Sezon 2020/2021
Relacje meczowe: 4 Liga
Mimo iż ekipy FC Patriot oraz FC Bulls dzieliły w tabeli jedynie trzy punkty, była to odległość wystarczająca, by jedna z drużyn zajmowała strefę medalową, a druga – spadkową. Jak na mecz ukraińskich drużyn przystało, obserwowaliśmy dużo dobrej gry i piłkarskiej jakości poszczególnych zawodników – na szczęście te zmagania przebiegały raczej w przyjaznej atmosferze.
Wprawdzie to gospodarze objęli prowadzenie jako pierwsi, dzięki trafieniu Valentyna Khomenki, któremu asystował Maksim Abramau, lecz waleczna natura FC Bulls szybko dała o sobie znać, i stawiani w roli faworyta gracze w czerwonych koszulkach przypieczętowali dobry okres gry golami Mykhaila Seliverstova i Konstantina Vesolovskyiego. Wyróżniającą się postacią w ekipie gości był Arkadii Kozenko, który najpierw wykorzystał rzut wolny, a później skompletował dublet trafieniem po rykoszecie od jednego z defensorów rywala. W szeregi czerwono-czarnych wdarło się jednak delikatne rozluźnienie, co widać było po dziecinnej stracie Seliverstova we własnym polu karnym – z czego bezlitośnie skorzystał Yurii Buts. W odpowiedzi na ten zryw gospodarzy, tuż przed przerwą Kozenko wpisał się po raz trzeci na listę strzelców, dając swojemu zespołowi komfortową przewagę.
Druga odsłona meczu była już widowiskiem o wiele bardziej stonowanym – co prawda momentami wysilić się musieli obaj golkiperzy, lecz w gruncie rzeczy FC Bulls mieli już to, czego chcieli. Na 2:6 podwyższył Maksym Hololobov, a ostatnią bramkę w tej rywalizacji zdobył Buts, który ofiarnie zawalczył o futbolówkę, a potem zatańczył z dwoma rywalami i na skraju pola karnego posłał piłkę w okienko bramki Zhukova.
Rezultat 3:6 sprawił, że zarówno jedna, jak i druga strona umocniły swoje pozycje w zajmowanych przed tym starciem strefach – niestety, nie w obu przypadkach są to wieści z gatunku tych dobrych.
4.iga? Liga niespodzianek i wysokich wyników! Przed niedzielnym spotkaniem jednak dało się wskazać faworyta. Mimo wyrównanego i trudnego meczu z Patriotem, to Nieuchwytni podchodzili do tego starcia w roli underdoga. I zaczęło się dla nich fatalnie – wręcz nokautująco.
Już w 3. minucie Pavlo Czornobai skompletował dublet po dwóch pięknych uderzeniach z dystansu. Wydawało się, że gole będą wpadać jeden za drugim, ale... nic z tych rzeczy. Ku zaskoczeniu kibiców gra się wyrównała. Nieuchwytni zaczęli stwarzać własne sytuacje i coraz lepiej radzili sobie w defensywie. Mimo to, w 16. minucie Volodymyr Rudinskyi zdobył trzeciego gola dla Legionu. Później przyszedł moment krytyczny – niepotrzebna żółta kartka dla Oleha Kremienishchuka. To mogło być ostatnie tchnienie Nieuchwytnych w tym meczu, ale zamiast kontaktowej bramki… padł czwarty gol dla Legionu, tym razem autorstwa Yuriego Czornobaia. Przed przerwą Nieuchwytni mieli jeszcze jeden groźny rzut wolny, ale bramkarz Legionu, Bohdan Batiuk, był na posterunku. Do przerwy mieliśmy 4:0 i mecz wydawał się być rozstrzygnięty.
Druga połowa rozpoczęła się od fantastycznego występu bramkarza Nieuchwytnych – Nazara Horina. Po słabej pierwszej połowie wrócił między słupki z nową energią i kilkukrotnie ratował swój zespół w sytuacjach sam na sam i przy strzałach z bliska. Mimo to, w 21. minucie Yurii Czornobai zdobył swoją drugą bramkę, doprowadzając do remisu w wewnętrznym wyścigu z bratem. Końcówka była już formalnością – trafiali jeszcze Aleh Patonich i Mikalai Filimonau, żółtą kartkę zobaczył Pavlo Czornobai, a Nieuchwytni, mimo kilku niezłych prób, nie zdołali zdobyć choćby honorowego gola.
Pewne zwycięstwo Legionu umacnia ich na podium – przed nimi jeszcze trudne mecze, ale wszystko mają we własnych rękach. Dla Nieuchwytnych sytuacja wygląda znacznie mniej optymistycznie. Liga jest bardzo wyrównana, a terminarz nie będzie łatwiejszy. Ale jeśli zachowają charakter – jeszcze mogą namieszać.
Do tego spotkania obie drużyny podchodziły z innym nastawieniem. Force kontynuuje marsz po mistrzostwo i potrzebowało kolejnych 3 punktów, by utrzymać się na szczycie tabeli. Dawne Torpedo, z tylko jednym zwycięstwem na koncie, szukało przełamania, by włączyć się do walki o podium. Składy mówiły jedno – obie ekipy zmobilizowały dziś swoich najlepszych zawodników. Jednak, jak podsumował po meczu jeden z liderów Dnipro, Oleksandr Towczyga: „Dziś mieliśmy świetny skład… ale nie mieliśmy zespołu.”
Ale o wszystkim po kolei. Pierwsza połowa – prawdziwa parada pięknych goli, zwłaszcza tych z dystansu. Opisywać je można godzinami, ale niektóre trzeba po prostu zobaczyć.
Jeśli ktoś szuka efektownych uderzeń z daleka – Oleh Leshchyshyn, Roman Zielinskyi, Oleksandr Towczyga i Zakharii Mor stanęli na wysokości zadania. Gol piętką? Znów Leshchyshyn. Techniczne perełki? Ruslan Yakubiv, Dawid Paradowski, Siarhei Zdanovich i Kiril Kud również mieli coś do powiedzenia.
Sam przebieg pierwszej połowy był niczym rollercoaster. Force bardzo szybko wyszło na prowadzenie 3:0 i wydawało się, że emocji nie będzie. Ale Dnipro nie złożyło broni – odpowiedziało trzema bramkami i wróciło do gry. Co ciekawe, po stronie gości za każdym razem trafiali inni zawodnicy. Natomiast w Force Fusion błyszczało klasyczne trio: „Szpila”, Yakubiv i Leshchyshyn. Po strzelaninie do przerwy mieliśmy wynik 6:5 dla Force. Trudno było sobie wyobrazić, co może nas jeszcze czekać w drugiej połowie.
Gra się nieco uspokoiła, a do 40. minuty przewaga Force Fusion wynosiła zaledwie dwa gole. I wtedy nastąpiło załamanie. Dnipro United kompletnie się posypało – zabrakło sił, współpracy i chyba też wiary. Nie tylko w odrobienie strat, ale nawet w zdobycie gola honorowego w tej odsłonie. W tym czasie Force dorzuciło kolejne 6 bramek... W tej połowie nie było już tylu fajerwerków, ale raz jeszcze Piotr Szpilarewicz i Ruslan Yakubiv zachwycili piękną, kombinacyjną akcją, zakończoną asystą piętą i zdobytą bramką.
Dla Force to kolejny mecz, który potwierdza ich mistrzowskie aspiracje – zespół umacnia się na 1. miejscu. Dnipro United po raz kolejny pokazuje dwie twarze: waleczny i skuteczny pierwszy akt, po którym przychodzi całkowite załamanie. Jeśli znajdą stabilność – wciąż mogą włączyć się do walki o podium, ale czas ucieka...
Mecz tych dwóch, kompletnie różnych od siebie drużyn, od samego początku budził zaciekawienie – kto będzie w stanie przechylić szalę zwycięstwa na swoją stronę? Spotkanie rozpoczęło się pechowo dla gości – już w 4. minucie wynik dla Diabłów otworzył się po samobójczym trafieniu Załuski.
Inferno jednak szybko się przebudziło i w swoim stylu – szybką grą – doprowadziło do wyrównania. Kochanowski popisał się przepięknym, mocnym uderzeniem z dystansu w okienko krótkiego rogu. W 11. minucie Cioth podwyższył na 1:2 dla Inferno i wydawało się, że goście przejmują kontrolę nad meczem, raz po raz atakując. Nic bardziej mylnego. Ukraińska drużyna w ciągu kilku minut wyprowadziła aż cztery skuteczne ataki, obnażając obronę rywali. Strzelili bardzo pewnie Pustovit, Shepel i Buzuliak. Do przerwy wynik wyklarował się na 5:2, ale goście nie zamierzali oddawać tego meczu i ruszyli od razu do ataku.
Zaraz po wznowieniu gry gola zdobył Cioth, lecz równie szybko odpowiedział Sydorenko. Inferno jeszcze dwukrotnie – za sprawą duetu Tłaczała–Kochanowski – dało o sobie znać i wydawało się, że są już blisko odrobienia strat. Na 15 minut przed końcem widniał wynik 6:5. W tym momencie należy pochwalić wyczucie tempa gry Ruslana Tsygankova, który zarządzał grą swojej drużyny w taki sposób, że to goście musieli biegać za piłką. Sam Tsygankov rozrzucał futbolówkę z lewej na prawą stronę boiska, a w 40. minucie sam zamknął akcję gospodarzy, dając im oddech przy wyniku 7:5. Minutę później Sydorenko popisał się prawdziwą „bombą” od poprzeczki, pieczętując zwycięstwo Diabłów. Inferno, nie odpuszczając, zdobyło jeszcze jedną bramkę za sprawą Tłaczały, a ostateczny wynik ugruntował się na 8:6 dla gospodarzy.
Po tym meczu obie ekipy mają po sześć punktów i znajdują się w środku tabeli. Trzeba przyznać, że tabela 4. Ligi wciąż jest bardzo wyrównana i bez wątpienia będziemy świadkami jeszcze wielu spotkań, w których zawodnicy wyleją sporo potu, walcząc o jak najbardziej satysfakcjonujące pozycje.







)
)
)
)
)
)
)
)