reklama reklama
usuń na 24h reklama
menu ligowe
Archiwum
poziomy rozgrywek
aktualności
aktualności
Rozgrywki
Statystyki
Futbol.tv
turnieje
Wywiady
SUPERBET CUP
Galeria
1 Liga
2 Liga
3 Liga
4 Liga
5 Liga
6 Liga
7 Liga
8 Liga

RAPORT MECZOWY! 2. KOLEJKA - LATO 2026

Druga kolejka była zdecydowanie bardziej bramkostrzelna niż inauguracja! To wyraźny sygnał, że drużyny – zwłaszcza te debiutujące w Decathlon Lidze Fanów – coraz lepiej odnajdują się na boiskach AWF i z meczu na mecz nabierają pewności siebie. I choć nie wszystkie nowe zespoły zdążyły jeszcze zapunktować, w wielu przypadkach wydaje się, że to już tylko kwestia czasu.

Opisy meczów 2. kolejki czekają już na Was w raportach, w zakładce PODSUMOWANIE SPOTKANIA. Ale mamy też coś dla tych, którym nie chce się za dużo klikać, a których interesują relacje wyłącznie z meczów ligi w której grają. Wchodząc w menu konkretnego poziomu rozgrywkowego dodaliśmy opcję RELACJE MECZOWE. Wszystkie streszczenia znajdziecie tam w jednym miejscu :) Życzymy Wam przyjemnej lektury!


1 Liga

W pierwszej kolejce zarówno BM, jak i Q-Ice Warszawa wygrały swoje mecze, więc ich bezpośrednie starcie w 2. kolejce 1. ligi zapowiadało się na wyśmienite widowisko. Piłkarsko? Nie mamy zastrzeżeń. Zespoły szły łeb w łeb, na gola zaraz mieliśmy odpowiedź w postaci kolejnej bramki, a całość zakończyła się wynikiem na styku.

Zwycięskie okazało się BM, które zdobyło o jedną bramkę więcej. W rolę killera dla wygranych wcielił się Kiryl Semerenko, który przy swoim nazwisku w protokole zapisał hat-tricka. Był to klasyczny mecz w roli finishera, trochę jak Robert Lewandowski w czasach świetności w Bayernie Monachium. To on otworzył wynik strzałem z bliska po tym, jak pod jego nogi spadła piłka po błędzie defensora ekipy Q-Ice. Później trafił do pustej bramki, gdy rywale wyszli bardzo wysoko do rozegrania. Na 4:3 trafił natomiast, wykorzystując świetne podanie Oleha Blintsova.

Semerenko był skuteczny, jednak naszym zdaniem warto wyróżnić Faizena Rahmatshoeva. Zawodnik ten miał bardzo duży wkład w całą grę ekipy BM, sterując wszystkim od zaplecza. Zaczynał akcje spod własnej bramki, był dobry w odbiorze, a także umiał regulować tempo gry. Udało mu się nawet strzelić gola, którego sam sobie wypracował.

W ekipie Q-Ice wyróżniał się Denys Blank, który był jednoosobową armią, a w końcówce musiał nawet stanąć na bramce. Efekt? Hat-trick. To on dbał o to, aby jego ekipa pozostawała w grze. Przy pierwszym golu z gracją minął bramkarza, później huknął zza pola karnego błyskawicznie po świetnym zwodzie, a na koniec, już jako bramkarz, znów trafił z dystansu.

Niestety, chwilę po wyrównaniu na 4:4 Junior Bashiri zdobył zwycięską bramkę. Q-Ice nie odpowiedziało, choć świetną okazję do tego miał Łukasz Biel. W trudnym położeniu znalazł trochę miejsca, uderzył spod kolana, ale trafił w poprzeczkę. Blisko było remisu, ale ostatecznie to BM cieszyło się ze zwycięstwa po naprawdę piłkarskim meczu.

W drugiej kolejce na najwyższym szczeblu Ligi Letniej naprzeciw siebie stanęły zespoły Warsaw Sinaloa i Ternovitsii, które na inaugurację sezonu sięgnęły po komplet punktów. Wszystko wskazywało więc na wyrównane widowisko i dokładnie takie otrzymaliśmy.

Choć aura nie rozpieszczała, a przez całe spotkanie nad boiskiem padał intensywny deszcz, emocji nie brakowało. Obie drużyny stworzyły wiele sytuacji bramkowych, a gra toczyła się w szybkim tempie, z akcjami przenoszącymi się raz pod jedną, raz pod drugą bramkę.

Jako pierwsi cios zadali goście. Serhii Romanovskyi wykorzystał podanie od Ruslana Romanovskyiego i dał Ternovitsii prowadzenie. Mimo straconego gola zawodnicy Warsaw Sinaloa nie zamierzali odpuszczać i coraz śmielej atakowali bramkę rywali. W międzyczasie sytuacja gości skomplikowała się, gdy strzelec pierwszej bramki obejrzał dwie żółte kartki i musiał opuścić boisko, pozostawiając swój zespół na kilka minut w osłabieniu. Po wielu staraniach gospodarze w końcu wykorzystali swoją szansę. Patryk Abbassi zachował zimną krew pod bramką rywali i doprowadził do wyrównania. Do przerwy widniał remis 1:1, który doskonale odzwierciedlał przebieg pierwszej części spotkania.

Po zmianie stron obraz gry nie uległ zmianie. Nadal oglądaliśmy zaciętą i wyrównaną rywalizację, stojącą na bardzo wysokim poziomie. Tym razem to Warsaw Sinaloa jako pierwsza wyszła na prowadzenie. Po raz drugi na listę strzelców wpisał się Patryk Abbassi, wyprowadzając swój zespół na prowadzenie 2:1. Radość gospodarzy nie trwała jednak długo. Zaledwie chwilę później odpowiedział Oleksander Liakhiv, który skutecznym wykończeniem akcji ponownie doprowadził do remisu. Gdy wydawało się, że spotkanie zakończy się sprawiedliwym podziałem punktów, Ternovitsia zadała decydujący cios. W ostatniej akcji meczu Volodymyr Hrydoviy znalazł drogę do siatki i zapewnił swojej drużynie niezwykle cenne zwycięstwo.

Niewątpliwie obie drużyny zasługują na słowa uznania za determinację, jakość gry i walkę do ostatnich sekund. Ostatecznie komplet punktów trafił na konto Ternovitsii, ale zarówno zwycięzcy, jak i pokonani pozostawili po sobie bardzo dobre wrażenie.

Przed pierwszym gwizdkiem to Inferno było wskazywane jako zdecydowany faworyt tego spotkania. Z drugiej strony stanął jednak Comeback – zespół, który niejednokrotnie udowadniał, że potrafi być niezwykle niewygodnym rywalem. Waleczność, charakter i skuteczność pod bramką przeciwnika to znaki rozpoznawcze tej drużyny, dlatego mimo różnicy potencjału zapowiadało się bardzo ciekawe widowisko.

Pierwsza połowa przebiegała zgodnie z przewidywaniami. Inferno kontrolowało przebieg gry, spokojnie operowało piłką i umiejętnie regulowało tempo spotkania. Gospodarze nie forsowali wydarzeń, ale konsekwentnie budowali swoją przewagę, schodząc na przerwę z zasłużonym prowadzeniem 3:0. Po zmianie stron wszystko się jednak odmieniło...

Comeback wyszedł na boisko odmieniony, a sygnał do ataku dali Bilonozhko oraz Synkievich. To właśnie oni byli motorami napędowymi wielkiego powrotu swojej drużyny. Kolejne trafienia sprawiły, że przewaga Inferno zaczęła topnieć, aż w końcu na tablicy wyników pojawił się remis 4:4. Goście poczuli krew i uwierzyli, że mogą odebrać faworytowi komplet punktów.

Końcówka była prawdziwym widowiskiem. Comeback nacierał z ogromną wiarą, natomiast Inferno musiało wrzucić szósty bieg, aby nie wypuścić zwycięstwa z rąk. Gdy emocje sięgały zenitu, o losach meczu przesądziły charakter i piłkarska jakość. Szymański wziął na siebie odpowiedzialność w kluczowych momentach, a Piotrek Bartnicki po raz kolejny pokazał, jak wielką różnicę potrafi zrobić swoim spokojem i umiejętnościami. To właśnie dzięki dwóm znakomitym akcjom tej dwójki Inferno zdołało przechylić szalę zwycięstwa na swoją stronę i zamknąć mecz tuż przed końcowym gwizdkiem.

Obie drużyny stworzyły widowisko, które do samego końca trzymało w napięciu, a na szczególne uznanie zasługuje również wzajemny sportowy szacunek zawodników. Takie mecze aż chce się oglądać!

W drugiej kolejce Ligi Fanów naprzeciw siebie stanęły drużyny Hetman FC i FC Kebavita, które na inaugurację rozgrywek musiały uznać wyższość swoich rywali. Dla obu zespołów było to niezwykle ważne spotkanie – nie tylko okazja do rehabilitacji, lecz także szansa na złapanie kontaktu z czołówką tabeli.

Mecz od pierwszych minut toczył się w bardzo wysokim tempie. Obie ekipy wyszły na boisko pełne determinacji, chcąc jak najlepiej rozpocząć rywalizację. Inicjatywę jednak szybko przejęli goście, którzy narzucili swój styl gry i częściej utrzymywali się przy piłce. Mimo przewagi to gospodarze jako pierwsi zdobyli bramkę. Po szybkim kontrataku Hetmana skutecznym wykończeniem popisał się Filip Motyczyński, dając swojej drużynie prowadzenie.

Radość gospodarzy nie trwała jednak długo. Zespół prowadzony przez Buraka Cana błyskawicznie odpowiedział i już kilka chwil później doprowadził do wyrównania. Od tego momentu goście zaczęli dominować na boisku. Bardzo dobrze funkcjonowali w defensywie, skutecznie przerywając akcje rywali, a w ataku umiejętnie wykorzystywali grę przez silnego fizycznie napastnika, który świetnie radził sobie z grą tyłem do bramki. Kebavita z każdą minutą nabierała rozpędu, a jej skuteczność imponowała. Goście bezlitośnie wykorzystywali kolejne okazje strzeleckie, dzięki czemu na przerwę schodzili z wysokim prowadzeniem 8:2.

Po zmianie stron obraz gry nie uległ zmianie. To FC Kebavita nadal kontrolowała przebieg wydarzeń i nadawała ton rywalizacji. Wraz z upływem czasu spotkanie stawało się coraz bardziej otwarte, co przełożyło się na większą liczbę sytuacji pod obiema bramkami. Hetman zdołał zdobyć jeszcze kilka goli, jednak nie był w stanie zatrzymać rozpędzonych przeciwników.

Ostatecznie FC Kebavita odniosła efektowne zwycięstwo 15:6. Wynik w pełni odzwierciedla przebieg spotkania, w którym goście byli zespołem dojrzalszym, skuteczniejszym i lepiej zorganizowanym. Hetman FC po dwóch kolejkach pozostaje na ostatnim miejscu w tabeli. Z kolei Kebavita dopisuje pierwsze trzy punkty i zachowuje realne szanse na włączenie się do walki o ligowe medale.

2 Liga

W drugiej kolejce FSK Kolos podejmował FC Bulls. Gospodarze przystępowali do spotkania w dobrych nastrojach po zwycięstwie w pierwszej serii gier, natomiast goście po inauguracyjnej porażce liczyli na zdobycie pierwszych punktów. Stawka meczu była wysoka, ponieważ jego wynik mógł wyznaczyć kierunek walki obu zespołów w dalszej części sezonu.

Od pierwszego gwizdka inicjatywę przejęli gospodarze, którzy szybko narzucili rywalom swoje warunki gry. Zespół Kolosa prezentował się bardzo pewnie, utrzymywał wysokie tempo i z dużą dokładnością konstruował kolejne akcje. Już po kilku minutach gospodarze wyszli na prowadzenie 1:0, a niedługo później podwyższyli wynik na 2:0. Wydawało się, że zmierzają po łatwe zwycięstwo.

FC Bulls nie zamierzało jednak składać broni. Ku zaskoczeniu wielu obserwatorów goście przejęli na pewien czas kontrolę nad wydarzeniami na boisku i swoją przewagę udokumentowali zdobyciem bramki. Nadzieje na odwrócenie losów spotkania zostały jednak szybko ostudzone. Kolos odpowiedział niemal natychmiast, zdobywając kolejne trafienie. Świetnie dysponowani Volodymyr i Oleg Grabowscy byli prawdziwym utrapieniem dla defensywy rywali, regularnie rozbijając jej szyki i stwarzając zagrożenie pod bramką Byków.

Z każdą kolejną minutą przewaga gospodarzy rosła, co znajdowało odzwierciedlenie również na tablicy wyników. Kolos seryjnie zdobywał gole i na przerwę schodził z prowadzeniem 8:2. Po zmianie stron nad areną AWF-u rozpętała się prawdziwa ulewa. Intensywny deszcz oraz śliska murawa znacząco utrudniały grę obu drużynom. Mimo trudnych warunków zespoły starały się konstruować akcje i szukać swoich szans w ataku, jednak pogoda skutecznie ograniczała ich możliwości. W drugiej połowie kibice zobaczyli jedynie trzy bramki, co można tłumaczyć fatalnymi warunkami atmosferycznymi.

Ostatecznie FSK Kolos pewnie pokonał FC Bulls 11:3. Dzięki temu zwycięstwu gospodarze dopisali do swojego konta kolejne trzy punkty i potwierdzili, że będą liczyć się w walce o najwyższe cele. FC Bulls po dwóch porażkach z rzędu znalazło się natomiast w trudnym położeniu i musi szybko poprawić swoją grę, jeśli chce jeszcze włączyć się do rywalizacji o czołowe lokaty w krótkim sezonie letnim.

Spotkanie FK Almaz z FC Łowcy 2 od pierwszego gwizdka miało tylko jednego bohatera. Gospodarze całkowicie zdominowali przebieg rywalizacji, kontrolując grę w każdym elemencie i odnosząc wysokie, zasłużone zwycięstwo 9:0. Wynik doskonale odzwierciedla przewagę Almazu, który przez całe spotkanie narzucał swoje tempo i nie pozwalał rywalom rozwinąć skrzydeł.

Sytuacja FC Łowcy 2 była jednak niezwykle trudna już przed rozpoczęciem meczu. Zespół przystąpił do spotkania w zaledwie czteroosobowym składzie, co znacząco utrudniało nawiązanie wyrównanej walki z dobrze dysponowanym przeciwnikiem. FK Almaz bezlitośnie wykorzystywał przewagę liczebną, raz za razem tworząc groźne sytuacje pod bramką rywali. Już do przerwy prowadził 6:0, praktycznie rozstrzygając losy spotkania.

Po zmianie stron obraz gry nie uległ zmianie. Almaz nadal dominował w posiadaniu piłki, cierpliwie konstruował kolejne akcje i dokładał następne trafienia, nie pozostawiając żadnych wątpliwości, która drużyna tego dnia była lepsza. Mimo wysokiego prowadzenia gospodarze nie zwalniali tempa i konsekwentnie dążyli do zdobywania kolejnych bramek.

Na szczególne wyróżnienie, mimo porażki swojego zespołu, zasłużył bramkarz FC Łowcy 2, Vadym Chorniy. Golkiper rozegrał bardzo dobre zawody i wielokrotnie ratował swój zespół przed utratą kolejnych goli. Popisał się serią znakomitych interwencji, broniąc zarówno sytuacje sam na sam, jak i mocne uderzenia z bliskiej odległości. Gdyby nie jego świetna dyspozycja między słupkami, końcowy rezultat mógłby być zdecydowanie wyższy – nawet dwukrotnie. Mimo trudnych warunków i gry w osłabieniu do samego końca walczył o każdą piłkę, zasługując na ogromne brawa za swój występ.

FK Almaz pewnie dopisał komplet punktów, prezentując skuteczną i dojrzałą grę przez pełne 50 minut rywalizacji.

Gorzej już być nie może – z takim nastawieniem do drugiego spotkania Ligi Letniej powinni podejść zawodnicy Meyis BR 2023. Na inaugurację kompletnie się nie popisali. Było widać, że zespół jest dopiero na etapie zgrywania, a Ajaks Warszawa bezlitośnie wykorzystał wszystkie jego słabości i rozgromił ich aż 11:0.

A skoro Ajaks tak wysoko pokonał Meyis, można było przypuszczać, że Inferno Team II – przynajmniej na papierze jeszcze mocniejsza drużyna – rozprawi się z rywalem w jeszcze bardziej efektowny sposób. Tak przynajmniej wydawało się przed pierwszym gwizdkiem. Sytuację nieco zmienił jednak fakt, że Igor Patkowski tuż przed meczem dopisał do składu aż trzech zawodników. To sprawiło, że proporcje nieco się wyrównały i pojawiła się nadzieja, że nie będziemy świadkami jednostronnego widowiska.

I rzeczywiście tak było. Co więcej, to Meyis zdobył pierwszą bramkę. Autorem trafienia był najlepszy w ich szeregach Alper Inan. Chwilę później wszystko wróciło jednak do przewidywanego scenariusza. Inferno błyskawicznie odzyskało swój rytm, zdobyło dwie bramki i odwróciło losy spotkania. Meyis nie zamierzał jednak składać broni. Obawialiśmy się, że za moment gole zaczną wpadać hurtowo, ale nic takiego nie nastąpiło. Zawodnicy walczyli z ogromnym zaangażowaniem, momentami nawet przesadnym, lecz właśnie dzięki tej determinacji pozostawali w grze. Efektem był gol na 2:2, którego bezpośrednio z rzutu wolnego zdobył ponownie Alper Inan. Do przerwy mieliśmy więc całkowicie niespodziewany remis.

Wydawało się jednak, że prędzej czy później Inferno znajdzie sposób, aby odskoczyć rywalowi. Kluczowym momentem okazała się żółta kartka dla Enesa Okcuoglu. Gra w osłabieniu zakończyła się utratą gola na 2:3, a chwilę później Inferno dołożyło kolejne trafienie i mecz zaczął układać się po myśli faworyta. To jednak wcale nie oznaczało końca emocji. Dodatkowej dramaturgii dodała pogoda. Nad boiskiem rozpętała się ulewa, piłka stała się bardzo trudna do opanowania, a w tych warunkach początkowo lepiej odnajdywali się reprezentanci Turcji. Alper Inan skompletował nawet hat-tricka, dając swojej drużynie nadzieję na jeszcze jedną pogoń.

Radość nie trwała jednak długo. Meyis chyba nie spodziewał się, że rywal odpowie niemal natychmiast. Zaraz po wznowieniu gry Marcel Winiarski zdecydował się na strzał bezpośrednio z rozpoczęcia i kompletnie zaskoczył przeciwników, błyskawicznie gasząc ich entuzjazm.

Końcówka należała już do Inferno. Faworyci kontrolowali wydarzenia na boisku, a sam mecz zrobił się nieco bardziej nerwowy. Nie brakowało słownych utarczek i ostrzejszych starć, ale na szczęście wszystko zakończyło się wyłącznie na sportowych emocjach.

Ostatecznie Inferno Team II wygrało 8:3 i samo zwycięstwo nie było żadnym zaskoczeniem. Ich gra nie była może idealna, ale trzeba uczciwie przyznać, że rywal okazał się znacznie bardziej wymagający, niż można było przypuszczać po pierwszej kolejce. Choćby z tego względu zawodnikom Meyis BR 2023 należą się słowa uznania. Wyciągnęli wnioski z bolesnej inauguracji, pokazali, że potrafią grać w piłkę i zostawili na boisku mnóstwo serca. Jeśli utrzymają taki kierunek rozwoju, wydaje się tylko kwestią czasu, aż na ich koncie pojawią się pierwsze ligowe punkty.

Choć Husaria Mokotów na inaugurację Ligi Letniej przegrała, a Ajaks Warszawa wygrał aż 11:0, tylko ktoś nieznający realiów tych rozgrywek mógł stwierdzić, że ich bezpośrednie starcie będzie spacerkiem dla jednej ze stron. Tomasz Hubner to kapitan, który wyjątkowo nie lubi przegrywać – a już na pewno nie dwa razy z rzędu, zwłaszcza na początku sezonu, kiedy tak naprawdę ważą się losy tego, czy drużyna będzie walczyć o medale, czy jedynie o szarą egzystencję.

Okoliczności nie sprzyjały jednak Husarii. Z podstawowego składu dojechało zaledwie kilku zawodników, dlatego konieczne było solidne przemeblowanie zespołu. Ostatecznie Husaria dysponowała ośmioma graczami, ale jeszcze większe problemy kadrowe miał Long Kevin Tran. Na mecz przyjechało zaledwie sześciu zawodników, więc od początku było jasne, że brak zmian może odegrać kluczową rolę.

Nie trzeba było długo czekać, aby znalazło to odzwierciedlenie na boisku. Ajaks chyba sam nie wiedział, jak podejść do tego spotkania – próbować grać swoje czy oszczędzać siły, mając świadomość, że przy tak skromnym składzie mogą one bardzo szybko się wyczerpać. Ten dylemat rozwiązał się błyskawicznie, bo już po kilku minutach goście musieli odrabiać straty. Pięknym strzałem z dystansu wynik otworzył Jan Antoszkiewicz, wyprowadzając Husarię na prowadzenie.

Na tym gospodarze nie zamierzali poprzestawać. Z wyniku 1:0 bardzo szybko zrobiło się 4:0. Nie można jednak patrzeć na ten fragment wyłącznie przez pryzmat bramek, bo Ajaks również dochodził do swoich okazji. Brakowało jedynie skuteczności. W końcu, przy stanie 0:4, udało się otworzyć dorobek bramkowy i nieco zmniejszyć straty przed przerwą. Mimo wszystko rezultat 2:5 nie dawał wielu powodów do by sądzić, że comeback is real.

Po zmianie stron Ajaks zasłużył jednak na ogromne słowa uznania. Mimo bardzo niesprzyjających okoliczności zawodnicy postawili wszystko na jedną kartę. Początek drugiej połowy należał do nich. Z wyniku 2:5 błyskawicznie zrobiło się 4:5, a to wcale nie musiał być koniec ich świetnej serii. Przy takim rezultacie Mateusz Kieryło był dosłownie o centymetry od doprowadzenia do remisu, lecz kapitalną interwencją popisał się bramkarz Husarii, Wiktor Sławiński. Jak się później okazało, była to kluczowa akcja całego spotkania. Gdyby wtedy padł gol na 5:5, końcówka mogłaby wyglądać zupełnie inaczej.

Ta obrona wyraźnie obudziła Husarię. Gospodarze wrócili do gry, jaką prezentowali w pierwszej połowie, a trafienie Adama Niewiadomskiego okazało się przysłowiowym gwoździem do trumny Ajaksu. Zespół gości zaczął się rozsypywać, pojawiły się proste błędy i niewymuszone straty, które Husarzyści bezlitośnie wykorzystywali. I tak mecz, który przez chwilę niósł ze sobą zapach sensacji, zakończył się wysokim zwycięstwem Husarii 11:4.

Wynik może sugerować jednostronne widowisko, ale byłby to bardzo mylący obraz tego spotkania. Ajaks z pewnością nie był słabszy o siedem bramek. Wręcz przeciwnie – mimo gry bez żadnego zmiennika potrafił zepchnąć rywala do defensywy i sprawić, że przez dłuższy moment Husaria poczuła się naprawdę niekomfortowo. Dlatego, mimo wysokiej porażki, zawodnicy Ajaksu mogą opuszczać boisko z podniesionymi głowami. To była przegrana, którą śmiało można nazwać honorową. I chyba również triumfatorzy przyznają, że nie był to mecz, który można określić mianem spacerku.

3 Liga

Spotkanie LaFlame z Husarią II zapowiadało się jako starcie drużyn o zupełnie innych aspiracjach. Gospodarze przystąpili do meczu w bardzo mocnym, niemal „nafaszerowanym” składzie, podczas gdy po drugiej stronie stanęła letnia wersja Husarii II, która od pierwszych minut musiała zmierzyć się z niezwykle wymagającym rywalem.

Początek spotkania był jednak zaskakująco wyrównany. Obie drużyny weszły na boisko z dużą intensywnością i chęcią narzucenia własnych warunków. Po pięknym trafieniu Kamoli wydawało się, że mecz może jeszcze długo trzymać kibiców w niepewności.

Z czasem do głosu doszli jednak liderzy LaFlame. Cetlin oraz Kołodziejski przejęli kontrolę nad wydarzeniami na boisku i to właśnie ich skuteczność sprawiła, że gospodarze zaczęli systematycznie rozbijać coraz bardziej bezradną Husarię II. Ataki LaFlame były znacznie bardziej konkretne, płynne i przede wszystkim skutecznie finalizowane. Drużyna z dużą łatwością dochodziła do kolejnych sytuacji bramkowych, a przewaga rosła z każdą minutą.

Końcowy wynik 14:6 doskonale oddaje przebieg tego spotkania. LaFlame przez większość meczu kontrolowało wydarzenia na boisku, imponując jakością w ofensywie i bezlitośnie wykorzystując swoje okazje. Na pochwałę zasługuje jednak postawa Husarii II. Mimo wysokich strat zespół nie złożył broni i do ostatniego gwizdka walczył o każdą piłkę. Ta determinacja pozwoliła w końcówce nieco zmniejszyć rozmiary porażki i pokazać charakter, z którego Husaria znana jest od dawna.

LaFlame dopisało do swojego konta kolejne pewne zwycięstwo, potwierdzając, że przy takiej jakości kadrowej jest zespołem niezwykle trudnym do zatrzymania.

Mecz Force Fusion FC – KSB II Warszawa dostarczył aż15 bramek. Już pierwsza połowa była niezwykle wyrównana i zakończyła się remisem 4:4, zapowiadając zaciętą walkę do ostatniego gwizdka.

Po zmianie stron to jednak KSB II Warszawa pokazało większą jakość i skuteczność w decydujących momentach spotkania. Dzięki lepszej organizacji gry oraz konsekwencji w ataku zespół przechylił szalę zwycięstwa na swoją korzyść, wygrywając 8:7.

Bezapelacyjnym bohaterem spotkania był Patryk Olkowicz, który był prawdziwym dyrygentem gry KSB. Zdobył hat-tricka, dołożył jedną asystę i przez całe spotkanie nadawał tempo akcjom swojej drużyny. Za swoją znakomitą formę został wyróżniony tytułem MVP 3. Ligi.

Po stronie Force Fusion FC na szczególne wyróżnienie zasłużyli Ruslan Yakubiv oraz Bohdan Khyzhvyak, którzy stworzyli perfekcyjnie współpracujący duet. Yakubiv popisał się kapitalną skutecznością, zdobywając cztery bramki, natomiast Khyzhvyak dołożył do tego trzy asysty, wielokrotnie kreując partnerom doskonałe okazje do zdobycia gola.

Mimo ich świetnej współpracy Force Fusion FC nie zdołało sięgnąć po zwycięstwo. Spotkanie było niezwykle wyrównane, zwłaszcza w pierwszej połowie, jednak po przerwie KSB II Warszawa udowodniło swoją wyższość, zachowując więcej zimnej krwi w kluczowych momentach. Ostatecznie to właśnie KSB mogło cieszyć się z bardzo cennego zwycięstwa.

W ramach 2. kolejki 3. Ligi Letniej byliśmy świadkami spotkania pomiędzy Sportowymi Zakapiorami a Elektrowoźniakiem II. Choć zawodnikom przyszło rywalizować w trudnych warunkach atmosferycznych, przy intensywnych opadach deszczu i na śliskiej murawie, nie zabrakło efektownych akcji i aż jedenastu zdobytych bramek.

Lepiej w mecz weszli goście. Wynik otworzył Rostyslav Marynets, który skutecznie wykończył dobrze rozegraną akcję po podaniu Denysa Blanka. Gospodarze szybko jednak przejęli inicjatywę i odwrócili losy spotkania. Najpierw do wyrównania doprowadził Daniel Lasota, następnie prowadzenie Sportowym Zakapiorom dał Paweł Groszkowski, a chwilę później na 3:1 podwyższył Aleksy Sałajczyk.

Druga ekipa Elektrowoźniaka nie zamierzała się jednak poddawać. Kontaktową bramkę zdobył Yurii Radkevych, jednak odpowiedź gospodarzy była natychmiastowa. Daniel Lasota po raz drugi wpisał się na listę strzelców, wykorzystując świetne zagranie bramkarza Łukasza Walczuka. Jeszcze przed przerwą goście ponownie zmniejszyli straty i po pełnej emocji pierwszej połowie Sportowe Zakapiory prowadziły 4:3.

Po zmianie stron obraz gry niewiele się zmienił. Obie drużyny stwarzały sobie sytuacje, lecz zdecydowanie większą skutecznością wykazali się gospodarze. Następne gole zdobywali kolejno: Michał Starosta, Łukasz Walczuk oraz Radosław Gadomski, dzięki czemu przewaga Zakapiorów wzrosła do czterech trafień. W końcówce drugiego gola w meczu zdobył jeszcze Rostyslav Marynets, ale na odrobienie strat było już zdecydowanie za mało czasu.

Gospodarze pokazali dużą skuteczność i charakter, odrabiając straty po słabszym początku oraz kontrolując przebieg wydarzeń w drugiej połowie. Dzięki efektownemu zwycięstwu 7:4 dopisują do swojego dorobku komplet punktów po z pewnością niełatwym dla nich spotkaniu.

Spotkanie Na2Nóżkę z Patriotem odbywało się w wyjątkowo wymagających warunkach. Ulewny deszcz sprawił, że od pierwszego gwizdka liczyły się nie tylko umiejętności piłkarskie, ale również cierpliwość, koncentracja i umiejętność dostosowania się do śliskiej nawierzchni.

Zdecydowanie lepiej odnaleźli się w tych realiach zawodnicy Patriota. Ukraińska ekipa od początku grała niezwykle spokojnie i dojrzale, nie forsując tempa na siłę. Goście cierpliwie budowali swoje akcje, czekali na błędy rywali i z dużą konsekwencją wykorzystywali każdą nadarzającą się okazję.

Na początku spotkania próbę podjęcia rękawicy rzucił Wiktor Ślaz, który starał się napędzać grę Na2Nóżkę i utrzymać swoją drużynę w meczu. Z biegiem czasu inicjatywa coraz wyraźniej przechodziła jednak na stronę Patriota. Dobra organizacja gry, doświadczenie oraz cierpliwość sprawiały, że goście systematycznie budowali swoją przewagę. Do przerwy prowadzili 4:2, a ogromny wkład w ten wynik miał Maksym Abramau, który rozegrał bardzo dojrzałe spotkanie. Był aktywny zarówno w kreowaniu akcji, jak i w ich finalizacji, a swoją postawą napędzał grę całego zespołu.

Po zmianie stron Patriot nie pozostawił już żadnych wątpliwości, która drużyna lepiej poradziła sobie tego dnia. Druga połowa przebiegała całkowicie pod kontrolą gości. Defensywa funkcjonowała bez zarzutu, czego najlepszym dowodem było zachowanie czystego konta w tej części spotkania, a skuteczność pod bramką rywala pozwoliła zamknąć mecz wynikiem 7:2.

Na słowa uznania zasługuje jednak nie tylko Abramau, ale cały zespół Patriota. Każdy z zawodników dołożył swoją cegiełkę do tego zwycięstwa, a wzajemna asekuracja, kolektyw i dyscyplina taktyczna były widoczne przez pełne 50 minut. Widać, że przerwa między rozgrywkami nie została zmarnowana. Goście wykorzystali ten czas na doskonalenie swojego stylu gry, a efekty tej pracy są już doskonale widoczne na boisku. Jeśli utrzymają taki poziom organizacji i konsekwencji, z pewnością będą należeć do drużyn, z którymi w tym sezonie trzeba będzie się liczyć.

4 Liga

Jako pierwsi w tym spotkaniu na prowadzenie wyszli gospodarze. Wynik otworzył Mateusz Okolus, dając Rodzinie Orlikeone prowadzenie. Radość nie trwała jednak długo, ponieważ FC Prykarpattia odpowiedziała błyskawicznie, kiedy do wyrównania doprowadził Vlad Budz.

Gospodarze nie zamierzali zwalniać tempa i równie szybko odzyskali przewagę. Najpierw na 2:1 trafił Antoni Herman, a chwilę później Patryk Dąbrowski podwyższył wynik na 3:1. Goście po raz kolejny pokazali jednak charakter. Ponownie do siatki trafił Vlad Budz, zmniejszając straty, a chwilę później kapitalnym strzałem z dystansu popisał się bramkarz Bohdan Ivaniuk, doprowadzając do remisu. Ostatnie słowo przed przerwą należało jednak do Rodziny Orlikeone. Adam Ryszkowski wykorzystał swoją okazję i ponownie wyprowadził gospodarzy na prowadzenie, ustalając wynik pierwszej połowy na 4:3.

Początek drugiej części spotkania zapowiadał kontynuację wymiany ciosów. Najpierw FC Prykarpattia doprowadziła do remisu, a następnie po raz pierwszy objęła prowadzenie. Gospodarze zdołali jeszcze odpowiedzieć trafieniem wyrównującym, ale od tego momentu na boisku istniała już praktycznie tylko jedna drużyna. FC Prykarpattia wrzuciła zdecydowanie wyższy bieg, bezlitośnie wykorzystując zmęczenie rywali. Goście raz po raz znajdowali drogę do bramki przeciwników, całkowicie przejmując kontrolę nad wydarzeniami na boisku.

Seria kolejnych trafień sprawiła, że w pewnym momencie wynik brzmiał aż 14:5 dla Prykarpattii. Był to imponujący comeback i prawdziwy pokaz ofensywnej siły zespołu, który jeszcze do przerwy przegrywał. Gospodarze zdołali odpowiedzieć już tylko jednym trafieniem w końcówce spotkania. Ostatecznie FC Prykarpattia odwróciła losy meczu i odniosła efektowne zwycięstwo 14:6, pokazując świetną skuteczność i kapitalną grę w drugiej połowie.

Goście od początku narzucili wysokie tempo i agresywny pressing. Już jedna z pierwszych akcji meczu przyniosła efekt. Dawid Skowera odebrał piłkę po skutecznym pressingu i pewnie wykorzystał stworzoną sobie sytuację, otwierając wynik spotkania. RKS nie zwalniał tempa, a kolejne ataki przynosiły następne bramki.

Ponownie błysnął Skowera, który po świetnym podaniu Konrada Micińskiego podwyższył prowadzenie. Chwilę później sam wcielił się w rolę asystenta, dogrywając do Maksymiliana Nowaka, który zdobył trzecią bramkę dla gości. To jednak nie był koniec popisu napastnika z Grochowa. Skowera raz jeszcze przejął piłkę po błędzie rywali, wykorzystał sytuację i jeszcze przed przerwą skompletował hat-tricka, wyprowadzając swoją drużynę na czterobramkowe prowadzenie.

Pod koniec pierwszej połowy odpowiedziała jednak Iglica. Michał Wszeborowski świetnie obsłużył Mateusza Malinowskiego, a ten skutecznym wykończeniem zmniejszył straty do wyniku 1:4. Z takim rezultatem oba zespoły schodziły na przerwę. Gospodarze mieli również kilka innych dogodnych okazji do zdobycia gola, jednak między słupkami bardzo pewnie spisywał się Kuba Kruszewski, który kilkukrotnie uchronił swój zespół przed utratą bramek.

Po zmianie stron obraz gry był bardzo podobny do tego z pierwszej połowy. To zawodnicy RKS Grochów nadal kontrolowali wydarzenia na boisku i regularnie powiększali swoją przewagę. W pewnym momencie wynik brzmiał już 1:9, a goście byli bezlitośni w wykorzystywaniu swoich okazji. Iglica nie zamierzała jednak składać broni. Na kilka minut przed końcem gospodarze ruszyli do zdecydowanych ataków i w krótkim odstępie czasu zdobyli trzy bramki, zmniejszając rozmiary porażki. Na odrobienie strat było jednak zdecydowanie za późno. Co więcej, ostatnie słowo należało do zawodników z Grochowa, kiedy Gracjan Orzełowski ustalił wynik spotkania, przypieczętowując efektowne zwycięstwo swojej drużyny.

RKS Grochów to nowy zespół w naszych rozgrywkach. Po nieudanym starcie sezonu drużyna pokazała jednak, że dysponuje dużym potencjałem i z pewnością może włączyć się do walki o czołowe lokaty na czwartym poziomie rozgrywkowym Ligi Letniej.

Spotkanie pomiędzy Nieznaną Drużyną a FC Legion UA dostarczyło wielu emocji, choć przez długie fragmenty to goście nadawali ton rywalizacji. Ostatecznie Legion sięgnął po w pełni zasłużone zwycięstwo 6:3, potwierdzając swoją jakość zarówno w ofensywie, jak i organizacji gry.

Od pierwszego gwizdka inicjatywa należała do ekipy z Ukrainy. Goście pewnie operowali piłką, cierpliwie konstruowali kolejne akcje i skutecznie wykorzystywali pozostawione przez rywali przestrzenie. Ich gra była bardzo poukładana – nie spieszyli się z rozegraniem, czekali na odpowiedni moment do zadania ciosu, a gdy nadarzała się okazja, bezlitośnie ją wykorzystywali. Nieznana Drużyna miała spore problemy z zatrzymaniem dobrze funkcjonującej ofensywy przeciwników, a kolejne ataki Legionu kończyły się groźnymi sytuacjami pod bramką gospodarzy. Wynik 3:0 do przerwy w pełni oddawał przebieg pierwszej połowy.

Po zmianie stron obraz meczu nieco się zmienił. Gospodarze ruszyli odważniej do ataku, starając się jak najszybciej odrobić straty. Ich determinacja przyniosła efekty, ale nie bez pomocy rywali. FC Legion UA popełnił kilka błędów w defensywie, a dwa niefortunne trafienia samobójcze sprawiły, że na listę strzelców wpisani zostali Danila Yuiko oraz Oleksandr Hehelskyi. W pewnym momencie wydawało się, że Nieznana Drużyna może jeszcze włączyć się do walki o korzystny rezultat.

Goście nie pozwolili jednak, by chwilowa dekoncentracja wybiła ich z rytmu. Mimo pechowych interwencji zachowali zimną krew i konsekwentnie realizowali swój plan. Nie dali się ponieść emocjom, nadal kontrolowali tempo gry i cierpliwie budowali kolejne akcje ofensywne. Każda próba powrotu gospodarzy spotykała się z odpowiedzią Legionu, który skutecznie neutralizował zapędy przeciwnika i ponownie powiększał swoją przewagę.

Końcowe minuty potwierdziły, że FC Legion UA był tego dnia zespołem lepszym. Mimo chwilowych problemów w drugiej połowie drużyna przez cały mecz sprawiała wrażenie pewnej swoich umiejętności i ani na moment nie straciła wiary w końcowy sukces. Ostateczny wynik 6:3 jest w pełni zasłużony i stanowi nagrodę za dojrzałą grę, skuteczność pod bramką rywali oraz umiejętność zachowania spokoju nawet wtedy, gdy przeciwnik próbował wrócić do meczu.

Czy 1:4 do przerwy to bezpieczny wynik, a wyraźna dominacja przez znaczną część spotkania z automatu gwarantuje trzy punkty? Nic bardziej mylnego, o czym dobitnie przekonała się Kresowia Warszawa w rywalizacji z KK Watahą Warszawa.

Wszystko rozpoczęło się wręcz śpiewająco dla ekipy Daniila Mikulicha – szybko zdobyty gol numer jeden z wykorzystaniem rzutu rożnego, drugie trafienie jako owoc doskoku Kirilla Pshyka i trzecia zdobycz bramkowa autorstwa samego kapitana Kresowii po podaniu Arseniego Paliakovicha, a ponadto wyśmienity Leu Sakharchuk między słupkami. Czy mogło być lepiej? Kiedy bramkę na 0:4 zdobywał Artem Janczylik po otrzymaniu piłki od faulowanego Olega Tsetsemy, wydawało się, że oczywiście tak. Nawet premierowa bramka dla Watahy, strzelona przez Czerneckiego tuż przed przerwą, nie zaburzyła nadziei na więcej.

W drugiej połowie Kresowia wciąż podtrzymywała zespołową i intensywną grę, którą ułatwiał fakt posiadania na ławce rezerwowych aż pięciu piłkarzy. Wataha, sprawiająca wrażenie coraz bardziej wycieńczonej, oddawała pole rywalom, co przełożyło się na dwa kolejne gole dla gości, choć gdyby nie parady bramkarskie Michała Woźniaka, to na „zaledwie” takiej liczbie straconych goli z pewnością by się nie skończyło.

W okolicach 38. minuty meczu stało się jednak coś, czego nie da się racjonalnie wytłumaczyć – zmęczona Wataha raz po raz zaczęła odrabiać straty. Remontadę rozpoczął samodzielnie Czernecki, następnie dwie akcje duetu El Ansari – Kiełpsz doprowadziły do wyniku 4:6, po czym remis 6:6 gospodarze osiągnęli dzięki absolutnie widowiskowym trafieniom – lobowi nad wychodzącym bramkarzem w wykonaniu Wojciecha Wolnego oraz uderzeniu głową Krzysztofa Niedziółki, oba po długich podaniach z głębi własnej połowy.

Niesieni jak na skrzydłach gracze KK Watahy zmierzali pewnie po zwycięską bramkę, lecz jak grom z jasnego nieba nadszedł felerny rzut rożny dla Kresowii, po którym El Ansari zanotował trafienie samobójcze. Los uśmiechnął się jednak do dzielnie walczących gospodarzy – w ostatniej akcji meczu faulu dopuścili się zawodnicy gości i w konsekwencji podyktowano rzut wolny, szczęśliwie zamieniony na bramkę przez Macieja Kiełpsza.

To już drugi raz tego lata, gdy w meczu warszawskiej Kresowii pada remis 7:7 po spotkaniu pełnym piłkarskich emocji i zwrotów akcji, choć tym razem mogą oni sobie pluć w brodę po roztrwonieniu tak wysokiej przewagi.

5 Liga

Spotkanie Gamby z Panami z Rejonu było zderzeniem dwóch drużyn znajdujących się na zupełnie innym etapie swojej ligowej drogi. Po jednej stronie oglądaliśmy zgrany, doświadczony zespół, który od dłuższego czasu doskonale odnajduje się w realiach Ligi Fanów. Po drugiej – młodą ekipę, która dopiero stawia pierwsze kroki i buduje swoją pozycję w rozgrywkach.

Nie bez znaczenia były również warunki atmosferyczne. Spotkanie rozgrywane było w ogromnym upale, a to zdecydowanie lepiej wykorzystała Gamba. Już po pierwszych dziesięciu minutach było widać, że gospodarze są świetnie przygotowani fizycznie i potrafią narzucić rywalom bardzo wysokie tempo. Kolejne akcje przynosiły następne bramki, a przewaga rosła z każdą minutą.

Pierwsza połowa zakończyła się wynikiem 9:2, ale po zmianie stron obraz gry praktycznie się nie zmienił. Gamba nadal kontrolowała wydarzenia na boisku, grała z dużą swobodą i konsekwentnie wykorzystywała błędy rywali. Co ciekawe, druga odsłona zakończyła się identycznym rezultatem, dzięki czemu końcowy wynik zatrzymał się na 18:4.

Jak zwykle bardzo dobre zawody rozegrał Filip Wolski, który ponownie był jednym z liderów swojej drużyny. Miłym zaskoczeniem była również postawa Sienickiego, który rozegrał naprawdę solidne spotkanie i dołożył swoją cegiełkę do wysokiego zwycięstwa. Trzeba jednak przyznać, że tego dnia cały zespół Gamby funkcjonował znakomicie. Widać było wzajemne zrozumienie, dużą swobodę w rozegraniu i ogromną pewność siebie.

Po stronie Panów z Rejonu najjaśniejszą postacią był Przybysz, który zdobył hattricka i praktycznie w pojedynkę starał się utrzymywać swoją drużynę przy życiu. To właśnie od niego płynęło największe zagrożenie dla defensywy Gamby, jednak przy tak dobrze dysponowanych rywalach było to zdecydowanie za mało.

Ostatecznie był to mecz całkowicie jednostronny. Gamba pokazała, dlaczego należy do grona najbardziej zgranych drużyn w lidze, a Panowie z Rejonu otrzymali cenną lekcję, która z pewnością zaprocentuje wraz z kolejnymi występami i zdobywanym doświadczeniem.

Zmagania 5. Ligi rozpoczęły się w pełnym skwarze od starcia między ekipami, które w poprzedniej kolejce odniosły naprawdę imponujące zwycięstwa – MWSP oraz FC Alliance Next Generation. Choć rozum podpowiadał, że możemy być świadkami wyrównanej batalii o każdy centymetr boiska, to rzeczywistość szybko zweryfikowała te przewidywania – już po niespełna ośmiu minutach gry FC Alliance prowadziło aż 3:0 po golach Vasylevskyiego, Pidluzhnyiego oraz Oskonalieva.

Gospodarze zdołali zdobyć swojego premierowego gola dopiero po żółtej kartce dla tego ostatniego. Korzystając z osłabienia rywali i powstających dzięki temu wolnych przestrzeni, wspaniałe prostopadłe podanie na lewe skrzydło posłał Jakub Sołdaczuk, a wbiegający tam Paweł Nowak przytomnie wykończył akcję. FC Alliance NG mogło, a nawet powinno, przed przerwą zwiększyć szybko osiągnięte prowadzenie, lecz Krzysztof Stec swoimi ofiarnymi interwencjami wciąż trzymał swój zespół na względnie niestraconej pozycji.

Druga odsłona zmagań była właściwie kopią pierwszej połowy, bo narastająca frustracja graczy w żółto-czarnych trykotach nie pomagała im w tworzeniu zagrożenia pod bramką rywali, a wręcz przeciwnie – potęgowała chaos i ułatwiała gościom dochodzenie do sytuacji. Ponownie w dość krótkim odstępie czasu strona wygrywająca zaaplikowała rywalom kolejne trzy ciosy autorstwa Zahary, Redki i Pidluzhnyiego, pokazując niesamowite zgranie i wymienność pozycji.

Najbliżej ukąszenia Alliance był nie kto inny jak Paweł Nowak, lecz jego próbę z linii bramkowej zdołał wybić nowy nabytek gości, Valentyn Kirilenko. Szczęście uśmiechnęło się jednak do najlepszego strzelca MWSP i niedługo później pod jego nogi dotarła piłka, którą strzałem z powietrza umieścił w siatce. Na dwanaście minut przed końcem meczu drogę do siatki po składnej akcji zespołu znalazł po raz drugi Zahara, ustalając tym samym rezultat potyczki na 2:7 i pieczętując komplet punktów dla zagranicznego kolektywu.

Spotkanie pomiędzy FC Spartą a Fuszerką od pierwszych minut było niezwykle wyrównane. Obie drużyny stworzyły sobie wiele dogodnych okazji do zdobycia bramki, jednak długo brakowało skutecznego wykończenia. Po pierwszej połowie na tablicy wyników widniał remis 3:3, który doskonale oddawał przebieg rywalizacji.

Po zmianie stron obraz gry nie uległ zmianie. Zarówno Sparta, jak i Fuszerka raz po raz zagrażały bramce rywali, lecz na wysokości zadania stawali golkiperzy obu zespołów. Świetne zawody rozegrali Patryk Czetyrbok z Fuszerki oraz Rostyslav Bosovych z FC Sparty, którzy popisali się wieloma znakomitymi interwencjami. To właśnie ich dyspozycja sprawiła, że mimo ogromnej liczby sytuacji podbramkowych w meczu padło stosunkowo niewiele bramek.

W ofensywie Fuszerki błyszczał Bartosz Krajewski, autor dwóch bramek, który przez całe spotkanie sprawiał sporo problemów defensywie FC Sparty i był jednym z najaktywniejszych zawodników na boisku. Po drugiej stronie równie dobrze zaprezentował się Maksym Popov, również zdobywając dwa trafienia i będąc najgroźniejszym graczem swojej drużyny.

Ostatecznie żadna z ekip nie zdołała przechylić szali zwycięstwa na swoją stronę, a emocjonujące spotkanie zakończyło się sprawiedliwym remisem 4:4.

3:4, 1:12 i 2:11 – to wyniki trzech ostatnich bezpośrednich spotkań FC Melange z Rodziną Soprano. Stwierdzenie, że ekipa Soprano nie należała do ulubionych rywali Melanżowników, byłoby więc sporym niedopowiedzeniem. Los chciał jednak, że w Lidze Letniej drogi obu zespołów ponownie się przecięły.

Było to szczególnie ważne spotkanie dla FC Melange. Na inaugurację zremisowali z Gambą Veloce i choć wszystko wskazuje na to, że w piątej lidze nikt nie przejdzie przez sezon suchą stopą, to druga z rzędu strata punktów mocno skomplikowałaby ich plany walki o czołowe lokaty. Łatwiej było jednak mówić o zwycięstwie, niż je odnieść. Znając charakter gospodarzy, można było przypuszczać, że wcale nie stoją na straconej pozycji, ale boisko miało to dopiero zweryfikować.

I rzeczywiście zweryfikowało, a samo spotkanie okazało się prawdziwym festiwalem zwrotów akcji. Melange praktycznie od pierwszych minut musiał gonić wynik. Co gorsza, dwa pierwsze gole stracił na własne życzenie. Błędy w ustawieniu przy stałych fragmentach gry bezlitośnie wykorzystali bracia Nieskórscy. Mimo to gospodarze ani myśleli się poddawać. Za każdym razem, gdy Rodzina Soprano odskakiwała i wydawało się, że za chwilę całkowicie przejmie kontrolę nad meczem, Melange odpowiadał. W efekcie pierwsza połowa zakończyła się remisem 3:3, a taki rezultat zwiastował spore emocje po przerwie.

Rodzina Soprano sprawiała jednak wrażenie zespołu, który nie był zadowolony z takiego obrotu spraw. Można było odnieść wrażenie, że zawodnicy czuli się piłkarsko lepsi i nie potrafili zrozumieć, jak to możliwe, że mimo wyraźnej przewagi w posiadaniu piłki nie potrafią złamać oporu rywala. Doszło nawet do momentu, w którym sami musieli odrabiać straty, choć chwilę później ponownie na tablicy wyników widniał remis – tym razem 4:4. I właśnie od tego momentu frustracja Rodziny Soprano zaczęła narastać. Zawodnicy dosłownie walili głową w mur. Melange znakomicie bronił, zagęścił środek pola i zamknął dostęp do własnej bramki. A gdy już ktoś popełnił błąd, wszystko naprawiał świetnie dysponowany Łukasz Krysiak. Do tego gospodarze wyprowadzali niezwykle groźne kontrataki i to one sprawiły, że z 4:4 zrobiło się 6:4.

Rodzina Soprano nie zamierzała jednak składać broni. Gol na 5:6 przywrócił nadzieję, a końcówka spotkania zamieniła się w prawdziwe oblężenie bramki Melange. Doskonałych okazji nie wykorzystał między innymi Oskar Nieskórski, ale najlepszą szansę na doprowadzenie do remisu miał Grzegorz Bogdański. Sędzia podyktował rzut karny, jednak zawodnik Soprano przegrał ten niezwykle nerwowy pojedynek z Łukaszem Krysiakiem. Bramkarz Melange wyrósł w tym momencie na absolutnego bohatera spotkania. Chwilę później dołożył jeszcze jedną kapitalną interwencję, a losy meczu przypieczętował Łukasz Słowik, który wykorzystał błąd rywali przy rozegraniu i skierował piłkę do pustej bramki.

To spotkanie było kwintesencją FC Melange z ostatnich lat. Być może nie zawsze są zespołem lepszym piłkarsko od swoich przeciwników, ale gdy tylko wyczują, że rywal wcale nie jest taki straszny, potrafią dzięki doświadczeniu i boiskowemu cwaniactwu przepchnąć mecz na swoją korzyść. Tak było i tym razem. Już w pierwszej połowie zawodnicy Soprano sugerowali, że rywale nie mają sił do biegania, jednak to spotkanie po raz kolejny udowodniło starą piłkarską prawdę – na boisku nie wygrywa ten, kto biega więcej, lecz ten, kto biega mądrzej.

Oczywiście gospodarzom momentami dopisywało również szczęście, ale trudno nie odnieść wrażenia, że po prostu na nie zapracowali. A jak wiadomo – szczęście najczęściej sprzyja tym, którzy sami potrafią sobie pomóc.

6 Liga

Starcie Hiszpańskiego Galeonu z Mistrzami Chaosu było prawdziwym festiwalem bramek. Obie drużyny od początku postawiły na ofensywny futbol, dzięki czemu kibice obejrzeli aż 16 trafień i wiele efektownych akcji. Ostatecznie więcej powodów do radości mieli zawodnicy Mistrzów Chaosu, którzy zwyciężyli 10:6 i zasłużenie sięgnęli po komplet punktów.

Lepiej w spotkanie wszedł Hiszpański Galeon, który jako pierwszy znalazł drogę do siatki. Gospodarze przeprowadzili świetną dwójkową akcję – Wiktor Milewski doskonale obsłużył Kamila Kapicę, a ten pewnym strzałem wyprowadził swój zespół na prowadzenie. Kapica był tego dnia jednym z najaktywniejszych zawodników Galeonu i ostatecznie zakończył spotkanie z hat-trickiem na koncie.

Początek meczu był bardzo wyrównany, o czym świadczył przebieg wyniku – 1:0, 1:1, 1:2, 2:2. Dopiero po tym fragmencie Mistrzowie Chaosu zaczęli przejmować inicjatywę. Goście byli skuteczniejsi pod bramką rywali, lepiej wykorzystywali swoje okazje i jeszcze przed przerwą odskoczyli na dwie bramki, prowadząc 4:2.

Po zmianie stron Mistrzowie Chaosu kontynuowali świetną grę w ofensywie. Seria skutecznych akcji pozwoliła im błyskawicznie powiększyć przewagę aż do stanu 7:2. Wydawało się, że losy spotkania są już przesądzone, jednak Hiszpański Galeon pokazał charakter i nie zamierzał składać broni. Trzy kolejne trafienia gospodarzy sprawiły, że zrobiło się 7:5, a emocje ponownie wróciły na boisko. Mistrzowie Chaosu nie pozwolili jednak rywalom pójść za ciosem. Zachowali spokój, wrócili do swojej skutecznej gry i odpowiedzieli trzema kolejnymi bramkami, ponownie odbudowując bezpieczną przewagę. Choć Galeon zdołał jeszcze zdobyć jedno trafienie, ostatnie słowo należało do gości, którzy przypieczętowali zwycięstwo wynikiem 10:6.

Największą gwiazdą spotkania był Mateusz Serafin, który rozegrał fenomenalne zawody, zdobywając pięć bramek i praktycznie przez cały mecz będąc liderem ofensywy Mistrzów Chaosu. Bardzo mocno wspierał go również Kacper Owczarek, autor czterech trafień, a skuteczność tej dwójki okazała się kluczowa dla końcowego rezultatu. Po stronie Hiszpańskiego Galeonu wyróżniał się Kamil Kapica, który skompletował hat-tricka, jednak nawet jego dobra dyspozycja nie wystarczyła, aby zatrzymać znakomicie dysponowanych rywali. Mistrzowie Chaosu pokazali dużą jakość w ataku, skuteczność pod bramką przeciwnika i zasłużenie zakończyli spotkanie z kompletem punktów.

Pojedynek drugiej drużyny Kresowii Warszawa z FC Olimpik bez żadnych oporów można nazwać meczem bramkarzy. Bohaterami obu drużyn byli właśnie panowie, którzy ubierają koszulkę w innym kolorze niż koledzy, na rękach noszą grube rękawice, a przepisy pozwalają im łapać piłkę w dłonie.

A co tam, nazwijmy ich po imieniu. Orkhan Huseynli i Mykola Titov trzymali ten mecz w ryzach, ile tylko mogli. Pierwszy puścił dwa gole, drugi tylko jednego. Zauważmy jednak, jak bardzo się napracowali, żeby ich ekipy miały jak najdłużej szansę na zwycięstwo. Co prawda rzadko łapali piłkę, częściej zdarzało im się ją odbijać. Wszystko liczymy jednak jako udaną interwencję. Kilka z nich na pewno stworzyłoby ładną kompilację. Bardziej zadowolony może być jednak Titov, bo to jego robota przyniosła efekt w postaci trzech punktów.

Jego i kolegów, którzy zdobyli gole. Najpierw przepis na pokonanie bramkarza Kresowii znalazł Ivan Vladymirskyi. Zawodnik Olimpiku kapitalnie zachował się przy opanowaniu piłki i wykończeniu akcji, pomimo że pilnowało go dwóch przeciwników. W drugiej połowie rezerwom Kresowii udało się doprowadzić do remisu po tym, jak na indywidualne zakończenie akcji zdecydował się Włodzimierz Kazakow. Nie kombinując przesadnie, spróbował uderzenia zza pola karnego. Piłka przemknęła między nogami rywala i wpadła do siatki obok zaskoczonego Titova. Szala nie przechylała się na żadną ze stron, ale Olimpik dążył do wygranej. Za którymś razem się udało – Artur Prokopchuk rzucił z autu, a Maksym Lipskyi pokonał bramkarza rywali mierzonym strzałem z dystansu.

Od tego momentu do głosu częściej dochodzili zawodnicy Kresowii – Daniil Mikulich robił naprawdę dużo, aby jakimś cudem znów doprowadzić do remisu. Szczelnie ustawiona linia obrony nie dała się jednak przełamać i Olimpik dowiózł jednobramkowe prowadzenie.

Konfrontacja pomiędzy Orłem Cień a KS Centrum stała na bardzo wyrównanym poziomie. Po pierwszej połowie bliżej zwycięstwa było KS Centrum, które prowadziło 4:3, co doskonale pokazuje, jak zacięta była rywalizacja od pierwszych minut.

Po zmianie stron zawodnicy KS Centrum zdołali przejąć większą kontrolę nad przebiegiem meczu i stopniowo powiększyli przewagę, ostatecznie wygrywając 6:4. Mimo końcowego wyniku spotkanie przez długi czas pozostawało otwarte, a obie drużyny zaprezentowały dobrą, zespołową piłkę.

Widać to było również po rozkładzie bramek i asyst – przy większości trafień udział miało wielu różnych zawodników, co świadczy o świetnej współpracy całych zespołów. Na szczególne wyróżnienie zasłużył Maciej Ciołek z KS Centrum, który zdobył dwie bramki i był jednym z liderów swojej drużyny. Ten zawodnik miał także doskonałą okazję do skompletowania hat-tricka, jednak jego rzut karny został znakomicie obroniony przez bramkarza Orła Cień, Kamila Wiktorowicza, który popisał się świetną interwencją i nie pozwolił rywalowi cieszyć się z trzeciego trafienia.

Było to spotkanie, w którym o końcowym sukcesie KS Centrum zadecydowała skuteczniejsza gra po przerwie, choć oba zespoły pokazały charakter i udowodniły, że potrafią funkcjonować jako dobrze zorganizowane kolektywy.

Spotkanie FC Everestu z Dynamem Wołomin dostarczyło wszystkiego, czego można oczekiwać od dobrego widowiska – szybkiego tempa, wielu okazji bramkowych, efektownych trafień i emocji aż do ostatniego gwizdka. Ostatecznie to gospodarze okazali się skuteczniejsi, wygrywając 4:3 i dopisując do swojego dorobku niezwykle cenne trzy punkty.

Mecz od pierwszych minut był bardzo wyrównany. Everest jako pierwszy objął prowadzenie, jednak Dynamo szybko odpowiedziało i doprowadziło do remisu. Gospodarze ponownie wyszli na prowadzenie, ale jeszcze przed przerwą goście po raz drugi znaleźli sposób na defensywę rywali. Bramkę na 2:2 zdobył Michał Matyja, który popisał się kapitalnym uderzeniem w samo okienko bramki, nie pozostawiając bramkarzowi żadnych szans na skuteczną interwencję. Było to jedno z najładniejszych trafień tego spotkania.

Druga połowa rozpoczęła się od odważniejszych ataków Everestu. Gospodarze skuteczniej wykorzystywali swoje okazje i dwukrotnie pokonali bramkarza Dynama, budując prowadzenie 4:2. Mimo niekorzystnego wyniku zawodnicy z Wołomina nie zamierzali się poddawać. Do końca walczyli o odwrócenie losów spotkania i zdołali zdobyć jeszcze bramkę kontaktową, dzięki czemu końcówka meczu była niezwykle nerwowa.

Jedną z najjaśniejszych postaci w ekipie Dynama był Michał Matyja. Przez całe spotkanie imponował siłą i precyzją swoich uderzeń. Kilkukrotnie oddawał bardzo mocne strzały z dystansu, które zmuszały bramkarza Everestu do kapitalnych interwencji. Gdyby nie znakomita dyspozycja golkipera gospodarzy, wiele z tych prób z powodzeniem mogłoby kandydować do miana bramki kolejki. Matyja był nieustannym zagrożeniem dla defensywy rywali i pokazał, że dysponuje świetnie ułożoną nogą.

Mimo ambitnej postawy podopiecznych Maćka Kosińskiego to Everest zachował więcej zimnej krwi w kluczowych momentach spotkania. Gospodarze byli skuteczni pod bramką przeciwnika, potrafili odpowiedzieć na napór rywali i dowieźli korzystny rezultat do końcowego gwizdka. Końcowy wynik 4:3 najlepiej oddaje przebieg tego ciekawego widowiska.

7 Liga

Nowy w Lidze Fanów zespół Wincars nie spotkał się na początku swojej przygody ze specjalnym traktowaniem. Nie było częstowania chlebem i solą ani przyjacielskich uścisków. Wczorajsi FC poszli śladami drugiej Ternovitsii i też spuścili łomot rywalom. Jedyną różnicą jest to, że stracili i zdobyli o jednego gola mniej.

Ivan Harastovych musiał się jedenaście razy schylać po piłkę, którą przeciwnicy nieustannie wpakowywali do siatki. Nawet ubrany w koszulkę z motywem smokingu (czy tam garnituru, nie jestem stylistą, aby to oceniać) nie wszedł w rolę dżentelmena, tylko ładował gole, aż miło. Piotr Loze, bo o nim mowa, ustrzelił dublet. Tej samej sztuki dokonał Paweł Domański, ale największy kawałek tortu przypadł Marcinowi Basiakowi. Bramki wpadały przede wszystkim z bliskiej odległości po tym, jak zawodnicy Wincars popełniali błędy w rozegraniu i tracili piłkę. Wczorajsi nie musieli nawet się trudzić z budowaniem akcji i zdobywaniem przestrzeni. Ubrani na żółto rywale ich w tym wyręczali. Może to im przydałyby się stroje z motywem stroju galowego za takie honorowe zachowanie?

A jak już o honorze mówimy, to w drugiej połowie panowie z Wincars strzelili gola honorowego. I dali radę nawet poprawić. Najpierw Wadym Khilhora pociągnął akcję przez całe boisko i pokonał Mikołaja Mikołajczuka, a niedługo później – z przerwą na stratę gola – do bramki Wczorajszych trafił Mikhail Bulakh. Na dwóch bramkach się skończyło, a zawodnicy Wczorajszych wrócili do męczenia Harastovycha strzałami z bliska. Bycie bramkarzem Wincars w ostatnich dwóch kolejkach nie było najprzyjemniejszym zajęciem, ale przynajmniej uśmiech na twarzy Ivana był widoczny przez cały mecz.

Radosny, ofensywny futbol na miarę meczu o trzecie miejsce świeżo zakończonego mundialu zaprezentowały nam ekipy Siwego Konia oraz Shitable. W spotkanie znacznie lepiej weszli piłkarze SK, do granic możliwości wykorzystując przyznawane im rzuty z autu – wynik otworzył kapitan zespołu, Szymon Zawadzki, a wtórował mu Jurij Pijasiuk, przy czym przy obu golach asysty zaliczał Ivan Yanyshyn.

Chaotyczne Shitable coraz mocniej zagrażało bramce gospodarzy, ale między słupkami świetne zawody rozgrywał Olek Luckner. Goście zmieniali całą piątkę zawodników z pola, tak więc gdy na placu gry pojawił się rosły, techniczny napastnik Mark Barsukou, szanse na gola wzrosły kilkukrotnie. Szybkie dwa trafienia tego zawodnika po podaniach Yahora Zamascianskiego przyniosły wschodniej ekipie upragnione wyrównanie, lecz głupio wyłapana przez Kostikova żółta kartka za pretensje pokrzyżowała nieco plany Shitable.

Szybko po wznowieniu ze środka boiska drogę do siatki znalazł Pijasiuk po odegraniu Macieja Morry, ale równie skutecznej odpowiedzi udzielili gracze gości, a hat-tricka skompletował rzecz jasna Barsukou. Instynktowne parady Lucknera, niektóre naprawdę niebywałej urody, pozwalały Siwemu Koniowi pozostać w grze, mimo iż sami nie raz koncertowo marnowali to, co konstruowali pod bramką rywali, czego dowodem był choćby kiks Borczona przy klasycznym strzale na „pustaka”. Obie ekipy zdobyły jeszcze po jednej bramce w pierwszej połowie i udały się na przerwę, by zebrać siły do kontynuowania tego, co pokazywały dotychczas.

Gole wciąż sypały się jak z worka. Wybitny instynkt strzelecki odnalazł w sobie Pijasiuk, aplikując rywalom aż sześć trafień. Ostatnie z nich – gdy przyjął trudną górną piłkę, położył zwodem obrońcę Shitable na ziemi i czubkiem buta precyzyjnie umieścił futbolówkę przy słupku – zasługiwało na szczególne uznanie. Po tym cieszącym oko golu SK odskoczył rywalom na dystans trzech bramek, lecz gotów był tę przewagę roztrwonić, gdyby nie fenomenalny tego dnia Lucker. Boiarchuk i Zamascianski wykorzystali niedbałość w defensywie przeciwników i umożliwili Shitable złapanie kontaktu, lecz czasu nie starczyło już nawet na wywalczenie remisu.

Tak oto, w pocie czoła – dosłownie i w przenośni – Siwy Koń odniósł premierowe zwycięstwo w tym sezonie letnim, zrównując się punktami z pozostawionym w pokonanym polu Shitable.

Mecz bez większej historii – a szkoda, bo gdyby tylko nominalny golkiper Vikersonna dojechał na mecz, to gospodarze mieliby o wiele więcej do powiedzenia w walce ze świetnie dysponowanym Inferno.

A tak postawiony z konieczności między słupkami Valerii Shulha miał niesamowitego pecha, popełniając błąd za błędem, przez co siłą rzeczy ukraińska ekipa wyłączyła się w zasadzie z walki o trzy punkty w tym starciu. Tym samym w 13. minucie było już 1:3 po dublecie Grabowskiego i golu bramkarza gości, Jakuba Tłuszcza. Trudno było nie odnieść wrażenia, że przy każdym z tych trafień Shulha mógł zachować się zdecydowanie lepiej.

Do końca pierwszej odsłony zmagań bramki zdobywali już tylko podopieczni Igora Patkowskiego – kolejny dublet skompletował Grabowski, pewnie wykorzystując rzut karny, a na 1:6 główką strzał Pawła Jasztela, w swoim stylu, dobił Maciej Chrzanowski.

Przy tak pewnym wyniku piłkarze Inferno Team III pozwolili sobie na odrobinę luzu, a rezerwowi mogli nareszcie złapać więcej minut i pokazać, na co ich stać. Nawet skupiający się dotychczas bardziej na zadaniach defensywnych Ernest Bąkowski dostał więcej swobody w grze do przodu, za co odpłacił się bramką. Vikersonn II dał o sobie przypomnieć, kiedy to niecelne wznowienie gry przez Tłuszcza wykorzystał Vitalii Rybka, trafiając do siatki bez większych problemów na 2:8. Swoje punkty w klasyfikacji kanadyjskiej notowali Winiarski, Jasztel i Kochanowski, bardzo często popisując się fenomenalnym czuciem przestrzeni czy też świetną techniką.

Gospodarze zagrożenie tworzyli głównie za sprawą dynamicznego Serhiiego Tumruka, lecz zdobycie pięciu bramek było całkowitym maksimum, na jakie było ich stać tego wieczoru. Na ocenę prognozowanych pozycji w tabeli na koniec rozgrywek wprawdzie zbyt wcześnie, lecz bez wątpienia można stwierdzić jedno – Inferno Team III dysponuje naprawdę pokaźnym gronem graczy o rozmaitych profilach, z czego bez dwóch zdań będą mieli jeszcze wiele korzyści.

Od pierwszego gwizdka spotkanie pomiędzy Ternovitsią II a Tirowcami zapowiadało się na bardzo ofensywne widowisko. Obie drużyny chętnie atakowały i nie brakowało sytuacji bramkowych. Pierwsza połowa była niezwykle wyrównana, a gospodarze schodzili na przerwę z jednobramkowym prowadzeniem 5:4.

Po zmianie stron Ternovitsia II zaczęła przejmować inicjatywę. Gospodarze grali pewniej, lepiej kontrolowali przebieg spotkania i z każdą kolejną akcją budowali swoją przewagę. Skuteczność pod bramką rywali sprawiła, że zdołali odskoczyć Tirowcom i nie pozwolili już przeciwnikom wrócić do walki o korzystny rezultat.

Liderami Ternovitsii II byli Oleh Borys, który zakończył mecz z dorobkiem trzech bramek i jednej asysty, oraz Volodymyr Hrydovyi, autor dwóch trafień i trzech asyst. To właśnie ta dwójka napędzała większość ofensywnych akcji gospodarzy i miała kluczowy wpływ na przebieg spotkania.

W ekipie Tirowców na wyróżnienie zasłużyli Amadeusz Kopacz oraz Jan Kozłowski, którzy zdobyli po dwie bramki i do końca walczyli o odrobienie strat. Mimo ambitnej postawy gości to gospodarze byli skuteczniejsi w drugiej połowie. Ostatecznie Ternovitsia II przypieczętowała swoją przewagę i zwyciężyła 9:6, dopisując do swojego dorobku kolejne trzy punkty.

8 Liga

Niby łączy ich liga – konkretnie ósma. Na boisku B spotkały się jednak dwa światy. Z jednej strony faworyt, czyli Yug.Bud, który nie zna słowa „litość”. Z drugiej Lisy bez Polisy, które nie mają łatwego wejścia w sezon. Tydzień temu uległy 10:3 Luminie, teraz przegrały 13:2 ze wspomnianym Yug.Budem.

Według prawa lisy nie są gatunkiem chronionym, jednak obowiązują na nie okresy ochronne. Na Leśnym Forum Dyskusyjnym możemy przeczytać, że „od 1 kwietnia do 31 maja lisy są objęte ścisłą ochroną”. W niedzielę był 19 lipca, a na polowanie zdecydował się Volodymyr Kharin. No nie było na niego mocnych. Osiem z trzynastu bramek dla Yug.Budu było jego autorstwa, a przy dwóch kolejnych zanotował asysty. Na początku meczu napastnik był oszczędny w środkach, ale z czasem się rozkręcał. Zaczął od wykorzystania błędu defensora, później trafił z bliska do pustej bramki, a następnie zaczął dokładać do swojej gry także niekonwencjonalne zagrania piętą czy bardziej zespołowe akcje zakończone bramkami. Lisy bez Polisy wyraźnie w tym meczu odpuściły bronienie, bo Yug.Bud tworzył sobie sytuacje z niesłychaną łatwością. Gola strzelił nawet Nazar Dydchik, który po wejściu zdążył zmarnować ze trzy doskonałe okazje.

Ozdoba spotkania należała jednak do przegranych. Miłosz Tabaka ustawił piłkę i wznowił grę z piątki. Wiatr chyba nie był aż taki, żeby wydatnie pomóc, ale futbolówka przeleciała całe boisko i wpadła pod poprzeczkę. To tak na osłodę.

Choć po pierwszej połowie starcia Interu z Luminą wydawało się, że gospodarze pewnie zmierzają po komplet punktów, druga odsłona przyniosła całkowitą zmianę obrazu gry i zakończyła się sprawiedliwym podziałem punktów.

Od pierwszego gwizdka to Inter przejął inicjatywę i narzucił rywalom swoje tempo. Gospodarze częściej utrzymywali się przy piłce, kreowali kolejne sytuacje podbramkowe i skutecznie znajdowali sposób na pokonanie bramkarza Luminy. Dwa trafienia przed przerwą sprawiły, że Inter schodził do szatni z komfortowym prowadzeniem 2:0. Nic nie wskazywało na to, że losy tego spotkania mogą się jeszcze odwrócić – gospodarze sprawiali wrażenie zespołu, który ma mecz pod pełną kontrolą.

Po zmianie stron wszystko wyglądało jednak zupełnie inaczej. Lumina wyszła na drugą połowę zdecydowanie bardziej zmotywowana i już chwilę po wznowieniu gry zdobyła bramkę kontaktową, błyskawicznie zmniejszając straty do jednego gola. Inter nie zamierzał jednak oddawać inicjatywy i szybko odpowiedział kolejnym trafieniem, ponownie budując dwubramkową przewagę. Przy stanie 3:1 wydawało się, że gospodarze ponownie przejęli kontrolę nad wydarzeniami na boisku i są już bardzo blisko zwycięstwa.

Goście pokazali jednak ogromny charakter i nie zamierzali składać broni. Z każdą kolejną minutą coraz odważniej atakowali, zmuszając Inter do gry we własnym polu karnym. Ich determinacja została nagrodzona, gdy sędzia podyktował rzut karny. Pewnie wykonana „jedenastka” pozwoliła Luminie złapać kontakt i sprawiła, że końcówka meczu zapowiadała się niezwykle emocjonująco.

Ostatnie minuty były prawdziwą wymianą ciosów. Lumina nie przestawała naciskać i walczyła o każdą piłkę, wierząc, że jest jeszcze w stanie urwać rywalom punkty. Ta wiara została wynagrodzona, gdy goście zdobyli trzecią bramkę, doprowadzając do remisu 3:3. Inter, mimo świetnej pierwszej połowy i dwukrotnego wypracowania sobie bezpiecznej przewagi, nie zdołał dowieźć zwycięstwa do końcowego gwizdka.

Remis można uznać za rezultat, który najlepiej oddaje przebieg całego spotkania. Inter był zdecydowanie lepszy w pierwszej części meczu, natomiast Lumina pokazała ogromną determinację, charakter i wolę walki, odrabiając straty aż do ostatnich minut.

Jak zamykać nierozpieszczający pogodowo dzień, to właśnie takim meczem. W strugach deszczu zagrali ze sobą gracze Heavyweight Heroes i NieDzielni. Scenariusz tego meczu był dość ciekawy – NieDzielni dość szybko zbudowali sobie pewną przewagę, aby później prawie wszystko roztrwonić. Z 4:1 zrobiło się 5:4, a namoknięta nawierzchnia mogła sprawić, że Heavyweight Heroes mogliby doprowadzić do remontady.

NieDzielni mieli jednak zawodnika, który gwarantuje jakość, liczby i przyjemność z oglądania jego poczynań. Damian Lada został przez nas zresztą wyróżniony tytułem MVP całej kolejki 8. ligi. Nie stało się to przecież przypadkowo. Trzy gole i asysta to świetny dorobek, ale aby docenić jego grę, trzeba było to oglądać. Lada wchodził w pojedynki jeden na jednego i uderzał z dystansu, jakby nigdy w juniorach trener go nie rugał za samowolkę i grę pod siebie. Dwa razy ładnie trafił zza pola karnego, ale tu poszedł śladami swojego kolegi. Do bramki Krzysztofa Wiśniewskiego już po paru minutach z daleka przymierzył Daniel Czekaj. Ogólnie dużo pracy miał Wiśniewski, bo NieDzielni sunęli na jego bramkę jak Ruscy na Berlin w 1945 roku.

Piłkarze Heavyweight Heroes się irytowali, aż wreszcie zaczęli grać. Trio Mateusza – Piątek, Stępień i Zachowicz, a także Marek Malenka zadbali o to, aby emocje w tym meczu nie skończyły się przy prowadzeniu NieDzielnych. Ci jednak grali nieźle w obronie, przez co nie udało się doprowadzić do remisu. Zmęczenie też dawało się we znaki, przez co rywale sukcesywnie odbudowywali swoje prowadzenie. Ostatecznie NieDzielni dołożyli gole Przemka Sosnowskiego oraz dublet Mateusza Niewiadomego i dość pewnie dopisali sobie trzy punkty – premierowe w letniej edycji Decathlon Ligi Fanów.

I Szereg i FC Śmietanka rozpoczęły Ligę Letnią od wyraźnego falstartu. Obie ekipy przegrały na inaugurację różnicą aż siedmiu bramek, dlatego bezpośrednie starcie było czymś więcej niż tylko walką o pierwsze punkty. To była przede wszystkim szansa, by zatrzeć niekorzystne wrażenie po pierwszej kolejce i odbudować morale.

Za faworyta uchodził Szereg, choć już przed pierwszym gwizdkiem jego sytuacja się skomplikowała. Zespół rozpoczął mecz bez zawodników rezerwowych, co przy panującym upale mogło mieć ogromne znaczenie. FC Śmietanka takich problemów kadrowych nie miała, ale zmagała się z inną, dobrze sobie znaną przypadłością – seryjnie marnowała wypracowane sytuacje. Pierwsza połowa była najlepszym potwierdzeniem tej tezy. Śmietanka stworzyła sobie kilka znakomitych okazji. Sam na sam z bramkarzem znalazł się Adrian Wiączyk, w słupek trafił Oskar Kuhn, lecz piłka ani razu nie znalazła drogi do siatki. Zamiast prowadzenia przyszła brutalna kara. Wynik otworzył pechowy gol samobójczy Bartka Niemyjskiego. O ile jednak przy pierwszej bramce Szeregowi dopisało szczęście, o tyle przy drugiej nie było już przypadku – świetną akcję wykończył Janek Mitrowski i zrobiło się 2:0.

Śmietanka bardzo szybko znalazła się w niezwykle trudnym położeniu. Gdy pod koniec pierwszej połowy rzutu karnego nie wykorzystał Maciej Racinowski, którego strzał kapitalnie obronił Jakub Wojno, wydawało się, że gospodarze nie będą już w stanie wrócić do gry. Los bywa jednak przewrotny. Chwilę później ten sam zawodnik zrehabilitował się w najlepszy możliwy sposób – tuż przed przerwą popisał się kapitalnym strzałem i zmniejszył straty do jednego gola.

Bramka zdobyta do szatni miała dodać Śmietance energii, choć początek drugiej połowy był zdecydowanie spokojniejszy, niż można było się spodziewać. Z czasem spotkanie znów nabrało jednak rumieńców. W 35. minucie Szereg zmarnował znakomitą okazję. Bogdan Bańkowski zamiast dograć do lepiej ustawionego Jakuba Myszóra, zdecydował się na strzał, który pozostawiał wiele do życzenia. Niewykorzystana szansa szybko się zemściła – po akcji Oskara Kuhna Śmietanka doprowadziła do wyrównania. W tym momencie było już widać, że zawodnicy Szeregu są blisko fizycznych granic. Co prawda w trakcie meczu dojechał jeszcze jeden zmiennik, ale piekielny upał robił swoje. W takich chwilach warto jednak mieć w składzie Janka Mitrowskiego. Po wrzucie z autu znakomicie odnalazł się w polu karnym i efektownym uderzeniem głową ponownie wyprowadził Homogenizowanych na prowadzenie.

Śmietanka po raz kolejny musiała gonić wynik i ponownie zrobiła to skutecznie. Tym razem do siatki trafił Adrian Wiączyk. W końcówce obie drużyny miały jeszcze swoje okazje, lecz żadna z nich nie zdołała przechylić szali zwycięstwa na swoją stronę.

Ostatecznie padł remis 3:3. To był naprawdę dobry, żywy mecz, pełen sytuacji podbramkowych i zwrotów akcji. Choć więcej okazji stworzyła sobie Śmietanka, podział punktów trudno uznać za niesprawiedliwy. I być może nawet lepiej, że wysiłek włożony przez obie drużyny w niezwykle wymagających warunkach został nagrodzony przynajmniej jednym punktem dla każdej z nich.

Facebook

Reklama

Tabela

Social Media

Youtube

Reklama