Sezon 2020/2021
Relacje meczowe: 5 Liga
W meczu na szczycie Hetman podejmował lidera rozgrywek – Tonie Majami. Stawka była jasna: gospodarze musieli wygrać, by realnie liczyć się w walce o mistrzostwo. Goście z kolei mieli w zanadrzu zwycięstwo z rundy jesiennej, ale nie zamierzali się na nim opierać – mimo braku swojego czołowego snajpera, Dawida Zagrodzkiego, podeszli do meczu z dużą wiarą w sukces.
Od pierwszych minut widać było, że obie drużyny grają ostrożnie – nikt nie chciał się zbytnio otworzyć, bo pierwsza stracona bramka mogła ustawić mecz. Pierwszą groźną sytuację stworzyli gracze Patryka Kamoli, ale świetna interwencja Wiktora Stankowskiego utrzymała bezbramkowy remis.
Tonie Majami starali się przejąć inicjatywę, jednak strata piłki w środku pola zemściła się błyskawicznie – Damian Kucharczyk dopadł do futbolówki i pewnym strzałem wyprowadził Hetmana na prowadzenie. Od tego momentu goście mocno przycisnęli, co szybko przyniosło efekt – niezawodny Filip Motyczyński świetnie dograł do Patryka Kamoli, który bez problemu trafił do pustej bramki. Remis nie utrzymał się długo – po rzucie rożnym Hetman ponownie wyszedł na prowadzenie. Pierwsza połowa zakończyła się wynikiem 2:1, a emocje dopiero miały się rozkręcić.
Po zmianie stron goście ruszyli do ataku. Gospodarze szybko złapali żółtą kartkę, przez co przez chwilę grali w osłabieniu. Chwilę później arbiter wskazał na wapno – szansa na wyrównanie była ogromna. Do piłki podszedł Filip Motyczyński, ale jego strzał był fatalny, a Wiktor Stankowski pewnie obronił. Ta sytuacja podziałała mobilizująco na Hetmana. Gospodarze zagrali konsekwentnie w obronie, a po jednej z akcji ponownie trafił Damian Kucharczyk, ustalając wynik na 3:1. W końcówce Tonie Majami wyraźnie opadli z sił. Choć Hetman miał jeszcze okazje na podwyższenie, świetnie spisywał się bramkarz gości, który uchronił swój zespół przed większą stratą.
Ostatecznie mecz zakończył się wynikiem 3:1, a Hetman wraca do gry o tytuł. Przed nami ostatnie dwie kolejki, które rozstrzygną losy mistrzostwa.
Niezwykle wyrównany mecz mieliśmy okazję oglądać w zeszłą niedzielę pomiędzy A.D.S Scorpion’s a Bartolini Pasta. Jedenaście goli i jeszcze więcej zmarnowanych okazji sprawiło, że emocji w tym spotkaniu nie brakowało nawet na moment. Co więcej – przez całe 50 minut żadna z drużyn nie zdołała wyjść na więcej niż jednobramkowe prowadzenie.
Niestety dla gospodarzy, to oni przez niemal całe zawody musieli gonić wynik. Już po pierwszej, raczej spokojnej połowie, zakończonej rezultatem 1:2, było jasne, że Scorpion’s nie będzie miał łatwej przeprawy. W drugiej połowie to zespół Bartolini Pasta był po prostu skuteczniejszy – a to właśnie ta cecha najczęściej przesądza o końcowym wyniku.
Goście mogli liczyć na znakomitego Krystiana Pazdykę, który ustrzelił hat-tricka i był najgroźniejszym zawodnikiem na boisku. Po stronie gospodarzy najskuteczniejszy był Tomasz Świeczka, ale jego trafienia nie wystarczyły, by przechylić szalę zwycięstwa na swoją stronę.
Obie połowy miały podobny przebieg, a emocje utrzymywały się od pierwszej do ostatniej minuty. Ostateczny cios zadali goście – Michał Cholewiński efektownym strzałem tyłem do bramki po rozegraniu rzutu rożnego ustalił wynik meczu na 5:6.
Dla Bartolini Pasta ta wygrana to nie tylko trzy punkty – to zwycięstwo, które pozwoliło im wydostać się ze strefy spadkowej. Można śmiało powiedzieć, że to był mecz „o sześć punktów”. Gratulacje dla gości! Scorpion’s z kolei musi szukać punktów w kolejnych starciach i liczyć na lepsze występy w końcówce tej nieudanej, jak dotąd, rundy wiosennej.
Ostatnia prosta sezonu 2024/2025 okazuje się dla GLK wyjątkowo wyboista. Jeszcze kilka kolejek temu zespół Mateusza Rozkresa bił się o mistrzostwo, a dziś musi walczyć o utrzymanie miejsca na podium. A Orzełki – jak przystało na ekipę z Koła – okazały się wyjątkowo niewygodnym rywalem. Gospodarze musieli się solidnie napocić, by wywieźć z tego spotkania trzy punkty.
Pierwszy gol padł dopiero po dziesięciu minutach gry. Dwójkową akcję braci Dominiak strzałem kończył Patryk, ale Jan Drabik zdołał odbić piłkę. Niestety dla Orzełków, ta trafiła wprost pod nogi niekrytego Sławka Fariona, który bez wahania huknął do siatki – 1:0 dla GLK. Przez pierwszy kwadrans Old Eagles mieli problem, by podejść pod bramkę Łukasza Trzpioły, ale w 14. minucie zaczęli łapać rytm. Mariusz Żywek i Krzysztof Józefiak rozmontowali defensywę rywali i doprowadzili do wyrównania. Remis nie trwał jednak długo – trzy minuty później Jakub Zieliński popisał się indywidualną akcją i uderzył tak, że bramkarz gości nawet nie zdążył zareagować. Do przerwy było 2:1 dla GLK.
Być może Orzełki liczyły na to, że zmęczą przeciwnika, który dysponował tylko jednym rezerwowym. Ale po zmianie stron znów to GLK dyktowało warunki. Dodatkowo pech dopadł gości – Jan Drabik doznał kontuzji i nie mógł kontynuować gry. W jego miejsce między słupki wszedł Michał Skalski. W 29. minucie Mateusz Rozkres zmarnował stuprocentową sytuację, ale chwilę później rzut rożny zakończył się zamieszaniem pod bramką i Patryk Dominiak dołożył drugie trafienie. Old Eagles ponownie musieli gonić wynik i odpowiedzieli błyskawicznie – efektowną akcję rozegrali Jarosław Senator i Krzysztof Józefiak, znów zmniejszając straty.
Ale GLK wykorzystało chwilę nieuwagi i... znowu trafił Patryk Dominiak. Tyle że Orzełki nie zamierzały odpuszczać – tym razem gola zdobył Roman Pamięta. Minęło ledwie kilkadziesiąt sekund, a już oglądaliśmy kopię tej wymiany ciosów – Dominiak podwyższył, Żywek odpowiedział. 6:5 i dziesięć minut do końca. Mecz trzymał w napięciu do ostatnich sekund.
W końcówce GLK znów zapunktowało – tym razem swojego pierwszego gola zdobył Sebastian Dominiak. Ale to nie był koniec: ledwie pół minuty później Krzysztof Józefiak ustrzelił hat-tricka, dając Orzełkom nadzieję na remis. Goście rzucili wszystkie siły do ataku, ale nie zdołali już wyrównać. W ostatniej akcji meczu kropkę nad "i" postawił ponownie Sebastian Dominiak – GLK wygrało 7:5, choć lekko na pewno nie było.
Dla obu ekip ten sezon daleki był od oczekiwań, ale jedno trzeba oddać – Gruzini, nawet w beznadziejnej sytuacji, zawsze wychodzą na boisko zmotywowani do walki. W przypadku Iglicy niestety trudno o takie słowa – choć w kadrze zapisanych jest trzydziestu zawodników, na mecz stawia się zaledwie siedmiu. A szkoda, bo w drugiej połowie było widać, że ten zespół ma potencjał, szczególnie gdy na murawie pojawił się Radek Sówka, wcielając się w rolę grającego menedżera.
Pierwsza połowa zdecydowanie należała do gospodarzy. Gruzini szybko objęli prowadzenie, choć Iglica zdołała odpowiedzieć i po 11 minutach było 2:1. Potem jednak Georgian Team wrzucił wyższy bieg, a świetnie dysponowany Saba Lomia napędzał kolejne akcje. Efekt? Wynik 7:2 do przerwy.
W przerwie kluczowa okazała się wspomniana obecność Radka Sówki. Goście przestali popełniać proste błędy w defensywie, zaczęli grać spokojniej, a co najważniejsze – ustabilizowali tempo. Dwa razy zdołali pokonać bramkarza Gruzinów, co dało wynik 7:4. W szóstkach to strata jak najbardziej do odrobienia. Niestety, w decydujących momentach zawiodła skuteczność. Iglica kilkukrotnie wychodziła sam na sam, ale piłka uparcie nie chciała wpaść do siatki. Gdyby chociaż dwie z tych okazji zamienili na bramki, mecz mógłby potoczyć się zupełnie inaczej. Gruzini natomiast grali swoje – spokojnie, bez forsowania tempa, ale z cierpliwością, która w końcu przynosiła efekty. Mając komfortową przewagę, gospodarze mogli sobie pozwolić na odrobinę luzu, choć trzeba oddać, że bramkarz Iglicy – Kacper Starobrat – zasłużył na pochwały. Po raz kolejny był jasnym punktem drużyny, broniąc kilka naprawdę trudnych uderzeń.
Mimo jego wysiłków obraz meczu był jasny – Georgian Team kontrolowali przebieg gry i w końcówce dobijali zmęczonych rywali kolejnymi trafieniami. Ostatecznie wygrali pewnie 11:5, notując bardzo ważne zwycięstwo. Biorąc pod uwagę fatalną formę ADS Scorpions, walka o piąte miejsce – dające awans do Pucharu Fanów – wciąż pozostaje w ich zasięgu.
Na boiskach Grenady swój mecz rozegrali Broke Boys oraz Więcej Sprzętu niż Talentu. Tym razem byliśmy świadkami dość jednostronnego widowiska, które zakończyło się wysokim zwycięstwem gości 1:7.
Od pierwszego gwizdka było widać, kto tego dnia rządzi na boisku. Sprzętowi narzucili swoje warunki, kontrolując tempo, posiadanie i praktycznie każdy fragment gry. Pierwsza połowa to pokaz siły – aż pięć trafień dla gości i tylko jeden gol gospodarzy, bardziej na otarcie łez niż realną próbę odwrócenia losów spotkania. Broke Boys mieli nadzieję, że po przerwie coś się zmieni, ale ciężko było o powtórkę z jakiegokolwiek cudu.
Druga część meczu była już spokojniejsza, ale kontrola wciąż była po stronie zespołu w zielonych koszulkach. Dwie kolejne bramki dołożyły tylko kolejną cegiełkę do efektownego zwycięstwa. Na szczególne wyróżnienie zasługuje Krystian Omen – był dosłownie wszędzie, zdominował środek pola i ofensywę, a rywale jednogłośnie wskazali go jako MVP tego spotkania.
Tym meczem Więcej Sprzętu niż Talentu wysłało mocny sygnał do pozostałych ekip – oni jeszcze nie powiedzieli ostatniego słowa w walce o miejsce na podium.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)