Sezon 2020/2021
Relacje meczowe: 15 Liga
Jednym z pierwszych niedzielnych spotkań na Arenie Grenady była nie lada gratka dla koneserów futbolu – starcie dwóch ekip zamykających stawkę 15. poziomu rozgrywkowego. Obie drużyny potrzebowały kompletu punktów, by jeszcze realnie myśleć o utrzymaniu.
Mecz od początku toczył się pod dyktando Wombatów, którzy non stop kreowali kolejne akcje, lecz wiele do życzenia pozostawiał aspekt finalizacji. Wtedy nieoczekiwanie goście przeprowadzili szybką akcję i – z domieszką szczęścia w postaci samobójczego trafienia Kwiatkowskiego – wyszli na prowadzenie. Sytuacja ta wyraźnie podrażniła rywali, świadomych, że to oni powinni prowadzić. Zaczęli atakować jeszcze częściej i mocniej, co szybko przyniosło efekty. Dwie szybkie bramki w wykonaniu Stąporka, plus dobitka Kwiatkowskiego, i do przerwy było już 3:1.
Druga połowa wyglądała już całkowicie jednostronnie. Wombaty, ze Stąporkiem na czele, przestały się mylić i rozpoczęły istny festiwal strzelecki. Widać było, że z każdą akcją czują się pewniej, co przełożyło się na sześć bramek zdobytych w drugiej części meczu. Kolejne dwa trafienia oraz asystę zaliczył Maciej Stąporek, którego śmiało można określić bohaterem spotkania.
Pod koniec meczu NieDzielni zdołali jeszcze zdobyć gola po błędzie rywali w obronie, lecz nie miało to większego wpływu na przebieg spotkania ze względu na dużą różnicę w wyniku końcowym. Wombaty zasłużenie wygrywają 9:2 i dopisują bardzo cenne trzy punkty.
Rywalizacja w 15. lidze kwitnie niczym wiosna dookoła. Yug.Bud był tu wskazywany w roli murowanego faworyta, a ku zaskoczeniu wszystkich obserwatorów już w 3. minucie na prowadzenie wyszło Rogalos! Niezawodny Mateusz Drumlak wyłożył piłkę Piotrowi Poterowi, a ten nie dał szans bramkarzowi gospodarzy. Faworyci długo nie mogli pozbierać się po tym golu, ale w końcu w 10. minucie do wyrównania doprowadził Vladyslav Korobka, a dwie minuty później Yug.Bud był już o trafienie z przodu po bramce Yuriego Humeniuka. I gdy wydawało się, że gospodarze spokojnie dowiozą wynik do końca pierwszej połowy, w dosłownie ostatniej akcji błysnął Mateusz Drumlak – uderzył z niemal niemożliwego kąta, a piłka zatrzepotała w siatce.
Co tu dużo mówić – wynik 2:2 do przerwy sam w sobie był już zaskoczeniem, ale Rogalos nie powiedziało jeszcze ostatniego słowa i po zmianie stron wciąż kreowało groźne ataki. W 31. minucie w sytuacji jeden na jednego górą był golkiper Yug.Budu, ale trzeba przyznać, że Dmytro Czui musiał w tym wypadku wspiąć się na wyżyny swoich umiejętności.
Koledzy z napadu szybko odwdzięczyli się za tę paradę i w 36. minucie na 3:2 trafił Rostyslav Marynets, ale kwestia wyniku długo pozostawała otwarta. Inicjatywa powoli przechodziła na stronę gospodarzy i coraz częściej oddawali groźne strzały na bramkę Macieja Jankowskiego, a w 39. minucie golkiper Rogalos popisał się refleksem i wybronił przysłowiową „setkę”. Dopiero w 44. minucie szalę zwycięstwa wyraźnie przechylił na stronę Yug.Budu Volodymyr Kharin, a chwilę później ten sam zawodnik skompletował dublet i mecz zakończył się zwycięstwem gospodarzy 5:2.
Mimo wszystko RCD Los Rogalos pokazało się z naprawdę dobrej strony, a że jest to ich kolejny solidny występ, nie będzie przesadą stwierdzenie, że mają potencjał, aby urywać punkty drużynom z górnej części tabeli.
Istnieje w Lidze Fanów pewna legenda, głoszona przez najmłodszego koordynatora, że spotkanie tych dwóch drużyn to najciekawsze wydarzenie w całej lidze. I trudno się z tym nie zgodzić. Przed meczem różnica jednego punktu, walka o podium i aż cztery zespoły w grze o najniższy stopień podium. To był przepis na widowisko godne polskiej ekstraklasy.
Początek? Piorunujący. Już na starcie Olek Markowski otworzył wynik po sprytnym uderzeniu głową. Jego uciszająca cieszynka w stronę Piotra Arendta tylko podkręciła atmosferę. Pogromcy weszli w mecz z ogromną energią i szybko zaczęli budować przewagę. Kolejne trafienia dołożyli Norbert Plak i Mateusz Niewiadomy, a gra gospodarzy wyglądała na pewne kontrolowanie tego, co działo się na boisku. Oldboys Derby III próbowali odpowiadać, ale ich akcje rozbijały się o dobrze dysponowaną defensywę i świetnie broniącego Maja, który kilkukrotnie ratował swój zespół naprawdę efektownymi interwencjami. Pod koniec pierwszej połowy Marcin Kowalski dorzucił jeszcze trafienie po efektownej przekładance i rykoszecie. Jakby tego było mało, nazajutrz po meczu spotkało go coś jeszcze ważniejszego - urodziła mu się córka. Marcin, gratulujemy!
Do przerwy było 4:0 i wszystko wskazywało na to, że mecz jest już rozstrzygnięty. Ale druga połowa… to zupełnie inna historia. Pogromcy jakby zostali w szatni, a Oldboys wyszli z zupełnie nową energią. Sygnał do odrabiania strat dał Łukasz Łukasiewicz, trafiając precyzyjnie na dalszy słupek.
A potem? One man show!
Piotr Grudzień wyglądał, jakby zmagazynował w sobie ogromną ilość energii i uwolnił ją w kilka minut. Dynamiczne wejścia, minięcia obrońców z niezwykłą lekkością i pewne wykończenia sprawiły, że zdobył hat-tricka, a wynik z 4:0 zamienił się w 4:4. Jeśli w tej kolejce ktoś przesądził o losach swojej drużyny, to Grudzień zrobił to z największym rozmachem.
Końcówka była otwarta. Obie drużyny próbowały przechylić szalę zwycięstwa, ale ostatecznie padł remis. 4:4, który dla jednych jest uratowanym punktem, a dla drugich - utraconą wygraną. Jedno jest pewne - walka o podium w tej lidze trwa w najlepsze. Cztery drużyny, jedno miejsce premiowane awansem i ogrom emocji. Pytanie pozostaje otwarte: kto ostatecznie sięgnie po awans do 14. ligi?
Mecz pomiędzy Interem a Szeregiem Homogenizowanym był pełen zwrotów akcji i dynamicznych zmian w przebiegu gry. Początek spotkania wyraźnie należał do Interu, który narzucił swoje tempo i zepchnął rywali do defensywy, a dwie bramki zdobył Artem Kolianovskyi, skutecznie finalizując dobrze rozegrane akcje po rozmontowaniu obrony przeciwników. Szereg Homogenizowany odpowiedział trafieniem kontaktowym autorstwa Jakuba Myszóra, zmniejszając stratę do 2:1 i dając swojej drużynie impuls do dalszej gry.
Mimo to Inter przez dłuższy czas kontrolował przebieg spotkania, utrzymując się przy piłce i kreując kolejne sytuacje, co w końcu przyniosło efekt w postaci trzeciej bramki Artema Kolianovskiego, który skompletował hat-tricka i podwyższył wynik na 3:1. Po tym trafieniu gra stała się bardziej wyrównana, a tempo nieco spadło, ponieważ obie drużyny skupiły się na organizacji i ograniczaniu błędów, przez co przez dłuższy czas wynik nie ulegał zmianie.
Wydawało się, że Inter ma wszystko pod kontrolą i spokojnie dowiezie korzystny wynik do końca spotkania, jednak końcówka należała do Jakuba Myszóra, który najpierw zdobył bramkę bezpośrednio z rzutu rożnego na pięć minut przed końcem. To trafienie dało jego drużynie wyraźny impuls do dalszej walki, a w ostatniej minucie spotkania Myszór ponownie wziął na siebie odpowiedzialność i pewnie wykorzystał rzut karny, doprowadzając do odwrócenia losów meczu.
Ostatecznie spotkanie zakończyło się remisem 3:3, który miał duże znaczenie w kontekście walki o czołowe miejsca w tabeli. Zdobyty punkt jest szczególnie cenny, ponieważ rywale zajmują obecnie trzecie miejsce w lidze, co dodatkowo podkreśla wagę tego rezultatu.
Green Team wszedł w mecz z niesamowitą pewnością siebie, a współpraca zawodników w zielonych koszulkach na boisku wyglądała wręcz wzorowo. Już w 1. minucie wynik otworzył Piotr Waszczuk, co było jedynie zapowiedzią jego fenomenalnej dyspozycji tego dnia. Zespół w zielonych trykotach od początku dyktował warunki gry, wykorzystując niemal każdą okazję do pokonania bramkarza. W 10. minucie, po kolejnym trafieniu Waszczuka, na tablicy wyników widniało już 0:5 i wydawało się, że KP Syrenka kompletnie się posypie.
Wtedy jednak w ekipie „Białych” coś drgnęło. Między 15. a 22. minutą gracze KP Syrenki podjęli ambitną próbę powrotu do meczu. Pierwszą bramkę dla swojego zespołu zdobył Maksymilian Pająk, po chwili drugą dołożył Mateusz Woźnicki, a gdy trzeci raz piłkę do siatki skierował ponownie Pająk, przewaga Green Teamu stopniała do stanu 3:5. Na boisku zrobiło się naprawdę gorąco, a nadzieje na odwrócenie losów spotkania przed przerwą stały się realne. Brutalnie zgasił je jednak Piotr Waszczuk, strzelając kolejne cztery bramki w samej końcówce pierwszej połowy i kończąc ją wynikiem 3:9.
Druga połowa to już rządy Green Teamu, który nie zamierzał spuszczać z tonu. Choć KP Syrenka nie odpuściła i ambitnie walczyła o każdą piłkę do ostatniego gwizdka, ich gole padały raczej w przypadkowych momentach i nie były w stanie realnie zagrozić przeciwnikom. Zawodnicy w zieleni konsekwentnie wykorzystywali każdą nadarzającą się okazję, karcąc rywali za najmniejsze błędy.
Bezwzględnym MVP spotkania został wspomniany Waszczuk, który mecz zakończył z nieprawdopodobnym dorobkiem siedmiu bramek oraz trzech asyst. Mimo wysokiej porażki 6:16, KP Syrence należą się brawa za to, że mimo fatalnego początku nie „położyli się” przed rywalem i starali się szukać swoich szans przez pełne 50 minut.







)
)
)
)
)
)
)
)
)