole w krótkim odstępie czasu i było jasne, że nie da sobie wyrwać trzech punktów. Tym bardziej, że dobrze bronił Sebastian Szajkowski, który nie pozwalał, by rywale zminimalizowali straty. W tym miejscu trzeba też pochwalić jego vis-a-vis, czyli Wiktora Budzyńskiego, który również zaliczył dużo dobrych interwencji. Wynik stanął ostatecznie na 4:1, co wydaje się, że niemal gwarantuje Tornado utrzymanie. Jednocześnie jesteśmy bardzo ciekawi starcia tego zespołu w najbliższej kolejce z Saską Kępą, bo widzimy tutaj naprawdę duży potencjał na małą niespodziankę. Co do Radlera, to niestety czarna seria trwa. Prawda jest taka, że chłopaki grają zrywami i ich problem polega na utrzymaniu niezłej jakości na przestrzeni 50 minut gry. Mamy nadzieję, że to się szybko zmieni, zwłaszcza że jest tutaj wielu fajnych zawodników, ale widocznie aby to wszystko dobrze współgrało, potrzeba jeszcze trochę czasu.
W 16 kolejce 6 ligi drużyna Slavic Warszawa podejmowała FC Popalone Styki. Gospodarze zajmują 8 miejsce w tabeli i są w strefie spadkowej, musieli więc ten mecz wygrać. Goście natomiast to drużyna zajmująca 4 miejsce, która ma wielkie chęci aby znaleźć się w pierwszej trojce premiowanej awansem. Pierwsi bramkę zdobyli zawodnicy gospodarzy. Antek Nuszkiewicz precyzyjnie przymierzył z 20 metrów i piłka wpadła po długim rogu bezbronnego golkipera Styków. Widać było że Slavic się rozpędzają, ale Styki to nie zółtodzioby i też kreowali swoje okazje. Bardzo aktywny werbalnie i fizycznie bramkarz gości cały czas instruował swoich kolegów z drużyny jak mają się ustawić i dało to bardzo wymierny efekt. Wystarczy wspomnieć, że gospodarze zdobyli w tym meczu tylko jedną bramkę, natomiast goście aż dziewięć. Pierwsza połowa zakończyła się zwycięstwem drużyny przyjezdnej 2-1 i widać było, że zyskują oni coraz większą przewagę. Na drugą połowę obydwie drużyny wyszły gotowe na walkę i bardzo zmotywowane. Dla oka kibica było to bardzo ładne widowisko, natomiast dla oczu zawodników gospodarzy niestety nie. Styki zyskiwali coraz większą przewagę i trafiali raz za razem, zostawiając coraz bardzie w tyle ekipę gospodarzy. Czterech zawodników Styków zdobyło przynajmniej po 2 bramki, widać więc że drużyna w końcu się scementowała i stanowi zgrany kolektyw. Dzięki temu wygrali oni to spotkanie 9-1. Goście licząc na potkniecie w ostatnich kolejkach ekipy Saska Kępa szybko i chętnie wskoczą na ich miejsce, które premiowane jest awansem do 5 ligi, jednak sami też muszą swoje spotkania wygrywać. Slavic będąc na 8 miejscu w tabeli zagrożeni są spadkiem, ale mają jeszcze szanse na pozostanie w 6 lidze, muszą tylko i aż wygrać swoje ostatnie dwa spotkania i liczyć na potknięcie ADP Wolska Ferajna, Tornado Squad oraz ADS Scorpions. Czas pokaże, czy ten dobry dla siebie scenariusz, uda im się wcielić w życie.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)