RAPORT MECZOWY! 16. KOLEJKA - SEZON 25/26
Kolejne drużyny dołączyły do panteonu chwały sezonu 2025/26! Poznaliśmy mistrzów na poszczególnych szczeblach rozgrywkowych, ale futbol – jak zawsze – ma też swoje brutalne oblicze. Gdy jedni świętują awans i zapisują się w historii, inni muszą pogodzić się z gorzkim smakiem relegacji. Coraz więcej ekip wie już, że kolejny sezon spędzi ligę niżej...
Opisy meczów 16. kolejki czekają już na Was w raportach, w zakładce PODSUMOWANIE SPOTKANIA. Ale mamy też coś dla tych, którym nie chce się za dużo klikać, a których interesują relacje wyłącznie z meczów ligi w której grają. Wchodząc w menu konkretnego poziomu rozgrywkowego dodaliśmy opcję RELACJE MECZOWE. Wszystkie streszczenia znajdziecie tam w jednym miejscu :) Życzymy Wam przyjemnej lektury!
Przeważać od samego początku meczu, tworzyć sobie dogodne okazje bramkowe, a przez większość spotkania i tak gonić wynik - taki scenariusz wylosował się drużynie TUR Ochota w niedzielnym meczu z FC Impuls UA. Starcie mogło dać ekipie TUR-a realną szansę na utrzymanie się w lidze, ponieważ trzy punkty pozwoliłyby zbliżyć się do bezpiecznych miejsc w tabeli.
Niestety, przez pierwszą część meczu oglądaliśmy drużynę zdolną do grania w piłkę, konstruowania dobrych akcji i tworzenia sobie dogodnych okazji strzeleckich, lecz kompletnie niezdolną do zamieniania tego na gole. Impuls przeczekał napór rywali, a później sam zaczął zadawać ciosy niczym wytrawny bokser. Pierwsza bramka padła po świetnie wyćwiczonym rozegraniu rzutu rożnego, które zakończyło się strzałem do pustej bramki. Chwilę później oglądaliśmy poprawkę płaskim strzałem z dystansu, choć tej sytuacji spokojnie można było zapobiec.
Może trudno nazwać grę Impulsu pragmatyczną, ale trzeba przyznać, że jego zawodnicy wyciągali maksimum ze swoich okazji. Już w drugiej połowie na te trafienia TUR odpowiedział golem Roberta Hankiewicza, jednak piłkarze Impulsu nie pozostawali dłużni. Dwie szybkie akcje, dwa strzały z bliskiej odległości i sytuacja ostatniej drużyny w tabeli zrobiła się naprawdę trudna. TUR Ochota postawił więc wszystko na jedną kartę. Na bramkę wszedł Rafał Polakowski - nominalny zawodnik z pola - aby stworzyć przewagę jednego piłkarza w rozegraniu. Efekt był natychmiastowy, a za realizację planu wziął się właśnie Polakowski. Defensorzy Impulsu skupiali się głównie na odcinaniu linii podań do partnerów, więc ten sam decydował się na uderzenia z dystansu. Efektem były dwie bardzo ładne bramki i powrót do gry.
Zbici z tropu rywale lekko się pogubili, a ich kontrataki nie miały wystarczającej jakości, by wykorzystać fakt gry bez klasycznego bramkarza. TUR natomiast coraz skuteczniej wchodził w pole karne i zdołał nawet wyjść na prowadzenie. Sielankę przerwała dopiero bramka zdobyta z bliskiej odległości, która pozwoliła Impulsowi uratować remis. Tym samym po końcowym gwizdku żadna z drużyn nie mogła mówić o pełni szczęścia.
W niedzielne popołudnie doszło do bardzo interesującego spotkania na najwyższym szczeblu rozgrywkowym. Walcząca o mistrzostwo ekipa Gladiatorów Eternis podejmowała FC Otamany, które w tym sezonie do samego końca musi drżeć o utrzymanie w Ekstraklasie.
Mecz od pierwszych minut stał na bardzo wysokim poziomie taktycznym i technicznym. Początek rywalizacji był niezwykle wyrównany, jednak z każdą kolejną minutą to gospodarze coraz groźniej atakowali bramkę rywali. Pierwszego gola zdobył Michał Kielak, wykańczając świetnie rozegraną akcję z udziałem bramkarza. Goście nie zamierzali długo czekać z odpowiedzią i do wyrównania szybko doprowadził Artur Prokop. Kolejne fragmenty meczu toczyły się pod znakiem bardzo zaciętej walki z obu stron. Oba zespoły cierpliwie wyczekiwały błędu przeciwnika i starały się nie odkrywać zbyt mocno w defensywie. Po krótkim okresie taktycznych szachów dość niespodziewanie to FC Otamany wyszły na prowadzenie. Bramkę na 1:2 zdobył Oleksij Prytuliak, dając swojej drużynie ogromny zastrzyk energii. Gospodarze jednak bardzo szybko ruszyli do odrabiania strat i już kilka minut później ponownie był remis. Po raz drugi do siatki trafił świetnie dysponowany tego dnia Michał Kielak. Do przerwy wynik nie uległ już zmianie.
Druga połowa należała już zdecydowanie do Gladiatorów, którzy po zmianie stron prezentowali się znakomicie praktycznie pod każdym względem. Obrońcy tytułu szybko wyszli na prowadzenie po kolejnym trafieniu Kielaka, kompletującego tym samym hat-tricka. Od tego momentu Gladiatorzy coraz mocniej kontrolowali przebieg spotkania. Otamany próbowały cierpliwie rozgrywać piłkę i budować akcje od tyłu, jednak rywale świetnie zamykali wszystkie drogi do własnej bramki. Gospodarze bardzo dobrze funkcjonowali w defensywie i skutecznie neutralizowali ofensywne próby przeciwnika.
W końcówce spotkania goście zdecydowali się na ryzykowną grę z wysoko ustawionym bramkarzem, jednak ten manewr nie przyniósł oczekiwanego efektu. Gladiatorzy wyprowadzili zabójczą kontrę, którą na gola zamienił Tomasz Pietrzak, ustalając wynik meczu na 4:2.
Dzięki zwycięstwu Gladiatorzy Eternis mogli spokojnie czekać na wieczorne spotkanie swojego głównego rywala w walce o mistrzostwo. FC Otamany natomiast o ligowy byt będą walczyć aż do ostatniej kolejki Ligi Fanów.
Po świetnym poprzednim sezonie Ogień Bielany znalazł się w zupełnie innym położeniu. Podobnie jak Lakoksy i kilka innych drużyn Ekstraklasy, gospodarze muszą dziś walczyć przede wszystkim o przetrwanie. Dlatego jeszcze przed pierwszym gwizdkiem było jasne jedno - stawką tego meczu są nie tylko trzy punkty, ale również ogromny krok w stronę utrzymania w niezwykle ciasnej dolnej części tabeli.
Lepiej spotkanie rozpoczął Ogień. Gospodarze bardzo szybko wyprowadzili skuteczną kontrę i zamienili ją na prowadzenie, pokazując, że mimo presji nie zamierzają się cofać. Lakoksy jednak błyskawicznie odpowiedziały i po raz kolejny udowodniły, że charakteru tej drużynie odmówić nie można. Kluczową rolę odegrali dwaj Mikołajowie - Kober oraz Zawadzki. Obaj świetnie wykorzystali błędy defensywy rywali i w krótkim czasie wyprowadzili Lakoksy na prowadzenie. Goście wyglądali wtedy naprawdę groźnie, szczególnie że deszczowe warunki sprzyjały szybkiej i bezpośredniej grze.
Problem dla Lakoksów polegał jednak na tym, że Ogień bardzo szybko odpowiedział. Najpierw Warmiak pewnie wykończył swoją sytuację, a chwilę później Lisiecki przytomnie zachował się przy dobitce, odzyskując prowadzenie dla gospodarzy. Mecz od początku do końca stał na bardzo wysokim poziomie - był intensywny, szybki i pełen walki.
Po przerwie Lakoksy ponownie wróciły do gry. Kapitalnym uderzeniem popisał się Mikołaj Kober, który huknął w poprzeczkę tak precyzyjnie, że piłka zatrzepotała w siatce. Remis wydawał się momentem przełomowym dla gości i zwiastunem nowej energii. Stało się jednak dokładnie odwrotnie. Nie minęła nawet minuta, a ponownie błysnął Warmiak. Tym razem sprytnie wykończył sytuację sam na sam, uderzając piłkę z powietrza i po raz kolejny wyprowadzając Ogień na prowadzenie. Jak się później okazało, była to bramka decydująca o losach spotkania. Obie drużyny do końca próbowały jeszcze zmienić wynik, ale mimo kilku dobrych okazji więcej goli już nie oglądaliśmy.
Ostatecznie Ogień Bielany wygrał 4:3, wykonując bardzo ważny krok w stronę utrzymania w Ekstraklasie. Dla Lakoksów sytuacja staje się natomiast bardzo trudna - przed nimi dwa niezwykle wymagające mecze, które zdecydują o ich być albo nie być w elicie.
Hitowe starcie Ekstraklasy pomiędzy IN Plusem a KSB było jednym z tych meczów, na które czeka się cały weekend. Spotkanie drużyn walczących o podium rozpoczęło się dokładnie tak, jak można było oczekiwać po dwóch ofensywnie usposobionych ekipach - od mocnego uderzenia już od pierwszych minut. Jako pierwsi cios zadali zawodnicy KSB. Ruciński popisał się potężnym uderzeniem po krótkim rogu, kompletnie zaskakując bramkarza gospodarzy. Piłka wpadła do siatki z ogromną siłą, a mecz od razu nabrał wysokiego tempa.
Odpowiedź IN Plus była jednak błyskawiczna. Bartosz Przyborek wykorzystał rzut wolny w absolutnie kapitalny sposób, posyłając piłkę w samo okienko i doprowadzając do wyrównania. Po takim początku było jasne, że czeka nas prawdziwe widowisko. KSB jeszcze raz zdołało wyjść na prowadzenie, ale scenariusz ponownie się powtórzył - IN Plus bardzo szybko odpowiedział i z każdą kolejną minutą coraz wyraźniej zaznaczał swoją przewagę w organizacji gry.
Wraz z rozwojem spotkania zaczęło być widać, że doświadczenie zawodników IN Plusu zaczyna przeważać nad młodzieńczą energią i dynamiką graczy KSB. Goście coraz częściej próbowali szukać szybkich, indywidualnych akcji i pojedynczych zrywów, podczas gdy gospodarze postawili na cierpliwość, taktykę i bezwzględną skuteczność. I właśnie skuteczność była tego dnia ich największą bronią. IN Plus wyszedł na prowadzenie 4:2, a sytuacja KSB dodatkowo skomplikowała się po czerwonej kartce dla Pawlaka. Po tym zdarzeniu między słupkami musiał stanąć zawodnik z pola, co przy tak dobrze dysponowanych rywalach okazało się ogromnym problemem.
Gospodarze byli już wtedy całkowicie bezlitośni. Każdy dobrze plasowany strzał kończył się bramką, a KSB nie było w stanie zatrzymać rozpędzonego przeciwnika. IN Plus kontrolował tempo, mądrze zarządzał meczem i konsekwentnie powiększał przewagę. Ostatecznie hit Ekstraklasy zakończył się wysokim zwycięstwem IN Plusu 8:2, a ten rezultat może mieć ogromne znaczenie w walce o podium.
Po bezpośrednim pojedynku to właśnie IN Plus znajduje się o krok od brązowego medalu. A właściwie… o dwa kroki. Do końca sezonu pozostały już bowiem tylko dwie kolejki.
Tanatos Husaria Mokotów potrzebowała punktów do utrzymania w Ekstraklasie, natomiast GWA Ochota walczyła o mistrzostwo. Po prezencie od Gladiatorów Eternis perspektywa czerwcowego meczu o złoto stała się jeszcze bardziej realna, jednak zawodnicy Ochoty doskonale wiedzieli, że najpierw muszą wykonać swoje zadanie w tym spotkaniu.
Mecz od pierwszych minut toczył się w błyskawicznym tempie. Nowakowski bardzo szybko otworzył wynik spotkania, a chwilę później Wingralek świetnie zamknął akcję po centrostrzale partnera i było już 0:2. Husaria jednak absolutnie nie zamierzała się poddawać. Maśniak popisał się mocnym strzałem sprzed pola karnego, zmniejszając straty, ale odpowiedź GWA Ochota była niemal natychmiastowa. Landsberg ponownie podwyższył prowadzenie gości.
Gospodarze cały czas utrzymywali jednak kontakt z rywalem. Kondratseyn precyzyjnym uderzeniem z dystansu ponownie dał Husarii nadzieję, lecz GWA Ochota wyglądała tego dnia niezwykle konkretnie w ofensywie. Nowakowski wykorzystał sytuację sam na sam, posyłając piłkę między nogami bramkarza, a chwilę później Oryszczuk skutecznie wykończył akcję po zgraniu w pole karne. Husaria próbowała odpowiadać praktycznie na każdy cios. Kopczyński zdobył bramkę z odrobiną szczęścia, jednak końcówka pierwszej połowy należała do gości. Patoka wykorzystał błąd defensywy i trafił do praktycznie pustej bramki, dzięki czemu GWA Ochota schodziła na przerwę z prowadzeniem 3:6.
Większość spotkania rozgrywana była w bardzo trudnych warunkach atmosferycznych. Ulewny deszcz momentami zamieniał murawę w prawdziwe lustro wody, co bardzo utrudniało życie bramkarzom i defensywie obu drużyn. Mimo tego tempo meczu praktycznie nie spadało ani na chwilę.
Po zmianie stron Maśniak zdobył swoją drugą bramkę po centrostrzale, jednak chwilę później odpowiedział Landsberg, ponownie utrzymując bezpieczny dystans dla gości. Brzeski trafił po dość szczęśliwej akcji i rykoszecie od własnej nogi, a Jurga wykorzystał ogromne zamieszanie w polu karnym, zdobywając gola na 5:8. Jednym z kluczowych momentów meczu była kapitalna interwencja Wingralka, który wślizgiem wybił piłkę praktycznie z linii bramkowej. Husaria była wtedy o krok od zdobycia kontaktowej bramki i całkowitego odwrócenia losów spotkania.
Wymiana ciosów trwała jednak do samego końca. Lachowicz wykorzystał błąd defensywy po odbiorze piłki, Maśniak skompletował hat-tricka, ale ostatnie słowo należało do Patoki, który ustalił wynik spotkania na 7:9.
Było to widowisko najwyższej próby, zdecydowanie godne walki o mistrzostwo Ekstraklasy. GWA Ochota wywozi niezwykle cenne trzy punkty i nadal utrzymuje realne szanse na tytuł. Tanatos Husaria Mokotów mimo porażki zasługuje jednak na ogromne uznanie - gospodarze pokazali, że potrafią postawić się każdemu rywalowi w lidze.
Orły Maciejki i Kebavity stworzyły jedno z ciekawszych widowisk minionego weekendu na ligowych boiskach. Choć pogoda zdecydowanie nie zachęcała do wychodzenia z domu, to oba zespoły zadbały o to, by kibice obecni przy boisku nie mogli narzekać na brak emocji. Intensywny deszcz nie przeszkodził zawodnikom w rozegraniu bardzo dynamicznego i stojącego na wysokim poziomie spotkania.
Pierwsza połowa rozpoczęła się dość spokojnie. Obie drużyny badały się w środku pola, szukając sposobu na sforsowanie defensywy rywala. Jako pierwsi konkretny cios zadali jednak gospodarze. Po kapitalnym podaniu Polakowskiego świetnie ustawiony Yusupov tylko dołożył nogę, otwierając wynik spotkania. Orły Maciejki zaczęły wyglądać coraz pewniej, a jeszcze przed przerwą kolejne trafienie dołożył debiutujący tego dnia Wiktor Olejnik, który bardzo dobrze wykorzystał swoją szansę.
Druga połowa przyniosła już znacznie więcej piłkarskiego „mięcha” i dokładnie takie emocje, za które kibice kochają ten poziom rozgrywkowy. Drużyna Buraka Cana po raz kolejny pokazała, że niezależnie od przebiegu spotkania nigdy nie odpuszcza i walczy do samego końca. Świetnie dysponowany tego dnia Majorek zdobył dwie bramki, a kolejne trafienia dorzucili Aziz oraz Phi. Gracze Kebavity zaczęli coraz mocniej naciskać i momentami gospodarze naprawdę mogli poczuć nerwowość po swojej stronie boiska. Problem polegał jednak na tym, że wcześniej Orły Maciejki rozegrały koncertowy fragment meczu, dokładając kolejne gole i budując przewagę, która finalnie okazała się kluczowa.
Goście walczyli ambitnie i do samego końca próbowali wrócić do gry, ale zabrakło im już czasu, by całkowicie odwrócić losy spotkania. Wynik 6:4 dla gospodarzy bardzo dobrze oddaje przebieg meczu - było to widowisko wyrównane, choć z lekką przewagą Orłów Maciejki, które potrafiły stworzyć sobie więcej składnych i naprawdę groźnych sytuacji pod bramką rywali.
Ogromne znaczenie miała również postawa Jana Włodka. Generał defensywy Orłów Maciejki po raz kolejny pokazał ogromny spokój między słupkami i dawał drużynie pewność w najtrudniejszych momentach meczu. Dzięki jego interwencjom gospodarze mogli zachować kontrolę nad spotkaniem i ostatecznie dopisać do swojego dorobku bardzo cenne zwycięstwo.
Pewny już awansu do Ekstraklasy Inferno Team w 16. kolejce 1. ligi musiał uznać wyższość Uraganu, przegrywając 4:7. Sam wynik może sugerować dość komfortowe zwycięstwo gości, jednak przebieg spotkania był zdecydowanie bardziej złożony. Uragan imponował skutecznością pod bramką rywala, ale ogromna część sukcesu należała również do fenomenalnie dysponowanego między słupkami Michała Sobczyńskiego.
Bramkarz Uraganu rozegrał prawdziwy koncert i bez wątpienia zapracował sobie tym występem na miano MVP kolejki. Inferno Team przez większość meczu prezentował bardzo dużo jakości w ofensywie, grał odważnie, szybko operował piłką i regularnie tworzył groźne sytuacje. Problem polegał jednak na tym, że praktycznie za każdym razem na drodze stawał właśnie Sobczyński. Jego interwencje wielokrotnie ratowały Uragan w kluczowych momentach i pozwalały utrzymywać korzystny wynik.
Oczywiście świetna postawa bramkarza nie była jedynym argumentem Uraganu. Po raz kolejny z bardzo dobrej strony pokazał się Oskar Zaks. Już w pierwszej połowie otworzył wynik spotkania odważnym strzałem lewą nogą, a później dołożył kolejne trafienie z bliskiej odległości. Dubletem popisał się również Ivan Lazarets, który był bardzo aktywny pod bramką rywali i świetnie wykorzystywał wolne przestrzenie. Jedyną odpowiedzią Inferno Teamu w pierwszej części meczu była bramka Oskara Pyrzyny, który zachował zimną krew w polu karnym i pewnie wykończył akcję swojego zespołu.
Po przerwie obraz spotkania zaczął się jednak zmieniać. Tym razem to Uragan miał momenty problemów ze skutecznością, natomiast Inferno Team coraz mocniej zaznaczał swoją przewagę w ofensywie. Bardzo efektowną bramkę bezpośrednio z rzutu wolnego zdobył Piotr Bartnicki, a kolejne gole dla Inferno padały po naprawdę dobrze rozegranych akcjach zespołowych. Zawodnicy Igora Patkowskiego świetnie wykorzystywali przestrzeń za linią defensywy przeciwnika i coraz częściej dochodzili do sytuacji z bliskiej odległości. Przez moment można było odnieść wrażenie, że Inferno Team jest w stanie całkowicie wrócić do meczu. Uragan jednak bardzo szybko się otrząsnął. Oskar Zaks skompletował hat-tricka, potwierdzając swoją świetną dyspozycję, a Artur Prokop dwoma trafieniami praktycznie zamknął spotkanie i odebrał rywalom nadzieję na korzystny rezultat.
Inferno Team mimo porażki pokazał dużo jakości w ofensywie i stworzył sobie naprawdę wiele sytuacji. O końcowym zwycięstwie Uraganu zadecydowała jednak przede wszystkim indywidualna jakość zawodników oraz fenomenalny występ Michała Sobczyńskiego, który był tego dnia prawdziwą ścianą nie do przejścia.
Choć bez szans na podium i bez obaw przed spadkiem Explo Team mogło w teorii odpuścić finałowe kolejki i podejść do nich bardziej na „luzie”, dla tak ambitnej marki, jaką przez lata zespół ten wypracował sobie na boiskach Ligi Fanów, liczyło się coś jeszcze – wejście do TOP 5 nie tylko zapewniałoby udział w Superbet Cup 2026, ale też dawałoby przepustkę na ogólnopolski turniej „3 Rogi Karny”. Było więc o co walczyć i właśnie z takim nastawieniem do meczu podeszli piłkarze Explo, nie tracąc przy tym dobrych humorów.
Na prowadzenie gospodarzy wyprowadził Maciej Zambrzycki, któremu podawał Oskar Górecki. Chwilę później wynik 2:0 wydawał się już formalnością, lecz fatalne pudło z najbliższej odległości zanotował Daniel Kleber. Wyrównanie autorstwa Aleksandra Czyża, który zastawił piłkę rzuconą z autu przez Jakuba Paczusko i uderzył nie do obrony, zdawało się jednak wkalkulowane w rachunek Explo. Gospodarze, widząc pozbawionego jakichkolwiek zmienników rywala, sprawiali wrażenie niespecjalnie przejętych aktualnym stanem rzeczy. Nie trzeba było długo czekać na kolejne trafienia. Do siatki trafił Łukasz Malczewski, po nim Rafał Wroński po podaniu Zambrzyckiego, następnie Górecki po asyście Pawła Pająka, a wynik na 5:1 do przerwy ustalił ponownie Wroński. Pełne ręce roboty miał golkiper Nietoperzy, Jakub Tłuszcz, który dwoił się i troił, by gracze rywali jak najrzadziej mogli cieszyć się z trafień.
W drugiej połowie rozpędzone Explo kompletnie zdominowało podmęczonego już przeciwnika. W ciągu dwudziestu pięciu minut zdobyło aż dwanaście bramek, z czego najurodziwsze były „dziubnięcie” zewnętrzną częścią stopy w okienko autorstwa Góreckiego oraz lob z własnej połowy w wykonaniu Adriana Brzuchacza. Gracze spadkowicza z Ekstraklasy momentami wręcz bawili się piłką, tworząc kolejne sytuacje, a mając takich specjalistów w rozegraniu jak Jan Zapolski i Malczewski, czyli popularny „Siwucha”, oraz supersnajpera w osobie Góreckiego, podwyższanie prowadzenia przychodziło im bez większego wysiłku.
Coś od siebie dołożył każdy z obecnych na murawie zawodników Explo – nawet praktycznie bezrobotny przez znaczną część meczu Krzysztof Jabłoński mógł pochwalić się asystą. AZS zdołał odpowiedzieć na ten pogrom jedynie dubletem Paczusko, co nie zmieniało faktu, że z tak ograniczonym polem manewru pod względem frekwencji po prostu nie miał szans postawić się wyżej notowanemu rywalowi. Zaskoczenia więc nie było – Explo nadal walczy o przepustki, a Nietoperze definitywnie godzą się ze spadkiem z 1. Ligi.
W niedzielne popołudnie w 1. lidze doszło do starcia pomiędzy FC Łowcami a drużyną KS Presley Gniazdowy. Zdecydowanym faworytem tego pojedynku byli gospodarze, którzy dzięki zwycięstwu mogli przypieczętować awans do Ekstraklasy. Dla zawodników Presleya mecz również miał ogromne znaczenie, ponieważ goście wciąż walczyli o utrzymanie na pierwszoligowym froncie.
Spotkanie zgodnie z oczekiwaniami od początku przebiegało pod dyktando Łowców. Gospodarze bardzo szybko narzucili własny styl gry i błyskawicznie objęli dwubramkowe prowadzenie. Goście jednak nie zamierzali od razu składać broni i po przejęciu piłki w środku pola zdobyli niespodziewaną bramkę kontaktową na 2:1. Kolejne minuty ponownie należały jednak do faworytów. Drużyna grała spokojnie, cierpliwie budowała akcje i nie forsowała tempa, ale z ogromną skutecznością wykorzystywała praktycznie każdą nadarzającą się okazję. Kluczową postacią gospodarzy był Julian Tadrowski, którego kolejne trafienia pozwoliły Łowcom systematycznie budować przewagę. Mimo wyraźnej dominacji gospodarzy kibice obejrzeli również bardzo efektowną akcję gości. Przy stanie 5:1 Kuba Braniewicz popisał się kapitalnym, precyzyjnym lobem przez całe boisko, kompletnie zaskakując Tomasza Warszawskiego. Była to bez wątpienia jedna z najładniejszych bramek tego spotkania i moment, który na chwilę ożywił drużynę Presleya.
Po przerwie przewaga Łowców stała się jeszcze bardziej widoczna. Gospodarze kontrolowali przebieg meczu praktycznie w każdym aspekcie i z każdą kolejną minutą coraz bardziej powiększali bramkowy dystans. KS Presley Gniazdowy ambitnie próbował walczyć i momentami pokazywał charakter, jednak różnica jakości, doświadczenia oraz boiskowego spokoju była wyraźnie zauważalna. Łowcy imponowali organizacją gry, bardzo dobrze funkcjonowali jako kolektyw i bez większych problemów utrzymywali pełną kontrolę nad wydarzeniami na boisku. Goście starali się odpowiadać pojedynczymi akcjami, ale nie byli w stanie realnie zagrozić rozpędzonym gospodarzom.
Ostatecznie spotkanie zakończyło się wysokim i całkowicie zasłużonym zwycięstwem faworytów 9:3. Dzięki tej wygranej gospodarze mogli świętować upragniony awans do Ekstraklasy Ligi Fanów, potwierdzając swoją bardzo dobrą formę i regularność w końcówce sezonu.
Dla KS Presley Gniazdowy sytuacja stała się natomiast niezwykle trudna. Drużynie pozostały już tylko matematyczne szanse na utrzymanie, a misja pozostania na pierwszoligowym poziomie wydaje się dziś bardzo trudna do zrealizowania.
Mecz UEFA Mafia Ursynów z Siriusem zapowiadał się jako starcie drużyn z górnej części tabeli – Sirius zajmował miejsce na podium, natomiast UEFA Mafia znajdowała się tuż za czołówką i chciała zmniejszyć stratę do rywali.
Spotkanie zaczęło się od mocnego uderzenia Siriusa. Już w 3. minucie Burda otworzył wynik meczu, dając swojej drużynie prowadzenie. UEFA miała świetną okazję na odpowiedź w 9. minucie, jednak nie wykorzystała rzutu karnego – Falkiewicz nie zdołał pokonać bramkarza, co mogło mieć spory wpływ na dalszy przebieg meczu. Od tego momentu UEFA zaczęła jednak przejmować inicjatywę. W 14. minucie Adam Goleń, po podaniu Jana Golenia, doprowadził do wyrównania. Kilka minut później, w 18. minucie, Piłatkowski wykorzystał rozegranie rzutu wolnego i wyprowadził swój zespół na prowadzenie. Sirius odpowiedział w 19. minucie za sprawą Parshyna, ale końcówka pierwszej połowy należała do UEFY. W 20. minucie Zajączkowski zdobył bramkę, potem Adam Goleń ponownie trafił, tym razem bezpośrednio z rzutu wolnego. Lada moment Piłatkowski dołożył kolejne trafienie i UEFA zbudowała wyraźną przewagę. Sirius jednak nie odpuszczał i Androshchuk zmniejszył straty, utrzymując swój zespół w grze przed drugą połową.
Po przerwie obraz meczu całkowicie się zmienił. Sirius ruszył do zdecydowanego ataku i zaczął odrabiać straty. W 36. minucie najpierw Burda, a chwilę później Gul zdobyli bramki, doprowadzając do pełnego otwarcia meczu. Napór nie ustawał – w 48. minucie Pidluzhnyi wyprowadził Sirius na prowadzenie, a w 50. minucie ponownie trafił, ustalając wynik spotkania.
Choć UEFA Mafia miała mecz pod kontrolą po pierwszej połowie, nie zdołała utrzymać przewagi. Sirius pokazał ogromny charakter i skuteczność w końcówce, odwracając losy spotkania i sięgając po bardzo cenne zwycięstwo w walce o czołowe miejsca.
Starcie Zorii z Manitas zapowiadało się jako jeden z najciekawszych meczów kolejki. Obie drużyny sąsiadowały ze sobą w tabeli, różnica punktowa była minimalna, a stawką spotkania było utrzymanie miejsca w ścisłej ligowej czołówce. Już od pierwszych minut było widać, że żadna ze stron nie zamierza odpuszczać.
Początek zdecydowanie należał do gospodarzy. Zoria weszła w mecz bardzo mocno i już w 3. minucie wynik spotkania otworzył Dmytro Kuzmin. Chwilę później odpowiedział co prawda Kacper Siudak, jednak zamiast uspokoić przebieg meczu, gol tylko jeszcze bardziej podkręcił tempo rywalizacji. Gospodarze bardzo szybko odzyskali kontrolę nad wydarzeniami na boisku. Jeszcze przed przerwą dołożyli trzy kolejne trafienia, a do siatki trafiali Vitalii Lisnychenko, Yauheni Novik oraz ponownie Kuzmin. Wynik 4:1 po pierwszej połowie wyglądał bardzo pewnie i niewiele wskazywało na to, że losy tego spotkania mogą się jeszcze odwrócić.
Po zmianie stron Zoria nadal prezentowała się bardzo dobrze. W 35. minucie Arsen Stashkiv podwyższył prowadzenie na 5:1 i wydawało się, że gospodarze mają już pełną kontrolę nad meczem. Wtedy jednak wszystko zaczęło się zmieniać. Manitas złapał kontakt po rzucie karnym pewnie wykorzystanym przez Kacpra Siudaka, a chwilę później kolejną bramkę zdobył Mariusz Zalewski. Z minuty na minutę gospodarze wyglądali coraz bardziej nerwowo, natomiast goście zaczęli coraz mocniej wierzyć, że są jeszcze w stanie wrócić do gry. W 42. minucie Nikodem Zawistowski strzelił gola na 5:4 i końcówka zrobiła się naprawdę gorąca. Zoria próbowała dowieźć prowadzenie do ostatniego gwizdka, ale Manitas cały czas napierał i coraz odważniej atakował bramkę rywali. Kulminacja emocji przyszła w ostatniej minucie spotkania. Po raz kolejny błysnął Kacper Siudak, kompletując hat-tricka i zdobywając bramkę dającą swojej drużynie remis 5:5.
Patrząc na przebieg meczu, oba zespoły mogą mieć bardzo mieszane odczucia. Zoria przez zdecydowaną większość spotkania kontrolowała wydarzenia na boisku i była dosłownie kilka minut od niezwykle cennego zwycięstwa, jednak kompletnie pogubiła się w końcówce. Z kolei Manitas pokazał ogromny charakter i mentalność, bo odrobienie strat z 1:5 przeciwko tak wymagającemu rywalowi z pewnością nie było dziełem przypadku.
Starcie w ramach 2. Ligi pomiędzy Ternovitsią a Ukranian Vikings miało wyraźnego faworyta. Lider tabeli mierzył się z zespołem walczącym o utrzymanie i od początku było wiadomo, że gości czeka bardzo trudne zadanie. Dodatkowo Ukranian Vikings mieli problemy kadrowe już przed pierwszym gwizdkiem i rozpoczęli mecz w osłabieniu, ale mimo tego przez dłuższy czas trzymali się naprawdę nieźle i nie pozwolili rywalom szybko odjechać z wynikiem.
Ternovitsia weszła jednak w spotkanie bardzo mocno. Już w 1. minucie wynik otworzył Oleg Grabowski, a chwilę później na 2:0 podwyższył Vitalii Yakovenko. Przy obu trafieniach świetnie dogrywał Volodymyr Hrydovyi, który od początku robił ogromną różnicę w ofensywie lidera. Goście próbowali odpowiadać i po bramce Mikołaja Krzyżaka złapali kontakt. Mimo problemów kadrowych wcale nie wyglądali źle i starali się wykorzystywać każdą okazję do szybkiego ataku.
Przez większość pierwszej połowy Ternovitsia wyraźnie dominowała, długo utrzymywała się przy piłce i tworzyła mnóstwo sytuacji, ale miała ogromny problem ze skutecznością. Gospodarze seryjnie marnowali nawet stuprocentowe okazje i gdyby byli tego dnia dokładniejsi pod bramką, wynik mógłby być zdecydowanie wyższy już przed przerwą. W końcówce pierwszej połowy lider ponownie podkręcił tempo. Najpierw do siatki trafił Serhii Romanovskyi, a chwilę później ponownie Yakovenko - znów po podaniu Hrydovyiego. Do szatni gospodarze schodzili z prowadzeniem 4:1 i wyglądało to na w pełni zasłużony rezultat.
Po zmianie stron Ukranian Vikings jeszcze próbowali wrócić do meczu. Dominik Andrzejak wykorzystał rzut karny i zrobiło się 4:2, ale odpowiedź przyszła błyskawicznie. Kilkadziesiąt sekund później Volodymyr Grabowski ponownie podwyższył prowadzenie gospodarzy i praktycznie zgasił nadzieje rywali na odwrócenie losów spotkania. Od tego momentu mecz zrobił się bardziej otwarty. Goście starali się atakować i szukać swoich okazji, ale zostawiali sporo miejsca z tyłu, co Ternovitsia bezlitośnie wykorzystywała. Hrydovyi dołożył gola, Yakovenko skompletował hat-tricka, a lider spokojnie kontrolował przebieg spotkania.
Po stronie gości najbardziej wyróżniał się Mikołaj Krzyżak, który był najgroźniejszym zawodnikiem swojej drużyny i sprawiał defensywie Ternovitsii najwięcej problemów, ale tego dnia było to po prostu za mało.
Końcówka należała już całkowicie do faworytów, którzy dołożyli jeszcze dwa trafienia i zamknęli mecz efektownym zwycięstwem 9:4, tym samym pieczętując mistrzostwo 2. ligi!
W 16. kolejce doszło do bardzo ciekawego starcia w górnej części tabeli. FC Dziki z Lasu podejmowały wicelidera rozgrywek - DHO Fiber Cyrkulatkę. Na papierze lekkim faworytem byli goście, ale gospodarze wciąż liczyli się w walce o podium i było wiadomo, że łatwo punktów nie oddadzą.
Mecz od początku był bardzo intensywny i szybko wszedł na wysokie tempo. Już w 1. minucie wynik otworzył Bartłomiej Panas, a Cyrkulatka od razu pokazała, że przyjechała po komplet punktów. Dziki jednak świetnie zareagowały na straconego gola. Najpierw wyrównał Bartek Suchora, a chwilę później ponownie wpisał się na listę strzelców i gospodarze niespodziewanie prowadzili 2:1. Spotkanie było bardzo otwarte, obie drużyny mocno atakowały i praktycznie przez cały czas oglądaliśmy wymianę ciosów. Z każdą kolejną minutą robiło się też coraz bardziej nerwowo. Zarówno jedni, jak i drudzy mieli sporo pretensji do arbitra, a po faulach i stykowych sytuacjach nie brakowało ostrych dyskusji. Było widać, że stawka meczu jest ogromna i emocje zaczynają brać górę nad spokojem.
W 15. minucie Aleksander Paluch doprowadził do remisu, chwilę później Panas ponownie wyprowadził gości na prowadzenie, ale jeszcze przed przerwą Bartek Rudnik ustalił wynik pierwszej połowy na 3:3. Taki rezultat idealnie oddawał przebieg bardzo wyrównanej i niezwykle intensywnej pierwszej części spotkania.
Po zmianie stron atmosfera nadal była gorąca, ale zdecydowanie lepiej odnalazła się w niej Cyrkulatka. Goście wyszli na drugą połowę dużo konkretniejsi i pomiędzy 26. a 36. minutą całkowicie przejęli kontrolę nad meczem. Najpierw do siatki trafił Marcin Wieliczuk, później Aleksander Paluch, następnie dwa gole dołożył Łukasz Pokrywka, a lada moment Paluch skompletował hat-tricka. W kilka minut zrobiło się 8:3 i spotkanie praktycznie zostało zamknięte. Gospodarze próbowali jeszcze ratować sytuację. Dziki zaczęły grać z lotnym bramkarzem i postawiły wszystko na ofensywę, ale niewiele to zmieniło. Cyrkulatka była bardzo dobrze ustawiona w defensywie, spokojnie rozbijała kolejne akcje rywali i kontrolowała przebieg wydarzeń na boisku. Gospodarzy stać było już tylko na jedno trafienie autorstwa Aleksandra Janiszewskiego, który ustalił wynik meczu na 4:8.
DHO Fiber Cyrkulatka zgarnia bardzo ważne trzy punkty i nic nie odbierze jej już wicemistrzostwa 2. ligi! Z kolei FC Dziki z Lasu przez długi moment wyglądały naprawdę dobrze i potrafiły postawić bardzo trudne warunki, ale druga połowa kompletnie wymknęła im się spod kontroli.
Mecz pomiędzy Husarią Mokotów III a Warsaw Bandziors teoretycznie nie miał już większego ciężaru gatunkowego. Sytuacja w tabeli 2. ligi ułożyła się tak, że goście i tak nie mieli już realnych szans, by dogonić Husarię w ligowej stawce. Mimo braku dużej presji i gry o przysłowiową „pietruszkę”, obie drużyny potraktowały to spotkanie bardzo ambicjonalnie.
Od samego początku lepiej na boisku prezentowali się gospodarze. Husaria szybko narzuciła swój styl gry i już w 3. minucie Kacper Miriuk otworzył wynik spotkania. Warsaw Bandziors starali się odpowiadać i długo utrzymywali kontakt z rywalem, aż w 18. minucie do wyrównania doprowadził Maciej Cichocki. Stracony gol wyraźnie podrażnił zawodników Husarii, którzy w końcówce pierwszej połowy wrzucili wyższy bieg i całkowicie przejęli kontrolę nad wydarzeniami na boisku. Miriuk jeszcze dwukrotnie wpisał się na listę strzelców, kompletując klasycznego hat-tricka, a chwilę przed przerwą na 4:1 podwyższył Oskar Kuhn. Gospodarze schodzili do szatni z bardzo komfortowym prowadzeniem i wydawało się, że mecz jest już praktycznie rozstrzygnięty.
Po zmianie stron spotkanie przez dłuższy czas było spokojniejsze i nic nie zapowiadało wielkich emocji. Wszystko zmieniło się jednak w 37. minucie. Wtedy Franek Lis obejrzał dwie żółte kartki - najpierw za faul, a chwilę później za niepotrzebne dyskusje z arbitrem. Husaria musiała grać w osłabieniu, a mecz nagle całkowicie zmienił swój obraz. Warsaw Bandziors momentalnie wyczuli swoją szansę i ruszyli do zdecydowanych ataków. Wystarczyły im zaledwie trzy minuty, żeby odrobić wszystkie straty. Najpierw trafił Maciek Kiełpsz, chwilę później gola dołożył Maciek Kurowski, a następnie Leszek Piechnik doprowadził do szalonego remisu 4:4. W szeregach gospodarzy zrobił się ogromny chaos, a Bandziorsi wyglądali na drużynę, która przejęła pełną kontrolę nad spotkaniem.
Kiedy wydawało się, że grający w przewadze goście pójdą za ciosem i zgarną komplet punktów, Husaria potrafiła odpowiedzieć w najważniejszym momencie. W 46. minucie Patryk Makarski świetnie dograł do Kacpra Miriuka, a ten swoim czwartym trafieniem w meczu ustalił wynik spotkania na 5:4.
Husaria Mokotów III wygrywa po ogromnych problemach i bardzo nerwowej końcówce. Warsaw Bandziors pokazali natomiast duży charakter, wracając z wyniku 1:4 na 4:4, ale ostatecznie schodzą z boiska bez punktów. Mimo że spotkanie nie zmieniło układu sił w tabeli, piłkarskiej dramaturgii zdecydowanie w nim nie brakowało.
Są takie mecze, które najlepiej byłoby po prostu szybko zagrać i jak najszybciej o nich zapomnieć. To było właśnie jedno z takich spotkań. Z jednej strony młoda, ambitna drużyna, dodatkowo zmotywowana sytuacją w tabeli - chłopaki wiedzieli, że nie mogą pozwolić sobie na stratę punktów, jeśli dalej chcą walczyć o miejsce w TOP 3. Z drugiej strony bardziej doświadczeni i starsi rywale, którzy zamykali tabelę i praktycznie nie mieli już o co grać.
Już od pierwszych minut było jasne, kto wygra ten mecz. Jedyną niewiadomą pozostawały rozmiary zwycięstwa. Pierwsza połowa zakończyła się prawdziwym pogromem - aż 10:1 dla Rock’n’Rolla. Druga była nieco bardziej „łaskawa” ze strony zawodników w żółtych koszulkach i zakończyła się wynikiem 7:1, ale końcowy rezultat i tak wyglądał brutalnie. Na 17 strzelonych goli rywale byli w stanie odpowiedzieć jedynie honorowym trafieniem.
Mimo jednostronnego wyniku nie zabrakło ciekawych wydarzeń. Bardzo udany debiut zaliczył Vladyslav Andrienko, który od razu zanotował trzy asysty. Hat-trickiem popisał się także bramkarz Roman Boichenko, który w końcówce meczu pojawił się w polu jako zawodnik ofensywny. Jak zwykle świetne zawody rozegrał Anton Hrytsiuk, regularnie posyłając potężne uderzenia niczym z armaty. Vlad Voronov imponował piłkarską inteligencją, którą doceniali nawet przeciwnicy, a Vlad Rakhmail zachwycał szybkością i techniką. Co prawda ostemplował chyba wszystkie słupki i poprzeczki, ale mimo tego zdołał zdobyć aż cztery gole. Jeszcze skuteczniejsi okazali się jednak jego koledzy - Anton i Vlad zakończyli spotkanie z dorobkiem po pięć bramek.
Rock’n’Roll przygotowuje się teraz do dwóch ostatnich kolejek sezonu. Plan jest prosty - wygrać oba mecze i liczyć na potknięcie Zorii. Dopóki są jeszcze szanse, trzeba walczyć do samego końca.
To było spotkanie pełne zwrotów akcji, które na długo zostanie zapamiętane w 3. Lidze. Mecz FC Prykarpattia przeciwko Warsaw Sinaloa od pierwszych minut dostarczył wszystkiego, czego można oczekiwać od wielkiego widowiska.
Już w 1. minucie zawodnik Warsaw Sinaloa, Szymon Ryciuk, otrzymał czerwoną kartkę za zagranie ręką poza polem karnym. Tak szybkie osłabienie mocno wpłynęło na początek spotkania, a FC Prykarpattia momentalnie wykorzystała przewagę. Drużyna grała bardzo skutecznie, narzucała swoje tempo i do przerwy prowadziła aż 5:1. Patrząc na przebieg pierwszej połowy, mało kto był w stanie wyobrazić sobie, że ten mecz może jeszcze całkowicie odmienić swój przebieg.
Po przerwie Warsaw Sinaloa wyszło jednak na boisko odmienione. Drużyna pokazała ogromny charakter, determinację i wolę walki, krok po kroku odrabiając straty. Każda kolejna bramka dodawała zespołowi energii i wiary, że mimo bardzo trudnej sytuacji jest on w stanie wrócić do meczu. FC Prykarpattia długo utrzymywała prowadzenie, jednak z każdą minutą coraz wyraźniej było widać, że rywal nabiera rozpędu i przejmuje kontrolę nad spotkaniem.
Ogromną rolę w tym niesamowitym comebacku odegrał Patryk Abbassi, który rozegrał kapitalne zawody. Zanotował aż trzy bramki oraz trzy asysty, mając udział przy większości trafień swojej drużyny. Był liderem ofensywy, napędzał akcje i brał odpowiedzialność za grę w najważniejszych momentach meczu. Kiedy drużyna potrzebowała impulsu, to właśnie Patryk dawał jej kolejne sytuacje i gole, utrzymując Warsaw Sinaloa w grze mimo bardzo trudnego początku.
Na ogromne uznanie zasługuje również FC Prykarpattia, która przez dużą część meczu prezentowała bardzo wysoki poziom i była niezwykle skuteczna w ofensywie. Świetne spotkanie rozegrał Andrii Dutchak, który zanotował dwie bramki oraz trzy asysty i przez długi czas był jednym z najważniejszych zawodników na boisku. Jego aktywność i udział przy akcjach ofensywnych sprawiały ogromne problemy defensywie Warsaw Sinaloa.
Końcówka spotkania przyniosła jednak prawdziwy rollercoaster emocji. Warsaw Sinaloa doprowadziła do wyrównania, a chwilę później zadała decydujący cios, zdobywając bramkę na 9:8 i inkasując trzy punkty w nieprawdopodobnych okolicznościach!
Starcie „Dawida z Goliatem”? To zależy, na którą połowę spojrzeć, bo w pierwszej zarówno Tonie Majami, jak i Vikersonn walczyli praktycznie jak równy z równym. Nieśpiesznie, ale z wyraźnym planem na to spotkanie, goście przechodzili do stwarzania coraz większego zagrożenia pod bramką Szymona Świercza – najpierw Yurii Rubinski obił słupek, a niedługo później na 0:1 trafił zza pola karnego Roman Danchuk.
Bardzo szybko mogło dojść do wyrównania, lecz owocem pieczołowicie konstruowanej kontry było jedynie pudło Adama Bartosińskiego. Mimo delikatnej przewagi ukraińskiej ekipy w posiadaniu piłki, to nastawione bardziej na kontrataki Tonie Majami wyprowadziło cios wyrównujący. Szymon Świercz sprytnie wznowił grę od bramki, zagrywając do Romana Ciosa, ten odegrał do Patryka Kamoli, który przekazał futbolówkę Łukaszowi Świerczowi, a ten, wykonawszy zwód, „dziubnął” piłkę pod bramkarzem rywala.
Niestety, żywiołowe pretensje do sędziego dotyczące zbyt ostrej gry przeciwnika poskutkowały żółtą kartką dla Bartosińskiego. Grające w osłabieniu Tonie Majami zostało ukarane tuż przed przerwą, gdy do siatki trafił Rubinski.
W drugiej odsłonie zmagań podopieczni Ihora Makhlaia przejęli już całkowitą kontrolę nad boiskowymi wydarzeniami, dokładając kolejne gole, których mogło być jeszcze więcej, gdyby nie świetna dyspozycja Szymona Świercza. Wiele akcji drużyny grającej w pomarańczowych trykotach kończyło się wręcz „szośtkowymi” wyłożeniami na przysłowiowego pustaka. Znakomita współpraca Rubinskiego, Vovka i Marcenyuka sprawiła, że ze stykowego 1:2 Ukraińcy odskoczyli aż na 1:7. Wprawdzie gospodarze zdołali zmniejszyć stratę do trzech goli dzięki trafieniom Michała Świercza, Bartosińskiego oraz Ciosa, ale idealny strzał z woleja w okienko autorstwa Marcenyuka skutecznie podciął im skrzydła. Od tej pory goście byli praktycznie bezbłędni, a prawdziwą ostoją ich gry defensywnej był Viacheslav Tkachuk, który nie tylko świetnie czytał zagrania przeciwników, ale również popisał się czterema asystami.
Spokojne rozgrywanie piłki z broniącym dostępu do bramki Maksymem Shchurem, a następnie błyskawiczne przyspieszenia akcji wymęczyły dysponujących tylko jednym zmiennikiem gospodarzy. To ostatecznie sprawiło, że rezultat spotkania, początkowo wyrównanego, przeobraził się w okazałe 4:11.
Choć drużyny znajdują się na przeciwnych biegunach tabeli, dla obu ekip był to bardzo ważny mecz. Comeback wciąż ma matematyczne szanse nawet na mistrzostwo, ale równie realna pozostaje perspektywa wypadnięcia poza TOP 3. Orzełom Stolicy natomiast grozi spadek i aby zwiększyć swoje szanse na utrzymanie, po prostu musiały dziś wygrać.
Comeback rozpoczął spotkanie bardzo pewnie. Pierwsza połowa zdecydowanie należała do nich - ogromna przewaga w posiadaniu piłki, momentami można było odnieść wrażenie, że wynosiła ona nawet ponad 80 procent. Spokojnie i cierpliwie rozgrywane akcje, świetny ruch bez piłki oraz wysoka kultura gry sprawiały, że mimo dobrej postawy Arkadiusza Ciołka bramkarz Orzełów raz za razem musiał wyciągać piłkę z siatki.
Druga połowa była już zdecydowanie bardziej widowiskowa. Zobaczyliśmy więcej emocji, dwie żółte kartki, bramkę samobójczą i znacznie bardziej wyrównany wynik tej części gry - 5:4 dla Comebacku. Mimo to końcowy rezultat 9:4 ani przez chwilę nie wydawał się zagrożony. Owszem, był moment, gdy Orzeły Stolicy zbliżyły się na 5:3 i można było poczuć delikatną nutę niepewności, ale wicelider ligi błyskawicznie zareagował. Comeback wrzucił wyższy bieg i bardzo szybko zamknął mecz.
Najlepszy zawodnik i bezdyskusyjny bohater spotkania? Oczywiście Kostia Didenko. Poker oraz dwie asysty mówią same za siebie. Na ogromne wyróżnienie zasługują także bracia Harkavka oraz Ivan Vidosević, którzy dołożyli kolejne pięć bramek i cztery asysty, mając ogromny udział w tym zwycięstwie. W ekipie Orzełów promykiem nadziei był Maciej Kiełpsz, autor hat-tricka, który do samego końca próbował utrzymać swoją drużynę w grze.
Mecz GLK z Husarią Mokotów zapowiadał się jako bardzo wyrównane starcie zespołów ze środka tabeli. Husaria znajdowała się wyżej i walczyła o czołówkę, natomiast GLK chciało zbliżyć się do górnej części stawki.
Spotkanie od początku było bardzo intensywne. Już w 6. minucie Farion, po podaniu Dominiaka, otworzył wynik dla GLK, a chwilę później – w 10. minucie – Sawicki, również po asyście Dominiaka, podwyższył prowadzenie. Husaria szybko odpowiedziała – w 12. minucie Hubner po podaniu Wdowińskiego zdobył bramkę kontaktową. W 13. minucie padła jedna z bardziej nietypowych bramek – na listę strzelców wpisał się bramkarz Zalech, zwiększając przewagę GLK. Husaria jednak nie odpuszczała i w 16. minucie Wdowiński po podaniu Kamińskiego ponownie zmniejszył straty, a w 20. minucie Hubner, po asyście Urmanowskiego, doprowadził do wyrównania.
Końcówka pierwszej połowy znów należała do GLK. W 24. minucie Wolszak po podaniu Zalecha trafił na 4:3, a minutę później Piątkowski, po asyście Sawickiego, podwyższył prowadzenie. Jednak jeszcze przed przerwą Husaria zdołała odpowiedzieć – w 29. minucie Borowski po podaniu Hubnera utrzymał swoją drużynę w grze.
Druga połowa była prawdziwą wymianą ciosów. W 35. minucie Sawicki, po kolejnym podaniu Dominiaka, zdobył następną bramkę dla GLK, ale już minutę później Urmanowski po asyście Hubnera odpowiedział trafieniem dla Husarii. W 37. minucie Hubner, tym razem po podaniu Borowskiego, doprowadził do remisu, pokazując ogromną determinację swojego zespołu. Końcówka spotkania należała jednak do jednego zawodnika – Sawickiego. Najpierw w 40. minucie ponownie wyprowadził GLK na prowadzenie, a następnie dołożył kolejne trafienia w 45. i 48. minucie, kompletując znakomity występ i przesądzając o zwycięstwie swojej drużyny.
GLK wygrało to spotkanie dzięki skuteczności w końcówce i świetnej dyspozycji Sawickiego, choć Husaria przez długi czas dotrzymywała kroku rywalom i kilkukrotnie wracała do gry w tym bardzo emocjonującym meczu.
W 16. kolejce walczące o strefę medalową Deluxe Barbershop podejmowało FC Łowcy II, którzy potrzebowali zwycięstwa, aby wciąż liczyć się w walce o wydostanie ze strefy spadkowej.
Jako pierwsi cios zadali gospodarze, jednak FC Łowcy II bardzo szybko odpowiedzieli trafieniem wyrównującym. Od tego momentu mecz zamienił się w prawdziwą wymianę ciosów. Jedna akcja napędzała kolejną, a tempo spotkania praktycznie ani na chwilę nie spadało. W ekipie Deluxe świetnie funkcjonował duet Asim Mizzayev – Raul Mammadov. Obaj zawodnicy praktycznie przez cały mecz napędzali ofensywę swojej drużyny, regularnie tworząc zagrożenie pod bramką rywali. Po stronie Łowców równie mocno wyróżniali się Denys Deneha oraz Heorhii Pechnikov, którzy brali na siebie ciężar gry ofensywnej i odpowiadali za większość najgroźniejszych akcji swojego zespołu. Pierwsza połowa zakończyła się wynikiem 5:4 dla Deluxe Barbershop, co doskonale oddawało przebieg tej części spotkania i skalę emocji, jakie oglądaliśmy na boisku.
Drugą część lepiej rozpoczęli zawodnicy Deluxe. Ponownie świetnie prezentowali się Raul oraz Asim, którzy raz po raz rozbijali defensywę przeciwników i skutecznie wykorzystywali wolne przestrzenie. FC Łowcy II próbowali odpowiadać przede wszystkim dzięki aktywności Heorhiia Pechnikova, który nie pozwalał swojej drużynie stracić kontaktu z rywalem.
W pewnym momencie Deluxe Barbershop odskoczył nawet na 7:4 i wydawało się, że gospodarze mają już pełną kontrolę nad spotkaniem. Łowcy pokazali jednak ogromny charakter i nie zamierzali się poddawać. Heorhii wspólnie z Denysem ruszyli do odrabiania strat, zmniejszając przewagę rywali do zaledwie jednej bramki i ponownie wprowadzając ogromne emocje do meczu. Kluczowa okazała się jednak skuteczność. Zawodnicy Deluxe imponowali wykończeniem akcji i potrafili wykorzystywać swoje sytuacje praktycznie bezbłędnie. Zupełnie inaczej wyglądało to po stronie Łowców, którzy w drugiej połowie aż czterokrotnie trafiali w poprzeczkę, mając sporo pecha pod bramką przeciwnika.
Ostatecznie spotkanie zakończyło się zwycięstwem Deluxe Barbershop 10:7. Bezdyskusyjnym bohaterem meczu został Raul Mammadov, autor czterech bramek i jednej asysty. Ogromne pochwały należą się również Asimowi Mizzayevowi, który także miał udział przy pięciu trafieniach swojej drużyny.
Dzięki temu zwycięstwu Deluxe Barbershop nadal pozostaje w grze o medale. FC Łowcy II mimo bardzo ambitnej postawy znaleźli się natomiast w niezwykle trudnej sytuacji i ich szanse na utrzymanie w lidze stają się coraz mniejsze.
W starciu na absolutnym szczycie 4. ligi zmierzyły się drużyny Hetmana oraz BM’u. Przed meczem można było spodziewać się niezwykle wyrównanego i zaciętego widowiska, jednak boisko napisało zupełnie inny scenariusz. Niedawno koronowany mistrz ligi, czyli Hetman, musiał uznać wyższość rywala i doznał bardzo bolesnej porażki aż 2:13.
Rezultat ten może szokować, szczególnie biorąc pod uwagę wcześniejszą formę Hetmana, który w tej rundzie szedł jak prawdziwy przecinak i regularnie dopisywał do swojego konta kolejne zwycięstwa. Tym razem jednak rywal okazał się po prostu bezlitosny. BM miał tego dnia ogromną liczbę argumentów po swojej stronie. Drużyna imponowała wymiennością pozycji, bardzo dużym zgraniem, skutecznością oraz indywidualnymi przebłyskami swoich zawodników. Ukraiński zespół praktycznie od początku narzucił własne tempo gry i z każdą kolejną minutą coraz bardziej dominował nad mistrzem ligi.
Mówiąc o indywidualnych popisach, nie sposób nie wyróżnić kapitalnego występu Kiryla Semerenko. Były zawodnik KSB oraz Otamanów ponownie pokazał, że w niższej lidze potrafi robić ogromną różnicę. Jego instynkt strzelecki był tego dnia imponujący - świetnie odnajdywał się w polu karnym, doskonale wiedział kiedy i gdzie się ustawić, aby wykorzystać podania partnerów i zamieniać kolejne sytuacje na gole. Co ważne, Semerenko nie ograniczał się wyłącznie do finalizacji akcji. Potrafił również samodzielnie wypracowywać sobie sytuacje bramkowe, popisując się efektownymi dryblingami i dużą swobodą w pojedynkach jeden na jednego. Był jednym z największych motorów napędowych ofensywy BM’u i praktycznie przez cały mecz sprawiał defensywie Hetmana ogromne problemy.
Hetman próbował odpowiadać zarówno rozegraniem akcji, jak i strzałami z dystansu. Szczególnie aktywny w tym aspekcie był Damian Kucharczyk, jednak nawet jego próby nie były w stanie odmienić losów spotkania. Tego dnia BM funkcjonował jak perfekcyjnie działająca maszyna - konsekwentnie realizował swój plan, grał bardzo ofensywnie i bez chwili zawahania szedł po kolejne trafienia. Ostatecznie BM nie tylko sięgnął po komplet punktów, ale zrobił to w naprawdę imponującym stylu, całkowicie dominując mistrza ligi i wysyłając bardzo mocny sygnał do całej stawki.
Sportowe Zakapiory podejmowały młody zespół SO4 FC w jednym z ciekawszych spotkań minionej niedzieli. Już od pierwszych minut było widać różnicę w podejściu obu drużyn. Gospodarze prezentowali większą dojrzałość, szczególnie pod bramką rywala, i to oni wyraźnie kontrolowali przebieg pierwszej połowy.
Zakapiory grały bardzo zespołowo, cierpliwie budowały akcje i mądrze organizowały się w defensywie, czym skutecznie utrudniały życie młodym i dynamicznym zawodnikom SO4 FC. Dużą rolę odegrał Paweł Dąbrowski, który dwukrotnie wpisał się na listę strzelców, pokazując dużą skuteczność pod bramką rywali. Bardzo dobrze prezentował się również Andrzej Groszkowski, który pewnie bronił dostępu do bramki gospodarzy i dawał swojej drużynie ogromny spokój. Dobrze naoliwiona maszyna Sportowych Zakapiorów funkcjonowała w pierwszej części meczu praktycznie bez zarzutu. Gospodarze schodzili na przerwę z trzybramkową przewagą i wydawało się, że tego dnia nic nie będzie w stanie zatrzymać ich marszu po zwycięstwo.
Nic bardziej mylnego.
Zawodnicy SO4 FC po przerwie kompletnie zmienili sposób gry oraz taktykę, czym zdecydowanie zaskoczyli swoich przeciwników. Kluczową rolę odegrał bramkarz Michał Kijek, którego świetna gra nogami zaczęła robić ogromną różnicę na tym poziomie rozgrywkowym. Goście coraz częściej wykorzystywali golkipera w rozegraniu, budując przewagę liczebną i przejmując kontrolę nad przebiegiem spotkania. SO4 zaczęło grać znacznie odważniej i skuteczniej, a z każdą kolejną minutą rosły emocje zarówno na boisku, jak i poza nim. Goście ostatecznie zdołali doprowadzić do wyrównania, a atmosfera zrobiła się naprawdę gorąca. Było jasne, że zwycięży drużyna, która w kluczowym momencie zachowa więcej zimnej krwi i wyrachowania.
I właśnie wtedy decydujący cios zadali Sportowe Zakapiory. Piotr Maciuk popisał się kapitalnym strzałem z połowy boiska, lobując bramkarza rywali i ponownie wyprowadzając gospodarzy na prowadzenie. Po tej bramce Zakapiory wróciły do swojej najlepszej wersji - szczelnej, zdyscyplinowanej i bardzo twardej defensywy, która do końca meczu nie pozwoliła rywalom już na odwrócenie losów spotkania. Dla SO4 to już druga porażka z rzędu...
Spotkanie Boca Seniors z Furduncio Brasil było bardzo atrakcyjnym widowiskiem dla kibiców ceniących futbol oparty na technice, dynamice i ofensywnym nastawieniu. Od pierwszych minut obie drużyny postawiły na odważną grę do przodu - nie brakowało szybkich wymian podań, pojedynków jeden na jednego oraz składnych akcji budowanych w wysokim tempie.
Lepiej w mecz weszli goście, którzy już w pierwszej połowie pokazali dużą skuteczność i lepsze wykończenie sytuacji. Furduncio Brasil prowadziło do przerwy 5:2, wykorzystując swoją dynamikę w ataku oraz umiejętność szybkiego przechodzenia do ofensywy. Boca Seniors nie wyglądała jednak na zespół przytłoczony przebiegiem spotkania - gospodarze również potrafili kreować sytuacje i odpowiadać ciekawymi akcjami.
Centralną postacią gospodarzy był Dawid Pigiel, autor dwóch bramek i trzech asyst. To właśnie on nadawał rytm grze Boca Seniors, pełniąc rolę kreatora środka pola. Bardzo dobrze operował piłką, szukał niestandardowych rozwiązań i potrafił przyspieszyć akcję w odpowiednim momencie. Szczególnie groźny był przy stałych fragmentach gry, gdzie jego mocne i precyzyjne uderzenia regularnie sprawiały problemy defensywie rywali.
Po stronie gości absolutnym bohaterem był Rafael Andrade, który rozegrał znakomite zawody, zdobywając aż pięć bramek. Dynamiczny i ofensywnie usposobiony zawodnik przez cały mecz był niezwykle trudny do zatrzymania. Świetnie poruszał się bez piłki, szukał wolnych przestrzeni i z dużą pewnością finalizował akcje swojego zespołu. Jego aktywność i skuteczność miały ogromny wpływ na końcowy rezultat.
Druga połowa przyniosła kolejne bramki i utrzymała wysoki poziom widowiska. Boca Seniors ambitnie próbowała wrócić do gry, jednak Furduncio Brasil potrafiło odpowiadać w kluczowych momentach, utrzymując bezpieczny dystans. Ostatecznie goście zwyciężyli 10:7 po bardzo technicznym, dynamicznym i ofensywnie nastawionym meczu, który z pewnością mógł podobać się neutralnym obserwatorom.
Spotkanie pomiędzy Team Ivulin a Bad Boys zapowiadało się niezwykle ciekawie ze względu na sytuację w ligowej tabeli. Obie drużyny znajdowały się w strefie spadkowej, jednak goście wciąż mieli realne szanse w walce o utrzymanie.
Gospodarze, którzy przybyli na mecz w licznym składzie, już od pierwszych minut prezentowali się bardzo konkretnie pod bramką rywala, sygnalizując, że nie oddadzą punktów bez walki. Jako pierwsi trafili do siatki po uderzeniu z ostrego kąta Antosia Łahvinca, narzucając tym samym własny rytm gry. Bad Boys nie zamierzali jednak przystać na warunki podyktowane przez rywali. Goście prowadzili grę swoim tempem, spokojnie kreowali dogodne okazje i cierpliwie wyczekiwali błędu w ustawieniu gospodarzy. Pod koniec pierwszej odsłony przyniosło to efekt - Bad Boys zdobyli bramkę wyrównującą. Bartłomiej Podobas znakomicie dostawił nogę, finalizując akcję całego zespołu. Do przerwy na tablicy wyników widniał rezultat 1:1.
Po zmianie stron inicjatywę błyskawicznie przejęli Bad Boys, którzy szybko wyszli na prowadzenie po trafieniu Michała Podobasa. Chwilę później goście byli o włos od straty bardzo prostego gola, jednak zdołali wyjść z opresji. Wyciągnęli na własną połowę dwóch zawodników Team Ivulin, a po szybkim rozegraniu wykorzystali przewagę w ataku i mądrze podwyższyli prowadzenie.
Gospodarze nie zamierzali jednak składać broni i błyskawicznie rzucili się do odrabiania strat. Dwukrotnie błysnął Arseni Vanicki - najpierw pokonał bramkarza rywali precyzyjnym strzałem po ziemi, a następnie powtórzył ten wyczyn mocnym uderzeniem zza pola karnego prosto pod poprzeczkę. Źli Chłopcy zostali wybici z rytmu i nie potrafili skutecznie wykorzystać przewagi liczebnej po żółtej kartce obejrzanej przez jednego z zawodników Team Ivulin. Mimo trudniejszego momentu łut szczęścia pozwolił gościom ponownie wyjść na prowadzenie, gdy trafienie do własnej bramki zanotował Maksim Duduk. Końcówka była pełna zwrotów akcji. Tym razem zawodnik, który chwilę wcześniej niefortunnie pomógł Bad Boys, odkupił swoje winy, bezlitośnie zamieniając rzut karny na bramkę. Ostatecznie bohaterem spotkania okazał się Michał Matynia, który zamknął mecz trafieniem po efektownej przekładance, zapewniając Bad Boys wyjątkowo cenne trzy punkty.
Obie drużyny zasłużyły na uznanie za stworzenie widowiska pełnego tempa, emocji i bramek. Tego dnia to jednak goście mogli cieszyć się najbardziej, ponieważ dzięki zwycięstwu wydostali się ze strefy spadkowej, wykorzystując porażkę Warszawskiej Ferajny.
Warszawska Ferajna po raz kolejny potwierdziła swoją nieprzewidywalność, prezentując w trakcie spotkania co najmniej dwie różne twarze. Już w 2. minucie gospodarze prowadzili 2:0 po piorunującym starcie. Później jednak do głosu stopniowo zaczęły dochodzić Byki. Goście jeszcze przed przerwą wyrównali wynik spotkania, by tuż przed końcem pierwszej połowy wyjść na prowadzenie 2:3.
Nie należy jednak przesadnie obwiniać gospodarzy - przyjezdni, gdy już się rozkręcili, pokazali ogromną jakość, przypominając wszystkim, dlaczego walczą o wicemistrzostwo. Jak się później okazało, FC Bulls nie oddało prowadzenia aż do końcowego gwizdka. Duża w tym zasługa Vladislava Zhukova, który po dwóch szybko straconych bramkach uspokoił grę swojego zespołu i do końca pierwszej odsłony nie pozwolił rywalom ponownie trafić do siatki.
Warszawska Ferajna pojawiła się na boisku po przerwie z podobną werwą jak w pierwszej połowie, jednak tym razem goście nie dali się zaskoczyć. Bartosz Panasiuk dwoił się i troił, ale było to za mało na konsekwentnych i zdyscyplinowanych rywali. Z minuty na minutę padały kolejne trafienia dla gości, a gospodarze coraz bardziej wyczekiwali końcowego gwizdka.
Ostatecznie w drugiej połowie przyjezdni rozbili Warszawską Ferajnę aż 1:6, a całe spotkanie zakończyło się wynikiem 3:9. Świetny mecz rozegrał Vadym Churiukanov, który do dwóch asyst dorzucił trzy bramki. Wtórowali mu również wszędobylski Konstantin Veselovskyi i jego partnerzy z zespołu, regularnie dokładając kolejne punkty do klasyfikacji kanadyjskiej.
Spotkanie Warsaw Eagle przeciwko Mareckim Wygom miało być według wielu jednostronnym starciem lidera tabeli z ostatnią drużyną ligi, jednak boisko po raz kolejny pokazało, że futbol potrafi pisać zupełnie nieprzewidywalne scenariusze. Warsaw Eagle, będący przed tym meczem na 10. miejscu w tabeli, sprawił ogromną sensację i pokonał lidera aż 5:1.
Pierwsza połowa była bardzo wyrównana i od początku było widać, że Warsaw Eagle nie zamierza jedynie się bronić. Obie drużyny tworzyły swoje sytuacje, a tempo meczu stało na wysokim poziomie. Wynik 1:1 do przerwy dobrze oddawał przebieg tej części spotkania. Bramkę dla Mareckich Wygów zdobył Szymon Pietrucha, jednak Warsaw Eagle potrafił odpowiedzieć i utrzymać kontakt z rywalem mimo ogromnej różnicy miejsc w tabeli.
Druga połowa również przez długi czas pozostawała wyrównana, jednak największą różnicę zrobiły skuteczność Warsaw Eagle oraz fenomenalna postawa bramkarza Karola Dębowskiego. Zawodnicy Mareckich Wyg wielokrotnie próbowali wrócić do meczu i stworzyli sobie sporo sytuacji, ale Karol był tego dnia praktycznie nie do przejścia. Interweniował bardzo pewnie, świetnie ustawiał się w bramce i ratował drużynę w kluczowych momentach, kiedy rywale mogli jeszcze wrócić do gry. Jego spokój i pewność siebie były widoczne przez całe spotkanie. Każda kolejna interwencja tylko napędzała drużynę Warsaw Eagle i odbierała pewność oponentom. Karol wielokrotnie zatrzymywał groźne strzały i dawał swojej drużynie ogromny komfort w defensywie. Patrząc na liczbę sytuacji stworzonych przez lidera tabeli, jego występ miał ogromny wpływ na końcowy wynik spotkania.
Na ogromne uznanie zasługuje również fakt, że Warsaw Eagle rozgrywał to spotkanie bez zmian. Mimo tego drużyna wyglądała bardzo dobrze fizycznie, walczyła o każdą piłkę i potrafiła skutecznie wykorzystywać swoje okazje. Choć sytuacji stworzyła mniej niż rywale, była zdecydowanie bardziej konkretna pod bramką.
Bardzo dobre spotkanie rozegrał Piotr Ducki, który zanotował dwie bramki i był jedną z najważniejszych postaci ofensywnych swojej drużyny. Duży wpływ na przebieg meczu miał również Ali Abdullah. Jednym z najładniejszych momentów spotkania była właśnie jego bramka na 4:1, zdobyta po bardzo precyzyjnym strzale z rzutu wolnego po ziemi, który kompletnie zaskoczył bramkarza rywali.
Warsaw Eagle jako ogromny underdog pokazał charakter, skuteczność i ogromne zaangażowanie, kompletnie zaskakując lidera tabeli. Mareckie Wygi mimo wielu prób nie były w stanie znaleźć odpowiedzi na świetnie dysponowanego Karola Dębowskiego i bardzo skuteczny Warsaw Eagle, a końcowy wynik 5:1 jest jedną z największych niespodzianek kolejki.
Ajaks Warszawa walczył o miejsce w TOP 5 tabeli, natomiast Dziki z Lasu II desperacko potrzebowały punktów w walce o utrzymanie. Dla gości każdy zdobyty punkt mógł mieć znaczenie w kontekście ligowego „być albo nie być”, jednak Ajaks będący ostatnio w bardzo dobrej formie absolutnie nie zamierzał ułatwiać zadania rywalom.
Lepiej spotkanie rozpoczęli gospodarze. Wynik otworzył Czyżewski, który skutecznie wykończył bardzo dobrze wyprowadzoną kontrę Ajaksu. Po tym trafieniu mecz na dłuższy moment się wyrównał. Obie drużyny miały swoje okazje, ale brakowało konkretów pod bramką przeciwnika. W końcu kolejny cios zadali gospodarze. Kopacz świetnie odnalazł się po długim podaniu z autu i efektownym lobem podwyższył prowadzenie na 2:0. Wydawało się wtedy, że Ajaks spokojnie kontroluje przebieg spotkania i zmierza po bardzo ważne zwycięstwo.
Niespodziewanie do głosu doszedł jednak bramkarz Dzików z Lasu II - Aleksandrowicz. Golkiper gości popisał się mocnym, płaskim strzałem z dystansu, po którym piłka odbiła się jeszcze od słupka i wpadła do siatki. Kontaktowa bramka na 2:1 wyraźnie pobudziła Dziki do walki. Ajaks odpowiedział jednak bardzo szybko. Ponownie błysnął Kopacz, który po raz drugi tego dnia przelobował bramkarza rywali, ustalając wynik pierwszej połowy na 3:1 dla gospodarzy.
Druga część meczu przyniosła jednak prawdziwy comeback Dzików z Lasu II. Najpierw Janiszewski mocnym strzałem po ziemi sprzed pola karnego zmniejszył straty, a chwilę później Oleszczuk doprowadził do wyrównania 3:3. Goście złapali ogromną pewność siebie, a Ajaks wyraźnie zaczął tracić kontrolę nad wydarzeniami na boisku. W międzyczasie kibice zobaczyli również sytuację przypominającą słynny poślizg Stevena Gerrarda przeciwko Chelsea. Jeden z zawodników Dzików stracił równowagę w kluczowym momencie, przez co Ajaks był o krok od zdobycia kolejnej bramki. W ostatniej chwili drugi z graczy gości wrócił jednak pod własną bramkę i fenomenalnym blokiem zatrzymał piłkę praktycznie na linii. To była interwencja, która mogła mieć ogromny wpływ na końcowy rezultat.
Końcówka spotkania była bardzo otwarta. Obie drużyny próbowały rozstrzygnąć mecz strzałami z dystansu, szukając błędu bramkarza na mokrej murawie. Ostatecznie ostatnie słowo należało do Aleksandrowicza. Bramkarz Dzików ponownie spróbował uderzenia z dystansu, a kozłująca piłka kompletnie zaskoczyła golkipera Ajaksu i wpadła do siatki.
Dziki z Lasu II wygrały arcyważne spotkanie 4:3 i wykonały ogromny krok w kierunku utrzymania. Dla Ajaksu Warszawa to natomiast bardzo bolesna strata punktów, która sprawia, że szanse na udział w Pucharze stają się coraz bardziej iluzoryczne...
Spotkanie After Wola przeciwko FC Kryształ Targówek od pierwszych minut toczyło się w bardzo wysokim tempie. Już na początku było widać, że zawodnicy FC Kryształ Targówek są świetnie przygotowani do tego meczu i szybko przejęli kontrolę nad jego przebiegiem. Drużyna narzuciła swoje tempo gry, dobrze utrzymywała się przy piłce i regularnie stwarzała zagrożenie pod bramką rywali.
Pierwsza połowa zakończyła się prowadzeniem Kryształu, jednak początek drugiej części przyniósł chwilową odpowiedź drużyny After Wola. Emil Jasiński doprowadził do wyrównania na 1:1 i wydawało się, że spotkanie może jeszcze nabrać zupełnie innego przebiegu. Od tego momentu Kryształ wrzucił jednak jeszcze wyższy bieg i rozpoczął prawdziwy koncert gry ofensywnej. Drużyna zaczęła dominować praktycznie w każdym aspekcie meczu, a kolejne akcje kończyły się groźnymi sytuacjami i bramkami. Bardzo ważną rolę odegrał Igor Ruciński, który rozegrał kapitalne spotkanie i zanotował aż trzy trafienia. Był niezwykle skuteczny pod bramką rywali, świetnie odnajdywał się w polu karnym i wykorzystywał swoje sytuacje z dużym spokojem. Jednego z goli zdobył po pewnie wykonanym rzucie karnym, nie dając bramkarzowi żadnych szans na interwencję.
Jednym z kluczowych momentów spotkania był również niewykorzystany rzut karny drużyny After Wola, wykonywany przez Krzysztofa Włodarkiewicza. Fenomenalną interwencją popisał się Mateusz Zalega, który wybronił bardzo trudny strzał i dał swojej drużynie ogromny impuls. Po tej obronie było widać, że złapał ogromną pewność siebie i dosłownie dostał wiatru w żagle. Z minuty na minutę prezentował się coraz lepiej, notując kolejne ważne interwencje i skutecznie zatrzymując zawodników After Wola.
FC Kryształ Targówek kontrolował przebieg meczu aż do końcowego gwizdka i ostatecznie wygrał aż 6:1. To niezwykle ważne zwycięstwo dla zespołu, ponieważ po tej kolejce traci już tylko punkt do drugiego miejsca i coraz mocniej włącza się do walki o ścisłą czołówkę tabeli. Zupełnie inaczej wygląda sytuacja After Wola. Po tej porażce drużyna znalazła się w strefie spadkowej i musi jak najszybciej się obudzić, jeśli chce odwrócić swoją sytuację w tabeli. Przed zespołem bardzo ważne tygodnie, które mogą zadecydować o dalszych losach sezonu.
Laga Warszawa przystępowała do spotkania z FC Fenix po dwóch porażkach z rzędu, przez co jej sytuacja w ligowej tabeli nie była zbyt komfortowa. Rywale natomiast wciąż liczyli się w walce o medale i to właśnie oni byli faworytem tego meczu.
Obie drużyny rozpoczęły spotkanie w pomniejszonych składach. Z racji braku jednego zawodnika po stronie gości postawą fair play wykazali się gospodarze, którzy również przez pierwsze minuty grali w osłabieniu. Sytuacja zmieniła się już w trzeciej minucie i od tego momentu zespoły rywalizowały w pełnych składach. Chwilę później byliśmy świadkami pierwszej bramki - na prowadzenie wyszli zawodnicy Lagi. Następna składna akcja przyniosła kolejne trafienie i gospodarze szybko wypracowali sobie dwubramkową przewagę. Na następną bramkę trzeba było czekać aż do upływu pierwszego kwadransa gry, kiedy kontaktowe trafienie zdobył Fenix. Końcówka pierwszej połowy należała jednak do gospodarzy, którzy dzięki dwóm kolejnym golom ustalili wynik do przerwy na 4:1.
Drugie 25 minut rozpoczęło się od następnej bramki dla Lagi i już w tym momencie było jasne, kto zakończy mecz w lepszych humorach. Kilka minut przed końcowym gwizdkiem sędziego goście zdołali jeszcze dwukrotnie pokonać bramkarza rywali, jednak nie wystarczyło to do zdobycia choćby jednego punktu.
Ostatecznie zawodnicy Lagi Warszawa wygrali 5:3, dzięki czemu przedłużyli swoje szanse na utrzymanie. Porażka FC Fenix sprawiła natomiast, że zespół stracił już szansę na miejsce na podium.
Spotkanie pomiędzy Na2Nóżkę a Tylko Zwycięstwo okazało się jednym z najbardziej emocjonujących widowisk tej kolejki. Gospodarze przystępowali do meczu raczej „na luzie”, natomiast ich rywale wciąż walczyli o najwyższy cel w 5. Lidze Fanów. Aby zachować realne szanse na mistrzostwo, musieli wygrać niedzielną rywalizację.
Wynik 6:5 najlepiej pokazuje, że kibice mogli oglądać mecz pełen ofensywnej gry, zwrotów akcji i walki do samego końca. Niemałym zaskoczeniem było tempo oraz warunki gry, jakie od początku narzucili rywalom gospodarze. Już po pięciu minutach worek z bramkami otworzył Jan „Turbo” Danisiewicz, finalizując akcję strzałem do pustej bramki. Chwilę później ten sam zawodnik zanotował asystę, dośrodkowując z rzutu rożnego prosto na głowę kolegi z zespołu.
Na2Nóżkę było wyjątkowo skuteczne pod bramką rywali i błyskawicznie odskoczyło aż na trzybramkowe prowadzenie. Gospodarze chyba poczuli się jednak zbyt pewnie i na moment spuścili gardę, pozwalając przeciwnikom zdobyć bramkę po błyskawicznej akcji skonstruowanej tuż po wznowieniu gry od środka. Chwilę później błąd w rozegraniu ekipy Tylko Zwycięstwo został bezlitośnie zamieniony na gola, przez co na tablicy wyników ponownie widniała trzybramkowa różnica. Tuż przed przerwą piłkę do siatki gospodarzy wpakował Szymon Jałkowski, dając swojej drużynie nadzieję na odrobienie strat po zmianie stron.
Po przerwie było widać, że Tylko Zwycięstwo bezgranicznie wierzy w nazwę swojego zespołu i nie zamierza łatwo oddać cennych punktów. Goście rozegrali świetny schemat z rzutu rożnego, który ewidentnie był wcześniej przećwiczony, a w kluczowym momencie dał im bramkę kontaktową. Inicjatywę przejęli zawodnicy Tylko Zwycięstwo, którzy byli o włos od doprowadzenia do remisu. Wtedy jednak Na2Nóżkę ponownie zaskoczyło rywali. Szybki kontratak zakończył się bramką, którą z zimną krwią zdobył świetnie dysponowany technicznie Kacper Grzeszczyk. Goście ponownie rzucili się do odrabiania strat, a pięknym uderzeniem z dystansu popisał się Mateusz Jałkowski. Końcówka spotkania przyniosła prawdziwy rollercoaster, czyli dokładnie to, co kibice lubią najbardziej. Zwycięstwo gospodarzom zagwarantowało trafienie zawodnika z numerem 9, który przypieczętował niespodziankę zgotowaną przez Na2Nóżkę. Goście chwilę przed ostatnim gwizdkiem zdołali jeszcze wpakować piłkę do siatki po składnej akcji, lecz ostatecznie musieli pogodzić się z bolesną porażką.
Obie drużyny zasłużyły na uznanie za stworzenie widowiska pełnego tempa, emocji i bramek. Niemniej jednak porażka zespołu Tylko Zwycięstwo oznaczała niemal całkowite zaprzepaszczenie szans na mistrzostwo. Ostatecznie tak się jednak nie stało, bo pretendenci do złotych medali - Mareckie Wygi - również sensacyjnie przegrali swoje spotkanie. Walka o złoto jeszcze trochę potrwa.
Trening strzelecki urządzili sobie zawodnicy Bartolini Pasta w niedzielny, słoneczny poranek. Mocno okrojony skład Mikstury nie poradził sobie z potencjałem ofensywnym rywali, którzy byli skuteczni niczym strzelcy wyborowi.
Ekipa Bartolini Pasta pokonała rywala z czołówki tabeli w bardzo przekonujący sposób. Jak inaczej określić zwycięstwo aż dziesięcioma bramkami? Praktycznie każdy z zawodników zdołał w jakiś sposób wpisać się do protokołu meczowego. Najczęściej pojawiało się w nim jednak nazwisko Mateusza Brożka, który był tego dnia naprawdę nie do zatrzymania. Gdy miał okazję - strzelał. Gdy widział lepiej ustawionego kolegę - podawał. Trudno było znaleźć choćby jedną złą decyzję tego zawodnika, a przecież nie on jeden błyszczał na boisku.
Po dwie bramki dołożyli Krystian Pazdyka i Michał Cholewiński, jedno trafienie zanotował Piotr Winek, a hat-trickiem asyst popisał się Tomasz Rusinek. Gra zespołu Bartolini Pasta może być świetnym potwierdzeniem powiedzenia, że kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje.
Z drugiej strony piłkarze Mikstury również musieli wcześnie wstać. W okrojonym składzie, ale z podniesioną głową, starali się stawić czoła rywalowi, który ewidentnie miał swój dzień. Niestety, problemy kadrowe skutkują jak na razie czterema porażkami z rzędu. Po tej wysokiej przegranej Mikstura wypadła z grona drużyn, które na ten moment znajdowałyby się w strefie awansu. Strata punktowa pozostaje jednak minimalna - zespół ma tyle samo punktów co trzeci w tabeli Georgian Team, ale do awansu potrzebne są zwycięstwa. A do zwycięstw potrzebna jest lepsza gra niż ta zaprezentowana w zeszłą niedzielę.
Spotkanie pomiędzy Szmulkami Warszawa a Georgian Team zakończyło się zdecydowanym zwycięstwem gości 19:6. Już pierwsza połowa pokazała ogromną różnicę pomiędzy obiema drużynami - Georgian Team całkowicie zdominował rywali, schodząc na przerwę z wynikiem 11:0. Patrząc na postawę Szmulek Warszawa, można było odnieść wrażenie, że tak wysoka strata już w pierwszej części meczu mocno podcięła im skrzydła. Goście imponowali przede wszystkim świetnym zgraniem oraz bardzo solidną defensywą, która praktycznie nie pozwalała gospodarzom rozwinąć skrzydeł.
Po rozpoczęciu drugiej połowy gospodarze podjęli próbę powrotu do meczu i momentami było widać większą determinację w ich grze. Niestety, mimo ambitnej postawy nie byli w stanie skutecznie odrobić strat. Georgian Team przez większość spotkania utrzymywał wysokie tempo i nieustannie napierał na rywali. W pewnym momencie goście nieco odpuścili, jednak przewaga wypracowana wcześniej była na tyle duża, że końcowy wynik ani przez chwilę nie był zagrożony.
W drużynie Georgian Team trudno wyróżnić jednego zawodnika ponad resztę. Cały zespół zaprezentował się znakomicie i można śmiało stwierdzić, że każdy z graczy zasłużył na miano MVP tej kolejki.
W 8. lidze byliśmy świadkami starcia drużyn znajdujących się w dolnej części tabeli - Old Eagles Koło oraz Saskiej Kępy. Przed pierwszym gwizdkiem trudno było wskazać jednoznacznego faworyta tego spotkania, jednak przebieg meczu dość szybko rozwiał wszelkie wątpliwości.
Spotkanie rozgrywane było w niezwykle spokojnej, wręcz przyjacielskiej atmosferze. Również samo tempo gry nie należało do szczególnie wysokich. Obie drużyny podeszły do rywalizacji bardzo metodycznie i zachowawczo, starając się przede wszystkim szanować piłkę oraz cierpliwie szukać luk w defensywie przeciwnika. Plan obu zespołów wyglądał bardzo podobnie, jednak zdecydowanie skuteczniej realizowali go zawodnicy Old Eagles Koło. Gospodarze byli bardziej efektywni w swoich działaniach ofensywnych, lepiej wykorzystywali wolne przestrzenie i potrafili zamieniać swoje okazje na gole. Przyniosło to wymierne efekty już w pierwszej połowie. Po 25 minutach Old Eagles prowadzili już trzema bramkami, stawiając Saską Kępę w bardzo trudnej sytuacji i zmuszając rywali do bardziej otwartej gry w drugiej części spotkania.
Goście faktycznie zaczęli grać odważniej i ofensywniej, co pozwoliło im zdobyć dwie bramki. Problem polegał jednak na tym, że Orzełki nie zamierzali oddawać kontroli nad meczem. Old Eagles również regularnie atakowali i co najważniejsze - byli bardzo skuteczni pod bramką przeciwnika. Ostatecznie gracze z Koła pokonali Saską Kępę 6:2, odnosząc bardzo ważne zwycięstwo w kontekście walki o utrzymanie. Dzięki temu wynikowi gospodarze znacząco umocnili swoją pozycję nad strefą spadkową.
Dla Saskiej Kępy porażka oznacza natomiast, że drużyna do ostatniej kolejki będzie musiała walczyć o ligowy byt.
Sante walczyło o ligowy byt, Shot DJ o tytuł - obie drużyny doskonale wiedziały, jaka jest stawka niedzielnego meczu. Strata do lidera tabeli pozostaje niewielka, a już za tydzień goście zmierzą się bezpośrednio z Zaborowem. Każdy punkt na finiszu sezonu jest więc na wagę złota.
Od pierwszych minut inicjatywę przejęli goście. Kopyść po udanym pressingu otworzył wynik spotkania, a żółta kartka dla Kowalskiego tylko utrudniła sytuację Sante. Szymański dorzucił drugiego gola po indywidualnej akcji zakończonej strzałem z dystansu, a później do głosu doszedł Olak, zdobywając dwie bramki z rzędu. Do listy strzelców dołączył również Jabłoński, który jeszcze przed przerwą dwukrotnie wpisał się do protokołu meczowego. Sante rzadko oddawało strzały, a Shot DJ konsekwentnie budowało przewagę koronkowymi akcjami kończonymi trafieniami do pustej bramki lub z bliskiej odległości. Do przerwy wynik brzmiał już 0:7.
Po zmianie stron gospodarzom udało się zanotować pierwsze trafienia. Zientała wykorzystał zamieszanie w polu karnym i zdobył bramkę na 1:7, a Kawalec piękną główką przelobował bramkarza, zmniejszając straty na 2:8. Shot DJ nadal konsekwentnie nękało rywali, a Jabłoński dokładał kolejne trafienia. Kozłowski po rzucie z autu zdobył honorowego gola dla Sante, ustalając wynik na 3:10. Ostatnie słowo ponownie należało jednak do Jabłońskiego, który strzałem z dystansu ustalił rezultat spotkania na 3:11. Bardzo aktywny tego dnia zawodnik aż dziewięć razy wpisał się do protokołu meczowego, notując sześć bramek i trzy asysty.
Shot DJ wykonało swoje zadanie i z niecierpliwością czeka na wyniki rywali, choć już za tydzień czeka ich jeszcze trudniejszy test. Dla Sante sytuacja staje się natomiast krytyczna, a walka o utrzymanie pozostaje już wyłącznie matematyczna.
Spotkanie Green Lantern z FC Zaborów miało być dla gości formalnością w kontekście walki o mistrzostwo, jednak gospodarze dostarczyli nam dynamicznego meczu ze sporą dawką ofensywnej gry. Choć FC Zaborów ostatecznie potwierdził swoją wyższość, to dopiero druga odsłona spotkania przyniosła prawdziwy festiwal bramek i widowisko na wysokim poziomie.
Pierwsza połowa była jeszcze dość wyrównana, chociaż zgodnie z oczekiwaniami Zaborów błyskawicznie narzucił własne tempo gry, strzelając już w pierwszych minutach dwa gole. Jako pierwszy do siatki trafił Bartek Pietrzak - wyróżniająca się postać tego spotkania, która szczególnie w drugiej połowie była prawdziwym kreatorem akcji podbramkowych swojego zespołu. Gospodarze usilnie próbowali złapać kontakt z przeciwnikiem, wykorzystując przy tym własnego bramkarza jako dyrygenta rozegrania. Ta sztuka udała się tuż przed gwizdkiem kończącym pierwszą część spotkania. Do siatki trafił Sebastian Bartczuk, dając swojej ekipie nadzieję na wyrównanie po przerwie.
Po zmianie stron mecz znacząco się otworzył. Swoją dominację zaprezentował lider 6. ligi i był to prawdziwy pokaz siły. FC Zaborów błyskawicznie dołożył cztery trafienia w bardzo efektownym stylu. Uderzenie Pszczoły z dystansu, główka Koca oraz dwukrotne wyłożenie piłki do pustej bramki - jednym słowem: gracja. W samej końcówce zrobiło się jednak naprawdę gorąco. Green Lantern nie złożył broni i jeszcze dwukrotnie trafił do siatki gości. Gdyby gospodarze przez cały mecz byli tak skuteczni jak w końcowych fragmentach, wynik spotkania mógłby wyglądać zupełnie inaczej. Ostateczny rezultat 3:7 przypieczętował gol Kamila Czarneckiego.
FC Zaborów zwyciężył zasłużenie, pokazując dużą skuteczność, lepszą organizację gry i chłodną głowę pod bramką przeciwnika. Green Lantern zasługuje na uznanie za walkę do końca, jednak tego dnia to goście byli zespołem zdecydowanie bardziej konkretnym i bezlitosnym w finalizacji.
Spotkanie Oldboys Derby przeciwko Warsaw Gunners FC zapowiadało się niezwykle ciekawie, ponieważ obie drużyny walczą o miejsca w ścisłej czołówce tabeli. Od początku było widać ogromną intensywność oraz zaangażowanie obu zespołów.
Pierwsza połowa była bardzo wyrównana, jednak Warsaw Gunners potrafili lepiej wykorzystywać swoje sytuacje i schodzili na przerwę z prowadzeniem 3:1. Mimo niekorzystnego wyniku zawodnicy Oldboys Derby wielokrotnie próbowali wrócić do meczu, ale na ich drodze stał znakomicie dysponowany Arkadiusz Warpechowski. Bramkarz Warsaw Gunners rozegrał kapitalne zawody i był jednym z najważniejszych zawodników na boisku. Zanotował mnóstwo bardzo trudnych interwencji i praktycznie przez cały mecz gracze Oldboys nie mogli znaleźć sposobu, by regularnie go pokonywać. Pewność siebie, świetne ustawianie oraz spokój Arka dawały ogromną stabilność całej defensywie Gunnersów. W wielu momentach ratował swój zespół po groźnych akcjach rywali i utrzymywał drużynę na prowadzeniu.
Po przerwie Kanonierzy pokazali jeszcze większą jakość i pełną kontrolę nad przebiegiem meczu. Drużyna bardzo dobrze funkcjonowała jako kolektyw, co doskonale pokazują statystyki. Przy sześciu zdobytych bramkach aż sześciu różnych zawodników wpisało się na listę strzelców. Gunnersi grali zespołowo, cierpliwie budowali akcje i świetnie wykorzystywali wolne przestrzenie.
Bardzo dobre spotkanie rozegrał również Wiktor Ziółkowski, który zanotował dwie asysty oraz zdobył piękną bramkę bezpośrednio z rzutu wolnego. Był niezwykle aktywny w ofensywie, napędzał akcje swojego zespołu i miał ogromny wpływ na przebieg spotkania. Po stronie Oldboys Derby wyróżniał się Dmitry Balysh, który jako jedyny potrafił pokonać defensywę rywali, zdobywając obie bramki dla swojej drużyny. Mimo jego dobrej postawy Oldboys Derby nie byli jednak w stanie zatrzymać rozpędzonych zawodników Warsaw Gunners FC.
Ostatecznie Warsaw Gunners FC wygrali spotkanie 6:2 i wykonali ogromny krok w kierunku czołówki tabeli. Oldboys Derby mimo porażki pozostają na drugim miejscu, natomiast Warsaw Gunners FC umocnili się na piątej pozycji i zmniejszyli stratę do rywali do zaledwie trzech punktów, co sprawia, że walka o najwyższe miejsca w lidze robi się coraz bardziej elektryzująca.
Ciekawa sytuacja w ligowej tabeli sprawiła, że mecz pomiędzy Czasoumilaczami a Eagles FC był jednocześnie walką o podium i o utrzymanie. Zwycięstwo jednej z drużyn otwierało szansę na medale, natomiast porażka mogła znacząco zbliżyć przegranego do strefy spadkowej. Ciężar tego spotkania od początku lepiej udźwignęli gospodarze, którzy już po ośmiu minutach prowadzili trzema bramkami. Chwilę później rywale zdobyli pierwszego gola, ale riposta Czasoumilaczy była natychmiastowa. Dwa szybkie podania po wznowieniu gry ze środka boiska i piękny strzał Dominika Swędrowskiego z połowy boiska ponownie dały gospodarzom bezpieczną przewagę. Chwilę przed upływem pierwszego kwadransa gry padła kolejna bramka dla tej drużyny i na przerwę schodziliśmy przy wyniku 5:1.
Druga połowa rozpoczęła się od następnego trafienia gospodarzy i od tego momentu wielkimi umiejętnościami bramkarskimi imponował golkiper gości, Jose Oscar. Rywale bardzo często gościli w jego polu karnym, ale mimo kilku znakomitych sytuacji ani razu nie zdołali już pokonać wspomnianego bramkarza. Niestety dla niego oraz jego kolegów siła ofensywna Eagles FC tego dnia była zdecydowanie zbyt mała i jedyne trafienie z pierwszej połowy okazało się wyłącznie honorowym.
Po dość jednostronnym pojedynku zespół Czasoumilaczy wygrał 6:1 i zdobył cenne punkty w walce o podium. Porażka Eagles FC sprawiła natomiast, że drużynę od strefy spadkowej dzieli już tylko jeden punkt.
Patrząc na sytuację w tabeli, wydawało się, że gospodarzy czeka raczej spokojny wieczór. Wciąż walczące nawet o drugie miejsce w lidze Virtualne Ń mierzyło się przecież z siódmą drużyną tabeli, co teoretycznie zwiastowało widowisko do jednej bramki. Futbol po raz kolejny pokazał jednak, że uwielbia pisać własne scenariusze.
Gospodarze rozpoczęli mecz dokładnie tak, jak zdążyli już przyzwyczaić swoich kibiców - od mocnego uderzenia. Bardzo szybko do siatki trafił Szymon Kolasa, dając swojej drużynie prowadzenie już na początku spotkania. Mimo tego od pierwszych minut było widać, że Wataha przyjechała na ten mecz wyjątkowo dobrze przygotowana. Defensywa gości funkcjonowała praktycznie bez zarzutu, wyglądając momentami jak jeden dobrze naoliwiony organizm.
Wataha cierpliwie czekała na swoje okazje i gdy tylko się pojawiły, zaczęła bezlitośnie je wykorzystywać. Goście imponowali skutecznością i dużą pewnością siebie w ofensywie. W pewnym momencie zdobyli aż pięć kolejnych bramek, na które gospodarze byli w stanie odpowiedzieć tylko raz. Patrząc na układ tabeli i przebieg pierwszej połowy, można było mówić o naprawdę dużej sensacji.
Po gwizdku oznaczającym przerwę wydawało się, że Wataha jest bardzo blisko sprawienia ogromnej niespodzianki. Druga połowa pokazała jednak, dlaczego Virtualne Ń znajduje się tak wysoko w ligowej tabeli. Gospodarze ruszyli do odrabiania strat praktycznie od pierwszych minut po wznowieniu gry i robili wszystko, by jeszcze wywieźć z tego spotkania jakiekolwiek punkty. Mecz zamienił się w prawdziwą wymianę ciosów. Obie drużyny odpowiadały sobie kolejnymi trafieniami niczym uprzejmościami, jednak z każdą minutą coraz bardziej było widać, że Wataha zaczyna opadać z sił. Virtualne Ń natomiast wrzuciło zdecydowanie wyższy bieg, a Szymon Kolasa i spółka bezlitośnie wykorzystywali każdy moment słabości rywala. Sam Kolasa rozegrał kapitalne spotkanie. Skompletował hat-tricka, dorzucił trzy asysty i był absolutnym liderem ofensywy gospodarzy. To właśnie on zdobył również bramkę na wagę remisu w ostatniej akcji meczu, ratując swojej drużynie niezwykle cenny punkt.
Było to naprawdę fantastyczne widowisko, które miało dwa zupełnie różne oblicza. W pierwszej połowie zdecydowanie lepiej wyglądała Wataha - bardziej poukładana, konkretna i skuteczna. Po przerwie role całkowicie się odwróciły. Virtualne Ń przejęło kontrolę nad wydarzeniami na boisku i zdołało odrobić straty dzięki ogromnej determinacji oraz świetnej postawie Szymona Kolasy. Patrząc jednak na przebieg spotkania, można odnieść wrażenie, że zarówno gospodarze, jak i goście mogli czuć po końcowym gwizdku spory niedosyt.
Mecz pomiędzy Alash FC a Tornado Squad był pojedynkiem lidera 7. ligi z zespołem zamykającym tabelę na tym poziomie rozgrywkowym. Od początku inicjatywę przejęli gospodarze, którzy już w 4. minucie objęli prowadzenie.
W kolejnych fragmentach obie drużyny starały się pokonać bramkarza rywali, jednak ponownie skuteczniejsi okazali się zawodnicy z Kazachstanu, którzy po kolejnym trafieniu odskoczyli na dwa gole przewagi. Najwięcej emocji przyniosły końcowe minuty pierwszej połowy. Najpierw bramkę kontaktową zdobyli goście, ale już minutę później tym samym odpowiedzieli rywale. Idealną szansę na ponowne zbliżenie się do przeciwników mieli jeszcze zawodnicy Tornado, jednak piłka po ich strzale zatrzymała się na słupku. Niewykorzystana okazja zemściła się tuż przed gwizdkiem oznaczającym przerwę i po kolejnym trafieniu Alash FC schodził do szatni z prowadzeniem 4:1.
Druga część spotkania rozpoczęła się od dwóch szybkich bramek - po jednej dla każdej z drużyn. Od tego momentu wyraźną przewagę osiągnęli gospodarze, którzy z biegiem czasu systematycznie powiększali stan posiadania. W ostatniej akcji meczu zawodnicy Tornado zdobyli jeszcze jednego gola, ale było to jedynie małe pocieszenie, ponieważ ustalili tym samym wynik spotkania na 9:3 dla Alash FC.
Zawodnicy gospodarzy zaimponowali przede wszystkim grą zespołową - aż sześciu graczy wpisało się na listę strzelców. Cenne trzy punkty sprawiły, że na dwie kolejki przed końcem sezonu drużyna zapewniła sobie tytuł mistrzowski!
Tornado Squad już wcześniej straciło szanse na utrzymanie, jednak momentami ich gra mogła się podobać, co może być dla zespołu pewnym światełkiem w tunelu przed nadchodzącym sezonem.
Bardzo ciekawa sytuacja panuje w tabeli 7. ligi na trzy kolejki przed zakończeniem sezonu. Drużyna Skry Warszawa jest już pewna spadku na niższy poziom rozgrywkowy, ale ich rywale - KS Driperzy - mimo że znajdują się w strefie spadkowej, wciąż mają szanse nawet na medale.
Pierwszą groźną akcję przeprowadzili goście, którzy już w 5. minucie wyszli na prowadzenie. Kolejne trafienie padło chwilę przed upływem pierwszego kwadransa gry i było autorstwa zawodnika gospodarzy, dzięki czemu na tablicy wyników ponownie widniał remis. Chwilę później za nieumyślne uderzenie łokciem żółtą kartkę obejrzał zawodnik Skry, jednak gra w przewadze nie została wykorzystana przez rywali. Pod koniec pierwszej połowy obie drużyny zdobyły jeszcze po jednej bramce i ta część spotkania zakończyła się wynikiem 2:2.
Druga połowa rozpoczęła się od prawdziwej wymiany ciosów, która trwała przez większość meczu. Na bramki gości dwukrotnie odpowiadali przeciwnicy, dzięki czemu gospodarze po raz pierwszy wyszli na prowadzenie. Kolejne minuty przyniosły akcje z obu stron i na pięć minut przed końcowym gwizdkiem sędziego mieliśmy remis 5:5. Ostatnie fragmenty spotkania należały jednak do Driperów, którzy zdobywając dwie bramki, ustalili wynik meczu na 7:5 na swoją korzyść. Dzięki tej wygranej zespół znalazł się bardzo blisko miejsca gwarantującego utrzymanie. Dla Skry Warszawa była to kolejna porażka i drużyna będzie musiała szukać punktów w następnej kolejce.
Spotkanie pomiędzy Force Fusion FC a FC Pers dostarczyło ogromnych emocji. Ostatecznie gospodarze zwyciężyli 8:6, jednak końcówka meczu była znacznie bardziej nerwowa, niż mogła sugerować pierwsza połowa.
Mecz znakomicie rozpoczął się dla gospodarzy. Dwie świetne asysty Volodymyra Turko do Ruslana Yakubiva bardzo szybko wyprowadziły Force Fusion FC na prowadzenie. Chwilę później kolejną składną akcję przeprowadzili Piotr Szpilarewicz i Oleksandr Pliakin, podwyższając wynik już na 3:0. Force Fusion przez całą pierwszą połowę kontrolowało przebieg spotkania i konsekwentnie budowało swoją przewagę. Gospodarze imponowali skutecznością oraz spokojem w rozegraniu, nie dopuszczając rywali do groźniejszych sytuacji. Pierwsza część zakończyła się wynikiem 6:2 i nic nie wskazywało na to, że końcówka meczu przyniesie aż tyle emocji.
Po przerwie role zaczęły się jednak stopniowo odwracać. Goście ruszyli do zdecydowanych ataków i z każdą minutą coraz mocniej naciskali na gospodarzy. Na boisku zrobiło się nerwowo, pojawiło się dużo fauli, a sędzia musiał uspokajać grę, pokazując żółte kartki oraz dyktując rzut karny dla FC Pers. Jedenastkę pewnie wykorzystał Kamol Obidov, dając swojej drużynie dodatkowy impuls do walki.
Goście byli w drugiej połowie tak napędzeni, że można śmiało powiedzieć - gdyby mecz potrwał kilka minut dłużej, mogliby jeszcze całkowicie wrócić do gry. Ostatecznie Force Fusion FC utrzymało przewagę i zwyciężyło 8:6, ale to spotkanie na długo zostanie zapamiętane przez kibiców dzięki niesamowitej intensywności i ciągłym zwrotom akcji.
Obeszło się bez niespodzianki w najwcześniej rozpoczętym meczu tej kolejki 8. ligi. Gospodarze niemrawo weszli w spotkanie - najpierw Piotr Ziembiński zaliczył wycieczkę do „Kalafiorów Kolejki” i minął się z piłką, stojąc zaledwie kilka centymetrów od bramki. Mało tego, goście mogli, a nawet powinni prowadzić, ale świetnie dysponowany był Paweł Pryciński.
Z czasem jednak gra zaczęła przebiegać zgodnie z planem i gospodarze coraz częściej utrzymywali się przy piłce. Do przerwy zdobyli aż cztery bramki… tyle że dwie z nich były trafieniami samobójczymi. Najpierw po rzucie wolnym piłka nieszczęśliwie odbiła się od słupka, a następnie od pięty Piotra Ziembińskiego, a chwilę później drugiego samobója dorzucił Tomasz Godzimirski. Wynik 2:2 do przerwy należało więc uznać za zaskakujący i mocno testujący odporność psychiczną gospodarzy - szczególnie że na boisku obok trwał niezwykle ważny dla układu tabeli pojedynek pomiędzy Force Fusion a FC Pers.
W drugiej połowie Piotr Ziembiński dał jeszcze jeden sygnał ostrzegawczy, trafiając w poprzeczkę z zaledwie kilkudziesięciu centymetrów. Potem jednak Synowie Księdza w końcu odpalili. Pełna kontrola nad meczem i kolejne bramki sprawiły, że gospodarze poczuli luz, a wtedy zaczęło im wychodzić praktycznie wszystko. Odblokował się nawet wspomniany Ziembiński, który mimo początkowych problemów skompletował hat-tricka. Goście walczyli dzielnie, jednak Paweł Pryciński raz po raz wychodził zwycięsko z kolejnych sytuacji. Ostatecznie bramkarz gospodarzy skapitulował dopiero po mocnym strzale Andria Shevchuka, który ustalił wynik spotkania na 7:3.
To zwycięstwo praktycznie przypieczętowało miejsce w strefie medalowej zawodników w czarnych koszulkach i tylko dwie porażki oraz wyjątkowo niekorzystny układ wyników mogą pozbawić ich brązowych krążków.
Mecz Kresovii z Q-Ice zapowiadał się jako starcie drużyn z dwóch różnych biegunów tabeli. Q-Ice, jako lider rozgrywek, chciało potwierdzić swoją dominację i utrzymać bezpieczną przewagę nad rywalami. Kresovia zajmowała miejsce w środku stawki i przed tym spotkaniem liczyła na urwanie punktów faworytowi.
Od pierwszych minut było jednak widać różnicę jakości. Już w 2. minucie Kashperuk, po podaniu Kondarevycha, otworzył wynik dla Q-Ice. Ten sam zawodnik szybko poszedł za ciosem i w 10. minucie podwyższył prowadzenie, tym razem po asyście Yarmoliuka. Kresovia próbowała odpowiadać i w 14. minucie Bezbidovych, po podaniu Pshyka, zdobył kontaktową bramkę. Nadzieje gospodarzy nie trwały jednak długo. W 17. minucie Plaksa podwyższył na 3:1, wykorzystując dośrodkowanie z rzutu rożnego od Kondarevycha, a dwie minuty później Maidachevski, po asyście Plaksy, dołożył kolejne trafienie.
Jeszcze w pierwszej połowie Kresovia próbowała wrócić do gry - w 27. minucie Kazakow zmniejszył straty. Mimo tego Q-Ice kontrolowało przebieg spotkania i przed przerwą ponownie podkręciło tempo. W 30. minucie Kondarevych zdobył bramkę po podaniu Plaksy, jednak odpowiedź przyszła bardzo szybko - już minutę później Mikulich, po asyście Bezbidovycha, trafił dla Kresovii. Końcówka pierwszej połowy należała jednak zdecydowanie do lidera. W 32. minucie Kondarevych ponownie wpisał się na listę strzelców po podaniu Plaksy, a minutę później Yarmoliuk, po asyście Kashperuka, podwyższył wynik, pokazując ogromną skuteczność ofensywy Q-Ice..
Po zmianie stron obraz gry się nie zmienił. Q-Ice nadal dominowało i systematycznie powiększało przewagę. W 36. minucie Zhuk, po podaniu Vakhidova, dorzucił kolejne trafienie. Co prawda Kresovia starała się walczyć do końca i w 41. minucie Bezbidovych zdobył swoją drugą bramkę, wykorzystując dobitkę, ale odpowiedź lidera była natychmiastowa. W 43. i 44. minucie Kondarevych dwukrotnie pokonał bramkarza po podaniach Kashperuka, kompletując świetny występ i podkreślając dominację swojej drużyny. Wynik meczu ustalił w 48. minucie Yarmoliuk, finalizując akcję po podaniu Plaksy.
Q-Ice potwierdziło swoją pozycję lidera w bardzo przekonującym stylu i tym samym zagwarantowało sobie złoto 8. ligi. Gratulacje! A Kresovia mimo kilku dobrych momentów nie była w stanie nawiązać równorzędnej walki z rozpędzonym rywalem.
Spotkanie FC Legion UA przeciwko FC Patriot dostarczyło kibicom ogromnych emocji i dużej liczby bramek. Od pierwszych minut obie drużyny grały bardzo ofensywnie, a tempo meczu praktycznie nie spadało.
Pierwsza połowa była niezwykle wyrównana i przez długi czas oglądaliśmy prawdziwą wymianę ciosów. Jedna drużyna zdobywała bramkę, a chwilę później druga natychmiast odpowiadała. Był to typowy mecz „gol za gol”, w którym oba zespoły potrafiły błyskawicznie wykorzystywać nawet najmniejsze błędy przeciwnika. Bardzo ważną rolę już od początku spotkania odegrał bramkarz FC Legion UA, Andriy Prikaziuk. Kilkukrotnie ratował swój zespół w trudnych sytuacjach i notował bardzo ważne interwencje, dzięki którym Legion utrzymywał się w meczu. Szczególnie w pierwszej części jego postawa dawała drużynie ogromny spokój i pozwalała zawodnikom ofensywnym grać z większą pewnością siebie.
FC Patriot również miał swoich liderów ofensywy. Bardzo dobre spotkanie rozegrał Ruslan Petrijsia, który zanotował dwie bramki oraz asystę. Był niezwykle aktywny pod bramką rywali, często brał ciężar gry ofensywnej na siebie i sprawiał defensywie Legionu wiele problemów. Jego zaangażowanie i skuteczność długo utrzymywały FC Patriot w walce o korzystny wynik.
Do przerwy mieliśmy remis 3:3, jednak druga połowa pokazała przewagę Legionu, który zaczął kontrolować przebieg spotkania, lepiej wyglądał fizycznie i coraz częściej przejmował inicjatywę. Bardzo dużą rolę odegrały stałe fragmenty gry, po których padło wiele bramek dla tej ekipy. Drużyna świetnie wykorzystywała rzuty wolne oraz dobrze rozegrane schematy, co regularnie przynosiło efekty pod bramką rywali. Motorem napędowym był Ivan Pushkarenko, który przez cały mecz napędzał akcje ofensywne, kontrolował tempo gry i brał odpowiedzialność za najważniejsze momenty spotkania. Jego aktywność w środku pola oraz udział przy akcjach ofensywnych miały ogromny wpływ na końcowy obraz meczu.
FC Legion UA ostatecznie wygrało 10:6 i dzięki temu zwycięstwu nadal bardzo mocno liczy się w walce o miejsce w czołowej trójce tabeli. Drużyna pokazuje coraz większą jakość i regularność, co może mieć ogromne znaczenie w końcówce sezonu. FC Patriot mimo momentami bardzo dobrej gry musi jednak wyciągnąć wnioski po tym spotkaniu. Drużyna miała swoje dobre momenty, ale problemy w defensywie i brak kontroli nad przebiegiem drugiej połowy sprawiły, że ostatecznie nie była w stanie dotrzymać kroku rywalom.
Pojedynek dwóch ukraińskich zespołów okazał się widowiskiem kompletnie zdominowanym przez FC Alliance. Gospodarze od pierwszego gwizdka narzucili bardzo wysokie tempo, przejęli pełną kontrolę nad wydarzeniami na boisku i praktycznie nie pozostawili rywalom przestrzeni do rozwinięcia skrzydeł. Już pierwsza połowa jasno pokazała układ sił - wynik 7:1 do przerwy w pełni oddawał przewagę jednej drużyny nad drugą.
FC Alliance imponowało przede wszystkim organizacją gry, dynamiką w ofensywie i bezwzględną skutecznością. Gospodarze grali szybko, często wymieniali pozycje i z dużą łatwością dochodzili do kolejnych sytuacji bramkowych. Dnipro United próbowało odpowiadać pojedynczymi akcjami, jednak miało ogromne problemy z zatrzymywaniem rozpędzonego rywala. Jedną z najważniejszych postaci spotkania był Kyrylo Shepel, autor czterech bramek. Przez cały mecz był niezwykle aktywny, świetnie odnajdywał się w ofensywie i regularnie wykorzystywał wolne przestrzenie pod bramką przeciwnika. Bardzo mocny występ zaliczył również Maksym Stetsiuk, który zanotował trzy gole i asystę, mając ogromny udział zarówno w finalizacji akcji, jak i kreowaniu gry ofensywnej.
Nie można pominąć także Nazariya Maksymovycha, zdobywcy trzech bramek, który również był jednym z motorów napędowych ofensywy gospodarzy. Cała trójka nadawała ton grze FC Alliance, ale trzeba podkreślić, że był to przede wszystkim pokaz siły całego zespołu, funkcjonującego bardzo kolektywnie i konsekwentnie.
Druga połowa nie przyniosła zmiany obrazu gry. FC Alliance nadal kontrolowało spotkanie, utrzymywało wysoką intensywność i bezlitośnie wykorzystywało błędy przeciwnika. Ostateczny wynik 14:2 najlepiej podsumowuje przebieg meczu - była to absolutna dominacja gospodarzy, którzy mieli wszystko pod pełną kontrolą od pierwszej do ostatniej minuty.
Mecz KSB II Warszawa z TRCH był starciem drużyn z dolnej części tabeli. Gospodarze chcieli umocnić swoją pozycję i odskoczyć od strefy zagrożonej, natomiast TRCH szukało punktów, które pozwoliłyby zmniejszyć dystans do rywali i wydostać się z końcówki stawki.
Od pierwszych minut zdecydowanie lepiej wyglądało KSB. Gospodarze szybko przejęli inicjatywę i już w 11. minucie wyszli na prowadzenie. Marchenko skutecznie wykorzystał dobrze rozegrany aut przez Hluschenko i otworzył wynik spotkania. Kilka minut później ten sam Hluschenko ponownie odegrał kluczową rolę - w 14. minucie świetnie dograł do Balandziuka, który podwyższył prowadzenie. KSB poszło za ciosem i już w 16. minucie było 3:0. Tym razem na listę strzelców wpisał się Sobieszczuk po podaniu Łęczyńskiego. W tamtym momencie wydawało się, że gospodarze mają mecz całkowicie pod kontrolą i spokojnie zmierzają po komplet punktów.
TRCH nie zamierzało jednak odpuszczać. W końcówce pierwszej połowy drużyna zaczęła wyglądać zdecydowanie odważniej i w 21. minucie zdobyła bardzo ważną bramkę. Dąbrowski po podaniu Pasika zmniejszył straty na 3:1, dając swojej drużynie impuls przed drugą częścią spotkania.
Po przerwie emocji było już znacznie więcej. TRCH szybko złapało momentum i w 27. minucie Grabowski po asyście Libery zdobył gola kontaktowego. Goście wyraźnie poczuli, że mogą jeszcze wrócić do meczu i coraz mocniej naciskali na defensywę rywali. KSB bardzo szybko odpowiedziało. W 33. minucie Sobieszczuk po podaniu Makowskiego ponownie podwyższył prowadzenie gospodarzy, przywracając swojej drużynie nieco spokoju. Mimo tego TRCH cały czas pozostawało w grze i nie zamierzało rezygnować z walki o punkty. W 40. minucie wydawało się, że KSB definitywnie zamyka spotkanie. Hluschenko po podaniu Balandziuka zdobył bramkę na 5:2, jednak odpowiedź TRCH była błyskawiczna. Jeszcze w tej samej minucie Posacki po asyście Pasika ponownie zmniejszył straty, a chwilę później Grabowski zdobył swoją drugą bramkę w meczu, sprawiając, że końcówka zrobiła się naprawdę nerwowa.
Decydujący moment przyszedł dopiero w 49. minucie. Hluschenko ponownie wpisał się na listę strzelców, zdobywając gola, który zamknął spotkanie i przypieczętował zwycięstwo KSB II Warszawa.
Gospodarze wygrali dzięki bardzo mocnemu wejściu w mecz oraz skuteczności w kluczowych momentach. TRCH zasługuje jednak na uznanie za charakter i walkę do końca. Goście kilkukrotnie wracali do gry i utrzymywali wynik otwarty praktycznie aż do ostatnich minut spotkania.
Sandacz potrzebował punktów jak tlenu. Każda inna opcja niż zwycięstwo praktycznie zamykała drzwi do pozostania w lidze. ASAP Vegas chciał natomiast odegrać się za ubiegłotygodniową stratę punktów z LaFlame, która kosztowała zespół drugą pozycję w tabeli. Motywacje obu drużyn były więc jasne.
Pierwsze minuty meczu toczyły się w ulewie, ale pogoda zmieniła się równie szybko jak rezultat spotkania. Czerwionka otworzył wynik, a Grygiel mocnym uderzeniem z ostrego kąta podwyższył na 0:2, zanim Sandacz zdążył na dobre wejść w mecz. Deszcz ustąpił miejsca słońcu, lecz na boisku obraz gry się nie zmienił. Czerwionka dorzucił trzecią bramkę, Dymiński trafił na wykroku i zrobiło się już 0:4. Olender skrócił straty po ładnym podaniu partnera i przez chwilę Sandacz próbował odwrócić losy spotkania. Walczak, trafiając po efektownym zwodzie, szybko jednak ostudził zapał rywali.
Po przerwie Sandacz momentalnie się ożywił. Sadziak wykorzystał złe wybicie obrońcy i zdobył bramkę na 2:5, ale bardzo szybko okazało się, że był to jedynie chwilowy zryw. Drozdowicz przeciął błędne podanie bramkarza, Grygiel dołożył dwa kolejne trafienia, w tym jedno po efektownym rajdzie zakończonym strzałem z dystansu. Dymiński wpisał się na listę strzelców po kapitalnym podaniu piętą od partnera, Walczak zaliczył drugiego widowiskowego gola w meczu, a Rząca i Drozdowicz domknęli spotkanie. ASAP prowadził grę spokojnie i mądrze, a Sandacz nie miał na to odpowiedzi.
Ostateczny wynik 2:12 jest bezlitosny. ASAP Vegas wraca do walki o pozycję wicelidera z przytupem i udowadnia, że zeszłotygodniowa porażka była jedynie wypadkiem przy pracy. Sandacz natomiast jest coraz bliżej rozstania z dziewiątą ligą.
---
Ostatecznie mecz zweryfikowany na walkower 3:0 dla KS Sandacz, z racji występu nieuprawnionego zawodnika w drużynie ASAP Vegas.
LaFlame Bielany podejmowało Gambe Veloce w jednym z najciekawiej zapowiadających się spotkań minionego weekendu na naszych ligowych obiektach. Starcie drugiej drużyny ligi z piątą siłą rozgrywek zwiastowało ogromne emocje i trzeba przyznać - mecz zdecydowanie dowiózł oczekiwania kibiców.
Od pierwszych minut to gospodarze wyglądali na zespół bardziej zdecydowany i pokazali, że przyjechali po pełną pulę. LaFlame bardzo szybko wykorzystało problemy rywali i objęło prowadzenie. Gamba Veloce znalazła się w trudnym położeniu, szczególnie że jedna z bramek padła po fatalnym błędzie bramkarza, a druga po bardzo niefortunnym odbiciu piłki od słupka po strzale głową. Wiele drużyn mogłoby po takim początku stracić pewność siebie albo całkowicie się posypać, ale absolutnie nie leży to w DNA Gamby Veloce. Goście błyskawicznie pokazali charakter. Nie tylko bardzo szybko odrobili straty, ale jeszcze przed przerwą zdołali wyjść na prowadzenie i to oni schodzili do szatni z jednobramkową przewagą.
Druga połowa była już prawdziwą wymianą ciosów. Na boisku oglądaliśmy dwa bardzo solidne zespoły, które od pierwszej do ostatniej minuty grały na ogromnej intensywności i ani przez chwilę nie odpuszczały. Każda akcja mogła zakończyć się bramką, a tempo spotkania praktycznie nie spadało. Ogromną rolę po stronie gospodarzy odegrał Filip Gąska. Bramkarz LaFlame Bielany rozegrał kapitalne zawody i wielokrotnie ratował swój zespół w trudnych momentach. Śmiało można powiedzieć, że w dużej mierze to właśnie jego interwencje pozwoliły gospodarzom pozostać w meczu i utrzymać realne szanse na zdobycie punktów. Po kolejnych trafieniach z obu stron wydawało się, że LaFlame dowiezie zwycięstwo do końca, jednak rywale nie przestali walczyć. Na dwie minuty przed ostatnim gwizdkiem decydujący moment nastąpił po stałym fragmencie gry - Olek Florczuk świetnie odnalazł się w polu karnym i strzałem głową doprowadził do wyrównania.
Ostatecznie zespoły musiały podzielić się punktami, ale patrząc na przebieg spotkania trudno mieć do tego jakiekolwiek pretensje. Było to kapitalne widowisko a obie drużyny zasługują na ogromne uznanie za formę, jaką prezentują w końcówce sezonu.
Spotkanie lidera tabeli 9. ligi - Iglicy Warszawa - z zamykającą stawkę drużyną A.D.S. Scorpions zapowiadało się jako jednostronne widowisko. Boisko jednak bardzo szybko pokazało, że piłka nożna potrafi zaskakiwać.
Lepiej w mecz weszli zawodnicy Skorpionów, którzy już w pierwszych minutach objęli prowadzenie po kapitalnym uderzeniu Aleksandra Gradila prosto w okienko bramki. Lider rozgrywek był wyraźnie zaskoczony takim początkiem, ale bardzo szybko odpowiedział i doprowadził do wyrównania. Pierwsza połowa była zdecydowanie bardziej wyrównana, niż wielu mogło się spodziewać. Obie drużyny próbowały atakować, jednak długo miały problemy ze znalezieniem skutecznego sposobu na dobrze funkcjonujące defensywy przeciwnika. Duża w tym zasługa bramkarzy obu ekip, którzy byli świetnie dysponowani i kilkukrotnie ratowali swoje zespoły przed utratą kolejnych goli. To właśnie dzięki ich postawie w pierwszej części meczu nie oglądaliśmy prawdziwego festiwalu bramek. Mimo ambitnej gry A.D.S. Scorpions to Iglica Warszawa schodziła na przerwę z prowadzeniem 3:2, pokazując swoją jakość i skuteczność w najważniejszych momentach spotkania.
Po zmianie stron kibice zobaczyli już Iglicę, do której wszyscy zdążyli przyzwyczaić się w tym sezonie. Lider całkowicie przejął kontrolę nad meczem, narzucił własne tempo i z każdą kolejną minutą coraz mocniej dominował nad rywalem. Skorpiony nie były już w stanie odpowiedzieć ofensywnie i w drugiej połowie nie zdobyły ani jednej bramki, podczas gdy Iglica dołożyła aż siedem kolejnych trafień.
Wyraźnie było widać, że gospodarze złapali swój rytm i znaleźli sposób na rozbijanie defensywy przeciwnika. Szczególnie dobrze odnalazł się Michał Wszeborowski, który rozegrał kapitalne zawody. Autor trzech bramek i jednej asysty był bezdyskusyjnie jedną z najważniejszych postaci tego spotkania. Bardzo dobrze zaprezentowali się również Maciej Krupiński oraz Mateusz Malinowski, którzy zdobyli po dwie bramki i dołożyli po jednej asyście.
Ostatecznie Iglica Warszawa pewnie zwyciężyła i tym spotkaniem przypieczętowała mistrzostwo 9. ligi, potwierdzając swoją dominację na przestrzeni całego sezonu. Dla A.D.S. Scorpions porażka oznacza natomiast smutny koniec rozgrywek i spadek z ligi, mimo ambitnej postawy szczególnie w pierwszej połowie meczu.
Batalia pomiędzy Bielany Legends a Królewscy Wola była starciem drużyn ze środka tabeli. Oba zespoły miały już praktycznie pewne utrzymanie, ale jednocześnie nie liczyły się w walce o medale. Mimo to nikt nie zamierzał odpuszczać i od początku było wiadomo, że możemy spodziewać się solidnego, ambitnego widowiska.
Tak też się stało. Od pierwszych minut obie drużyny grały odważnie w ataku, jednak defensywy funkcjonowały bardzo dobrze, skutecznie rozbijając kolejne próby przeciwników. Przez długi czas żadna ze stron nie potrafiła znaleźć drogi do siatki. Przełamanie nastąpiło dopiero pięć minut przed końcem pierwszej połowy. Aleks Tomaszewski wykorzystał swoją okazję i wyprowadził Królewskich na prowadzenie. Jak się później okazało, było to jedyne trafienie przed przerwą i do szatni zawodnicy schodzili przy wyniku 1:0 dla drużyny z Woli.
Drugą połowę znacznie lepiej rozpoczęli zawodnicy Bielany Legends. W 31. minucie Mateusz Borczyk doprowadził do wyrównania i wydawało się, że gospodarze zaczynają przejmować inicjatywę. Gol wyraźnie dodał im energii, ale odpowiedź Królewskich przyszła bardzo szybko. Zaledwie sześć minut później Adrian Olwiński popisał się kapitalnym uderzeniem z rzutu wolnego, ponownie wyprowadzając swoją drużynę na prowadzenie. Królewscy poszli za ciosem i już trzy minuty później Wojtek Biegajło podwyższył wynik na 3:1, wykorzystując moment słabszej organizacji rywali. Bielany Legends nie zamierzały się jednak poddawać. Ponownie błysnął Mateusz Borczyk, zdobywając bramkę kontaktową i przywracając swojej drużynie nadzieję na korzystny rezultat. Było to jednak ostatnie trafienie zespołu z Bielan w tym spotkaniu.
Końcówka należała już zdecydowanie do zawodników Królewskich Wola. Goście wykorzystali bardziej otwartą grę przeciwników i dołożyli jeszcze dwa gole, przypieczętowując pewne zwycięstwo. Mimo ambitnej walki i momentami bardzo dobrej gry ze strony Bielany Legends, to zawodnicy Królewskich pokazali większą skuteczność oraz więcej zimnej krwi w decydujących fragmentach meczu.
Potyczka pomiędzy FC Górka Kazurka a FC Polska Górom niczym nie odbiegała od obrazu standardowego spotkania pierwszej z wymienionych ekip - można by tu śmiało przytoczyć stare piłkarskie porzekadło dotyczące dawnej reprezentacji Hiszpanii: „grają jak nigdy, a przegrywają jak zawsze”. Tak było i tym razem.
Z gry Kazurka naprawdę nie wyglądała źle. Miała w składzie wielu zawodników lubujących się w pojedynkach 1 na 1, a dochodzenie do sytuacji bramkowych nie sprawiało jej większych trudności. Problem pojawiał się jednak przy ostatniej decyzji, która regularnie zawodziła gospodarzy. Zupełnym przeciwieństwem pod tym względem byli piłkarze gości, którzy w swoich kontratakach - bo ataku pozycyjnego było w tym meczu jak na lekarstwo - byli zabójczo skuteczni. Haratym do Greguły, Kuba Kucharski do Rytela i Zakrzewski ponownie do Rytela - szybkie 0:3 po akcjach rozpoczynanych od przechwytu i zakończonych doskonałym wyjściem na wolne pole mogło robić wrażenie. Żeby było ciekawiej, kolejnego gola Kazurka właściwie sprezentowała rywalom na własne życzenie. Za wślizg w polu karnym żółtą kartkę obejrzał Kuba Dziurzyński, a podyktowane „wapno” pewnie wykorzystał Haratym. Przed przerwą drogę do siatki znalazł jeszcze nowy nabytek PG, Konrad Kucharski, obsłużony podaniem przez Rytela i wydawało się, że gospodarze nie mają już czego szukać w tym spotkaniu.
Po zmianie stron Górka Kazurka kontynuowała festiwal nieskuteczności i złych decyzji, mimo naprawdę przyjemnego dla oka stylu gry. W tym czasie goście podwyższyli na 0:6 za sprawą Greguły, któremu z autu asystował Zakrzewski.
W końcu napierający gospodarze dopięli swego i zaczęli coraz mocniej dochodzić do głosu. Najpierw dublet ustrzelił Michał Mazur, który z charakterystycznym dla siebie spokojem wykorzystał sytuacje sam na sam z Kamilem Nowakiem. Pomiędzy jego trafieniami pięknym golem od poprzeczki odpowiedział Rytel, a chwilę później Mazur dołożył kolejne bramki, korzystając z indywidualnych błędów zawodników PG. Ładnych trafień w tym meczu nie brakowało. Na 5:7 kapitalnie przymierzył z lewej nogi w górną siatkę Krzysztof Jędrzejak, co tylko potwierdziło, że wyższy pressing założony przez Kazurkę zaczął przynosić efekty. Widząc, że mecz przestaje być łatwy i przyjemny, bardziej doświadczeni goście pokazali jednak, że aspekt fizyczny zdecydowanie stoi po ich stronie. To, z jaką łatwością Zakrzewski obrócił się z rywalem „na plecach” po otrzymaniu piłki z autu i mimo tego oddał świetny strzał, naprawdę zasługiwało na brawa.
W końcowych minutach spotkania kolejny rzut karny otrzymało PG i tym razem jedenastkę wykorzystał Kuba Kucharski. W odpowiedzi, po lekkim rykoszecie, na 6:9 trafił jeszcze Michał Mazur.
Taki rezultat sprawił, że FC Polska Górom formalnie przypieczętowało utrzymanie i nadal pozostaje w walce o TOP 5 premiowane przepustką do Superbet Cup 2026. W przypadku Górki Kazurki cel ten ma już natomiast wyłącznie matematyczne szanse powodzenia.
Trzecia siła ligi, czyli Gawulon, podejmowała przedostatni zespół tabeli - FC Po Nalewce. Patrząc na układ ligowej stawki, wielu jeszcze przed pierwszym gwizdkiem bez większego zastanowienia wskazywało gospodarzy jako zdecydowanego faworyta tego spotkania. Ostatecznie Gawulon rzeczywiście dopisał komplet punktów, jednak mecz dostarczył znacznie więcej emocji, niż początkowo można było zakładać.
Pierwsza połowa należała zdecydowanie do gospodarzy. Gawulon praktycznie od początku przejął pełną kontrolę nad wydarzeniami na boisku, regularnie stwarzając sobie kolejne sytuacje bramkowe. Było tylko kwestią czasu, kiedy przewaga zacznie przekładać się na gole. Bardzo dobrze prezentował się Patryk Niemyjski, który był prawdziwym mózgiem środka pola. Autor trzech asyst imponował spokojem w rozegraniu, świetnie kontrolował tempo gry i regularnie kreował kolegom dogodne sytuacje pod bramką rywali. Dzięki jego organizacji gospodarze wyglądali bardzo pewnie i konsekwentnie budowali swoją przewagę.
Druga połowa rozpoczęła się bardzo podobnie do pierwszej. Gawulon nadal wyglądał solidnie, szczególnie w defensywie, a świetny występ bramką przypieczętował Rafał Sobolewski. W tamtym momencie wydawało się, że emocje w tym spotkaniu praktycznie już się skończyły i gospodarze spokojnie dowiozą wysokie zwycięstwo do końca. FC Po Nalewce miało jednak zupełnie inne plany. Goście pokazali ogromny charakter i to, co tego dnia mieli najlepsze - walkę do samego końca. Ich determinacja zaczęła przynosić efekty i w krótkim czasie zdobyli aż trzy kolejne bramki. Na boisku wyraźnie było widać, że taka seria mocno zachwiała pewnością siebie zawodników Gawulonu. Po tak dominującej pierwszej połowie gospodarze kompletnie nie spodziewali się, że końcówka spotkania może zrobić się aż tak nerwowa. Goście coraz bardziej się rozpędzali, a atmosfera wokół meczu zaczęła przypominać scenariusz potencjalnego comebacku. I właśnie wtedy ponownie pojawił się Rafał Sobolewski. Zawodnik Gawulonu niczym kat przeciął wszystkie nadzieje FC Po Nalewce, zdobywając kolejną bramkę i definitywnie zamykając mecz.
Mieliśmy więc emocje, moment zwątpienia, chwilę nadziei na piękną historię i wielki powrót, ale tym razem futbol napisał inny scenariusz. Gawulon przetrwał trudny moment, zachował zimną krew i ostatecznie wygrał 6:3, dopisując do swojego dorobku bardzo ważne trzy punkty.
Zdecydowany lider tabeli, Grajki i Kopacze, podejmował czwartą w stawce Husarię Mokotów IV. Gospodarze chcieli umocnić się na pierwszym miejscu, natomiast goście liczyli na urwanie punktów faworytowi. Mecz lepiej rozpoczął się dla Husarii. Już w 5. minucie Robert Niemiec wpisał się na listę strzelców i wyprowadził gości na prowadzenie. Stracony gol bardzo szybko obudził jednak lidera rozgrywek. W 8. minucie wyrównał Przemysław Nieszporek, a chwilę później dwa szybkie ciosy zadał Hubert Krzemiński, który w 11. i 12. minucie wyprowadził Grajków i Kopaczy na prowadzenie 3:1.
Husaria nie zamierzała się poddawać i już minutę później kontaktowego gola zdobył Bartek Daniel. Spotkanie cały czas było bardzo dynamiczne i żadna ze stron nie zamierzała zwalniać tempa. Ostatnie słowo w pierwszej połowie należało jednak do gospodarzy. W 22. minucie ponownie trafił Nieszporek, ustalając wynik do przerwy na 4:2 dla lidera.
Po zmianie stron Grajki i Kopacze ruszyły do ataku, chcąc jak najszybciej zamknąć mecz. W 26. minucie Nieszporek skompletował hat-tricka, a zaledwie dwie minuty później Tomasz Kowalczyk podwyższył wynik na 6:2. Wydawało się wtedy, że spotkanie jest już rozstrzygnięte. Husaria pokazała jednak charakter i wykorzystała chwilowe rozluźnienie w szeregach faworytów. W 31. minucie swojego drugiego gola zdobył Robert Niemiec. Co prawda Adam Grzyb szybko odpowiedział trafieniem na 7:3, ale goście dalej walczyli i zaczęli odrabiać straty. Najpierw w 35. minucie trafił Bartek Adamiak, a następnie w 41. minucie gola dołożył Kuba Pątko. Zrobiło się 7:5 i końcówka ponownie nabrała wigoru.
W kluczowym momencie ponownie błysnął jednak Przemysław Nieszporek. W 46. minucie zdobył swoją czwartą bramkę w meczu, podwyższając na 8:5 i praktycznie odbierając rywalom nadzieję na comeback. Husarię stać było już tylko na jedno trafienie Bartka Adamiaka w 47. minucie.
Grajki i Kopacze ostatecznie wygrywają 8:6 i dopisują kolejne trzy punkty, pewnie umacniając się na fotelu lidera 10. Ligi. Husaria Mokotów IV zagrała ambitnie, postawiła bardzo trudne warunki i strzeliła liderowi aż sześć bramek, ale w defensywie zostawiła tego dnia po prostu zbyt dużo wolnego miejsca, by myśleć o wywiezieniu z AWFu choćby punktu.
Gospodarze, chcąc zachować szanse na tytuł mistrzowski, byli zmuszeni pokonać zespół Fuszerki. W innym przypadku złoto mogłoby wymknąć się z rąk już w ostatniej kolejce. Tę determinację było widać od samego początku, ponieważ już w 4. minucie młody zespół FC Depserados prowadził aż 3:0. Tym samym, zanim mecz na dobre się rozpoczął, praktycznie było już po zabawie.
Owszem, gol na 1:3 dla Fuszerki mógł jeszcze wlać odrobinę nadziei w serca sympatyków tego zespołu, ale radość i wiara bardzo szybko zostały stłumione bramką numer cztery, która padła niespełna minutę później. Pierwsza połowa zakończyła się wynikiem 6:2 i nie zwiastowała większych emocji przed drugą odsłoną spotkania.
Po przerwie trafienie na 6:3 może nie dawało jeszcze realnych szans na comeback, ale przynajmniej jego niewielki zalążek. Był to jednak ostatni moment, w którym Fuszerka znalazła drogę do siatki rywali. Od tego momentu gole zdobywali już wyłącznie gospodarze, a prawdziwy popis umiejętności dał Nikodem Kucharski, autor trzech bramek oraz czterech asyst, dzięki czemu został wybrany MVP spotkania.
FC Desperados nadal pozostaje więc w grze o złote medale.
Dobry, okraszony bramkami początek spotkania, dłuższa przerwa w emocjach, utrata przewagi i zdobycie zwycięskiego gola w końcówce - tak w telegraficznym skrócie prezentował się mecz, który Bulbez Team Bemowo wygrał z Wczorajszymi FC.
Zwycięska drużyna weszła w spotkanie niepozornie i być może właśnie w tym należy upatrywać klucza do sukcesu. Niby nic na to nie wskazywało, a Bulbez szybko wyszedł na dwubramkowe prowadzenie. Rafał Dobrosz świetnie kontrolował piłkę podeszwami i wyprowadził w pole całą defensywę rywala w jego „szesnastce”. Chwilę później Szymon Golonka zmienił tor lotu piłki i podwyższył wynik. I choć Wczorajsi złapali kontakt po strzale z dystansu, to na przerwę schodzili, przegrywając 1:3. Bulbez wykorzystał dynamicznie wyprowadzony atak, by zbudować sobie niezbyt wysoką, ale stosunkowo spokojną przewagę.
Piłkarze Wczorajszych czuli jednak, że wcale nie muszą kończyć tego meczu jako przegrani. Kluczowym zawodnikiem w kwestii powrotu do spotkania i doprowadzenia do remisu był niewątpliwie Bartek Muzyka. To on asystował przy golach Krystiana Łącznego oraz Michała Krzysztofika, aż w końcu sam zdecydował się wpisać na listę strzelców. A trzeba przyznać, że było to trafienie wyjątkowej urody. Kilkanaście metrów do bramki, spontaniczna decyzja, piłka przelatująca nad bramkarzem, odbicie od poprzeczki i gol - zdecydowanie warto zobaczyć tę akcję jeszcze raz na powtórce.
Bramka, choć efektowna, liczona była jednak tylko za jedno trafienie. Bulbez Team Bemowo był tego dnia po prostu zbyt zdeterminowany. Wysoki pressing poskutkował odbiorem piłki przy linii bocznej, szybkim rozegraniem akcji i zwycięskim golem po rozklepaniu defensywy rywala.
Takie końcówki smakują najlepiej, a drużyna z Bemowa jest już tylko trzy punkty za zajmującymi ostatnie bezpieczne miejsce w tabeli… Wczorajszymi FC. Końcówka sezonu zapowiada się naprawdę znakomicie.
To spotkanie miało dwa zupełnie różne oblicza. Pierwsza połowa upłynęła pod znakiem bardzo trudnych warunków atmosferycznych - intensywna ulewa mocno ograniczyła jakość widowiska, utrudniając płynne rozgrywanie akcji, kontrolę piłki i dokładność podań. Gra była bardziej szarpana, a o przebiegu spotkania częściej decydowały przypadek, walka i umiejętność odnalezienia się w boiskowym chaosie niż czysto piłkarska jakość. W takich warunkach lepiej odnaleźli się goście z Mistrzów Chaosu, którzy schodzili na przerwę z prowadzeniem 2:1. Potrafili wykorzystać swoje momenty i mimo niesprzyjającej pogody wypracowali sobie niewielką przewagę.
Po zmianie stron sytuacja zaczęła się jednak odwracać. Gospodarze wyglądali zdecydowanie lepiej - grali odważniej, przejęli inicjatywę i z większą konsekwencją budowali swoje akcje. FC Patetikos podniosło tempo, poprawiło organizację gry i zaczęło częściej zagrażać bramce przeciwnika, co finalnie pozwoliło odwrócić losy spotkania.
Absolutnym bohaterem meczu był Stefan Necula. Bramkarz gospodarzy rozegrał kapitalne zawody, notując bramkę, asystę oraz wiele ważnych interwencji. Jego wpływ na wynik był ogromny. Nie tylko skutecznie ratował zespół między słupkami, zachowując koncentrację mimo trudnych warunków, ale również dawał drużynie bardzo dużo w rozegraniu i wyprowadzaniu akcji. Rzadko zdarza się oglądać golkipera, który potrafi tak mocno zaznaczyć swoją obecność po obu stronach boiska.
W drugiej połowie FC Patetikos pokazało więcej jakości i lepiej dostosowało się do realiów meczu rozgrywanego w deszczu. Mistrzowie Chaosu walczyli do końca, jednak nie zdołali utrzymać prowadzenia. Ostatecznie gospodarze zwyciężyli 3:2, a ogromny udział w tym sukcesie miał fenomenalny występ Stefana Neculi.
Mecz pomiędzy MWSP a Legijną Ferajną, był kolejnym starciem, które mogliśmy oglądać w miniony weekend na naszych ligowych obiektach. Jeszcze przed pierwszym gwizdkiem trudno było wskazać innego faworyta niż gospodarzy, choć wielu liczyło, że goście postawią się wyżej notowanemu rywalowi i spróbują powalczyć o niezwykle cenne punkty w kontekście utrzymania.
Od samego początku spotkanie układało się jednak pod dyktando MWSP. Faworyci bardzo szybko narzucili własne tempo gry i praktycznie przez cały mecz wyglądali na drużynę bardziej poukładaną, spokojniejszą i zdecydowanie skuteczniejszą pod bramką przeciwnika. To właśnie oni tworzyli sobie groźniejsze sytuacje i coraz mocniej przejmowali kontrolę nad wydarzeniami na boisku. Bardzo dobrze funkcjonowała defensywa MWSP dowodzona przez kapitana zespołu, Maćka Wrotniaka. Lider gospodarzy rozegrał naprawdę świetne zawody, imponując spokojem, organizacją gry i odpowiedzialnością w kluczowych momentach meczu. Dzięki temu gospodarze praktycznie nie pozwalali rywalom na rozwijanie składnych akcji ofensywnych.
Po stronie Legijnej Ferajny najwięcej zagrożenia stwarzał Oskar Jenner. Goście przez długi czas próbowali opierać swoją grę głównie na jego indywidualnych rajdach i właśnie po jednej z takich sytuacji udało im się zdobyć bramkę. Jenner wykorzystał błąd bramkarza Krzysztofa Steca i po szybkiej akcji z kolegą z drużyny skierował piłkę do siatki, dając swojej drużynie chwilę nadziei. Niestety dla gości z każdą kolejną minutą ich defensywa wyglądała coraz gorzej. MWSP zaczęło się rozpędzać i coraz pewniej dominowało na boisku. Gospodarze grali coraz odważniej, coraz częściej wygrywali pojedynki fizyczne i praktycznie całkowicie przejęli kontrolę nad walką o trzy punkty. Strzelenie kolejnych pięciu bramek bez straty następnej sprawiło, że MWSP odniosło bardzo pewne i zasłużone zwycięstwo. Zdobyte punkty miały swoją wartość i wszystko wskazuje na to, że właśnie dzięki nim drużyna najprawdopodobniej zakończy sezon na drugim miejscu w tabeli.
Legijnej Ferajnie pozostają już jedynie matematyczne szanse na utrzymanie. Sytuacja gości zrobiła się bardzo trudna i od tej pory wiele zależy już nie tylko od nich samych, ale również od wyników innych drużyn. Czy uda im się jeszcze odwrócić los sezonu? Czas pokaże, czas pokaże.
Mecz sezonu dla Choszczówki. To właśnie w tym spotkaniu drużyna mogła oficjalnie przypieczętować mistrzostwo 11. ligi Ligi Fanów 2025/26, dlatego mobilizacja była pełna. Tym bardziej że rywalem była zamykająca tabelę i teoretycznie niezmotywowana ekipa Piwo Po Meczu.
Rzeczywistość okazała się jednak znacznie trudniejsza dla Choszczówki, niż wielu mogło się spodziewać. Mimo że outsider przyjechał bez zmian, nie przeszkodziło mu to walczyć niczym Dawid z Goliatem przeciwko silniejszemu przeciwnikowi. Spotkanie było bardzo zacięte, a głównymi bohaterami przez długi czas pozostawali bramkarze - Szymon Salata oraz Jacek Spaliński, którzy raz za razem ratowali swoje zespoły fantastycznymi interwencjami.
W pierwszej połowie i na początku drugiej lepiej wyglądała jednak Choszczówka. Drużyna tworzyła sytuacje, ale długo brakowało jej skuteczności. W końcu ofensywna niemoc musiała się jednak skończyć. Wynik otworzył Michał Jończyk, a chwilę później Michał Kochanowski podwyższył prowadzenie swojej drużyny.
W drugiej połowie Kochanowski dołożył jeszcze jedno trafienie i przy stanie 3:0 wydawało się już jasne, że odrobienie strat będzie dla Piwoszy niezwykle trudnym zadaniem. Trzeba jednak oddać rywalom, że stworzyli sobie wystarczająco dużo sytuacji, by zdobyć przynajmniej jedną, a może nawet kilka bramek. Zawodziła jednak skuteczność, a między słupkami świetnie spisywał się bramkarz Choszczówki. Lider tabeli również miał kolejne okazje, ale wynik do końca meczu już się nie zmienił.
Przede wszystkim należą się słowa uznania dla Piwa Po Meczu za bardzo ambitną postawę i stworzenie naprawdę ciekawego oraz emocjonującego widowiska. Oby drużyna częściej pokazywała taki charakter i zaangażowanie.
Dla Choszczówki to natomiast pierwsze mistrzostwo w Lidze Fanów. Pozostaje jedynie pogratulować zawodnikom oraz kibicom, którzy po końcowym gwizdku świętowali sukces z szampanem i ogromnymi uśmiechami na twarzach. Warto podkreślić, że mimo pewnego i przedwczesnego mistrzostwa droga do tytułu wcale nie była łatwa - niemal połowę swoich spotkań drużyna wygrywała różnicą zaledwie jednej bramki. To tylko kolejny dowód na ich waleczny charakter. Tak trzymać, mistrzowie!
Dla FC Mocny Narket spotkanie z FC Warsaw Wilanów było meczem o wszystko. W poprzedniej kolejce drużyna oddała swój mecz walkowerem, przez co jej sytuacja w tabeli mocno się skomplikowała, a wizja pozostania na tym poziomie rozgrywkowym wyraźnie się oddaliła. Dla gości niedzielne starcie było natomiast szansą na podtrzymanie walki o miejsce na najniższym stopniu podium.
Lepiej w mecz weszli goście, którzy najpierw trafili w poprzeczkę, a chwilę później otworzyli wynik spotkania. Niedługo potem pięknym strzałem z połowy boiska popisał się bramkarz gospodarzy Ruben Nieścieruk, doprowadzając do remisu. Kolejne minuty były prawdziwym rollercoasterem. Najpierw gospodarze zdobyli dwie bramki, na co goście odpowiedzieli jednym trafieniem. Chwilę później zawodnik Mocnego Narketu nie wykorzystał rzutu karnego, ale już w jednej z następnych akcji jego drużyna podwyższyła prowadzenie. Na moment przebudzili się także goście, którzy skutecznie wykonali swoją „jedenastkę”.
Końcówka pierwszej połowy należała jednak do gospodarzy. Najpierw zdobyli bramkę na 5:3, a chwilę później doskonałą podwójną interwencją popisał się wspomniany wcześniej Nieścieruk. Z takim właśnie wynikiem drużyny schodziły na przerwę.
Druga połowa również stała na bardzo wysokim poziomie i wynik przez długi czas pozostawał sprawą otwartą. Na trafienia gospodarzy odpowiadali goście, a prym wiódł Karol Kowalski, który zanotował tego dnia aż cztery bramki. Niestety dla niego i jego drużyny przeciwnicy okazali się nieco skuteczniejsi i spotkanie zakończyło się zwycięstwem FC Mocny Narket 9:8.
Dla gospodarzy to niezwykle cenne trzy punkty, które pozwalają im wciąż myśleć o utrzymaniu. Porażka FC Warsaw Wilanów sprawiła natomiast, że drużynie pozostała już walka o miejsce w TOP 5 gwarantujące udział w pucharze na koniec sezonu.
Patrząc wyłącznie na końcowy rezultat, można odnieść wrażenie, że było to jednostronne spotkanie, w pełni kontrolowane przez gospodarzy. Rzeczywistość była jednak znacznie bardziej złożona, ponieważ przez dużą część meczu CWKS Ferajna Warszawa pozostawała w grze i długo utrzymywała realne szanse na korzystny wynik.
Hiszpański Galeon bardzo dobrze wszedł w spotkanie, prezentując większy spokój w rozegraniu i lepszą skuteczność pod bramką rywala. Dzięki temu gospodarze wypracowali prowadzenie 2:0 do przerwy, choć sam przebieg pierwszej połowy był bardziej wyrównany, niż sugerował wynik.
Po zmianie stron mecz przez długi czas pozostawał otwarty. Goście zdołali złapać kontakt i bardzo długo utrzymywał się rezultat 2:1, który podtrzymywał emocje i sprawiał, że spotkanie mogło potoczyć się w różnych kierunkach. CWKS próbował wrócić do gry, walczył ambitnie i szukał swoich okazji, natomiast gospodarze mieli problem z definitywnym zamknięciem meczu. Momentem przełomowym okazały się wydarzenia związane z dyscypliną boiskową. Po dwóch czerwonych kartkach - po jednej dla każdego zespołu - spotkanie wyraźnie się otworzyło, a tempo gry jeszcze wzrosło. To właśnie wtedy rozwiązał się prawdziwy worek z bramkami. Hiszpański Galeon dużo lepiej wykorzystał bardziej chaotyczne warunki gry, przejął pełną kontrolę nad wydarzeniami i zaczął seryjnie punktować przeciwnika.
Największą postacią spotkania był bezdyskusyjnie Krzysztof Małażewski, który rozegrał kapitalne zawody. Trzy bramki i trzy asysty mówią same za siebie, choć liczby nie oddają w pełni jego wpływu na grę. Był aktywny przez całe spotkanie, regularnie brał ciężar gry ofensywnej na siebie, świetnie odnajdywał partnerów i bezlitośnie wykorzystywał swoje okazje pod bramką rywali.
Ostateczne 9:3 może wyglądać na deklasację, jednak przez długi czas był to mecz znacznie bardziej wyrównany. Końcówka należała jednak zdecydowanie do Hiszpańskiego Galeonu, który po otwarciu gry nie pozostawił rywalom większych złudzeń.
Wygrała drużyna, która była lepsza - tak w najbardziej oczywisty sposób można podsumować spotkanie rezerw FC Vikersonn UA z Dynamem Wołomin. Tym razem akcent powinien jednak paść na zespół jako całość, ponieważ goście zaskoczyli gospodarzy kolektywną i ofiarną grą. Bez względu na to, jaka piątka dowodzonego przez Macieja Kosińskiego zespołu pojawiała się na boisku, Dynamo w pierwszej połowie było praktycznie nie do przełamania. Efekt? Komfortowe prowadzenie 3:0 do przerwy. Prawdopodobnie najważniejszym bohaterem był bramkarz Radosław Kania, jednak całe Dynamo prezentowało się znakomicie.
W drugiej połowie gospodarze wreszcie odżyli i pokazali się z lepszej strony, jednak zdobycie bramki kontaktowej na 2:3 było maksimum, na jakie było ich stać tego dnia. W zaledwie minutę FC Vikersonn UA II zdołał zdobyć dwie bramki dzięki błyskowi geniuszu duetu Marian Ravlyk - Vitalii Rybka. Ten moment dekoncentracji Dynama okazał się jednak jedynie chwilowym wypadkiem przy pracy i przyjezdni bardzo szybko wrócili do prezentowania prawdziwej „masterclassy” w defensywie. Symbolicznym zakończeniem emocji w tym meczu był rzut karny pewnie wykorzystany przez Michała Matyję. Na plus dla gospodarzy należy jednak zapisać nieustępliwość - do samego końca zawodnicy w pomarańczowych koszulkach walczyli o odwrócenie losów spotkania. Jak się później okazało, nieskutecznie.
Pewne i zasłużone zwycięstwo dało Dynamu upragniony awans do strefy pucharowej w 12. lidze już na dwie kolejki przed końcem sezonu.
Konkurs prawdziwych defensywnych szachów zafundowały nam ekipy FC Melange i FC Razam. Pomimo aż dziewiętnastu punktów różnicy w tabeli ligowej, przepaści klasowej między mierzącymi się stronami próżno było szukać na boisku. Zarówno jedni, jak i drudzy chętnie wykorzystywali swoich golkiperów w rozegraniu, budując przewagę w polu podczas fazy posiadania piłki.
Dopiero z czasem tempo konstruowania akcji zaczęło przyspieszać, co coraz częściej prowadziło do zaostrzenia gry. W jednej z takich sytuacji, podczas walki z rywalem, na murawę upadł Łukasz Słowik, lecz domagając się kary dla zawodnika FC Razam, sam obejrzał żółtą kartkę za zbyt żywiołowe pretensje. Bliżej strzelenia gola otwierającego spotkanie byli piłkarze gospodarzy, ale sytuacji sam na sam z Pawłem Rakowskim nie wykorzystał Paweł Lewandowski. To, co nieuniknione, stało się jednak niespełna cztery minuty później - przytomnym odegraniem na lewe skrzydło do Kamila Pietrzykowskiego popisał się młody Julek Marciniak, a ten płaskim strzałem dał pomarańczowym prowadzenie.
Chwilę później mogło, a nawet powinno być 2:0, lecz strzał Marcina Godlewskiego z najbliższej odległości w ostatniej chwili zablokował Vlad Yermolkin. Kolejne próby coraz bardziej rozkręcających się graczy Melange nie pozwoliły jednak podwyższyć prowadzenia przed przerwą - defensorzy i golkiper gości ofiarnie bronili dostępu do bramki.
Już na początku drugiej odsłony przed doskonałą okazją po przyspieszającym podaniu Łukasza Krysiaka stanął młodszy Marciniak, lecz jego uderzenie minimalnie minęło słupek. FC Razam miało natomiast wyrównanie podane niemal na tacy - niestety, na ostatniej prostej skiksował Yermolkin, nie trafiając do pustej bramki. Niewykorzystana okazja mogła szybko się zemścić, bo za faul na Słowiku podyktowano rzut karny. Dzięki świetnej paradzie Rakowskiego Godlewski nie zdołał jednak zamienić „jedenastki” na gola. W 34. minucie doczekaliśmy się wreszcie drugiej bramki w meczu. Kluczową rolę ponownie odegrał Krysiak, który posłał płaską piłkę w pole karne, a tam „magicznym” dostawieniem nogi Słowik skierował ją do siatki.
Ofiarność i wola walki wciąż nie spadały poniżej poziomu sprzed przerwy, ale niska skuteczność gości praktycznie przekreślała ich szanse na dogonienie przeciwników. W końcu swojego gola doczekał się również Lewandowski i to nie byle jakiego, bo świetną wrzutkę od Krysiaka skierował do bramki… klatką piersiową.
Na 4:0, po dograniu Lewandowskiego z rzutu wolnego, podwyższył Pietrzykowski i wydawało się, że FC Melange ma już wynik w garści. Po kilku kapitalnych interwencjach Krysiaka także i on nie ustrzegł się jednak błędu - wyłuskaną spod jego nóg piłkę Nikita Kolokoltsev wpakował do siatki na 4:1, ustalając wynik tego, o dziwo, naprawdę wyrównanego starcia.
Bez niespodzianek zakończył się mecz pomiędzy Vox Populi a liderem ligi, FC Łazarskim. Emocji praktycznie nie było od samego początku, choć początkowo to zawodnicy w bordowych strojach częściej utrzymywali się przy piłce. Z czasem jednak do głosu zaczął dochodzić Łazarski i zagrał tak, jak na faworyta przystało - pewnie, dojrzale i bez niepotrzebnego chaosu.
Goście wytrzymali presję ligowych rywali - FC Melange traci zaledwie punkt, a Rodzina Soprano znajduje się za FC Łazarskim tylko przez bilans bezpośrednich spotkań i konsekwentnie rozmontowywali defensywę gospodarzy przez całe spotkanie. Na nic zdały się starania duetu Krzysztof Stachowicz - Czarek Gozdołek, który ciągnął ofensywę Vox Populi. Gospodarze nie byli w stanie odwrócić losów meczu, w którym aż czterech zawodników gości ustrzeliło dublet, a Mykyta Harkavka dopisał do swojego dorobku hat-tricka.
Co ciekawe, przyjezdni osiągnęli to wszystko praktycznie bez angażowania swojego największego gwiazdora. Zhasulan Kamantay, czyli wicelider klasyfikacji kanadyjskiej na tym poziomie rozgrywkowym, nie dopisał do swojego konta nawet jednego punktu. Równie imponująca była regularność FC Łazarskiego przez całe spotkanie - pierwszą połowę wygrali 6:2, a drugą 6:3. Tym samym Maksym Oleksin i spółka mogą przygotowywać się do meczu, który najprawdopodobniej zadecyduje o kolejności miejsc na podium. W przyszłym tygodniu rywalem Łazarskiego będzie FC Melange.
Gospodarze natomiast wciąż mają szansę na miejsce w TOP 5 i udział w Pucharze Ligi Fanów, jednak w najbliższych dwóch tygodniach muszą wygrać o jedno spotkanie więcej niż Dynamo Wołomin. Biorąc pod uwagę, że w ostatniej kolejce zespół spod Warszawy zmierzy się z Rodziną Soprano, piłka z pewnością nadal pozostaje w grze.
Rodzina Soprano nie da sobie w kaszę dmuchać. Pewny awans nie oznacza przecież, że można osiąść na laurach. W niedzielę zawodnicy z drugiego miejsca w tabeli zmierzyli się z ekipą Luminy, czyli ostatnią drużyną w stawce. Zadanie było proste - wykonać swoją robotę i dopisać kolejne trzy punkty.
Już samo to, że strzelanie rozpoczęła Lumina po odzyskaniu piłki i płaskim strzale, wystarczyło, aby Rodzina Soprano postanowiła pokazać pełnię swoich możliwości. Odpowiedź przyszła natychmiast - zaledwie kilka sekund po wznowieniu gry. To był wyraźny sygnał, że żarty się skończyły.
Do przerwy stojący w bramce Luminy Serhii Zarubin jeszcze cztery razy wyciągał piłkę z siatki. Wszystkie te trafienia łączyło błyskawiczne przeniesienie futbolówki pod bramkę rywala i wykończenie akcji strzałem z pierwszej piłki. Wyglądało to tak, jakby Rodzina Soprano chciała jak najszybciej zdobyć maksymalną liczbę bramek. Niektóre gole padały w odstępie zaledwie kilkunastu czy kilkudziesięciu sekund. Najwięcej trafień zanotował Filip Motyczyński, który aż pięciokrotnie wpisywał się na listę strzelców. Wtórował mu Dawid Zagrodzki, zdobywając o jednego gola mniej. Obaj zawodnicy dołożyli również po jednej asyście, a swoje trafienie zanotował także Grzegorz Bogdański.
Piłkarze Rodziny Soprano praktycznie każdą akcję kończyli strzałem, co zdecydowanie warto docenić. Lumina próbowała walczyć i zdołała zdobyć dwie bramki, lecz były one bardziej chwilą oddechu od kolejnych traconych goli niż realnym sygnałem do pogoni za wynikiem. Szczególnie że duet Motyczyński - Zagrodzki był tego dnia zabójczo skuteczny.
Spotkanie drugiego zespołu Furduncio Brasil FC z Gentleman Warsaw Team było wyrównane, intensywne i rozstrzygało się w detalach. Od pierwszych minut gospodarze starali się narzucić własny rytm gry, częściej utrzymywali się przy piłce i próbowali kontrolować wydarzenia w środku pola. Ich przewaga była widoczna już w pierwszej części meczu, zakończonej prowadzeniem 2:1.
Najważniejszą postacią po stronie gospodarzy był Donnie Williams, który rozegrał bardzo dobre zawody jako kreator środka pola. Zanotował dwie asysty, aktywnie uczestniczył w budowaniu akcji i nadawał tempo grze swojego zespołu. To właśnie przez niego przechodziła znaczna część rozegrania - potrafił znaleźć partnerów dobrym podaniem, przyspieszyć akcję lub uspokoić grę w odpowiednim momencie.
Goście prezentowali się bardziej jako dobrze funkcjonujący kolektyw niż drużyna oparta na indywidualnościach. Bardzo ważnym punktem Gentleman Warsaw Team był bramkarz Jakub Augustyniak, który zanotował kilka solidnych interwencji i długo utrzymywał swój zespół w grze. W ofensywie dla gości trafiali Piotr Loze oraz Sebastian Bartosik, przy czym Bartosik swoją bramkę zdobył po rzucie karnym.
Na boisku gospodarze finalnie zwyciężyli 3:2, jednak to nie wynik sportowy okazał się najważniejszym tematem po końcowym gwizdku. Spotkanie zostało później zweryfikowane jako walkower dla Gentleman Warsaw Team z powodu występu nieuprawnionego zawodnika w zespole gospodarzy.
To sytuacja, która może być ważną lekcją dla wszystkich drużyn i zawodników ligowych - niezależnie od przebiegu meczu czy osiągniętego wyniku, kwestie formalne mają ogromne znaczenie. Pilnowanie limitów, uprawnień i zapisów regulaminowych jest równie istotne jak postawa na boisku. W tym przypadku sportowe zwycięstwo nie przełożyło się na końcowy rezultat w tabeli.
Mecz Nieuchwytnych z Jogą Bonito zapowiadał się bardzo ciekawie ze względu na układ tabeli. Joga Bonito przystępowała do spotkania jako wicelider i z jasnym celem utrzymania presji na liderze. Nieuchwytni zajmowali czwarte miejsce i wciąż liczyli się w walce o czołówkę, dlatego również potrzebowali punktów.
Początek meczu był wyrównany i obie drużyny próbowały narzucić swoje warunki gry. W 13. minucie jako pierwsi trafili zawodnicy Jogi Bonito - Krysiak otworzył wynik po podaniu Bubrzyka. Odpowiedź Nieuchwytnych była jednak natychmiastowa, ponieważ już minutę później Zhukov doprowadził do wyrównania. Kluczowy moment pierwszej połowy nastąpił w jej drugiej części. W 16. minucie Pietrzykowski, po asyście Hnatio, ponownie wyprowadził Jogę na prowadzenie i od tego momentu wicelider zaczął stopniowo przejmować kontrolę nad spotkaniem. Wynik 2:1 utrzymał się do przerwy, ale przewaga Jogi Bonito stawała się coraz bardziej widoczna.
Druga połowa to już zdecydowana dominacja Jogi. Zaraz po wznowieniu gra nabrała tempa, a kolejne minuty przyniosły serię bramek. W 30. minucie Pietrzykowski podwyższył wynik po podaniu Krysiaka, a chwilę później, w 31. minucie, Bubrzyk trafił po asyście Kwiecińskiego. Napór nie ustawał - w 34. minucie na listę strzelców wpisał się Hnatio po podaniu Nowaka, a trzy minuty później ten sam zawodnik zdobył kolejną bramkę po asyście Szostaka.
W kolejnych minutach przewaga Jogi była już bezdyskusyjna. W 40. minucie Bubrzyk ponownie pokonał bramkarza po podaniu Hnatio, następnie w 43. minucie trafił Klimaszewski, a wynik spotkania ustalił w 48. minucie ponownie Bubrzyk, kompletując bardzo dobre zawody po kolejnym podaniu Hnatio.
Ostatecznie Joga Bonito pewnie pokonała Nieuchwytnych, pokazując dużą skuteczność i potwierdzając swoją wysoką pozycję w tabeli. Nieuchwytni po wyrównanym początku nie byli w stanie zatrzymać ofensywnej machiny rywali i musieli uznać ich wyższość.
Boiskowy Folklor mógł tego dnia sięgnąć po mistrzostwo - wystarczyło wygrać i poczekać na korzystny wynik równolegle rozgrywanego spotkania. White Foxes, zmagające się z walką o utrzymanie i coraz trudniejszym terminarzem, nie wyglądały na rywala, który mógłby pokrzyżować te plany.
Mecz od początku toczył się według jednego scenariusza - goście spokojnie rozgrywali piłkę, a oponenci próbowali szukać swoich szans w kontratakach. Kacper Miriuk pięknym półwolejem z dystansu otworzył wynik, Oracz z rzutu wolnego wyrównał, ale był to jedyny moment złudnej równowagi. Kucharski dwiema bramkami - najpierw głową po rzucie z autu, a następnie po indywidualnym rajdzie - zbudował prowadzenie 3:1. Różnica jakości była widoczna gołym okiem.
Gospodarze musieli rozgrywać to spotkanie z zawodnikiem z pola ustawionym między słupkami. I choć nieoczekiwany golkiper zanotował kilka dobrych interwencji, fali ataków nie dało się zatrzymać. Kucharski dokładał kolejne trafienia, Aleks Miriuk zdobył dwa gole, a później ponownie błyszczał Kacper Miriuk - i tutaj warto się na chwilę zatrzymać. Dwie próby przewrotki, podanie raboną, trzy bramki i trzy asysty - White Foxes miały tego dnia do czynienia nie tyle z rywalem, co z prawdziwym wirtuozem boiska. Kucharski zakończył swój popis z pięcioma trafieniami, Korzeniecki dołożył gola po rzucie karnym, a honorowe trafienie Wojtona padło już w momencie, gdy losy spotkania były dawno rozstrzygnięte.
Wynik 11:2 mówi sam za siebie. Boiskowy Folklor przejechał się po rywalu, który nie był najlepiej przygotowany kadrowo do tego starcia. White Foxes muszą się zmobilizować, jeśli chcą myśleć o utrzymaniu, zwłaszcza że przed nimi kolejne wymagające mecze.
Mecz Kresovii z Borowikami zapowiadał się jako starcie zespołów z dwóch różnych części tabeli. Kresovia plasowała się w czołówce i walczyła o utrzymanie miejsca w TOP 3, natomiast Borowiki znajdowały się niżej i potrzebowały punktów, by poprawić swoją sytuację. Lepiej w spotkanie weszli jednak zawodnicy Borowików. Już w 5. minucie Valodzka, po rozegraniu autu z Porębskim, otworzył wynik meczu. Chwilę później, w 10. minucie, prowadzenie podwyższył Bilski, dając swojej drużynie bardzo komfortowy początek spotkania.
Kresovia zaczęła wracać do gry w 13. minucie, gdy Mikulich przejął piłkę na własnej połowie i zakończył akcję bramką kontaktową. Borowiki szybko jednak odpowiedziały - w 18. minucie ponownie do siatki trafił Valodzka. Zaledwie minutę później Kresovia znów zmniejszyła straty, a na listę strzelców wpisał się Łozowski po podaniu Janczylika.
Końcówka pierwszej połowy przyniosła jeszcze jedno ważne wydarzenie - w 25. minucie Borowiki, grające w osłabieniu, zdołały zdobyć bramkę, gdy Jankowski po podaniu Porębskiego podwyższył prowadzenie. Do przerwy to właśnie Borowiki kontrolowały wynik i schodziły do szatni z przewagą.
Druga połowa miała jednak zupełnie inny przebieg. Kresovia zaczęła dominować i znajdować coraz więcej miejsca w ofensywie. Kluczową postacią tej części spotkania był Janczylik, który w krótkim odstępie czasu praktycznie "przejął" mecz. Trafiał kolejno w 29., 31. i 35. minucie, odwracając losy rywalizacji i wyprowadzając Kresovię na prowadzenie. Mimo przewagi Kresovii Borowiki nie rezygnowały. W 40. minucie Valodzka ponownie wpisał się na listę strzelców, kompletując hat-tricka i dając swojej drużynie kontakt z rywalem. Ostatnie słowo należało jednak do Kresovii - w 45. minucie Janczylik zdobył swoją czwartą bramkę w meczu, przypieczętowując świetny występ i zwycięstwo swojego zespołu.
Kresovia, mimo trudnego początku, pokazała charakter i dużą jakość w ofensywie, odwracając losy meczu. Borowiki z kolei zaprezentowały się bardzo dobrze w pierwszej połowie, ale po przerwie nie były w stanie znaleźć antidotum na rozpędzonego oponenta.
Mecz o utrzymanie - tak w skrócie można opisać spotkanie pomiędzy Cockpit Country a Lisami Bez Polisy. Pierwsi znajdowali się na dnie ligowej tabeli, natomiast goście plasowali się tuż nad strefą spadkową. Sytuacja w tabeli sprawiała, że obie drużyny liczyły na dopisanie do swojego dorobku bardzo cennych trzech punktów.
Lepiej mecz rozpoczęli gospodarze, którzy już w 2. minucie wyszli na prowadzenie. Kolejne trafienie oglądaliśmy dziesięć minut później i dzięki bramce gości spotkanie rozpoczęło się praktycznie od nowa. Następne fragmenty przyniosły po jednym golu dla każdej z drużyn, a od tego momentu przewagę zaczęli osiągać zawodnicy Cockpitu. Strzelona przez nich bramka na 3:2 ustaliła wynik pierwszej połowy.
W drugiej części meczu szybkie dwa gole gospodarzy pozwoliły im odskoczyć na bezpieczną przewagę. Kolejne minuty przynosiły następne groźne sytuacje pod bramką Lisów Bez Polisy, a dwie z nich zakończyły się trafieniami. Goście tylko raz zdołali skutecznie zagrozić rywalom i była to ich ostatnia zdobycz bramkowa tego dnia. W końcówce Cockpit Country jeszcze bardziej powiększył przewagę i ostatecznie mecz zakończył się ich wysokim zwycięstwem 9:3. Na szczególną uwagę zasługuje fakt, że aż czterech zawodników gospodarzy zdobyło po dwie bramki. To najlepiej pokazuje, że cenne zwycięstwo było efektem dobrej gry zespołowej i po dłuższej przerwie Cockpit wreszcie mógł cieszyć się z kompletu punktów.
Porażka zespołu Lisy Bez Polisy sprawiła natomiast, że drużyna wciąż nie może być pewna utrzymania na tym poziomie rozgrywkowym.
W 13. lidze zmierzyły się drużyny Elitarni Gocław oraz Siwy Koń. Gospodarze wciąż walczyli o miejsce na podium, natomiast Siwy Koń próbował wydostać się ze strefy spadkowej. Już przed pierwszym gwizdkiem było jasne, że żadna z ekip nie odstawi nogi i możemy spodziewać się bardzo intensywnego spotkania. Mecz rozpoczął się wręcz idealnie dla Elitarnych. Już w 1. minucie wynik otworzył Marcin Bielski, dając swojej drużynie prowadzenie i pokazując, że gospodarze od pierwszych sekund chcą narzucić rywalom własne warunki gry.
Kolejne fragmenty spotkania były bardzo wyrównane i pełne walki w środku pola. Obie drużyny próbowały budować akcje ofensywne, ale długo brakowało konkretów pod bramką przeciwnika. Dopiero w 17. minucie po szybkim kontrataku do wyrównania doprowadził Kostiantyn Izozov, wykorzystując moment nieuwagi defensywy gospodarzy. Elitarni zdołali jednak odpowiedzieć jeszcze przed przerwą, mając wrażenie, że kontrolują przebieg rywalizacji.
Po zmianie stron emocji było jeszcze więcej. W 32. minucie zawodnicy Siwego Konia wykorzystali przywilej korzyści, a Maciej Morra skierował piłkę do siatki, ponownie doprowadzając do remisu. Radość gości trwała jednak bardzo krótko, bo już dwie minuty później Elitarni Gocław odpowiedzieli. Ten moment wyraźnie pobudził jednak drużynę Siwego Konia. Goście zaczęli grać znacznie szybciej, odważniej i intensywniej. Z minuty na minutę przejmowali kontrolę nad spotkaniem, a zmęczeni zawodnicy Elitarnych coraz częściej nie nadążali za dynamicznymi akcjami rywali. W krótkim czasie Siwy Koń zdobył serię bramek, całkowicie odwracając losy meczu i przejmując pełną kontrolę nad wydarzeniami na boisku. Kluczową postacią końcówki był Jurij Pijasiuk, który zdobył dwie bramki i zanotował asystę, będąc prawdziwym motorem napędowym ofensywy swojej drużyny.
Ostatecznie Siwy Koń pokonał Elitarnych Gocław 7:3 po kapitalnej drugiej połowie i imponującym finiszu.
Świeżo upieczeni mistrzowie przyjechali na mecz z Warsaw Pistons bez presji, za to z apetytem na kontynuowanie zwycięskiej serii. Pistons, po sensacyjnej wygranej z Kanarkami, liczyli na kolejną niespodziankę. Różnica klas bardzo szybko dała jednak o sobie znać.
Zadymiarze od pierwszych minut narzucili własne warunki gry, agresywnym pressingiem odbierając piłkę w każdej strefie boiska. Zawiślak otworzył wynik, Pawelec po przechwycie przeprowadził indywidualny rajd i podwyższył na 2:0, a chwilę później Zawiślak dołożył kolejne trafienie. Piłka kilkukrotnie trafiała jeszcze w słupek bramki Warsaw Pistons, ale nie zmieniało to obrazu gry. Zadymiarze nieustannie napierali na bramkę rywali, a Zawiślak był nieubłagany. Do przerwy dorzucił jeszcze dwa gole, kończąc pierwszą połowę z czterema trafieniami i prowadzeniem swojej drużyny 5:0.
Druga połowa zamieniła się już w prawdziwy pogrom. Budzich przeciął podanie i trafił na 1:5, dając gospodarzom jedynie złudną nadzieję na powrót do meczu. Zawiślak jednak nawet nie myślał o zwalnianiu tempa. Schemat był prosty i skuteczny: odejście od obrońcy, mocny strzał i kolejny gol. Hofman dołożył trzy trafienia - między innymi po strzale z ostrego kąta oraz bezpośrednio z rzutu wolnego. Mikulski po szybkiej klepce zmniejszył wynik na 2:11, ale Zadymiarze odpowiedzieli niemal natychmiast i spokojnie domknęli spotkanie. Zawiślak zakończył mecz z kosmicznym dorobkiem dziesięciu bramek i trzech asyst. Wynik wręcz niesłychany.
Ostateczne wynik 15:2 mówi sam za siebie. Zadymiarze potwierdzili mistrzowski tytuł z pełną klasą, a Warsaw Pistons mogą szukać pocieszenia jedynie w kilku humorystycznych akcjach, które z dużym prawdopodobieństwem trafią do „Kalafiorów Kolejki”.
Mecz za sześć punktów pomiędzy drużynami zajmującymi drugie i czwarte miejsce w lidze. Kanarki nie mogły sobie pozwolić na potknięcie, jeśli nadal chciały walczyć o srebrne medale, a przy porażce nawet miejsce w TOP 3 mogłoby znaleźć się pod dużym zagrożeniem. Olimpik z kolei musiał wygrać, aby przedłużyć swoje nadzieje na dogonienie czołówki i realnie włączyć się do walki o podium.
Nie dziwi więc fakt, że spotkanie zakończyło się dość skromnym remisem 2:2 i bardziej przypominało emocjonujący mecz z dużego boiska niż klasyczną strzelaninę charakterystyczną dla gry 6 na 6. Na murawie nie brakowało walki fizycznej, emocji, ostrych starć i fauli - wszystkiego, czego można oczekiwać po meczu o tak dużą stawkę. Jak to często bywa w takich spotkaniach, sytuacji bramkowych nie było zbyt wiele, ale absolutnie nie wpłynęło to negatywnie na widowisko. Mecz oglądało się bardzo dobrze - był żywy, intensywny i trzymał w napięciu do samego końca.
Przebieg spotkania idealnie oddawał jego charakter. Jako pierwsi na prowadzenie wyszli Kanarki po bramce Jakuba Gałęzowskiego. Olimpik jednak nie zamierzał się poddawać i szybko odwrócił losy meczu dzięki trafieniom Oleksandra Diachenki i Serhiia Novakovskyiego. Gdy wydawało się, że to właśnie oni przejmą pełną kontrolę nad spotkaniem, Kanarki odpowiedziały kapitalnym golem Adriana Mulaka, który śmiało można nazwać ozdobą meczu. To trafienie dało drużynie bardzo cenny remis.
W końcówce obie ekipy miały jeszcze swoje szanse, ale żadna nie zdołała już przechylić szali zwycięstwa na swoją stronę. Ostatecznie remis bardziej cieszy Kanarki, które utrzymały drugie miejsce i nie pozwoliły Olimpikowi zbliżyć się do TOP 3. Dla Olimpiku ten wynik smakuje natomiast niemal jak porażka. Nadzieje na medale wciąż istnieją, ale dziś są już bardziej matematyczne niż realne. Futbol widział jednak nie takie historie - dlatego trzeba walczyć do samego końca.
Mecz pomiędzy drużynami znajdującymi się w dolnej części tabeli często potrafi być nawet ciekawszy niż starcia czołowych ekip. I choć BRD Young Warriors mogli czuć się względnie bezpiecznie, to dla Heavyweight Heroes zwycięstwo było potrzebne jak tlen w walce o utrzymanie w 14. lidze.
Początek spotkania to festiwal niewykorzystanych okazji - przede wszystkim po stronie BRD. Chłopaki kompletnie dominowali rywala, świetnie operowali piłką, grali kombinacyjnie i momentami wyglądali naprawdę imponująco. Problem był jednak jeden - skuteczność. A właściwie jej całkowity brak. Mimo wszystko wydawało się, że to tylko kwestia czasu, aż worek z bramkami się otworzy i BRD zacznie trafiać seryjnie. Nic bardziej mylnego. Zamiast gradu goli dla Warriorsów, na boisku pojawił się… prawdziwy ulewny deszcz. Intensywna ulewa szybko minęła, ale razem z nią zmienił się również obraz meczu. Napór BRD nagle zgasł, a Heavyweight Heroes perfekcyjnie wykorzystali swój moment. W okolicach połowy meczu zdobyli trzy bramki bez odpowiedzi i kompletnie zszokowali przeciwnika. To był prawdziwy zimny prysznic - dosłownie i w przenośni.
Głównym architektem sukcesu „Herosów” był Mateusz Zachewicz, ale ogromne słowa uznania należą się całej drużynie za to, jak przetrwała trudny początek spotkania, nie straciła gola i później bezlitośnie wykorzystała swoje okazje.
Mając tak komfortowe prowadzenie, Heavyweight mogli już kontrolować wydarzenia na boisku. Trzeba jednak oddać szacunek zawodnikom BRD - mimo trudnej sytuacji nie poddali się i w końcu znaleźli sposób na sforsowanie dobrze funkcjonującej defensywy rywali, zmniejszając stratę do zaledwie jednej bramki. Wtedy jednak na scenę ponownie wkroczył Mateusz Zachewicz, zdobywając gola, którego spokojnie można byłoby zgłosić do nagrody Puskása. To właśnie ten moment praktycznie zamknął spotkanie i odebrał przeciwnikom resztki wiary w comeback, choć obie drużyny zdołały jeszcze po razie trafić do siatki.
Świetny mecz pełen emocji, dzięki któremu Heavyweight Heroes awansowali na siódme miejsce i zbliżyli się do BRD na dystans zaledwie trzech punktów. Walka o utrzymanie w lidze jest jednak daleka od zakończenia - zarówno jednych, jak i drugich czeka jeszcze sporo nerwów w końcówce sezonu.
Oldboys Derby II jest już jedną nogą w 13. lidze. Wszystko dzięki zwycięstwu w spotkaniu 16. kolejki przeciwko Elekcyjnej. Rywal może i zajmuje ostatnie miejsce w tabeli, lecz gospodarze wcale nie mieli łatwej przeprawy, o czym najlepiej świadczy końcowy wynik 5:3.
Mimo bardzo późnej pory humory na boisku dopisywały od pierwszego gwizdka. Zawodnicy obu drużyn biegali z uśmiechami na ustach, a atmosfera spotkania idealnie oddawała to, czym powinna być piłka nożna - frajdą i sportową rywalizacją. Nie chodziło tu o szalony futbol „na hurra”, ale o wzajemny szacunek, dobrą zabawę i kawał naprawdę solidnego grania. Najlepiej świadczy o tym fakt, że jedna z kibicek zdecydowała się oglądać mecz zamiast śledzić wyścig Formuły 1 odpalony na telefonie. Trudno się jednak dziwić, skoro na boisku A obie drużyny stworzyły bardzo przyjemne dla oka widowisko. Lepiej mecz rozpoczęli zawodnicy Oldboys Derby II, którzy szybko zdobyli dwie bramki po błędach defensywy Elekcyjnej przy wyprowadzaniu piłki. Gospodarze potrafili wykorzystać niecelne podania rywali i błyskawicznie zamienili je na prowadzenie.
Elekcyjna nie zamierzała jednak składać broni. Najpierw odpowiedziała świetnie wykonanym rzutem wolnym, a chwilę później przeprowadziła szybką kontrę 3 na 2 zakończoną strzałem do pustej bramki. Goście złapali wiatr w żagle i rozpędzili się na tyle, że jeszcze przed przerwą zdołali nawet wyjść na prowadzenie. Chrapka na sprawienie niespodzianki była naprawdę ogromna. Oldboys Derby II pokazało jednak doświadczenie oraz wyrachowanie. Jeszcze przed przerwą doprowadzili do wyrównania po trafieniu z bliskiej odległości, a po zmianie stron zaczęli coraz mocniej kontrolować przebieg spotkania.
Zawodnicy rezerw drużyny weteranów bardzo dobrze wykorzystywali wolne przestrzenie pomiędzy defensorami rywali. Nie potrzebowali przy tym potężnych strzałów - wystarczała dokładność, spokój i umiejętne wykańczanie akcji. Z każdą kolejną minutą coraz bardziej było widać, że to właśnie doświadczenie i cierpliwość są po stronie gospodarzy.
Ostatecznie Oldboys Derby II zwyciężyło 5:3 i wykonało ogromny krok w stronę awansu do 13. ligi. Elekcyjna FC mimo porażki zasługuje jednak na duże uznanie za ambitną postawę i stworzenie dobrego widowiska, które mimo późnej godziny mogło naprawdę się podobać.
Ostatnim spotkaniem rozgrywanym na Arenie Grenady podczas 16. kolejki Ligi Fanów było starcie pomiędzy Santiago Remberteu a Klikers. Mecz zapowiadał się bardzo wyrównanie, szczególnie patrząc na ostatnią formę obu ekip. Ostatecznie okazał się jednak dość jednostronnym widowiskiem, głównie za sprawą kiepskiej frekwencji gospodarzy.
Jeszcze zanim pierwszy gwizdek zdążył na dobre wybrzmieć, doszło do niefortunnej kontuzji kostki jednego z zawodników Santiago Remberteu. Co więcej, zespół z Rembertowa przyjechał na mecz w zaledwie sześcioosobowym składzie, przez co od pierwszej minuty był zmuszony grać w osłabieniu. Różnica była widoczna gołym okiem. Goście bardzo szybko narzucili własne warunki gry i jeszcze przed przerwą zdołali wypracować sobie solidną zaliczkę. Klikers grali konkretnie, dynamicznie i z dużą swobodą pod bramką rywala, dzięki czemu po pierwszej połowie prowadzili aż 4:0. Szczególnie w pierwszej części meczu błyszczał Stanisław Leszczyński, który zdążył skompletować hat-tricka. Cichym bohaterem gospodarzy był natomiast Max Poczman, który dojechał na mecz tuż przed przerwą, wyrównując liczbę zawodników na boisku.
Niestety nie wystarczyło to, aby uchronić Santiago Remberteu przed zabójczą skutecznością zespołu Klikers. Goście dokładali kolejne trafienia, a momentami wręcz bawili się grą, prezentując różnego rodzaju sztuczki techniczne w okolicach pola karnego ekipy z Rembertowa. Gospodarze potrafili odpowiadać skutecznymi akcjami ofensywnymi, jednak przy tak wyraźnej różnicy bramek trudno było mówić o realnym powrocie do meczu. Prawdziwy popis dla kibiców dał duet Wąsowski–Bouzidi. Obaj zawodnicy świetnie wymieniali się pozycjami, regularnie napędzali akcje ofensywne i raz po raz wyręczali się w podwyższaniu prowadzenia. Ich współpraca była jednym z najjaśniejszych punktów tego spotkania.
Santiago Remberteu mimo wysokiej porażki zasługuje na uznanie za walkę do końca, jednak tego dnia to Klikers byli drużyną zdecydowanie bardziej konkretną, skuteczną i lepiej zorganizowaną. Co więcej, zwycięstwo znacząco przybliżyło ich do wydostania się ze strefy spadkowej. Za tydzień czeka ich jednak nie lada wyzwanie - starcie z OldBoys Derby II.
Spotkanie pomiędzy Szeregiem Homogenizowanym a RCD Los Rogalos zakończyło się efektownym zwycięstwem gospodarzy 9:7. Kibice mogli oglądać bardzo dynamiczny mecz pełen składnych akcji, szybkiego tempa oraz walki do ostatnich minut.
Już od początku spotkania Szereg Homogenizowany prezentował się bardzo dobrze w ofensywie. Gospodarze przeprowadzili kilka naprawdę składnych akcji i szybko zaczęli budować przewagę nad rywalami. Dzięki skutecznej grze pod bramką przeciwnika objęli prowadzenie 2:0, jednak goście błyskawicznie odpowiedzieli trafieniem, próbując wrócić do meczu. Szereg Homogenizowany nie pozwolił jednak rywalom rozwinąć skrzydeł i niemal od razu odpowiedział kolejnymi golami, ponownie uspokajając sytuację na boisku. Gospodarze grali bardzo konkretnie, dobrze wykorzystywali swoje okazje i regularnie punktowali przeciwników. Pierwsza połowa zakończyła się wynikiem 5:2 dla Szeregu.
Druga część meczu rozpoczęła się od trafienia dla Los Rogalos, ale gospodarze bardzo szybko odpowiedzieli własną bramką. Od tego momentu spotkanie zamieniło się w prawdziwą wymianę ciosów. Obie drużyny grały ofensywnie, tempo meczu znacząco wzrosło, a kibice oglądali akcję za akcją i bramkę za bramką. Goście robili wszystko, aby wrócić do gry i momentami byli naprawdę blisko złapania kontaktu z rywalem. Rogale walczyli ambitnie do samego końca, jednak strata wypracowana przez gospodarzy w pierwszej połowie okazała się zbyt duża do odrobienia.
Można śmiało powiedzieć, że to właśnie początek spotkania miał kluczowe znaczenie dla końcowego rezultatu. Szereg Homogenizowany od pierwszych minut narzucił swoje warunki gry, utrzymał przewagę do końca i zasłużenie zwyciężył 9:7.
Spotkanie Green Team przeciwko Niedzielnym od pierwszych minut przebiegało pod pełną kontrolą gospodarzy, którzy od początku narzucili bardzo wysokie tempo gry i praktycznie nie pozwalali rywalom rozwinąć skrzydeł. Już do przerwy Green Team prowadził 4:0, a po zmianie stron całkowicie zdominował przebieg meczu, ostatecznie wygrywając aż 15:1.
Wynik doskonale pokazuje przewagę jednej drużyny, choć warto podkreślić, że spotkanie mogło zakończyć się jeszcze większą liczbą bramek. Na ogromne słowa uznania zasługuje bowiem bramkarz Niedzielnych Kamil Jarosz, który szczególnie w pierwszej połowie wielokrotnie ratował swoją drużynę przed stratą kolejnych goli. Zanotował mnóstwo bardzo dobrych interwencji, imponował refleksem i mimo ogromnej presji do samego końca walczył o każdą piłkę. Gdyby nie jego postawa między słupkami, wynik po pierwszej części spotkania mógłby być zdecydowanie wyższy.
Green Team rozegrał jednak bardzo dojrzałe i pewne spotkanie. Drużyna przez praktycznie cały mecz kontrolowała przebieg gry, świetnie operowała piłką i regularnie tworzyła kolejne groźne akcje. Zawodnicy bardzo dobrze współpracowali między sobą, a ofensywa funkcjonowała niemal perfekcyjnie. Najważniejszą postacią meczu był Piotr Waszczuk, który rozegrał absolutnie kapitalne zawody. Zanotował aż 4 bramki i 7 asyst, mając udział przy większości trafień swojej drużyny. Był prawdziwym motorem napędowym swojej ekipy - napędzał akcje ofensywne, znakomicie obsługiwał partnerów podaniami i praktycznie przez cały mecz sprawiał ogromne problemy defensywie rywali. Jego przegląd pola, dokładność podań oraz skuteczność pod bramką robiły ogromną różnicę.
Po zmianie stron przewaga gospodarzy była już całkowita. "Zieloni z dużą łatwością przedostawali się pod pole karne przeciwnika i regularnie dokładał kolejne trafienia. Niedzielni mimo trudnej sytuacji starali się walczyć do końca i szukać swoich okazji, jednak tego dnia różnica jakości była bardzo wyraźna. Dzięki temu zwycięstwu Green Team mocno zbliżył się do lidera tabeli i traci już tylko jeden punkt do pierwszego miejsca. Drużyna wysłała bardzo mocny sygnał do reszty stawki i pokazuje, że jest gotowa walczyć o najwyższe cele aż do końca sezonu.
Dla Niedzielnych to z kolei spotkanie, po którym trzeba wyciągnąć odpowiednie wnioski, choć mimo wysokiej porażki drużynie nie można odmówić charakteru. Zawodnicy walczyli do ostatniego gwizdka i starali się przeciwstawiać świetnie dysponowanemu rywalowi, co również zasługuje na docenienie.
Arena Grenady, godzina 13:00 - mecz na szczycie 15. Ligi Fanów, który diametralnie zmienił sytuację w tabeli. Spotkanie pomiędzy Interem a YUG.BUD było bez wątpienia kluczowe dla obu ekip. Gospodarze wciąż walczyli o mistrzostwo i aby zachować realne szanse na końcowy triumf, musieli wygrać. Goście natomiast jako liderzy rozgrywek mogli tym meczem znacząco przybliżyć się do tytułu i jednocześnie pozbawić Inter marzeń o złotych medalach.
Od pierwszych minut gospodarze pokazali jednak, że nie zamierzają jedynie bronić się przed wyżej notowanym rywalem. Inter grał odważnie, konsekwentnie i z dużym zaangażowaniem w każdej strefie boiska. To właśnie zawodnicy w białych trykotach jako pierwsi trafili do siatki. Denis Kysilew wykorzystał penetrujące podanie od kolegi z zespołu, błyskawicznie obrócił się z piłką i precyzyjnym strzałem otworzył wynik spotkania. Kolejne próby zarówno Interu, jak i YUG.BUD były skutecznie blokowane lub wyłapywane przez bardzo dobrze dysponowanych tego dnia bramkarzy. Tempo meczu stało na wysokim poziomie, ale mimo kilku groźnych sytuacji do przerwy wynik nie uległ już zmianie i gospodarze schodzili do szatni z prowadzeniem 1:0.
Po zmianie stron goście próbowali mocniej przejąć inicjatywę, jednak Inter znakomicie odpowiadał szybkim przejściem z obrony do ataku. Kontrataki gospodarzy były dynamiczne, konkretne i regularnie sprawiały defensywie lidera ogromne problemy. Najważniejszym momentem meczu okazała się akcja Alishera Mergena - zdecydowanie najjaśniejszego punktu zespołu Interu. Zawodnik rozpoczął rajd jeszcze na własnej połowie, przebiegł z piłką przez sporą część boiska, a następnie strzałem po ziemi przełamał ręce bramkarza rywali i podwyższył prowadzenie swojej drużyny.
Przebieg spotkania zmusił YUG.BUD do większego otwarcia się oraz budowania akcji z udziałem bramkarza, co okazało się bardzo kosztowne. Jeden z błędów został bezlitośnie wykorzystany przez gospodarzy, a gol na 3:0 praktycznie zamknął mecz. Goście zdołali jeszcze odpowiedzieć efektowną akcją zespołową i zdobyli honorową bramkę, jednak na realne odrabianie strat było już zdecydowanie za późno.
Inter wygrał zasłużenie, pokazując ogromną determinację, świetną organizację gry i skuteczność w kluczowych momentach spotkania. To zwycięstwo pozwoliło gospodarzom zbliżyć się do lidera na zaledwie jeden punkt i sprawiło, że walka o mistrzostwo 15. Ligi nabrała zupełnie nowego wymiaru. W najbliższych kolejkach aż trzy drużyny - YUG.BUD, Inter oraz Green Team - będą biły się o końcowy triumf.
Zdecydowanym faworytem spotkania pomiędzy Pogromcami Poprzeczek a KP Syrenką byli gospodarze, którzy wciąż zachowywali matematyczne szanse na miejsce na podium. Goście natomiast walczyli o dogonienie RCD Los Rogalos i wydostanie się ze strefy spadkowej.
Spotkanie zdecydowanie lepiej rozpoczęła Syrenka, która jako pierwsza otworzyła wynik meczu. Po składnej akcji zespołowej Marcin Słabikowski dołożył nogę do pustej bramki, a chwilę później Maksymilian Pająk podwyższył prowadzenie, efektownie kładąc na murawie bramkarza rywali. Pogromcy Poprzeczek bardzo szybko odpowiedzieli. Kontuzja kostki nie przeszkodziła Marcinowi Kowalskiemu w zdobyciu bramki kontaktowej - jego skuteczny strzał głową dał gospodarzom nadzieję na powrót do spotkania. Tuż przed przerwą ponownie błysnął jednak Słabikowski, który potężnym uderzeniem z dystansu na krótki słupek ustalił wynik pierwszej połowy na 1:3.
Po zmianie stron oglądaliśmy już zupełnie inne oblicze gospodarzy. Widać było, że w szatni musiały paść mocne słowa, ponieważ Pogromcy wrócili na boisko z ogromną determinacją i zaczęli krok po kroku odrabiać straty. Ich gra była odważniejsza, bardziej dynamiczna i zdecydowanie skuteczniejsza pod bramką rywali. Wystarczyło zaledwie kilka minut, aby faworyci nie tylko doprowadzili do wyrównania, ale również wyszli na dwubramkowe prowadzenie. Syrenka momentami wyglądała na kompletnie wybita z rytmu i miała ogromne problemy z zatrzymywaniem rozpędzonych przeciwników.
W końcówce spotkania było jednak widać zmęczenie w szeregach Pogromców Poprzeczek, co goście zdołali wykorzystać, zdobywając bramkę kontaktową. Emocje sięgnęły zenitu, ale doświadczenie i spokój gospodarzy okazały się kluczowe. Po pięknej akcji całego zespołu trafienie na 6:4 stało się prawdziwą wisienką na torcie tego bardzo emocjonującego widowiska.
Pogromcy Poprzeczek zasłużyli na ogromne uznanie za charakter, wiarę do końca i imponujący comeback po nieudanej pierwszej połowie. KP Syrenka z kolei może żałować wypuszczenia tak korzystnego wyniku. Po potknięciu RCD Los Rogalos goście mieli idealną okazję, aby zrównać się z rywalem w tabeli, jednak ostatecznie musieli pogodzić się z bolesną porażką.
Spotkanie trzeciego zespołu Oldboys Derby z FC Wombaty było meczem bardzo wyrównanym, spokojnym i prowadzonym w dość pragmatycznym stylu. Obie drużyny podeszły do rywalizacji rozsądnie, bez zbędnego szaleństwa w ofensywie, stawiając przede wszystkim na dobrą organizację gry oraz cierpliwe budowanie akcji. Tempo może nie należało do najwyższych, ale spotkanie nadrabiało dyscypliną taktyczną i walką o każdy fragment boiska.
Pierwsza połowa zakończyła się wynikiem 1:1, co bardzo dobrze oddawało przebieg tej części meczu. Żadna ze stron nie potrafiła wypracować wyraźnej przewagi, a kluczową rolę odgrywały detale, pojedyncze decyzje oraz solidna postawa zawodników odpowiedzialnych za defensywę. W drużynie gospodarzy między słupkami w pierwszej połowie występował Piotr Arendt, który zanotował kilka bardzo ważnych interwencji i utrzymywał swój zespół w grze w kluczowych momentach spotkania. Po przerwie doszło do zmiany - miejsce w bramce zajął Przemysław Biały, natomiast Arendt przesunął się do gry w polu. Co warte podkreślenia, również tam miał duży wpływ na przebieg meczu, pomagając drużynie aktywnością, zaangażowaniem i kilkoma ważnymi interwencjami w defensywie.
Po stronie gospodarzy na listę strzelców wpisali się Marcin Gołębiewski oraz Artur Gacoń. FC Wombaty odpowiedziały golami Piotra Sznajdera oraz Wojtka Grabowskiego, pokazując konsekwencję i cierpliwość w realizowaniu swojego planu na spotkanie.
Druga połowa nie przyniosła większej zmiany obrazu gry. Nadal dominował futbol wyważony, pragmatyczny i spokojny, w którym obie drużyny bardziej skupiały się na unikaniu błędów niż na całkowitej wymianie ciosów. Każda akcja była budowana cierpliwie, a defensywy obu ekip funkcjonowały bardzo solidnie. Ostatecznie spotkanie zakończyło się remisem 2:2, który wydaje się sprawiedliwym rezultatem po meczu dwóch dobrze zorganizowanych drużyn, prezentujących podobny poziom i bardzo odpowiedzialne podejście do gry.
W spotkaniu 16. ligi pomiędzy rezerwami dobrze znanych i prezentujących wysoki poziom sportowy drużyn Ternovitsii oraz Q-Ice zdecydowanie lepsi okazali się zawodnicy ukraińskiej ekipy.
Początek meczu był jednak znacznie bardziej wyrównany, niż może sugerować końcowy rezultat. Obie drużyny od pierwszych minut próbowały przejąć inicjatywę, szukały swoich okazji ofensywnych i starały się narzucić własne tempo gry. Z czasem coraz wyraźniej do głosu zaczęli dochodzić zawodnicy w żółtych strojach, którzy z minuty na minutę prezentowali coraz większą pewność siebie oraz skuteczność pod bramką przeciwnika. Już wynik do przerwy - 7:3 - pokazywał, że gracze Ternovitsii złapali odpowiedni rytm i zaczęli budować wyraźną przewagę. Ich akcje były coraz bardziej składne, dynamiczne i dobrze wykończone, a rywale mieli coraz większe problemy z zatrzymywaniem rozpędzonej ofensywy przeciwnika.
Druga połowa była już praktycznie całkowicie jednostronnym widowiskiem i pełną dominacją Ternovitsii. Ice Team w tej części spotkania praktycznie nie istniał. Ogromne znaczenie miały problemy kadrowe, które bardzo mocno odbiły się na jakości gry zespołu. Skład oparty niemal wyłącznie na zawodnikach defensywnych nie był w stanie odpowiednio przeciwstawić się ofensywnie usposobionemu rywalowi i zapewnić drużynie realnej walki o korzystny rezultat. Miażdżąca przewaga zawodników w żółtych koszulkach sprawiała, że bramkarz Ice Teamu praktycznie bez przerwy musiał wyciągać piłkę z siatki.
Był to prawdziwy pokaz piłkarskich umiejętności w wykonaniu ukraińskiej drużyny. Zawodnicy Ternovitsii udowodnili, że nie tylko pierwszy zespół tej organizacji potrafi imponować zgraniem, organizacją gry i ofensywną jakością. Rezerwy również pokazały ogromny potencjał i całkowicie zdominowały swojego rywala.
Spotkanie pomiędzy Będziemy Krążyć FC a PPKS Tornado od początku układało się po myśli gości. Już w pierwszej połowie zawodnicy PPKS Tornado zdobyli dwie bramki, dzięki którym mogli spokojnie kontrolować przebieg meczu i narzucić własne warunki gry.
Gospodarze mieli natomiast sporo problemów organizacyjnych, szczególnie przy zmianie bramkarza, gdzie na boisku pojawił się spory chaos. Widać było, że zawodnicy Będziemy Krążyć FC mają dużo na głowie i nie potrafią odpowiednio wejść w rytm spotkania. Brak koncentracji, problemy z ustawieniem i niepewność w defensywie były widoczne praktycznie przez całą pierwszą część meczu.
Tornado wyglądało zdecydowanie lepiej pod względem organizacji gry. Goście sprawiali wrażenie drużyny bardziej poukładanej i świadomej swoich założeń taktycznych, co bardzo dobrze było widać w ich akcjach ofensywnych. Ataki były składne, przemyślane i skuteczne, a kontrola nad spotkaniem praktycznie ani na moment nie wymykała im się z rąk.
Po zmianie stron sytuacja gospodarzy częściowo się ustabilizowała, ponieważ w bramce pojawił się nominalny golkiper. Dzięki temu drużyna mogła bardziej skupić się na samej grze i wyglądała nieco pewniej niż przed przerwą. Nie przełożyło się to jednak na realne odwrócenie losów meczu. PPKS Tornado nadal konsekwentnie realizowało swój plan, dobrze operowało piłką i regularnie stwarzało kolejne groźne sytuacje pod bramką rywali. Goście zachowali spokój, kontrolowali tempo spotkania i skutecznie wykorzystywali błędy przeciwników.
Ostatecznie mecz zakończył się wysokim zwycięstwem PPKS Tornado 7:1. Goście zasłużenie sięgnęli po komplet punktów i mogli sobie pogratulować solidnie wykonanej roboty.
W meczu 16. ligi zmierzyły się drużyny Rzeźni Marki oraz Vitaury. Rzeźnia, która w ostatnim czasie nie notowała najlepszych wyników, miała dobrą okazję do przełamania słabszej passy. Vitaura postawiła jednak bardzo trudne warunki i ostatecznie to zawodnicy w białych trykotach okazali się lepsi, wygrywając spotkanie 7:4.
Od pierwszego gwizdka sędziego to goście byli stroną bardziej aktywną i wyraźnie przeważającą. Vitaura konstruowała więcej akcji ofensywnych, a przede wszystkim wyglądała znacznie bardziej poukładanie w grze ofensywnej. Zawodnicy dobrze wymieniali podania, cierpliwie budowali swoje ataki i regularnie stwarzali zagrożenie pod bramką rywali. Z biegiem czasu do głosu zaczęli dochodzić jednak piłkarze z Marek, którzy stopniowo wyrównywali obraz spotkania. Dzięki temu pierwsza połowa zakończyła się jedynie jednobramkowym prowadzeniem Vitaury, co pozostawiało gospodarzom nadzieję na odwrócenie losów rywalizacji po przerwie.
Druga część meczu była już jednak zdecydowanie bardziej jednostronna. Vitaura wrzuciła wyższy bieg i nie pozostawiła większych wątpliwości, kto tego dnia był lepszą drużyną. Goście grali bardzo mądrze, kontrolowali przebieg spotkania i z każdą kolejną minutą coraz skuteczniej wykorzystywali błędy przeciwników. Ich ataki przynosiły coraz lepsze efekty, a najgroźniejszą bronią okazały się szybkie kontrataki po przechwytach piłki. Rzeźnia Marki miała ogromne problemy z odbudowaniem ustawienia defensywnego po stratach i właśnie w takich sytuacjach Vitaura była najbardziej zabójcza. Goście bardzo dobrze wykorzystywali wolne przestrzenie i z dużą skutecznością zamieniali kolejne akcje na bramki.
Ostatecznie Vitaura zasłużenie sięgnęła po komplet punktów, wygrywając 7:4 i pokazując dużą dojrzałość w grze ofensywnej. Drużyna nadal pozostaje w walce o miejsce w TOP 3 i z pewnością będzie biła się o podium do samego końca sezonu. Rzeźnia Marki mimo ambitnej postawy ponownie musiała uznać wyższość rywala. Pozostaje mieć nadzieję, że drużyna wróci w kolejnych rozgrywkach odmieniona i pokaże pełnię swojego potencjału.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)