Sezon 2013/2014
Relacje meczowe: 6 Liga
Rywalizacja między ADP Wolską Ferajną a Saską Kępą była niezwykle ważna w kontekście gry o medale. Przed tym spotkaniem zespół Korneliusza Troszczyńskiego był na trzecim miejscu w tabeli, miał jeden punkt przewagi nad swoim niedzielnym rywalem, więc dzięki kolejnym trzem punktom mógł zbudować sobie solidną zaliczkę nad drużyną Kamila Jagiełło. I wydawało się, że ta misja zostanie zrealizowana dość łatwo, albowiem do przerwy Saska prowadziła 5:1. Początek był co prawda wyrównany, więcej było fauli niż goli, ale z biegiem czasu Wolska Ferajna zaczęła tracić dystans do rywala i nie zapowiadało się, że będzie w stanie odrobić straty. Rozmowy motywacyjne w przerwie okazały się jednak na tyle skuteczne, że przegrywający przeprowadzili fantastyczny pościg za oponentem. Wreszcie zamiast tracić energię na wzajemne pretensji, skupili się tylko na piłce i w pewnym momencie wynik brzmiał 5:5! Saska Kępa była w odwrocie, lecz miała tego dnia kapitalnie dysponowanego Kamila Łukasika. Ten zawodnik łącznie zdobył aż pięć goli, z czego kluczowego właśnie przy stanie 5:5, co pozwoliło złapać oddech jego ekipie. W Ferajnie znów zaczęło się szukanie winnych, co Saska Kępa szybko wykorzystała i po dobrej końcówce ustaliła wynik spotkania na 8:5. Tym samym umocniła się na trzecim miejscu w tabeli i jednocześnie zmniejszyła dystans do Dzików z Lasu, którzy przegrali z Perłą WWA. Wolska Ferajna traci z kolei w tym momencie 4 punkty do podium i jeśli nie popracuje na sposobem komunikacji na boisku, to musi się liczyć z tym, że medale przejdą jej w tym sezonie koło nosa.
Bardzo ciekawe i zacięte spotkanie, miało miejsce w starciu dwóch zespołów walczących o utrzymanie. Mowa o FC Łazarskim, który podejmował FC Radler Świętokrzyski. Żadna z ekip nie chce nawet myśleć o relegacji, więc spodziewaliśmy się dużo twardej, ale zgodnej z przepisami walki i nie zawiedliśmy się. Musimy w tym miejscu pochwalić zawodników obu ekip, że mimo wysokiej stawki meczu, udało się zachować boiskową kulturę i mimo kilku kontrowersji, skupić się na grze w piłkę - brawo! Dzięki temu byliśmy świadkami widowiska, które do ostatnich chwil trzymało w napięciu. Pierwszy kwadrans nie przyniósł bramek, natomiast obfitował w liczne niecelne strzały lub dobre interwencje bramkarzy. Szczęścia jednak zabrakło Anassowi El Ansari, który po interwencji w polu karnym skierował piłkę do własnej bramki. Kilka chwil później miał okazję się zrehabilitować i tego nie zmarnował, gdy po przechwycie piłki zdecydował się na silne, płaskie uderzenie, które ostatecznie znalazło drogę do bramki rywali i mieliśmy 1:1. Jedynie minutę cieszyli się gospodarze z remisu, gdyż po rzucie rożnym, w wykonaniu Kuby Tomasiaka, piłka trafiła pod nogi Huberta Korzeniewskiego, a ten z bliska wcisnął piłkę koło słupka. Jednakże pech towarzyszył także graczowi Radlera, gdyż w akcji na 2:2 trafieniem samobójczym do protokołu meczowego zapisał się Michał Główczyk. Jego koledzy z zespołu postanowili jednak jeszcze w pierwszej połowie bardzo poprawić humor koledze i pokonali bramkarza rywali aż trzykrotnie. Na listę strzelców wpisywali się odpowiednio: Maciek Lis, Jakub Tomasiak oraz Bartek Jastrzębski, który w ostatniej minucie tej części gry przechwycił piłkę i sprytnym strzałem pokonał Deniza Suiemeza. Do przerwy 2:5 i wydawało się, że Radler wypracował sobie odpowiednią przewagę, by spokojnie kontrolować drugą połowę, jednak nic bardziej mylnego. Gracze "Łazarza" nie zamierzali oddawać meczu bez walki, a pościg za wynikiem rozpoczął Aleks Kochonen, który dograł piłkę do Zhasulana Kamantaya, a ten pewnie pokonał golkipera rywali. Kiedy na trzy minuty przed końcem, w zamieszaniu w polu karnym dobrze odnalazł się Jokhangir Khairullaev i dobitką wpisał się na listę strzelców, zrobiło się naprawdę gorąco. Gospodarze zmobilizowali swoje wszystkie siły, aby doprowadzić do remisu, jednak zabrakło czasu i ostatecznie FC Radler Świętokrzyski mógł się cieszyć z kompletu punktów, który daje im promyk nadziei w walce o utrzymanie.
A.D.S. Scorpion’s mogli się przed tym spotkaniem pochwalić serią czterech kolejnych zwycięstw. I pewnie wizualizowali sobie, jak będzie wyglądała tabela po następnym trumfie, bo ich rywalem był będący w strefie spadkowej Slavic Warszawa. Ten sam, którego na starcie sezonu wypunktowali 5:2. Ale już podczas poprzedniego spotkania z udziałem Slavic (przeciwko Saskiej Kępie), zauważyliśmy, że ten zespół jest naprawdę w dobrej formie. I skoro był w stanie przeciwstawić się Saskiej, to czemu miałby bać się Skorpionów? I chyba z takim właśnie założeniem podopieczni Antka Nuszkiewicza wyszli na to spotkanie. Ogólnie był to wyrównany mecz, gdzie obydwaj bramkarze mieli co robić. Zwłaszcza Piotrek Arendt nie miał nawet chwili, by pomyśleć o niedzielnym obiadku, bo rywale regularnie zatrudniali go do interwencji. Po 25 minutach wynik brzmiał 1:1, a remis towarzyszył też drugiej odsłonie spotkania, chociaż trochę w innych rozmiarach, bo w stosunku 2:2. Skorpioni grali już wtedy bez Jarosława Marka i trzeba przyznać, że kontuzja tego dobrze grającego zawodnika na pewno nie ułatwiła sprawy zawodnikom Artura Kałuskiego. Dwoił się i troił Paweł Poniatowski, ale często nie miał wsparcia ze strony kolegów, lub za dużo chciał zrobić sam. W drużynie Slavic wyglądało to lepiej, jakość drużyny rozłożyła się na więcej jednostek i chyba właśnie dzięki temu, końcówka spotkania należała właśnie do graczy w granatowych koszulkach. Dwa gole z rzędu pozwoliły temu zespołowi zbudować bezpieczną przewagę, której Skorpioni nie byli w stanie nadrobić. Rewanż za porażkę z rundy jesiennej okazał się więc skuteczny, dzięki czemu Slavic wreszcie wychylił głowę znad strefy spadkowej. A.D.S. Scorpions muszą z kolei jak najszybciej wrócić na właściwe tory, bo jeśli marzyli o medalu w tym sezonie, to z taką grą ciężko będzie im stawić czoła najlepszym ekipom tego poziomu rozgrywkowego.
Mecze pomiędzy drużynami zajmującymi miejsca obok siebie w ligowej tabeli przynoszą duże emocje. Tak samo było i tym razem. Tornado Squad będące tuż nad „czerwoną” strefą podejmowało FC Popalone Styki, które miało nad nimi tylko trzy punkty przewagi. Spotkanie od pierwszych minut było bardzo wyrównane. Oba zespoły grały dość otwartą i szybką piłkę a pomiędzy słupkami po obydwu stronach boiska stali dobrzy bramkarze – Sebastian Szajkowski z Tornado, oraz Krzysztof Grabowski u Popalonych Styków. Dzięki tym dwóm panom przez aż jedenaście minut trwał remis. Jako pierwsi na prowadzenie wysunęli się goście, a bramkę z własnej połowy zdobył Kamil Paszek, który przy zamieszaniu pod własną bramką zauważył daleko wysuniętego golkipera gospodarzy i pięknym mocnym lobem umieścił piłkę w siatce. Prowadzenie Styków trwało zaledwie dwie minuty. Remis okazał się możliwy za sprawą Andreasa Altanisa, który po samodzielnym odbiorze piłki w środku pola na raty zdołał zdobyć gola. W ostatniej minucie tej części meczu duet Dzięciołowski & Błażejowska wysunął gości na prowadzenie. Niewielka strata Tornada do rywala zaowocowała, że druga połowa tylko zyskała na atrakcyjności. Piękne akcje ofensywne po obydwu stronach pozwoliły bramkarzom na pokazanie swoich umiejętności. Świadczy o tym fakt, że oba zespoły zdołały zdobyć po jednej bramce w ostatnich minutach. Wygraną gości śmiało można zapisać na konto ich bramkarza, który w ostatnich sekundach swoją grą uratował korzystny wynik. Obaj golkiperzy zostali docenieni przez swoich rywali i zostali wybrani na najlepszych zawodników swoich drużyn. Dzięki wygranej Styki przybliżyły się do pierwszej piątki, a Tornado wkroczyło do „czerwonej” strefy. Dziękujemy oby zespołom za ten pełen emocji mecz i życzymy powodzenia w kolejnych występach na naszych boiskach.
Gdy na przeciw siebie stają lider i vice lider to emocji w takim pojedynku nie może zabraknąć. Tak też było w niedzielę wieczorem na boiskach AWFu, gdzie w szóstej lidze kto wie czy nie rozegrał się najlepszy mecz sezonu na tym poziomie rozgrywek. Ci co oglądali, mówili że to nie było starcie na miarę szóstej ligi bo poziom gry, umiejętności zawodników śmiało można by porównać z wyższymi poziomami rozgrywek. Początek niezwykle intensywny i obie ekipy starały się przede wszystkim nie stracić bramki. Więcej przy piłce była Perła WWa i to ona potrafiła narzucić swój styl gry. Długo i cierpliwie konstruowała swoje akcje, dobrze operowała piłką dzięki czemu Dziki z Lasu nie mogły rozwinąć skrzydeł. Świetnie całą drużyną kierował Mateusz Socha i to właśnie dzięki jego grze goście objęli prowadzenie. Gospodarze chcieli jak najszybciej odrobić straty, ale to Perła strzeliła kolejnego gola. Przy stanie 0:2 następna akcja podwyższyła wynik i przy stanie 0:3 zrobiło się trochę nerwowo w obozie Dzików. W zasadzie pierwsza połowa należała do gości, a młoda ekipa gospodarzy potrafiła tylko raz pokonać Jakuba Czajkę. Na przerwę ekipy schodziły z wynikiem 1:4. Po zmianie stron z kolei oglądaliśmy metamorfozę gospodarzy. Znakomity tego dnia Jan Nawotczyński był zawodnikiem, który w zasadzie szarpał grę w ofensywie i to jego trafienia dały nadzieję na odrobienie strat. Perła już nie była tak konsekwentna jak w pierwszych 25 minutach i z biegiem czasu dominacja Dzików była już spora. Kolejne akcje nie dawały jednak bramek, a w ekipie gości wkradł się mały niepokój czy uda się dowieźć korzystny wynik do końca meczu. Przy stanie 3:4 w końcówce mieliśmy kilka naprawdę znakomitych sytuacji dla Dzików, gdzie futbolówka o centymetry mijała bramkę przeciwników. Końcowy gwizdek dał trzy punkty liderowi, lecz dla nas wynik nie był najważniejszy. Musimy podkreślić że był to piłkarski mecz gdzie szkoda, że nie trwał jeszcze kilkanaście minut dłużej. Brawa dla obu ekip, które były równorzędnym partnerem w tym pojedynku i liczymy, że te zespoły jeszcze nie raz pokażą nam podobny poziom piłkarski jak w miniony weekend na AWFie.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)