Sezon Lato 2021
Relacje meczowe: 8 Liga
Kresowia po świetnym początku złapała mocną zadyszkę i trzy ostatnie mecze kończyła porażkami. To sprawiło, że w krótkim czasie z pozycji wicelidera spadła na miejsce tuż nad strefą spadkową. Nieco lepiej radził sobie w tym czasie Force Fusion FC, dzięki czemu do tej rywalizacji podchodził w roli faworyta. I o ile można było się spodziewać wygranej nominalnych gości, o tyle jej rozmiary mogły być sporym zaskoczeniem.
Zespół Ruslana Yakubiva od początku narzucił swoje warunki. Nie minęła jeszcze pierwsza minuta spotkania, a już prowadził 0:1, choć trzeba dodać, że duży udział przy tym golu miał bramkarz gospodarzy. Taki początek mógł podciąć skrzydła Kresowii, która próbowała nawiązać walkę, ale ewidentnie nie miała swojego dnia. W 4. minucie miała świetną okazję do wyrównania, jednak zawodnik Force Fusion wybił piłkę z linii bramkowej, a chwilę później rywale wyszli z kontrą i zamiast 1:1 zrobiło się już 0:2. Po sześciu minutach było 0:3, a nawet gdy Kresowia zdobyła swojego premierowego gola, przeciwnik błyskawicznie odpowiedział kolejnymi trafieniami. Do przerwy widniał wynik 1:5.
Jeżeli Kresowia wychodziła na drugą połowę z przekonaniem, że losy meczu da się jeszcze odwrócić, to po kilku minutach musiała zdać sobie sprawę, że nie jest to jeden z tych dni, w których udaje się dokonać spektakularnej remontady. Force Fusion był do bólu skuteczny - w 30. minucie wynik brzmiał 1:9 i właściwie było już po meczu.
Choć Kresowii nie można odmówić zaangażowania i walki do samego końca, to jednak nie miała w tej rywalizacji wielu argumentów. Force Fusion świetnie wykorzystywał kontrataki, stałe fragmenty gry oraz każdy błąd defensywy oponenta. Wygrywał pojedynki stykowe, solidnie się bronił i nie marnował zbyt wielu okazji w ofensywie. Wynik 2:13 w pełni oddaje przebieg tego pojedynku. Faworyci byli zdecydowanie lepszym zespołem. Szkoda jedynie, że Kresowia nie potrafiła znaleźć właściwego rytmu, bo liczyliśmy na znacznie bardziej wyrównaną rywalizację.
Od pierwszego gwizdka było jasne, że zapowiedzi o zaciętych derbach nie były ani trochę przesadzone. Mecz stał na wysokim poziomie intensywności, a obie drużyny grały otwarty, odważny futbol, który od razu zwiastował bramkowy festiwal.
Lepiej rozpoczęli goście, którzy szybciej złapali rytm i udokumentowali to dwoma trafieniami. Najpierw do siatki trafił Lazaruk, a chwilę później podwyższył Buzulak, dając Alliance solidną zaliczkę. Gospodarze jednak nie zamierzali tego tak zostawić. Konsekwentnie przesuwali grę pod pole karne rywali i w końcu doczekali się efektów. Najpierw doprowadzili do remisu, a następnie wyszli na prowadzenie po świetnie wykonanym rzucie wolnym Ivana Pushkarenki. Alliance odpowiedziało tym samym, również z rzutu wolnego, tym razem za sprawą Rossokhatyiego i pierwsza część zakończyła się wynikiem 3:3, idealnie oddającym przebieg gry.
Po przerwie tempo nie spadło ani na moment. Zawodnicy nie oszczędzali siebie nawzajem, a dynamika akcji zmieniała się dosłownie z minuty na minutę. Obie drużyny szły cios za cios, aż w pewnym momencie to goście wyszli na dwubramkowe prowadzenie i zrobiło się 4:6, co stawiało Legion w trudnej sytuacji. Przegrywający jednak pokazali ogromny charakter. Nie tylko się nie załamali, ale ruszyli z energią, która całkowicie zmieniła obraz końcówki. Kolejne ataki przyniosły skutek, a bramkę na 6:6 zdobył Andrii Panasiuk, domykając wynik, który patrząc na przebieg meczu, był najbardziej sprawiedliwy z możliwych.
Derby „Legionów” ponownie dostarczyły ogromnych emocji, a podział punktów idealnie oddaje to, jak wyrównane są oba zespoły w tej rundzie.
Starcie Shitable z FC Pers zapowiadało się jako jeden z kluczowych pojedynków w dolnej części tabeli. Obie drużyny znajdowały się przed tym spotkaniem w strefie spadkowej, a absolutnie każda zdobycz punktowa była dla nich na wagę złota i było to widać praktycznie od pierwszego gwizdka.
Lepiej w mecz weszli goście, którzy szybko objęli prowadzenie po trafieniu Obidova. Shitable jednak nie zamierzało składać broni i niemal natychmiast odpowiedziało golem Shemanuieva, doprowadzając do stanu 1:1. Ten moment mógł zwiastować wyrównany bój, ale FC Pers miał zupełnie inne plany. Kolejne minuty należały już wyłącznie do przyjezdnych. Najpierw trafił Musoev, dając swojej ekipie ponowne prowadzenie, a chwilę później Obidov skompletował dublet, podwyższając wynik na 1:3. To jednak nie był koniec popisu duetu, który okazał się absolutnie kluczowy dla przebiegu pierwszej połowy. W 20. i 23. minucie gole ponownie zdobyli Obidov i Musoev, dzięki czemu do przerwy FC Pers prowadził już 5:1 i w pełni kontrolował spotkanie.
Po zmianie stron to jednak Shitable zaczęło wracać do gry. Gospodarze narzucili swoje tempo i szybko zdobyli gola na 2:5, a jego autorem był Romashenko. W 35. minucie, po trafieniu Danylenki, zrobiło się 3:5 i wydawało się, że gospodarze mogą spróbować dokonać wielkiego powrotu, zwłaszcza że gościom zaczęły puszczać nerwy. Persowie raz po raz łapali kolejne kartki, tracąc kontrolę nad emocjami i rytmem gry. Shitable miało przewagę liczebną, miało sytuacje bramkowe, miało też wyraźny impuls w ofensywie, ale zabrakło skuteczności oraz chłodnej głowy w kluczowych momentach. Ostatecznie wynik nie uległ już zmianie, a FC Pers dowiózł zwycięstwo 5:3, choć końcówka meczu była dla tej drużyny bardzo nerwowa.
Na koniec warto dodać ważny apel do zawodników FC Pers - Panowie, konieczne jest zachowanie większej kultury boiskowej i panowanie nad językiem. Kolejne takie ekscesy będą skutkowały znacznie dłuższymi wykluczeniami niż te przewidziane regulaminem.
Na papierze był to mecz drużyn z dwóch różnych biegunów tabeli, ale początek zupełnie tego nie potwierdzał. Gospodarze zagrali jedną z najlepszych pierwszych połówek w tej rundzie - byli zorganizowani, szybcy, zdecydowani. Grali tak, jakby walczyli o czołowe lokaty, a nie o ucieczkę z dołu tabeli. Najpierw w 9. minucie prowadzenie dał im Vladyslav Serheiev, a chwilę później do siatki trafił Ilya Grunchak i zrobiło się 2:0. Synowie Księdza odpowiedzieli golem kontaktowym, ale natychmiast dostali kolejne trafienie i pierwsza połowa zakończyła się zasłużonym 3:1 dla Dnipro. Goście mieli wyraźny problem z wejściem w mecz, a gospodarze wyglądali bardzo pewnie.
Druga część spotkania przyniosła jednak zupełnie inny obraz gry. Synowie Księdza ruszyli po swoje i szybko zaczęli odrabiać straty. Najpierw Piotr Ziembiński zmniejszył dystans, potem padł precyzyjny strzał z dystansu i było 3:3. Dnipro jeszcze raz odzyskało prowadzenie a gola strzelił Vladyslav Budz, który pojawił się na boisku później i od razu zrobił różnicę. I właśnie w tym momencie mecz się odwrócił.
Dnipro nadal tworzyło sytuacje, miało swoje momenty i wcale nie wyglądało na drużynę, która miała się zaraz posypać. Problem w tym, że Paweł Pryciński bronił praktycznie wszystko. Kilka jego interwencji ewidentnie podcięło gospodarzom skrzydła. Każda kolejna akcja była blokowana, wybijana albo łapana, a zespół coraz bardziej tracił energię i wiarę, że utrzyma przewagę.
Synowie Księdza wykorzystali to w idealnym momencie. Gdy gospodarze zaczęli słabnąć, goście ruszyli. W 20. minucie drugiej połowy Mateusz Gołębiewski doprowadził do remisu 4:4, chwilę później trafił Sudowski, i od tego momentu wszystko runęło. W pięć minut Synowie Księdza wpakowali sześć bramek, zmieniając wynik z 4:3 na 4:9. Dnipro całkowicie siadło. Pojawiły się błędy w obronie, chaos pod własną bramką i brak reakcji na rosnącą presję.
Wynik wygląda na wysoki, ale absolutnie nie oddaje tego, jak trudne było to spotkanie dla Synów Księdza. Dnipro naprawdę długo grało bardzo dobry mecz, jednak dyspozycja Pawła Prycińskiego, zarówno w bramce, jak i przy wyprowadzaniu akcji miała ogromny wpływ na to, że goście w ogóle zdołali odwrócić losy meczu. Synowie Księdza dopisali kolejne trzy punkty i umocnili się w górnej części tabeli, a gospodarze mogą czuć niedosyt, bo przez ponad połowę spotkania grali naprawdę dobrze.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)