Sezon 2021/2022
Relacje meczowe: 3 Liga
Spotkanie Warsaw Sinaloa z Vikersonn UA I było jednym z hitów 8. kolejki 3. Ligi. Gospodarze przystępowali do niego z czwartego miejsca w tabeli, a goście zajmowali pozycję wicelidera. Niestety dla Sinaloi, w starciu z jedną z najmocniejszych ekip ligi musieli radzić sobie w poważnym osłabieniu - zabrakło m.in. pauzującego za kartki Patryka Abbassiego, co wyraźnie odbiło się na organizacji gry.
Mecz rozpoczął się jednak znakomicie dla gospodarzy. Już w 1. minucie Snopek wykorzystał błąd rywali i otworzył wynik, dając swojej drużynie szybkie prowadzenie. Sinaloa próbowała pójść za ciosem, lecz z każdą minutą coraz więcej do powiedzenia miał Vikersonn. Im bliżej końca pierwszej połowy, tym większa była przewaga gości zarówno w posiadaniu, jak i w liczbie sytuacji bramkowych. Kluczowy okazał się fragment między 13. a 20. minutą, kiedy goście trafili aż czterokrotnie, całkowicie odwracając losy rywalizacji. Sinaloa miała problem z wyprowadzeniem piłki, a niemal każdy błąd gospodarzy natychmiast kończył się stratą gola. Do przerwy wicelider prowadził pewnie 4:1.
Druga połowa tylko potwierdziła dominację Vikersonn. Kapitalnie funkcjonował duet Vovk – Rubinski: pierwszy kreował akcje i rozdawał podania, drugi bezlitośnie je wykańczał. W ciągu zaledwie siedmiu minut duet ten skompletował trzy kolejne trafienia, powiększając przewagę do rozmiarów nie do odrobienia. Na domiar złego w 35. minucie Nejman pechowo skierował piłkę do własnej bramki, podwyższając na 1:8.
Warsaw Sinaloa próbowała jeszcze odgryzać się kontratakami i w końcówce odpowiedziała jednym trafieniem - znów za sprawą aktywnego Nejmana, tym razem po właściwej stronie boiska. Chwilę później sędzia zakończył mecz, a ponieważ wcześniej goście dołożyli jeszcze dwa gole, Vikersonn UA I zwyciężył bardzo pewnie 10:2, potwierdzając swoją wysoką formę i umacniając się w czołówce tabeli.
Gospodarze, mimo ambitnego początku, nie byli w stanie przeciwstawić się rozpędzonemu przeciwnikowi, który od 13. minuty kontrolował przebieg całego spotkania.
Spotkanie Husarii Mokotów z FC Comeback zaczęło się bardzo zachowawczo. Pierwsza połowa upłynęła bez bramek, co w dużej mierze wynikało z ogromnej niedokładności gospodarzy. Husaria miała momenty pressingu i kilka nieźle zapowiadających się ataków, ale ostatnie podania, przyjęcia czy decyzje w kluczowych fragmentach akcji kompletnie nie trzymały jakości. FC Comeback natomiast od początku wyglądał solidnie. Może bez fajerwerków, ale równo, spokojnie i z bardzo dobrym porządkiem taktycznym.
Po przerwie wszystko się posypało. Comeback przyspieszył grę, zaczął szybciej przenosić piłkę pod pole karne i w końcu przełamał defensywę gospodarzy. Sporym problemem Husarii było to, że zamiast uspokoić sytuację, jeszcze częściej traciła piłkę w środku pola, co rywale wykorzystywali bez litości.
Choć Comeback wygrał aż 5:2, najciekawsze jest to, że trudno było wskazać jednego dominującego lidera. Drużyna zagrała niezwykle równo a każdy „robił swoje”, każdy dokładał swoją cegiełkę. Całość złożyła się na bardzo dojrzały, zespołowy występ. Jedynym zawodnikiem, który w pełni zasłużył na indywidualne wyróżnienie, był Ivan Vidosević. Jego dwie bramki i asysta okazały się kluczowe w momentach, gdy mecz się otwierał i wymagał konkretów pod bramką Husarii.
Husaria próbowała jeszcze gonić wynik i zdobyła dwa gole, jednak Comeback miał spotkanie pod pełną kontrolą, a kolektywna, poukładana gra dała im bardzo pewne i w pełni zasłużone zwycięstwo.
Mecz dwóch drużyn ze strefy spadkowej, które praktycznie straciły już szanse na walkę o medale, a nawet samo wyjście z tej strefy wydaje się dla nich trudnym zadaniem. Brzmi to może trochę smutno, ale z drugiej strony wszyscy kochamy futbol właśnie za samą grę. Nawet jeśli zespoły nie rywalizują o najwyższe pozycje, każdy z zawodników chce grać, czerpać radość z boiska i pokazywać swoje umiejętności.
Często mówi się o syndromie „króla treningów”, kiedy na treningu wszystko wychodzi perfekcyjnie, a w lidze presja odbiera pewność siebie. Tutaj mogło być podobnie: przez długi czas drużyny nie potrafiły pokazać swojego potencjału, ale znalazłszy się w sytuacji, w której nie mają nic do stracenia, mogły wreszcie zagrać bez stresu i napięcia. I właśnie taki mecz zobaczyliśmy w niedzielę - otwarty, ofensywny, pełen radości z gry oraz prawdziwej piłkarskiej energii.
Pierwsza połowa należała do Orzełów. Na boisku wyraźnie wyróżniali się Adam Wownysz (2 gole i 2 asysty) oraz Mateusz Wydrzyński (gol i asysta). To głównie dzięki nim Orzeły prowadziły do przerwy 4:2. Trudno to dokładnie opisać, ale zespół wyglądał na swobodniejszy i bardziej zdeterminowany, jakby zwycięstwo po prostu „ciągnęło ich do przodu”.
W drugiej połowie obraz gry się zmienił. Teraz to zespół Prykarpattia bardziej chciał odwrócić losy meczu, podczas gdy Orzeły starały się utrzymać prowadzenie. I to właśnie Ukraińcom udało się przełamać spotkanie i wyszarpać pierwsze zwycięstwo w sezonie. Bohaterem bezdyskusyjnie został Vlad Khmara, który zdobył 4 z 6 bramek swojej drużyny - utrzymał zespół przy życiu w pierwszej połowie i poprowadził go do triumfu po przerwie.
Obie drużyny pokazały, jak pięknie może wyglądać mecz, nawet jeśli mówimy o dolnych rejonach tabeli czy słabym początku sezonu. Orzełom życzymy, aby przyjęli to niepowodzenie z podniesioną głową i nadal grali swoje, ponieważ grać w piłkę potrafią na pewno. A Prykarpatti, by to zwycięstwo dało im impuls, pozwoliło złapać serię i zakończyć rundę w dużo lepszym nastroju.
Cóż za widowisko zgotowały nam w ten weekend ekipy GLK oraz FC Łowcy II. W meczu lidera z nabierającym tempa zespołem nie brakowało niczego. Byliśmy świadkami pięknych goli, walecznej gry i aż dwóch rzutów karnych, co ostatecznie zakończyło się sprawiedliwym podziałem punktów.
Obie ekipy przyjechały na mecz w mocno okrojonych składach, przez co wytrzymałość zawodników odgrywała kluczową rolę, aby utrzymać tempo gry, które towarzyszyło przez całe spotkanie. Pierwsza połowa zdecydowanie należała do młodszego i lepiej zorganizowanego zespołu Łowców, którzy jako pierwsi wyszli na prowadzenie dzięki trafieniu Alekseya Chekaldyna. Goście świetnie wykorzystali swoje pięć minut, a po asyście strzelca pierwszej bramki do siatki trafił Anton Nautiak, wyprowadzając swój zespół na dwubramkowe prowadzenie. Gdy wydawało się, że GLK będzie musiało gonić wynik dopiero po przerwie, nadarzyła się szansa w postaci rzutu karnego - po dobitce wykorzystał go Mateusz Grabowski i obie ekipy schodziły do szatni przy wyniku 1:2.
Po zmianie stron przegrywający rzucili się do odrabiania strat, a strzałem po ziemi z rzutu wolnego gola zdobył Damian Sawicki, doprowadzając do remisu. Mecz rozstrzygnął się dopiero w ostatnich dziesięciu minutach, kiedy to Łowcy ponownie wyszli na prowadzenie, a chwilę później prowadzili już dwoma golami po samobójczym trafieniu jednego z zawodników GLK. Historia jednak lubi się powtarzać - gospodarze raz jeszcze odrobili straty: najpierw po kolejnej jedenastce wykorzystanej przez Grabowskiego, a finalnie bohaterem okazał się ponownie Damian Sawicki.
GLK nie odstawiało nogi do samego końca i wywalczyło w pełni zasłużony remis 4:4. Heroiczny powrót, mimo chwilowej euforii, przełożył się jednak na spadek z fotela lidera ligowej tabeli.
Spotkanie Deluxe Barbershop z Tonie Majami zapowiadało się niezwykle emocjonująco. Gospodarze przed tą kolejką znajdowali się tuż nad strefą spadkową, natomiast goście zamykali ligową tabelę. Dla obu stron oznaczało to jedno - ten mecz trzeba było wygrać, niezależnie od okoliczności.
Od pierwszego gwizdka nie było mowy o badaniu sił. Fajerwerki zaczęły się już w 3. minucie, kiedy Mammadov otworzył wynik. Zanim goście zdążyli otrząsnąć się po tym ciosie, Jafar podwyższył na 2:0. Tonie Majami jednak nie zamierzali odpuszczać, bo dosłownie kilkanaście sekund później Krzyżanowski trafił kontaktowego gola na 2:1.
Radość przyjezdnych nie trwała długo, bo chwilę później znów błysnął Mammadov, zdobywając bramkę na 3:1 i jeszcze bardziej napędzając ofensywę Deluxe Barbershop. To był jednak dopiero początek prawdziwej wymiany ognia. Między 13 a 20 minutą oglądaliśmy festiwal bramek: Świercz trafił na 3:2, Mammadov odpowiedział na 4:2, Sobczak zmniejszył straty na 4:3, a Mizzayev domknął tę szaloną serię golem na 5:3.
Po tej burzliwej wymianie trafień tempo nieco spadło, ale do przerwy Barberzy prowadzili 5:3 i to oni mieli mecz pod kontrolą, choć Tonie Majami pozostawali w grze. Drugą połowę Deluxe Barbershop dokładnie tak samo jak pierwszą, czyli od mocnego uderzenia. Kolejne trafienie Mammadova podwyższyło wynik na 6:3, a napastnik gospodarzy po raz kolejny udowodnił, że jest absolutnie nie do zatrzymania. Później gra się wyrównała, obie drużyny stworzyły swoje okazje, ale skuteczniejsi znów byli gospodarze, którzy podwyższyli na 7:3, praktycznie zamykając spotkanie. W końcówce zobaczyliśmy jeszcze trzy gole - dwa dla Deluxe Barbershop i jedno trafienie Tonie Majami, które nie miały już wpływu na losy meczu, a jedynie podbiły ofensywne statystyki.
Ostatecznie Deluxe Barbershop zwyciężyło 9:4, dopisując niezwykle ważne trzy punkty w walce o ucieczkę ze strefy zagrożenia. Tonie Majami pokazało momentami charakter i skuteczność, ale wobec mocy duetu Mammadov–Mizzayev nie było w stanie nawiązać równorzędnej walki i punktów musi szukać w kolejnych spotkaniach.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)