Sezon Lato 2020
Relacje meczowe: 11 Liga
To spotkanie od początku zapowiadało się na zderzenie młodości z doświadczeniem i dokładnie taki obraz ujrzeliśmy na murawie. Pierwsza połowa była bardzo wyrównana, niezwykle fizyczna i pełna walki o przestrzeń. Obie drużyny miały swoje momenty, ale brakowało im ostatniego podania, błysku albo odrobiny chłodnej głowy pod bramką. Rezultat 1:1 do przerwy doskonale oddawał to, co działo się na boisk. Ciężka, szarpana gra i żadna ze stron nie była w stanie przejąć inicjatywy na dłużej.
Po zmianie stron obraz gry zmienił się diametralnie. W drugiej połowie to Patetikos pokazał, że ma w swoich szeregach zawodników ogranych, świadomych i potrafiących zachować spokój w kluczowych momentach. Ich akcje były bardziej poukładane, odważniejsze i zwyczajnie dojrzalsze. Z kolei u młodych zawodników Legijnej Ferajny uwidocznił się brak doświadczenia. Zabrakło konsekwencji w obronie i konkretu w rozegraniu, a każde zawahanie było bezlitośnie wykorzystywane.
Główne skrzypce w ofensywie gości zagrał Balandin, który skompletował efektownego hat-tricka i był absolutnym liderem drugiej połowy. Potrafił znaleźć się w odpowiednim miejscu, korzystał z błędów przeciwnika i świetnie wykańczał wypracowane sytuacje. Jego bramki idealnie podkreśliły różnicę w boiskowej „dojrzałości” między obiema ekipami. Na otarcie łez gospodarze dostali jednak coś wyjątkowego - fantastyczną bramkę Oskara Kwapisza, który potężnym strzałem z dystansu dosłownie zdjął pajęczynę z okienka bramki rywali. Gol zdecydowanie warty braw i powtórek.
Ostatecznie Patetikos wygrywa 8:3. Zasłużenie, dzięki lepszej organizacji po przerwie i chłodnej głowie tam, gdzie Legijna Ferajna musi jeszcze zdobyć doświadczenie. Zwycięstwo pozwala gościom utrzymać się w bezpiecznej części tabeli, natomiast Legijna z dorobkiem 6 punktów pozostaje na przedostatnim miejscu, choć waleczności i ambicji nie można jej odmówić.
Warsaw Wilanów podejmujący MWSP to kolejny mecz rozegrany w poprzedniej kolejce na jedenastym szczeblu rozgrywkowym. Pierwsza odsłona tego starcia zdecydowanie należała do zespołu Macieja Wrotniaka. W trakcie tej części meczu zdobyli oni trzy bramki i wyraźnie przeważali na każdym centymetrze boiska. Gospodarze opierali swoją grę głównie na kontratakach, ale ta sztuka niestety im się nie udawała, gdyż często brakowało skuteczności lub zrozumienia pod bramką rywala.
Przed przerwą jedną ze składnych akcji gospodarzy mocnym, płaskim strzałem zakończył Sieradzki, dając swojej drużynie jeszcze odrobinę nadziei na odrobienie strat w drugiej odsłonie. To jednak nie nastąpiło. MWSP po zejściu do szatni omówiło taktykę na drugą część meczu, która okazała się niezwykle skuteczna. Dorzucili dwie kolejne bramki, a w zasadzie jedną, ponieważ przy drugim trafieniu pomogło im samobójcze uderzenie Piotra Kęski. Na zakończenie spotkania gospodarzom pozostała jedynie bramka na otarcie łez autorstwa Karola Kowalskiego. Dołożył on nogę z najbliższej odległości po bardzo dobrym podaniu Jakuba Zaręby, zamieniając je na gola.
Goście ostatecznie wychodzą z tej konfrontacji zwycięsko. Po meczu, który nie sprawił im większych trudności, dopisują trzy punkty do ligowej tabeli, dzięki czemu zbliżyli się do swojego rywala na zaledwie jeden punkt. To zwiastuje bardzo ciekawą ostatnią kolejkę, na którą z tego miejsca serdecznie wszystkich zapraszamy.
Niezwykle zacięty mecz oglądaliśmy pomiędzy Hiszpańskim Galeonem a AC Choszczówką. Od początku oba zespoły chciały narzucić swój styl gry. Gospodarze agresywnie starali się odbierać piłkę już na połowie rywala i to dało efekty w postaci trafienia Franka Sosnowskiego. Goście jednak szybko odpowiedzieli, gdy Michał Jończyk kapitalnym strzałem pokonał bramkarza rywali. Od tego momentu to oni przejęli inicjatywę i, co więcej, byli znacznie bardziej skuteczni. Dwie bramki dały im komfort, a ekipa Magnusa Michalskiego musiała gonić wynik. Do przerwy mieliśmy 1:3.
Po zmianie stron, po korektach taktycznych w Hiszpańskim Galeonie, gospodarze zaczęli lepiej operować piłką i w niespełna trzy minuty stworzyli dwie dobre okazje bramkowe. Ten dobry okres gry w końcu przyniósł gole. Najpierw Krzysiek Małażewski huknął z dystansu i zdobył bramkę kontaktową, a chwilę później kolejna akcja zakończyła się trafieniem dającym remis.
Gdy wydawało się, że gospodarze pójdą za ciosem, Choszczówka odpowiedziała bramką Bartosza Sałaty i ponownie wyszła na prowadzenie. Ekipa Galeonu nie miała już nic do stracenia i ruszyła do ataku. Zamiast jednak cierpliwie rozgrywać piłkę, zbyt szybko próbowała zdobywać przestrzeń, co w jednej z akcji skończyło się stratą i bramką dla rywali.
Od stanu 3:5 gospodarze musieli jeszcze bardziej zaryzykować i starali się choćby wyrwać punkt, ale ostatecznie im się to nie udało. To goście zgarnęli kolejne trzy punkty w tym sezonie. Brawa dla obu ekip za mecz na wysokim poziomie, który dostarczył kibicom wielu emocji.
To spotkanie od samego początku miało swój rytm. Obie drużyny podeszły do meczu z dużą ostrożnością, jakby doskonale wiedziały, że pierwszy gol może ustawić całe widowisko. Pierwsza połowa była przez to bardzo taktyczna - dużo cierpliwej gry, dokładnego ustawienia i unikania niepotrzebnego ryzyka.
Mocny Narket konsekwentnie próbował budować swoje akcje od bramkarza, spokojnie wciągał rywali i szukał okazji do oddania strzałów z dystansu. Z kolei Piwo Po Meczu broniło uważnie, czekając na błąd lub przechwyt, aby ruszyć z groźną kontrą. Mecz przez długi czas był zamknięty, a obie ekipy grały, jakby „na pół gwizdka”, choć w bardzo kontrolowany sposób. Nikt nie chciał być tym, kto pierwszy pęknie.
Przełamanie nadeszło w 24. minucie, niemal tuż przed przerwą. Po szybkim kontrataku piłka trafiła pod nogi Kuby Dąbka, a ten z zimną krwią huknął w stronę bramki, dając gospodarzom zasłużone 1:0 i sporo spokoju mentalnego na drugą połowę.
Po wznowieniu gry Piwo Po Meczu musiało się otworzyć - i tu pojawił się problem. W tym meczu po prostu brakowało im „otwieracza”, zawodnika, który jednym zagraniem lub indywidualną akcją mógłby odwrócić losy spotkania. Kto wie… może faktycznie było już „po meczu”. Tymczasem Mocny Narket wziął sprawy w swoje ręce, a konkretniej w ręce i nogi swojego bramkarza. To właśnie on zaserwował kibicom najładniejszy moment spotkania, kiedy potężnym uderzeniem niemal z własnej połowy trafił w samo okienko bramki rywali. Prawdziwa „pianka”, która mogłaby zdobić każdy piłkarski spektakl. Jakby tego było mało, chwilę później dorzucił kolejne trafienie oraz zapisał na koncie asystę, czyniąc swój występ jednym z najbardziej efektownych w tej serii gier.
Piwo Po Meczu stać było jedynie na honorowe trafienie w ostatniej minucie. Zbyt późno, by zagrozić wynikowi. Mocny Narket wygrał w pełni zasłużenie: spokojnie, dojrzale i z błyskiem, który zrobił różnicę.
Goście, zgodnie z nazwą, okazali się być świetnie przygotowani na szalony mecz w trudnych warunkach atmosferycznych pomiędzy CKS Ferajna Warszawa a Mistrzami Chaosu. Od pierwszych minut spotkanie było nieprzewidywalne i pełne zwrotów akcji. Już w 3. minucie bramkarz gospodarzy podłączył się do ataku CWKS i niedokładnie podał, dzięki czemu Mateusz Serafin przechwycił piłkę i z własnej połowy przelobował obrońcę asekurującego atakującego bramkarza. Mistrzowie Chaosu prowadzili 0:1.
Nie byłoby w tym nic wyjątkowego, gdyby nie fakt, że w 7. minucie wydarzyło się… dokładnie to samo. Bramkarz CWKS rozgrywał, piłkę ponownie przejął Serafin i po kolejnym uderzeniu z własnej połowy (tym razem po ziemi) goście prowadzili 0:2.
Jednak CWKS szybko się pozbierał i strzelił bramkę na 1:2. Wydawało się nawet, że z czasem zacznie kontrolować spotkanie. Bartosz Puchalski doprowadził do wyrównania jeszcze przed upływem dziesiątej minuty, a później mecz wyraźnie spowolnił. Na kolejne trafienie musieliśmy czekać aż do 20. minuty, kiedy Janek Tyski uderzył z dystansu po ziemi, tuż przy słupku. Zaskoczony Stanisław Dąbrowski nawet się nie rzucił - 2:3. Ostatecznie jednak to gospodarze schodzili na przerwę z prowadzeniem, gdy dwa potężne uderzenia w końcówce pierwszej odsłony pozwoliły im uzyskać skromną przewagę.
Na początku drugiej połowy, po zamieszaniu w polu karnym gospodarzy, piłka została wybita. Dopadł do niej Janek Tyski i potężnym uderzeniem wyrównał wynik spotkania. Co zaskakujące, było to ostatnie trafienie w tym meczu. Pomimo wielu prób z obu stron i mokrej murawy żadnej drużynie nie udało się już zmienić losów spotkania, a mecz zakończył się remisem 4:4.
W końcowym rozrachunku to Mistrzowie Chaosu powinni być z tego wyniku bardziej zadowoleni. Zdobyli cztery bramki, ani razu nie uderzając z pola karnego CWKS-u. Natomiast gospodarze mogą sobie pluć w brodę, bo na własne życzenie wypuścili z rąk komplet punktów.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)