Sezon Lato 2021
Relacje meczowe: 4 Liga
Mecz pomiędzy Husarią Mokotów II a FC Shadows był pełen sportowych emocji od pierwszego do ostatniego gwizdka. Oba zespoły bardzo długo próbowały wyjść na prowadzenie, lecz dzięki dobrej grze obronnej po każdej ze stron długo nie oglądaliśmy goli. Goście z każdą upływającą minutą wyglądali lepiej niż gospodarze, a mimo to, jako pierwsi stracili bramkę w 18 minucie. Drużyny na przerwę schodziły z jednobramkową różnicą i zapowiadała się emocjonująca druga połowa. Trzy minuty po wznowieniu spotkania zawodnicy FC Shadows doprowadzili do wyrównania i kreowali coraz to bardziej groźne kontrataki. W 36 minucie Stewart Onwaeze po raz pierwszy dał prowadzenie gościom. Na dziewięć minut przed końcem spotkania gospodarze mieli dwukrotnie liczebną przewagę na boisku, której nie potrafili sfinalizować bramką, a na domiar złego (dla gospodarzy), kiedy kary czasowe się pokończyły, to goście wyszli na dwubramkowe prowadzenie. Wydawałoby się, że wynik jest już ustalony. Nic bardziej mylnego. Ponieważ było parę dłuższych przerw w czasie drugiej połowy sędzia doliczył aż trzy minuty, które dały nam możliwość obejrzenia determinacji w dążeniu do zwycięstwa. Na początku pierwszej doliczonej minuty gola kontaktowego zdobył Patryk Borowski, a chwilę później jego kolega doprowadził do wyrównania. FC Shadows jednak zdołało przechylić szalę zwycięstwa na swoją korzyść w dosłownie ostatnim strzale tego emocjonującego meczu! Oba zespoły pokazały się z naprawdę dobrej strony i wierzymy, że kolejne mecze z ich udziałem będą równie emocjonujące jak ten premierowy.
Gdy na boisko wybiega zespół Popalonych Styków, to możesz być pewny dużych emocji i sporych doznań akustycznych – oczywiście za sprawą ich bramkarza, Krzyśka Grabowskiego. Ale sprowadzanie tego zespołu tylko do charakterystycznego golkipera byłoby niesprawiedliwe, bo Styki to naprawdę solidna drużyna, która w niedzielę zadebiutowała na poziomie 4.ligi. Jej rywalem był Compatibl i pewnie w normalnych warunkach, to właśnie ekipa Andrija Hryndy byłaby faworytem. Tyle że w tym zespole sporo się pozmieniało – kontuzje, wakacje czy wyjazdy spowodowały, że naprawdę próżno było szukać graczy, których zawsze kojarzymy z tym zespołem. Andrii Hrynda musiał więc kombinować, już na start dopisał trzech zawodników z Ukrainy i zastanawialiśmy się, czy to spowoduje, że Compatybilnym uda się wejść zwycięsko w sezon. Dziś już wiemy, że ten plan się nie powiódł. Dlaczego? Przyczyn było wiele. Przede wszystkim bardzo słaba pierwsza połowa, po której rywal prowadził 2:0. Sam wynik to jedno, ale również piłkarsko wyglądało to średnio. Z kolei Styki, mimo że grały bez zmian, konsekwentnie realizowały swoją taktykę, polegającą na dobrej obronie i kontrach. Zresztą – ten zespół obydwie bramki zdobył w podobny sposób, po asyście daleko rzucającego piłkę Krzyśka Grabowskiego do swoich kolegów. W drugiej połowie Compatibl wreszcie wziął się do roboty i gdy tylko podkręcił tempo, to zdobył dwie bramki na przestrzeni dwóch minut. Tych trafień powinno być więcej, lecz wspomniany Krzysiek Grabowski nic nie stracił ze swojej formy z poprzedniego sezonu i bronił wyśmienicie. Mimo to, naturalnym następstwem tego co widzieliśmy na boisku, była kolejna bramka dla Compatibl. Tym bardziej, że zmęczenie w obozie Popalonych było coraz większe. Ale gracze w białych koszulkach nie byli w stanie zadać decydującego ciosu. I jak to często bywa w takich przypadkach – zostali za to skarceni. Stały fragment gry dla Popalonych, wyrzut z autu, Tomek Kociszewski dokłada głowę i mamy 3:2! Co prawda zostawało jeszcze sporo czasu, by wywalczyć tutaj choćby remis, to przegrywający nie potrafili wykreować skutecznej akcji, która dałaby im tutaj przynajmniej punkt. Porażka w takim stylu na pewno musi stanowić duże rozczarowanie. Okazji nie brakowało, natomiast skuteczność a czasami zbyt duża chęć kombinowania przy rozegraniu, okazały się zabójcze. Z kolei Popalonym Stykom trzeba pogratulować. Okazji mieli niewiele, podobnie jak zawodników, a jednak wycisnęli z tego spotkania komplet punktów. I za to naprawdę duże brawa!
Jeszcze w minionej edycji Laga Warszawa i BJM Development grały na poziomie 5.ligi. W niedzielę solidarnie rozpoczęły przygodę o klasę wyżej i ich mecz zapowiadał się na dobre widowisko. Chociaż czy na wyrównane? W tamtym sezonie te ekipy mierzyły się dwukrotnie i wyniki za każdym razem były dalekie od potencjalnego podziału punktów – jesienią bezwzględnie lepszy był BJM (8:1), ale wiosną Laga odgryzła się i triumfowała 7:4. Oczywiście nie wnikamy już w okoliczności tamtych potyczek, jednak przy założeniu, że jedni i drudzy przyjadą w dobrych składach, to tutaj był potencjał na spore emocje. No i nie zawiedliśmy się! Obejrzeliśmy fajny, żywy mecz, którego wynik rozstrzygnął się dopiero w ostatnich sekundach. Warto dodać, że przez większość spotkania na prowadzeniu był BJM. Biorąc pod uwagę umiejętności czyste techniczne, to pod tym względem Deweloperzy przewyższali swoich rywali. Wydaje nam się jednak, że Laga miała tego świadomość i wiedziała, że wszystko trzeba będzie wyrównać pracą, determinacją czy wybieganiem. I pod tym względem Ladze nie można nic zarzucić. Pierwsza połowa zakończyła się wynikiem 2:1 dla BJM. Ten wynik niczego jednak nie przesądzał, ale gdy Marcin Skowroński i spółka zbudowali dwubramkowe prowadzenie, to wieszczyliśmy Ladze ciężary w powrocie do gry. Ale chłopaki się nie załamywali. Konsekwentna postawa spowodowała, że w pewnym momencie mieli już tylko jednego gola straty do odrobienia. Czas jednak uciekał, wynik się nie zmieniał i możemy chyba zdradzić, że przestaliśmy wierzyć, że prowadzący dadzą sobie wydrzeć jednobramkowy bufor bezpieczeństwa. Zwłaszcza, iż w końcówce zawsze dochodzą nerwy, które nie pomagają w zbudowaniu akcji na wagę remisu. Ale nie w przypadku Lagi! To co ten zespół zrobił w kluczowym momencie spotkania było naprawdę znakomite. Piłka krążyła jak po sznureczku, w końcowej fazie jeden z graczy umiejętnie ją przepuścił, Szymon Święcicki dograł do Wojtka Burasia a ten zamknął całą akcję i mecz zakończył się remisem! Naprawdę chapeau bas za tę akcję dla ekipy Jędrzeja Święcickiego, która jednocześnie stanowi potwierdzenie, że to jedno oczko po prostu im się tutaj należało. BJM może z kolei żałować, że nie dowiózł prowadzenia do końca, natomiast jeśli przypomnimy sobie, że wcześniej w wielu sytuacjach ratował ich bramkarz Filip Odoliński, to naszym zdaniem wynik 3:3 jest tutaj sprawiedliwy. Bo tutaj nikt nie zasłużył, by do domu wracać z niczym.
W godzinach wieczornych na Arenie AWF doszło do spotkania pomiędzy Oldboys Derby, a Panterą. O ile tych pierwszych dobrze znamy, o tyle ci drudzy do pewnego momentu byli dla nas niewiadomą, lecz szybko się okazało, że to w dużej mierze zawodnicy byłego Mobilisu. Wśród gospodarzy dało się odczuć parę absencji – brakowało chociażby Wojciecha Nowaka, Pawła Repczuka czy Jacka Pryjomskiego. Najbardziej widoczny był brak tego ostatniego – widzieliśmy bowiem firmowe zagrania Oldbojów, ale brakowało tego, który te akcje finalizował. Za to goście wyszli na mecz mocno zmotywowani. Chociażby pierwsza bramka – wysokie wyjście do pressingu Pawła Janiszewskiego wymusiło stratę rywala przed polem karnym i ta trafił do Rafała Dudy, który pewnie umieścił piłkę w siatce, a pięć minut później mieliśmy już 0:2. Gospodarze ruszyli do odrabiania strat i chwilę później zdobyli gola kontaktowego po rzucie rożnym, co jeszcze bardziej ich napędziło. Jednak nadziali się na skuteczną kontrę rywala i zamiast remisu znów mieliśmy dwubramkowe prowadzenie Pantery. Tuż przed przerwą Oldboje ponownie zmniejszyli stratę do rywala – prostopadłe podanie Marcina Wiktoruka wykorzystał Michał Kurowski i do przerwy mieliśmy wynik 2:3. Po zmianie stron mecz nadal był niezwykle wyrównany. Minuty mijały, akcje się toczyły, ale przez długi czas nie padła żadna bramka. Duża w tym zasługa bramkarzy, szczególnie Łukasz Kulesza miał swój dzień i nie raz i nie dwa ratował swój zespół przed utratą gola. Jednak i on musiał w końcu skapitulować, gdy po rzucie rożnym piłka trafiła do Norberta Bormańskiego, a ten świetnym strzałem umieścił piłkę z siatce. Do końcowego gwizdka wynik się nie zmienił i drużyny musiały podzielić się punktami. Taki rezultat nikogo tutaj nie krzywdzi i z naszej perspektywy takie rozstrzygnięcie wydaje się być sprawiedliwe.
Kończące zmagania w 1. kolejce 4 ligi spotkanie pomiędzy Dzikami z Lasu a Big Balls zapowiadaliśmy, jako jedno z ciekawszych, gdzie o końcowym rezultacie może decydować dyspozycja dnia pojedynczego zawodnika, czy odrobina więcej szczęścia. Początek meczu rozwiał nasze złudzenia i pokazał jak bardzo się pomyliliśmy. Dziki z Lasu weszły z takim animuszem w ten mecz, że goście nie do końca wiedzieli co się dzieje na boisku. Już w pierwszych minutach Konrad Adamczyk zaczął swój show zdobywając szybko dwie bramki, których łącznie skompletował tego wieczora aż pięć Po chwili szoku Big Balls zaczęli się oswajać z sytuacją na boisku i mecz na chwilę się wyrównał, chociaż i tak do końca pierwszej odsłony meczu tylko Dziki z Lasu zdobywały gole. Druga część spotkania wyglądała podobnie do pierwszej, z tą różnicą, że gospodarze byli bardziej skuteczni raz za razem pokonując bramkarza Big Ballsów. Goście w końcu przełamali swoją niemoc strzelecką i Patryk Kamola pokonał Macieja Blińskiego, a po chwili to samo udało się uczynić Adrianowi Swatowskiemu, ale to było zbyt mało na tak dobrze pracującą maszynę jaką minionej niedzieli były Dziki z Lasu. Mecz zakończył się wynikiem 16-4 a wygrani z taką dyspozycją na pewno będą w stanie ograć każdego rywala w tej lidze. Z dokładniejszą oceną Big Balls musimy się natomiast wstrzymać, bo po takim meczu byłoby to w stosunku do nich niesprawiedliwe.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)