Sezon Lato 2021
Relacje meczowe: 4 Liga
Mikstura po przegranej z Vikersonnem, miała nadzieję na punkty z ostatnim w tabeli FC Patriot. Jednak na meczu nie pojawiło się kilku kluczowych zawodników, co rodziło nadzieję w zespole z Ukrainy na pierwsze punkty w sezonie. Gospodarze bez Patryka Zycha, Szymona Kolasy czy Filipa Junowicza nie mieli tyle atutów co zawsze, a dodatkowo brak kapitana Mateusza Jochemskiego również był widoczny w aspekcie motywacyjnym. Mimo to, właśnie ekipa z Bielan wyszła na prowadzenie. Jednak goście szybko potrafili wyrównać, a dodatkowo korzystając z niepewnej tego dnia defensywy gospodarzy, objęli prowadzenie. W ich grze widoczne były pewne schematy i dużą motywację, by wreszcie pokazać, że są w stanie wygrywać mecze. Do przerwy mieliśmy wynik 3:5 i Mikstura mogła mieć jeszcze nadzieję, że uda się odwrócić losy tego starcia. Po zmianie stron ekipa z Ukrainy podkręciła tempo i była piekielnie skuteczna. Kolejne bramki nie pozostawiały złudzeń, kto tego dnia był lepszy. Przy stanie 3:10 goście zaczęli grać nonszalancko i to pozwoliło Miksturze zmniejszyć rozmiary porażki. Trzy trafienia w odstępie pięciu minut zaliczył Rafał Jochemski, co ustaliło wynik meczu na 6:10. Mikstura straciła cenne trzy punkty i musi w kolejnych potyczkach odrabiać stratę do czołówki. Z kolei goście być może odżyją po tej wygranej, co zaowocuje kolejnymi wygranymi w tej rundzie.
FC Vikersonn jest ostatnio w gazie i wygrywa mecz za meczem. Ale to wcale nie oznaczało, że ze Sportowymi Zakapiorami łatwo sobie poradzi. Byliśmy niemal pewni, że gracze Daniela Lasoty nawet jeśli tutaj przegrają, to poprzeczkę zawieszą wysoko. No ale dobrze, że nie zakładaliśmy się w tej kwestii o cokolwiek, bo zostalibyśmy z niczym. Trudno powiedzieć co się stało z Zakapiorami, lecz w niedzielę to nie był ten zespół, który znamy. Nominalni gospodarze za łatwo dawali dochodzić oponentom do sytuacji strzeleckich, przez co wynik szybko przybrał postać 0:2. Sportowe miały też pecha, bo przy trafieniu na 0:3, Łukasz Figura tak niefortunnie interweniował, że pokonał własnego bramkarza. Za chwilę padł gol na 0:4 i dopiero na kilka chwil przed końcem, przegrywający wreszcie się obudzili, a trafienie zaliczył dla nich Karol Smoliński. Mniej widoczny był Daniel Lasota, a wiadomo, że gdy on nie zdobywa goli, to ciężko jest cokolwiek ugrać. Niestety druga połowa przebiegła raczej bez historii. Vikersonn kontrolował grę, a świetnie współpracował duet Ivan Vovk – Yevhen Syrotiuk. Chłopaki nawzajem sobie asystowali i łącznie zdobyli wszystkie gole dla swojej drużyny. Rywal był bezzębny, tak jakby wypił meliskę przed meczem. Z jednej strony na pewno cieszymy się, że w spotkaniach z udziałem Sportowych jest ostatnio trochę spokojniej. Natomiast nie do końca o taki spokój nam chodziło. Liczymy, że w kolejnych potyczkach chłopaki pokażą zęba i uda im się pozytywnie zakończyć pierwszą część sezonu, zwłaszcza iż strata do podium wciąż jest niewielka. Co do Vikersonna, to ta drużyna pokazała, że nawet bez swojego supersnajpera, czyli Zurabiego Saginadze, potrafi grać skutecznie. I to jest na pewno dobra wiadomość, przed ostatnimi dwoma meczami w tej rundzie.
Team Ivulin miał w ostatnią niedzielę dwa mecze do rozegrania i musiał umiejętnie rozłożył siły. Jego pierwszym rywalem był BJM Development, zespół troszkę wyżej notowany, ale mimo wszystko ten mecz nie miał zdecydowanego faworyta. Przynajmniej w teorii, bo okazało się, że na bisku te zespoły dzieli różnica klas. Bo jak inaczej nazwać sytuację, w której już po pierwszej połowie było 6:1 dla ekipy z Białorusi? Gracze w białych koszulkach bardzo szybko ustawili to spotkanie, strzelili kilka bramek i mieli na tyle dużą przewagę, że mogli spokojnie oczekiwać drugiej odsłony. Tę zaczęli zresztą od kolejnego gola, ale potem chyba uznali, że mecz jest rozstrzygnięty. Wykorzystali to przeciwnicy, którzy chociaż zdawali sobie sprawę, że skuteczny comeback jest niemożliwy, to chcieli pozostawić po sobie lepsze wrażenie niż to, z premierowych 25 minut. Skuteczny był Olivier Aleksander, który robił co mógł, by dystans ciągle się zmniejszał. Ale to było za mało. Deweloperom należą się brawa, że ostatecznie przegrali „tylko” trzema bramkami, jednak w naszej ocenie, ta drużyna za późno zorientowała się, iż przeciwnik wcale nie jest taki straszny. Szkoda też, że w ich kadrze brakowało Pawła Tamowskiego, jak również kilku innych graczy, bo to mógłby być zupełnie inny mecz. To jednak tylko gdybanie. Team Ivulin w końcowym rozrachunku okazał się znacznie lepszy i dobrych nastrojach mógł udać się na kilkugodzinną przerwę. A po niej czekało go starcie ze Szmulkami Warszawa.
Spotkanie Wiecznie Drudzy - Bad Boys zapowiadało się na zacięte, gdyż obie ekipy okupują dolną część tabeli i obydwie potrzebowały punktów. Pierwsza odsłona tego starcia należała do Bad Boys. Goście byli skuteczniejsi pod bramką rywala, a za sprawą Michała Napierskiego wyszli na dwubramkową przewagę. W drugiej połowie role totalnie się odwróciły. Ekipa Wiecznie Drugich, pomimo swej nazwy, chciała wreszcie wyjść z meczu zwycięsko i pokazać, że oni też mogą być tymi pierwszymi. Michał Starostka, MVP tego spotkania, wziął sprawy w swoje nogi, a jego cztery trafienia i trzy asysty dały gospodarzom prowadzenie. Ten mecz to niezwykle ciekawe zjawisko, gdyż gospodarze w drugiej połowie zrobili dokładnie to samo, co goście w pierwszej, tylko że lepiej. To spowodowało, że odrobili wszystkie straty i nie oddali swojego prowadzenia już do końca meczu. Tym samym Wiecznie Drudzy osiągają pierwsze zwycięstwo w tym sezonie, za co należą im się ogromne gratulacje. Oby tak dalej. Natomiast jeśli chodzi o zespół gości, to muszą przede wszystkim uważniej bronić. Mieli mecz po pierwszej połowie w garści, natomiast wypuścili go, co powoduje, że dalej okupują strefę spadkową.
Dla Team Ivulin to był drugi mecz w poprzednią niedzielę. Kilka godzin wcześniej skutecznie wypunktowali BJM Development i choćby z tego powodu, byli faworytem w konfrontacji ze Szmulkami. A co ciekawe, Szmulki także miały zaplanowane dwie potyczki na ten dzień i to była dla nich pierwsza z nich. No ale dość szybko się okazało, że jeśli podopieczni Kuby Kaczmarka mają ochotę na sześć punktów, to będą musieli obejść się smakiem. Rywal bardzo szybko pokazał im kto tutaj rządzi i nie miał problemów, ze zbudowaniem sobie dwubramkowej zaliczki. To nie wydawało się dużo, ale biorąc pod uwagę, że Szmulki praktycznie w ogóle nie zagrażały bramce Leonida Isayeni, to nawet ten dystans wydawał się trudny do nadrobienia przez ekipę z Pragi. Gwoździem do trumny okazała się końcówka premierowej odsłony, gdzie Team Ivulin zdobył jeszcze dwa gole i prowadził już 4:0. Przegrywający musieli doświadczyć cudu, żeby z takich opresji wyjść obronną ręką. Pewną nadzieję w ich serce wlała sytuacja na starcie drugiej połowy, gdzie po trafieniu Kacpra Pacholczaka zdobyli premierową bramkę. To ich nakręciło, pojawiły się kolejne okazje, ale albo dobrze bronił Leonid Isayenia, albo brakowało precyzji. To się zemściło, bo trafienie na 5:1 Uladzimira Sinkievicha praktycznie zamknęło drogę Szmulkom do jakichkolwiek punktów. Potwierdziło to kolejne trafienie dla nominalnych gospodarzy autorstwa Arsieniego Vanickiego, po którym było już 6:1. Szmulki straciły resztki wiary i zdawały sobie sprawę, że przyjdzie im się pogodzić z porażką. Nie było tylko jasne, jak wysoką, a ostatecznie stanęło na 1:8. Prawda jest taka, że te drużyny dzieliła różnica przynajmniej jednej klasy. Myśleliśmy, że Team Ivulin, bez Hiermana Rutkouskiego nie będzie tutaj aż tak silny, lecz na tle bezzębnych oponentów, faworyci nie mieli żadnych problemów z wygraną. A jak się później okazało – dla Szmulek był to początek kiepskiego dnia, bo kilka godzin później doznali następnej porażki i marzenia o miejscu w okolicach podium, będą musieli odłożyć w czasie.
Jednym z ostatnich zmagań na Arenie Grenady, na sektorze B było starcie pomiędzy Rock N Roll Warsaw a Szmulkami Warszawa. Od początku był to niestety jednostronny mecz. Możemy spekulować, czy drużyna gości była zmęczona po poprzednim spotkaniu, które odbyło się z jej udziałem trochę wczesniej. Zwłaszcza, że w pierwszej połowie ekipa Kuby Kaczmarka jeszcze stawiała opór. Miała kilka groźnych sytuacji, utrzymywała wynik na styku, który jak najbardziej był w zasięgu, ale rywal powoli odjeżdżał. Do przerwy wynik brzmiał 3:1. Po krótkim odpoczynku gospodarze weszli na wyższy poziom. Nawet przy stanie 3:2 to oni dyktowali warunki, jak przystało na najlepszą drużynę w 4 lidze. Ta część meczu niestety była już jednostronna, Szmulki nie potrafiły się przeciwstawić połowie, a rywale i tak się nad nimi zlitowali, bo goli mogli strzelić zdecydowanie wiecej. Ostatecznie mecz zakończył się wynikiem 7:2, który i tak nie oddaje w pełni przebiegu, bo tutaj spokojnie mogło się skończyć dwucyfrówką.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)