Sezon 2013/2014
Relacje meczowe: 6 Liga
Na inaugurację rundy rewanżowej pierwszy zespół ADS Scorpion's podejmował ekipę FC Łazarski a spotkanie rozgrywane było na dobrze nam znanej arenie Warszawskiego AWFu. Gospodarze, którzy przed tą kolejką zajmowali pozycję w środku tabeli na papierze byli zdecydowanym faworytem. Drużyna FC Łazarski zajmująca miejsce w strefie spadkowej z licznymi zmianami w składzie, również była zdeterminowana by zgarnąć trzy punkty. Od początku meczu inicjatywę przejęli gospodarze, starając się narzucić rywalom swój styl gry i nie pozwolić im na osiągnięcie przewagi. Gospodarze grali zdecydowanie i szybko, atakowali skrzydłami. Cała drużyna sprawnie i szybko przemieszczała się w pole karne rywala, co i rusz zagrażała jego bramkarzowi. Po mimo tak częstych eskapad i dużej ilości oddanych strzałów, zawodnicy "Scorpionów" mieli problemy ze skutecznością. Na pierwszą bramkę musieliśmy czekać aż do 16 minuty, kiedy to po składnej akcji Adama Wierzbickiego, pięknym golem w okienko gości popisał się Maciej Boguszewski. Drużyna gości próbowała się odgryzać. Klarownych sytuacji jednak nie stwarzali, a gdy już dochodzili do strzału pewnie na linii bramkowej spisywał się Piotr Arendt. Do końca pierwszej połowy nie zobaczyliśmy już bramek i na przerwę schodziliśmy przy wyniku 1:0. Druga odsłona meczu miała podobny przebieg co pierwsza, gospodarze atakowali a goście dzielnie się bronili wyprowadzając co raz to groźniejsze kontry. W drugiej połowie klasą samą w sobie ponownie był bramkarz "Scorpionów", który bronił jak w transie, często rozpaczliwie ratując swój zespół. Nie mając już nic do stracenia zawodnicy FC Łazarski zmuszeni byli otwierali się coraz bardziej, a ADS Scorpion's skrzętnie to wykorzystał zdobywając kolejnego gola. Autorem trafienia był Jarosław Marek, który wykorzystał świetny przegląd pola jaki tego dnia miał Adam Wierzbicki. Ostatnie minuty były bardzo emocjonujące, goście do ostatnich chwil walczyli o honorową bramkę, jednak ich starania zostały udaremnione przez dobrze zorganizowaną obronę ADS Scorpion's oraz rewelacyjnie spisującego się tego dnia Piotra Arendta, który doceniony został również przez rywali. Gospodarze do końca kontrolowali przebieg spotkania i zasłużenie zdobyli komplet punktów. Mecz ostatecznie kończy się wynikiem 2:0 i trzeba przyznać, że był to najniższy wymiar kary jaki mogła dostać ekipa FC Łazarski.
Gol niemal w ostatniej akcji meczu – w taki sposób zostały przesądzone losy spotkania między Slavic Warszawa a ADP Wolska Ferajna w pierwszym meczu tych ekip jesienią. Liczyliśmy, że podobne emocje będą nam towarzyszyć przy okazji kolejnej potyczki tych zespołów, no ale jak widać po wyniku – tym razem zespół z Woli załatwił sprawę znacznie szybciej. Chociaż początkowo miał pewne problemy, bo to rywal lepiej wszedł w spotkanie, ostudził temperament przeciwnika i był na dwubramkowym prowadzeniu. W dodatku miał okazję, by zmienić wynik na 3:0, lecz nie wykorzystał doskonałej okazji. To był chyba ostatni sygnał ostrzegawczy dla ADP. Podopieczni Kamila Jagiełło wzięli się wreszcie w garść i jeszcze przed upływem 25 minut, doprowadzili do remisu. I widać było, że weszli na właściwy dla siebie poziom. W drugiej połowie miejscowi całkowicie zdominowali swoich konkurentów, którzy nie mieli argumentów by odpowiedzieć na fizyczną grę rywala. To było zresztą starcie dwóch zupełnie innych kultur piłkarskich. Slavic próbował grać spokojnie, bez wielkiego forsowania tempa, natomiast ADP to ekipa, która jak poczuje krew, to jest w swojej postawie bardzo zdeterminowana, gra na dużym kontakcie i to wyraźnie nie pasowało przeciwnikom. Nic dziwnego, że rezultat zaczął tutaj mocno odjeżdżać przegrywającym, którzy pogodzili się z porażką i chyba myślami byli już przy następnej kolejce. Pewnie liczyli tutaj na więcej, ale tak jak mówiliśmy – tak grający przeciwnik to była kompletnie nie ich bajka, stąd pewne zrezygnowanie, które dało się wyczuć jeszcze na kilkanaście minut przed końcem meczu. Co do ADP to oni na swoich włościach czują się świetnie. A już szczególnie trzeba pochwalić duet Oskar Nieskórski – Mateusz Nejman, który miał udział przy większości bramek dla miejscowych. Tym samym Wolska Ferajna pozostaje w grze o podium i będzie w tym kontekście bardzo ważnym graczem.
Mówi się, że w sporcie statystyki nie grają. I dobrze, bo gdyby grały, to ekipa FC Radler Świętokrzyski prawdopodobnie nie miałaby po co wychodzić na boisko w starciu z Saską Kępą. Wszystkie liczby przemawiały za ekipą Korneliusza Troszczyńskiego, na szczęście piłka bywa nieprzewidywalna i pewnym sensie byliśmy tego świadkami właśnie w tym spotkaniu. Bo chociaż Saska Kępa ostatecznie wygrała ten mecz 8:6, to wcale nie musiało się to tak zakończyć. Radler w tej potyczce kilkukrotnie był na prowadzeniu, sporo pozytywnego zamieszania wprowadził nowy w ich szeregach Hubert Korzeniewski, natomiast kluczowa sytuacja w tym meczu miała miejsce w drugiej połowie. Wówczas, przy stanie 4:3 dla Saskiej Kępy doszło do zwarcia między Bartkiem Jastrzębskim i Jankiem Sieczką, który debiutował tego dnia w barwach Saskiej. Arbiter zachowanie obydwu zawodników wycenił po równo, czyli po żółtej kartce, ale wydaje się, że Janek Sieczka powinien zostać odesłany do szatni. Tak przynajmniej widział to piszący te słowa. I gdyby tak się stało, to Radler miałby kilka minut gry w przewadze, a przy okazji rywale straciliby jeden ze swoich motorów napędowych. Stało się jednak inaczej. Faworyci wykorzystali więcej miejsca na boisku, objęli prowadzenie 5:3, a potem 6:4. Rywale nie chcieli jednak odklepać swojej porażki i po dwóch dobrych akcjach wynik brzmiał 6:6. Radlerowi nie udało się go jednak utrzymać na dłużej, a końcówka należała już do oponentów, którzy w końcowym rozrachunku wygrali tę potyczkę różnicą dwóćh goli. Wydaje się, że byli tutaj minimalnie lepsi, swoje zrobił Sebastian Sitek, który mądrze rozdzielał piłkę i zaliczył aż pięć asyst. No ale nie możemy przejść obojętnie od sytuacji, którą opisaliśmy wcześniej. Bo Radler grał na tyle solidnie, że być może wykorzystałby przewagę zawodnika i wynik byłby odwrotny. Ale dziś już się tego nie dowiemy…
Starcie Perły WWa z Popalonymi Stykami miało dwa, zupełnie różne oblicza. Patrząc na tabelę faworytem powinna ekipa gospodarzy, jednak pierwsza połowa meczu była wyjątkowo wyrównana i zacięta. Dość nieoczekiwanie już w 6 minucie Styki wyszły na prowadzenie. Wydawało się, że obrońca Perły w ostatniej chwili wybił piłkę z linii bramkowej, jednak sędzia ocenił inaczej i mieliśmy 0:1. Gospodarze błyskawicznie odpowiedzieli strzałem w poprzeczkę, a po chwili identyczną akcję oglądaliśmy po drugiej stronie boiska. W 10 minucie Igor Bartkowski przełamał niemoc strzelecką Perły, a w 17 minucie dwójkową akcję wyprowadził duet Knosowski-Czajka i gospodarze objęli prowadzenie. Więcej goli w tej połowie nie oglądaliśmy, ale na boisku działo się całkiem sporo i obie ekipy szukały swoich okazji. Druga połowa rozpoczęła się wyśmienicie dla Styków. Szybka akcja i drugiego gola zanotował Łukasz Krówka. Goście niesieni głośnym dopingiem swojego bramkarza coraz śmielej zapuszczali się na połowę przeciwnika, a w 28 minucie mogło dojść do ciekawego zwrotu akcji, ale sytuacji sam na sam z bramkarzem nie udało się zamienić na gola. Choć gra gości wyglądała dużo żywiej, to piłkarze Perły cierpliwie czekali na odwrócenie losów tego spotkania i kiedy już odpalili, nie dało się ich zatrzymać. W niecałe cztery minuty zapakowali piłkę do siatki trzykrotnie - dwa gole Arkadiusza Króla i jeden Mateusza Sochy ustawiły dalszy przebieg spotkania. Do końca meczu został jeszcze kwadrans, ale dało się zauważyć, że Stykom skończyły się pomysły na rozmontowanie bloku defensywnego Perły. Gospodarze za to mając bezpieczną przewagę poczuli luz, dołożyli jeszcze dwa trafienia i ostatecznie zgarnęli trzy punkty gwarantujące utrzymanie się na pozycji lidera.
Niezwykle zacięte spotkanie oglądaliśmy w niedzielny wieczór na obiektach AWFu. Gospodarze mimo że są znacznie niżej w tabeli to nie zamierzali oddawać łatwo punktów ekipie z czołówki tabeli. Już w pierwszych akcjach widać było że gospodarze mogą tutaj sprawić sporo problemów rywalom a na potwierdzenie tego strzelili bramkę na 1:0 po znakomicie rozegranym rzucie rożnym. Dziki z Lasu szybko jednak odpowiedziały i mozolnie dążyły do podwyższenia wyniku. Ich akcje były coraz groźniejsze czego efektem były dwie bramki. Przy stanie 1:3 goście mieli grę pod kontrolą, ale gospodarze nie zamierzali poddawać się i dążyli do zdobycia bramki kontaktowej. W końcówce pierwszej odsłony ponownie Tornado Squad miało rzut rożny. Ponownie ze stałego fragmentu udało się zaskoczyć rywali a piłkę do swojej bramki skierował Łukasz Sypiański. Do przerwy zatem było 2:3 i mieliśmy nadzieję na jeszcze większe emocje w drugiej połowie. Ta zaczęła się obiecująco, bo Tornado miało kilka okazji i brakowało szczęścia pod bramką przeciwników. Ataki gospodarzy nie przynosiły wymiernego efektu a co gorsza Dziki z Lasu perfekcyjnie wykorzystywały każdy błąd w wyprowadzaniu piłki i skutecznie kontrowali rywali. Szczególnie aktywny był Konrad Adamczyk, który nie tylko strzelał ale i asystował i jego ekipa odskoczyła z wynikiem na kilka bramek. Tornado Squad ambitnie do końca walczyło i za to należą się słowa uznania. Mecz zakończył się wynikiem 3:8 i to Dziki z Lasu zasłużenie zgarnęły komplet punktów, mając więcej atutów po swojej stronie. Za tydzień niezwykle ważny i prestiżowy mecz z Perłą WWA, który może być decydujące o losach mistrzostwa w tym sezonie. Tornado w takiej dyspozycji w naszej ocenie spokojnie się utrzyma w lidze i w następnych meczach chłopaki na pewno zdobędą punkty.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)