Sezon 2020/2021
Relacje meczowe: 1 Liga
Zmagania w 1. lidze rozpoczęliśmy od meczu pogrążonej serią porażek Warszawskiej Ferajny z Contrą, która choć znajduję się wyżej w tabeli, to też dwa ostatnie spotkania zakończyły się brakiem jakiejkolwiek zdobyczy punktowej. Na początku meczu było widać, że obie ekipy potrzebują punktów, mecz był zamknięty w środkowej strefie boiska i ciężko było wskazać drużynę, która mogłaby zdobyć pierwszą bramkę. W końcu sprawy w swoje ręce wziął Michał Raciborski, który wykorzystał doskonałe podanie Michała Zagórzaka. Strata bramki zadziałała mobilizująco na zespół Kacpra Domańskiego. Warszawska Ferajna szybko zdołała wyrównać rezultat spotkania, a po chwili wyszła na prowadzenie. Długo gospodarze nie cieszyli się z takiego stanu rzeczy, bo dwie kolejne bramki były autorstwa Contry i znów to oni cieszyli się z prowadzenia. W pierwszej połowie Ferajnie udało się jeszcze doprowadzić do remisu, bramkę na 3-3 zanotował Adrian Dembiński. W drugiej połowie zdecydowaną przewagę osiągnęła Contra. Mogło to być spowodowane koszmarnie wyglądającą kontuzją zawodnika Warszawskiej Ferajny co mogło wpłynąć na ich morale, ale fakty są takie, że goście w drugiej odsłonie pokazali koncert ofensywnej i skutecznej gry zespołowej. Kolejne bramki Kuby Lisowskiego czy Radosława Parszewskiego przybliżały Contrę do całej puli. Ostatecznie goście zwyciężyli 9:4 i po dwóch poprzednich porażkach udało im się w końcu wygrać, a sytuacja Warszawskiej Ferajny staje się coraz bardziej skomplikowana.
W spotkaniu ósmej kolejki pierwszej ligi mierzył się ze sobą ekipy FC Otamanów oraz Mixamatora. Czwarta drużyna minionego sezonu podejmowała Ekstraklasowego spadkowicza, przez co mogliśmy się spodziewać nie lada emocji. Ekipa gości w tym sezonie spisuje się raczej średnio, zajmując zaledwie szóste miejsce z 9 punktami. Gospodarze natomiast pewnie kroczą w kierunku historycznego awansu do najwyższej klasy rozgrywkowej, tracąc zaledwie jedno „oczko” do liderującego Warsaw Bandziors. Mimo wyrównanej pierwszej odsłony i zaledwie dwóch bramek przewagi, autorstwa aktualnego lidera klasyfikacji strzelców, Vitaliego Yakovenki druga odsłona rywalizacji przebiegła pod znakiem absolutnej dominacji Otamanów. Kapitalna dyspozycja dnia Kostiantyna Didenki, walnie przyczyniła się do finalnego rezultatu. Trzy asysty oraz taka sama liczba bramek to wynik, który bezapelacyjnie zasługuje na brawa i wszelkie oklaski. Gracze Mixamatora byli absolutnie bezsilni w zestawieniu z rywalami zza naszej wschodniej granicy. Ukraińcy przez niemalże całe spotkanie dominowali na boisku, czego efektem były kolejne bramki. Przy stanie 5:0, zespół w czerwonych strojach zdołał co prawda pokonać fenomenalnego Olega Bortnyka, za sprawą trafienia Dawida Skupa, którego podaniem odnalazł Kamil Gadomski, ale na ich nieszczęście był to tylko „wypadek przy pracy” oraz woda na młyn dla kolektywu, którym bezapelacyjnie jest ekipa z drugiego miejsca pierwszej ligi. Mimo wszystko, gościom należą się pochwały za usilne starania. Mamy jednak nadzieję, że zespół Mixamatora podniesie się z kolan i w dalszej części rozgrywek jeszcze nas zaskoczy.
Będący w tym sezonie bez porażki Explo Team podejmował czerwoną latarnię 1 ligi - Zjednoczoną Ochotę. Mecz rozpoczął się od ataków Zjednoczonej Ochoty co niewątpliwie zaskoczyło Explo Team. Po kilku minutach i gospodarze zaczęli dochodzić do głosu, ale albo w bramce drużyny z Ochoty świetnie spisywał się Przemysław Morawski, albo zwyczajnie brakowało dokładności w ataku. Długo w tym meczu nie padła żadna bramka, aż przypominał się jeden z poprzednich meczów gospodarzy, którzy bezbramkowo zremisowali swój mecz. Pomocną dłoń wyciągnął dobrze spisujący się tego dnia bramkarz Zjednoczonej Ochoty, który przed polem karnym faulował rywala, za co otrzymał żółtą kartkę. Explo Team jednak nie wykorzystał gry w przewadze i dalej nie padła żadna bramka. Wydawało się, że pierwsza połowa zakończy się remisem, jednak w końcu gospodarzom jakoś udało się wcisnąć gola do szatni, którego autorem był Damian Koński. Druga połowa wyglądała już tak, jak spodziewaliśmy się, że będzie przebiegać ten mecz. Siły ze Zjednoczonej Ochoty opadły, to co jeszcze wychodziło w pierwszej połowie, kompletnie nie udawało się już w drugiej. A Explo zaczęło grać jak z nut, rozstrzelał się Marek Pawłowski, bracia Szarpak rozrywali szeregi defensywne rywali. Bramka padała jedna po drugiej, a mogły jeszcze częściej, lecz naprawdę dobrze dysponowany był bramkarz gości. Mecz zakończył się wynikiem 10-0 i Explo cały czas pozostaje w walce o medale, a w drużynie z Ochoty można powiedzieć, że bez zmian.
Spotkanie FC Almaz z Narodowym Śródmieściem okazało się widowiskiem niebywałej urody. Ekipa Marka Szklennika jak za dawnych, dobrych czasów stawiła się na placu w tak szerokiej kadrze, że kapitan gości mógł spokojnie wystawić dwa grające składy. Frekwencją meczów się jeszcze nie wygrywa, szczególnie gdy naprzeciwko stoi tak trudna drużyna jak Almaz. Na początku dało się zauważyć, że obie drużyny szanują piłkę i oglądaliśmy dużo walki w środku pola. Gospodarze byli zdecydowanie bardziej aktywni i dwukrotnie postraszyli strzałem zza pola karnego. Szczególnie w ataki angażował się Yevhen Syrotenko, ale brakło skuteczności. Narodowe raczej skromnie wyprowadzało ofensywy, ale cierpliwie szukało swojej okazji i ostatecznie zadało pierwszy cios – w 7 minucie dwójkową akcję rozegrali Jan Dolniak i Karol Kubicki, a ten drugi zapakował piłkę do siatki. Gospodarze zaskoczeni takim obrotem spraw chcieli szybko odzyskać inicjatywę, ale goście mądrze się bronili i długo nie oglądaliśmy bramek. W 19 minucie doszło do istnego oblężenia bramki Darka Hanowicza – najpierw Almaz obił poprzeczkę, a po chwili potężny strzał oddał Ihar Bakun, ale Darek był na posterunku. Ofensywę gospodarzy przerwał Tomek Terpiłowski, wyłożył piłkę Patrykowi Nowickiemu, a ten popędził na bramkę i nie dał szans Leonidowi Isayeni. Wynik do przerwy 0:2 wieszczył bardzo ciekawą drugą połowę i faktycznie, w drugiej części mecz szybko nabrał kolorów. Almaz miał problem z wypracowaniem klarownych sytuacji strzeleckich, a uderzenia z dystansu były wyjątkowo niecelne. Narodowe Śródmieście znów zostało zepchnięte do defensywy, ale tym razem to przeciwnik musiał gonić wynik i w grze gości widać było pewność i spokój. Mimo to napór Almazu nie zelżał i w 31 minucie kontratak gospodarzy zakończył się trafieniem Yevhena Syrotenki. W 33 minucie Adam Domidowicz musiał faulem ratować swój zespół, za co obejrzał żółty kartonik, ale koledzy postarali się i grając w osłabieniu utrzymali wynik. W 38 minucie sytuacja się odwróciła – za niepotrzebny faul boisko musiał opuścić Ihar Bakun, a Narodowe zmarnowało dwie, stuprocentowe szanse. W 42 minucie mecz zaczął się od nowa – daleki wyrzut Leonida Isayeni trafił pod nogi Yevhena Syrotenki, a ten okiwał jednego zawodnika i strzałem z dystansu umieścił piłkę w siatce. Wojnę nerwów w końcówce meczów wygrało Narodowe – 48 minuta przyniosła akcję Jana Dolniaka, który wyłożył piłkę Tomkowi Terpiłowskiemu, a ten nie dał szans golkiperowi Almazu. Narodowe Śródmieście chyba już dawno nie miało okazji do tak głośnej radości z gola, który po chwili okazał się bramką zwycięską. Po bardzo dobrym spotkaniu Almaz uległ drużynie ze Śródmieścia 2:3, a ekipa Marka Szklennika w końcu pokazała charakter, za który wielokrotnie komplementowaliśmy ten zespół w przeszłości.
W pierwszej lidze lider rozgrywek Warsaw Bandziors podejmował ekipę znajdującą się w strefie spadkowej - Green Lantern. W pojedynku lidera z jednym z outsiderów faworyt mógł być tylko jeden. Zgodnie z oczekiwaniami już od początku meczu to gospodarze prowadzili grę. Młodzi zawodnicy Bandziorów raz po raz wyprowadzali groźne akcje ofensywne, które jednak zatrzymywały się na obrońcach Green Lantern. Dobrze spisująca się defensywa gości mądrze się ustawiała i skutecznie odpierała ataki rywali. Znakomicie też między słupkami prezentował się Sebastian Bełczyński, który ponownie musiał się wcielić w rolę golkipera zielonych. To właśnie dzięki jego pięknemu podaniu przez całe boisko niespodziewanie to goście pierwsi strzelają gola. Akcję Sebastiana z zimną krwią wykończył Damian Dobrowolski. Po stracie bramki napór gospodarzy jeszcze się zwiększył, drużyna Warsaw Bandziors przeważała już w każdym aspekcie i brakowało tylko wykończenia. Ta sztuka udała się dopiero w końcówce pierwszej połowy, akcję całego zespołu wykończył Norbert Stachura i mieliśmy 1-1. Po zmianie stron obraz gry obu zespołów się nie zmienił, gospodarze imponowali wyprowadzeniem akcji, przygotowanymi stałymi fragmentami gry oraz spokojem w budowaniu sytuacji podbramkowych. Green Lantern natomiast dzielnie się bronił, często odgryzając się niebezpiecznymi kontrami. Taki obraz gry oraz wynik remisowy utrzymywał się bardzo długo. Dopiero w samej końcówce meczu Warsaw Bandziors dopięli swego i strzelając bramkę wyszli na prowadzenie 2-1. Chwilę po wznowieniu gry, gospodarze podwyższają wynik z rzutu karnego i mamy 3-1 - pewnym egzekutorem „jedenastki” był Maciej Cichocki. Goście próbowali jeszcze odrobić straty i wyprowadzić kilka groźnych akcji, niestety ta sztuka im się nie udała a na domiar złego goście nadziali się na kontrę, po której Szymon Kołosowski ustalił wynik na 4-1. Po bardzo atrakcyjnym do oglądania spotkaniu Warsaw Bandziors pokonują ekipę Green Lantern i utrzymują prowadzenie w tabeli 1 ligi. Goście mimo porażki zaprezentowali się naprawdę dobrze i z pewną nadzieją mogą podejść do kolejnych meczów.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)