RAPORT MECZOWY! 7. KOLEJKA - LATO 2026
Q-ICE Warszawa zgarnął najcenniejsze trofeum Ligi Letniej 2026! Triumf tej ekipy w 1. Lidze okazał się jednak symboliczny także dla wydarzeń na innych poziomach rozgrywkowych.
Przed ostatnią kolejką niektórzy zdążyli już niemal zawiesić złote medale na szyjach liderów. Tyle że piłka nożna po raz kolejny przypomniała, dlaczego jest tak nieobliczalna. Finisz sezonu przyniósł zwroty akcji, niespodziewane potknięcia i drużyny, które w decydującym momencie wykorzystały swoją szansę.
Komu futbol sprawił największego psikusa? Kto miał mistrzostwo na wyciągnięcie ręki, a mimo to wypuścił je na ostatniej prostej? I wreszcie – kto w finałowej kolejce wygrał wszystko i w ostatniej chwili wskoczył na najwyższy stopień podium?
Sprawdźmy, jak rozstrzygnęła się walka o mistrzostwo na wszystkich poziomach Ligi Letniej 2026!
Opisy meczów 7. kolejki czekają już na Was w raportach, w zakładce PODSUMOWANIE SPOTKANIA. Ale mamy też coś dla tych, którym nie chce się za dużo klikać, a których interesują relacje wyłącznie z meczów ligi w której grają. Wchodząc w menu konkretnego poziomu rozgrywkowego dodaliśmy opcję RELACJE MECZOWE. Wszystkie streszczenia znajdziecie tam w jednym miejscu :) Życzymy Wam przyjemnej lektury!
Przed ostatnią kolejką stawka bezpośredniego starcia drugiego Inferno Team z trzecim Q-Ice Warszawa była ogromna - wygrana gospodarzy dawała im co najmniej srebro, a sukces gości pozwalał im przeskoczyć rywali w tabeli. Spotkanie od pierwszych minut zamieniło się w prawdziwy festiwal strzelecki. Choć gospodarze stwarzali groźne sytuacje i raz po raz obijali obramowanie bramki, to zabójczo skuteczna ekipa Q-Ice dyktowała twarde warunki.
Q-Ice od pierwszej minuty narzuciło własny styl gry. Już w 1. minucie spotkania Blank wykończył podanie Nazarchuka i otworzył wynik. Inferno natychmiast ruszyło do odrabiania strat, lecz po jednym ze strzałów gospodarzy piłka zatrzymała się tylko na słupku. Goście byli za to bezlitośni. Najpierw Nazarchuk podwyższył na 2:0, a chwilę później Prokop popisał się indywidualną akcją i uderzył z dystansu nie do obrony. Gospodarze nie odpuszczali, ale szczęście znów im nie sprzyjało - tym razem trafili w poprzeczkę, a chwilę później ponownie w słupek. W końcówce pierwszej połowy Niemiec mocnym uderzeniem przy dalszym słupku zdobył wreszcie bramkę na 1:3. Zanim jednak wybrzmiał gwizdek na przerwę, Prokop wykorzystał błąd w defensywie Inferno i ponownie powiększył przewagę Lodowatych.
Po zmianie stron Kondarevych sfinalizował precyzyjne dogranie Prokopa z bocznej strefy i trafił na 5:1. Inferno wciąż próbowało nawiązać walkę: najpierw Wielgat zdobył drugiego gola dla gospodarzy, a kilka minut później Niemiec skompletował dublet i zrobiło się 3:5. Przez moment pachniało jeszcze emocjonującą końcówką i odwróceniem losów spotkania. Nadzieje te Q-Ice rozwiało jednak błyskawicznie. Blank zapoczątkował kolejną serię bramkową, trafiając na 6:3, a chwilę później piłkę do siatki skierował Pautiak. Kropkę nad „i” postawił fenomenalnie dysponowany tego dnia Blank. Dwa kolejne trafienia dały mu łącznie aż cztery bramki w meczu i ustaliły końcowy rezultat na 9:3.
Q-Ice pewnie rozbiło rywali i zepchnęło Inferno na trzecie miejsce. To nie był jednak koniec wielkich emocji - dzięki sensacyjnej porażce Ternovitsii z Kebavitą na drugim boisku goście rzutem na taśmę sięgnęli po mistrzostwo 1. ligi! Brawo!
Mecz ostatniej kolejki w najwyższej klasie rozgrywkowej pomiędzy zespołami Ternovitsia a Kebavita zapowiadał się raczej na typ spotkania do jednej bramki z uwagi na pozycję obu drużyn w ligowej tabeli oraz fakt, że gospodarzom po niemal perfekcyjnym sezonie wystarczył raptem punkt, by po końcowym gwizdku odebrać upragnione złote medale od naszego Prezesa. Gościom pozostała natomiast jedynie gra o honor, a jak dobrze wiemy, czasem jest to AŻ gra o honor i odpowiednio duża motywacja, by chcieć sprawić niemałą sensację.
Przechodząc już do meczu - na samym początku zawodnicy w żółtych strojach narzucili swoje tempo gry i świetnie kontrolowali przebieg spotkania. Szybkie dwie bramki, jakie udało im się zdobyć po akcjach zespołowych, miały być początkiem tego, co raczej każdy postronny kibic brał za pewnik. Jakże wielkie było zdziwienie, gdy nagle zawodnicy regularnie motywowani przez swojego Prezesa, Buraka Cana, wrzucili wyższy bieg i w mgnieniu oka totalnie zmienili losy meczu. Świetnie dysponowany tego dnia w formacji ataku Lawrence Ugen fenomenalnie wykorzystywał swoje warunki fizyczne oraz grę tyłem do bramki, robiąc znaczącą różnicę na boisku na korzyść swojej ekipy. Dzięki niemu padło kilka goli dla gości, a za sprawą Budza wyszli oni nawet na dwubramkowe prowadzenie.
Druga część meczu to po prostu jednoosobowe show, jakie zaprezentował nam bramkarz Kebavity, Bedo Tarek. Mimo kilku drobnych błędów jego dyspozycja była po prostu kosmiczna i wyczyniał on prawdziwe cuda między słupkami, wielokrotnie odbierając zawodnikom Ternovitsii chęci do dalszych ataków. Ci, chociaż z minuty na minutę napierali coraz bardziej, nie byli w stanie sforsować obrony swoich rywali, którzy na każdego gola kontaktowego czy wyrównującego znajdowali odpowiedź i ponownie wychodzili na prowadzenie.
Tym samym zespół Ternovitsia poległ na ostatniej prostej i musi zadowolić się srebrnymi medalami. Kebavita zdobyła natomiast tym meczem ogromny szacunek i sprawiła sensację na miarę całego letniego sezonu Ligi Fanów.
Warsaw Sinaloa od pierwszego gwizdka pokazała, że tego dnia zamierza w pełni kontrolować przebieg spotkania. Zespół szybko przejął inicjatywę, dobrze operował piłką i skutecznie wykorzystywał tworzone sytuacje. BM miało problemy z zatrzymaniem ofensywnie grającej Sinaloi, która konsekwentnie powiększała swoją przewagę. Do przerwy gospodarze prowadzili już 4:0, stawiając się w bardzo komfortowej sytuacji przed drugą częścią meczu.
Po zmianie stron Sinaloa nadal kontrolowała spotkanie i nie pozwalała rywalom na przejęcie inicjatywy. BM próbowało odpowiedzieć i wykorzystało moment słabszej gry gospodarzy, zdobywając kilka bramek. W drugiej połowie przez pewien czas w szeregach Warsaw Sinaloa nastąpił wyraźny rozłam w obronie, co pozwoliło przeciwnikom na stworzenie większego zagrożenia i zmniejszenie przewagi.
Chłopaki szybko jednak uspokoili sytuację i wrócili do swojej gry. Pomimo chwilowych problemów defensywnych Sinaloa zachowała koncentrację, nie pozwoliła rywalom na dalsze odrabianie strat i przede wszystkim dociągnęła korzystny wynik do końca.
Ostatecznie Warsaw Sinaloa zwyciężyła 7:3, odnosząc przekonujące zwycięstwo i przez zdecydowaną większość spotkania kontrolując jego przebieg. Szczególnie dobrze wyglądała pierwsza połowa, w której Sinaloa zbudowała solidną przewagę. Druga część pokazała natomiast, że nawet przy wysokim prowadzeniu nie można pozwolić sobie na chwilę dekoncentracji, jednak najważniejsze jest to, że zespół odpowiednio zareagował i dowiózł zwycięstwo do ostatniego gwizdka. To pozwoliło ukończyć Ligę Letnią na 4. pozycji. BM finiszował tuż za nimi.
Spotkanie Comebacku z Hetmanem, czyli dwóch drużyn zamykających tabelę 1. Ligi, miało być przede wszystkim próbą zakończenia sezonu w nieco lepszych nastrojach. Obie ekipy nie miały już wiele do stracenia, dlatego można było spodziewać się otwartego meczu i walki o zwycięstwo do ostatniego gwizdka.
Od początku lepiej zorganizowany był jednak Comeback. Gospodarze grali bardzo kompaktowo, dobrze przesuwali się w defensywie i skutecznie ograniczali możliwości rywali. Hetman miał swoje okazje, ale brakowało mu dokładności w najważniejszych momentach. Comeback natomiast nie potrzebował wielu sytuacji, aby zrobić różnicę.
Dwa trafienia przed przerwą ustawiły spotkanie i pozwoliły gospodarzom zejść na przerwę z przewagą. Po zmianie stron Hetman nie miał już czego bronić, dlatego ruszył do odrabiania strat. Problem w tym, że bardziej ofensywna gra oznaczała również coraz więcej wolnej przestrzeni za plecami obrońców.
I właśnie na to czekał Harkavka. Napastnik Comebacku był tego dnia bezlitosny. Wykorzystywał kolejne kontry, świetnie odnajdywał się w przestrzeniach pozostawianych przez Hetmana i, kompletując hat-tricka, praktycznie przesądził o losach spotkania. Gospodarze bardzo dobrze odczytywali momenty, w których należało przyspieszyć, a kiedy można było spokojnie poczekać na błąd przeciwnika.
Hetman mimo wszystko nie złożył broni. Goście zdobyli jeszcze dwie bramki, a przy odrobinie większej skuteczności mogli dołożyć kolejne. Comeback zachował jednak odpowiednią dyscyplinę i nie pozwolił rywalom na odwrócenie losów spotkania.
Ostatecznie gospodarze zakończyli sezon zwycięstwem, a ich przewagą tego dnia były dwa elementy: taktyczna dyscyplina i skuteczność. Hetman miał swoje momenty, ale Comeback zdecydowanie lepiej wykorzystał to, co otrzymał od rywala. W meczu dwóch ostatnich drużyn 1. Ligi to właśnie gospodarze mogli więc zejść z boiska w nieco lepszych nastrojach.
W tej kolejce 2. ligi rozegrano tylko jedno spotkanie - pomiędzy Almazem a Ajaksem. Już samo to sprawiło, że mecz musiał zostać najciekawszym spotkaniem kolejki. Jednak nawet gdyby rozegrano pozostałe mecze, prawdopodobnie i tak trudno byłoby znaleźć ciekawsze widowisko. Na boisku spotkały się bowiem drużyny walczące o 3. miejsce, a stawką były brązowe medale na koniec sezonu.
Od pierwszych minut więcej argumentów miał Ajaks. Zespół dwukrotnie wychodził na prowadzenie - najpierw 1:0, a później 3:1. Co więcej, Ajaks miał również okazję na kolejne trafienie z rzutu karnego, ale Eduard Vakhidov świetnie odczytał intencje Bartka Kopacza i zatrzymał jego uderzenie. Same gole Ajaxu były natomiast prawdziwą ozdobą tego spotkania i jednymi z najładniejszych trafień tego dnia.
Almaz jednak nie zamierzał się poddawać. Na początku drugiej połowy zespół odrobił straty i doprowadził do wyniku 3:3. Później role nieco się odwróciły. To Almaz zaczął wyglądać groźniej, częściej atakował i był bliżej kolejnego gola, ale Ajaks za każdym razem znajdował odpowiedź. Mecz cały czas pozostawał otwarty, a każda kolejna akcja mogła zdecydować o losach medalu.
Ostatecznie ostatnie słowo należało do Bartka Kopacza. Zawodnik ekipy Kevina Long Trana ponownie stanął przed szansą z rzutu karnego i tym razem okazał się lepszy od bramkarza Almazu, doprowadzając do remisu 5:5. Ajaks nie mógł być zadowolony z takiego rezultatu, natomiast dla Almazu ten jeden punkt miał ogromną wartość.
Remis zapewnił ekipie z Ukrainy brązowe medale 2. ligi. Trudno więc wskazać drużynę, która tego dnia była zdecydowanie lepsza. Obie miały swoje momenty, obie mogły wygrać, a ostatecznie żadna nie zdołała przechylić szali zwycięstwa na swoją stronę. Najważniejsze jednak, że to Almaz osiągnął swój cel i zakończył sezon na trzecim miejscu.
Starcie pomiędzy KSB II Warszawa a LaFlame Bielany w ramach ostatniej kolejki 3. poziomu rozgrywkowego Letniej Edycji Decathlon Ligi Fanów okazało się niesamowitym widowiskiem. Spotkanie już przed pierwszym gwizdkiem zapowiadało się niezwykle interesująco. Gospodarze nie mieli co prawda realnych szans na wskoczenie na podium, jednak ogromny ścisk w czołówce tabeli sprawiał, że LaFlame Bielany, przy korzystnych wynikach pozostałych spotkań, mogło nawet sięgnąć po mistrzostwo.
Faworyci rozpoczęli mecz zgodnie z oczekiwaniami. Już po trzech minutach prowadzenie gościom zapewnił Grygorczuk, popisując się fantastycznym uderzeniem, a niespełna minutę później kolejne trafienie dołożył Kołodziejski. Dwa błyskawiczne ciosy nie podłamały jednak KSB, które zaakceptowało twarde warunki postawione przez rywali i natychmiast ruszyło do odrabiania strat. Najpierw kapitalne wyprowadzenie piłki przez bramkarza gospodarzy pozwoliło stworzyć akcję zakończoną wyłożeniem futbolówki Semerence do pustej bramki, a chwilę później Voronov pewnie wykorzystał rzut karny.
Pozostała część pierwszej połowy była prawdziwą wymianą ciosów. Reprezentant Polski Kacper Cetlin wziął sprawy w swoje ręce i ponownie wyprowadził LaFlame na prowadzenie. Odpowiedź gospodarzy była jednak wyjątkowa. Do siatki trafił… bramkarz KSB Damian Pawlak, dla którego, jak się później okazało, był to dopiero początek strzeleckich popisów tego wieczoru! Następnie prowadzenie gospodarzom zapewnił Olkowicz, który po skutecznym zwodzie huknął w kierunku dalszego słupka i nie dał golkiperowi szans na skuteczną interwencję. LaFlame zdołało jeszcze odpowiedzieć za sprawą Kaczmarczyka, dzięki czemu po szalonej pierwszej połowie na tablicy wyników widniał remis 4:4.
Po zmianie stron obraz spotkania uległ diametralnej zmianie. KSB zneutralizowało największe atuty ofensywne rywali i zaczęło przejmować pełną kontrolę nad wydarzeniami boiskowymi. Bohaterem, a zarazem najlepszym strzelcem spotkania, został Damian Pawlak. Bramkarz gospodarzy dołożył kolejne dwa trafienia, kompletując niecodziennego hat-tricka! Jego odwaga w podłączaniu się do akcji ofensywnych, w połączeniu z niezwykle mocnym i precyzyjnym uderzeniem, okazała się tego dnia zabójczą bronią KSB.
LaFlame nie potrafiło już odpowiedzieć. Wynik spotkania w końcówce ustalił Semerenko, który swoim drugim trafieniem przypieczętował efektowne zwycięstwo gospodarzy 7:4.
Tym samym KSB II Warszawa nie tylko zakończyło sezon niezwykle mocnym akcentem, ale również wyprzedziło LaFlame Bielany w ligowej tabeli. Dla gości porażka okazała się wyjątkowo bolesna - przed rozpoczęciem kolejki mogli jeszcze marzyć nawet o mistrzostwie, a ostatecznie wypadli z podium i zakończyli rozgrywki dopiero na piątej pozycji. Samo spotkanie było jednak idealnym zwieńczeniem sezonu - jedenaście bramek, zwroty akcji, hat-trick bramkarza i emocje, którymi można było delektować się aż do ostatniego gwizdka.
W meczu pomiędzy Husarią a Elektrowoźniakiem wyraźnego faworyta upatrywaliśmy w drużynie grającej w zielonych koszulkach. Elektrowoźniak potwierdził to swoją grą i pewnie wygrał 8:3, choć przy lepszej skuteczności wynik mógł być jeszcze wyższy.
Od początku spotkania Elektrowoźniak grał pierwsze skrzypce i starał się kontrolować wydarzenia na boisku, podczas gdy Husaria szukała swoich szans w kontratakach. Początkowo faworyt miał jednak spore problemy ze skutecznością, dlatego przez pewien czas wydawało się, że Husaria może pozostać w grze. Z czasem wszystko zaczęło jednak działać jak należy, a gole zaczęły padać jeden za drugim. Do przerwy Elektrowoźniak wypracował ogromną przewagę 6:1, która praktycznie rozstrzygnęła losy spotkania.
W drugiej połowie pozostało już tylko spokojnie dowieźć zwycięstwo do końcowego gwizdka. Elektrowoźniak nie był już tak skuteczny jak przed przerwą, ale dołożył jeszcze dwie bramki i ostatecznie wygrał 8:3.
Stawka tego meczu była jednak większa niż tylko trzy punkty. Na innych boiskach rozstrzygało się, na którym miejscu Elektrowoźniak zakończy sezon. Przed ostatnią kolejką zespół mógł jeszcze wypaść z podium, ale przy odpowiednim układzie wyników miał również szanse na trzecie, drugie, a nawet pierwsze miejsce. Ostatecznie trzy drużyny zakończyły sezon z dorobkiem 15 punktów. Elektrowoźniak miał jednak gorszy bilans bezpośrednich spotkań i musiał zadowolić się trzecią lokatą.
Biorąc pod uwagę, że przed ostatnim meczem istniało nawet ryzyko wypadnięcia z podium, trzecie miejsce jest jednak dobrym wynikiem i świetnym zakończeniem sezonu. Elektrowoźniak zrobił tego dnia dokładnie to, co musiał, i pewnie wykonał swoje zadanie.
W Husarii wyróżnił się Tomasz Hübner, autor trzech bramek. Po stronie Elektrowoźniaka, jak zwykle, błyszczał Denys Blank, który zdobył dwa gole i zanotował aż cztery asysty.
3.Liga była bez dwóch zdań najbardziej wyrównana spośród wszystkich poziomów rozgrywkowych w Lidze Fanów w sezonie Lato 2026. Przed 7. kolejką aż pięć zespołów wciąż miało szanse znaleźć się na podium, a aż cztery z nich mogły pochwalić się dokładnie takim samym dorobkiem dwunastu punktów. Jedną z takich drużyn było właśnie Force Fusion FC, które na ostatniej prostej mierzyło się z FC Patriot.
Pomimo iż to gospodarze, a nie goście, walczyli tutaj o mistrzostwo, od początku spotkania można było odnieść zgoła inne wrażenie. Już w 2. minucie gry pozornie niegroźny rzut wolny Yuriego Butsa okazał się dla różowo-czarnych tragiczny w skutkach, a widoków na poprawę nie było nawet sześć minut później, kiedy to wskutek ataku pozycyjnego Azamat Charyyev dośrodkował z pierwszej piłki wprost na głowę Mykyty Raia, a ten podwyższył na 0:2.
Kontakt gospodarze złapali dość szczęśliwie, bowiem piłkę wstrzeloną w pole karne na linii bramkowej zatrzymać próbował Charyyev, lecz siła tego dogrania okazała się zbyt duża, przez co zaliczył niefortunnego samobója. Pojawienie się na murawie Ruslana Yakubiva nieco ożywiło grę Force Fusion, a co najważniejsze, pociągnęło za sobą konkrety pod bramką rywali – wykonywany przez niego rzut rożny umożliwił wpisanie się na listę strzelców Olehowi Leshchyshynowi i doprowadzenie do upragnionego wyrównania.
Radość nie trwała długo – spryt FC Patriot znowu dał o sobie znać w postaci błyskotliwego rozegrania rzutu wolnego, a podanie Dimy Oleinikova sfinalizował Pavlo Domin. Lider ofensywy gospodarzy nie powiedział jednak jeszcze ostatniego słowa – najpierw, pokazując fenomenalne wyczucie, strącił głową wyrzuconą przez Antoshkę futbolówkę idealnie w tempo do Dawida Paradowskiego, a później sam wykończył błyskawicznie wyprowadzony kontratak.
Po zmianie stron Force Fusion, usatysfakcjonowane prowadzeniem, włączyło tryb „mistrzowski” z wybitnie zorganizowaną defensywą, co podziałało na gości jak czerwona płachta na byka. Niestety, sportowa złość, a raczej wynikająca z niej niecierpliwość, zemściła się na FC Patriot – tym razem gra z wysuniętym bramkarzem okazała się przekleństwem, gdyż Oleinikov nie zdążył w porę wrócić na pozycję, kiedy Leshchyshyn po przechwycie piłki zdecydował się na „loba” z własnej połowy.
Potem obie strony próbowały prześcignąć się w tym, która z nich strzeli ładniejszego gola – kolejny rzut wolny Butsa czy też taniec z piłką w środku pola i precyzyjny strzał po długim rogu Paradowskiego? Nie było tutaj złej odpowiedzi.
Większe zagrożenie Patriot zaczął stwarzać dopiero w końcówce potyczki, a nawet ich bramkarzowi udało się zmniejszyć dystans do oponentów do jednej bramki – na ich nieszczęście czasu nie wystarczyło już na odrobienie strat. Tym samym wraz z końcowym gwizdkiem Force Fusion FC oficjalnie zostało ukoronowane mistrzem 3. Ligi.
W spotkaniu 7. kolejki trzeciej ligi Sportowe Zakapiory podejmowały zespół Na2Nóżkę. Przed pierwszym gwizdkiem gospodarze doskonale zdawali sobie sprawę, że sytuacja w ligowej tabeli jest niezwykle wyrównana, dlatego od początku byli maksymalnie skoncentrowani i zmotywowani do walki o komplet punktów. Z kolei drużyna Na2Nóżkę od dłuższego czasu zmaga się z problemami kadrowymi, które także tym razem odbiły się na jej postawie.
Od pierwszych minut na boisku dominowali gospodarze. Zakapiory narzuciły bardzo wysokie tempo gry i błyskawicznie objęły prowadzenie. Każda kolejna akcja przynosiła zagrożenie pod bramką rywali, a przewaga gospodarzy rosła z minuty na minutę. Goście mieli ogromne problemy z organizacją gry, popełniali wiele prostych błędów i nie byli w stanie przeciwstawić się rozpędzonym rywalom. Efekt był imponujący, bo pierwsza połowa zakończyła się wynikiem aż 11:0 dla Sportowych Zakapiorów.
Po tak jednostronnej pierwszej części meczu niewielu spodziewało się, że goście będą jeszcze w stanie nawiązać walkę. W drugiej połowie obraz gry nie uległ zmianie. Zakapiory konsekwentnie kontrolowały przebieg spotkania, nie pozwalając rywalom na rozwinięcie skrzydeł. Gospodarze postawili sobie ambitny cel zdobycia co najmniej dwudziestu bramek i z powodzeniem go zrealizowali. Mimo honorowego trafienia zespołu Na2Nóżkę przewaga Zakapiorów pozostała przytłaczająca. Ostatecznie mecz zakończył się efektownym zwycięstwem gospodarzy 23:1.
Największymi bohaterami spotkania byli Hussein Abdulkareem oraz Daniel Lasota. Abdulkareem aż siedmiokrotnie wpisywał się na listę strzelców, będąc prawdziwym postrachem defensywy przeciwnika. Z kolei Lasota nie tylko zdobył jedną bramkę, ale przede wszystkim zanotował pięć asyst. Ich wzajemne zrozumienie i współpraca były jednymi z kluczowych elementów tak wysokiej wygranej gospodarzy.
Dzięki okazałemu zwycięstwu oraz korzystnym rezultatom na innych boiskach Sportowe Zakapiory zakończyły sezon letni na bardzo wysokim drugim miejscu w tabeli trzeciej ligi. Tak dobra postawa przez cały sezon pozwala z optymizmem patrzeć na kolejne rozgrywki i stawia Zakapiory w gronie głównych kandydatów do walki o najwyższe cele.
4. Liga była poziomem rozgrywkowym, który zakończył swoje zmagania jako ostatni. O godzinie 22:00 na Arenie AWF naprzeciw siebie stanęły dwa ostatnie zespoły ligowej tabeli – RKS Grochów podejmował Rodzinę Orlikeone. Teoretycznie był to mecz o nic, jednak w praktyce okazał się fantastycznym widowiskiem. Otwarty charakter spotkania pozwolił również w pełni rozwinąć skrzydła Dawidowi Skowerze, który walczył o nagrody indywidualne i tego dnia aż sześciokrotnie trafił do siatki gości, a przy dwóch kolejnych bramkach zaliczył asysty.
Pierwsza połowa obfitowała w dynamiczne zwroty akcji oraz wiele efektownych trafień. Worek z bramkami już na początku spotkania otworzył zawodnik Rodziny Orlikeone, Piotr Rączkowski, który płaskim strzałem pokonał bramkarza z Grochowa. Odpowiedź gospodarzy była jednak błyskawiczna. Dawid Skowera zdobył dwa gole i wyprowadził swój zespół na prowadzenie.
Przez pierwsze dwadzieścia minut można śmiało powiedzieć, że to goście częściej nadawali ton spotkaniu, choć ze zmiennym szczęściem. Do stanu 4:5 przegrywali zaledwie raz, jednak końcówka pierwszej odsłony zdecydowanie przechyliła szalę na korzyść RKS-u. Kapitalne uderzenia z dystansu Skowery oraz dwa trafienia Oleszkiewicza sprawiły, że gospodarze schodzili do szatni z dwubramkową zaliczką.
Po zmianie stron spotkanie nieco straciło na dynamice, a kibice zobaczyli już tylko cztery kolejne gole. Gospodarze rozpoczęli drugą połowę w najlepszy możliwy sposób. Błąd w rozegraniu Okulskiego wykorzystał Skowera, zdobywając swoje szóste trafienie tego wieczoru.
Chwilę później błysnął Antek Herman, zdecydowanie jedna z najjaśniejszych postaci Rodziny Orlikeone. Antoni popisał się kapitalnym uderzeniem prosto w okienko bramki rywali. Na moment zrobiło się naprawdę gorąco, gdy Krystian Matusiak zdobył kolejną bramkę i dał gościom kontakt z RKS-em. Gospodarze mieli już tylko jednobramkową przewagę, ale nie zamierzali ograniczać się do jej bronienia. Odważna gra w ofensywie przyniosła dziewiąte i zarazem ostatnie trafienie ekipy z Pragi-Południe, które okazało się przysłowiową kropką nad „i”.
Ostatecznie spotkanie zakończyło się zwycięstwem RKS Grochów 9:7. Bohaterem meczu został Dawid Skowera, który za kapitalny występ został wybrany MVP ostatniej kolejki Letniej Edycji Ligi Fanów, a dodatkowo zgarnął aż cztery indywidualne wyróżnienia. Rodzina Orlikeone postawiła jednak bardzo trudne warunki i w dużej mierze to właśnie dzięki jej ambitnej postawie spotkanie stało się tak atrakcyjnym widowiskiem dla kibiców.
Starcie FC Prykarpatii z FC Legion UA miało wszelkie argumenty, by stać się ozdobą ostatniej kolejki letnich rozgrywek 4. ligi. Przed finałową serią gier lidera i wicelidera dzieliły zaledwie dwa punkty, co oznaczało jedno - bezpośredni, decydujący mecz o mistrzowski tytuł. Gospodarzom do przypieczętowania złota wystarczał remis, z kolei goście musieli wygrać za wszelką cenę.
Początek spotkania należał do Legionu, choć w jego akcjach brakowało jeszcze precyzji pod bramką rywali. Przełamanie nadeszło w 5. minucie za sprawą braterskiego duetu: Oleksandr Hehelskyi dograł do Andriia, a ten otworzył wynik. Riposta Prykarpatii nadeszła jednak bardzo szybko. Gospodarze krótko rozegrali rzut wolny po faulu zawodnika gości, a Budz fantastycznym strzałem w okienko doprowadził do remisu. Jeszcze przed przerwą bohater otwarcia zamienił się w pechowca - Andrii niefortunnie skierował piłkę do własnej siatki i to Prykarpattia, nieco wbrew boiskowym wydarzeniom, zeszła na przerwę z prowadzeniem 2:1.
Druga połowa była już jednak bezwzględnym koncertem jednej drużyny. W 35. minucie Andrii Hehelskyi w pełni odkupił swoje winy za samobójcze trafienie, przeprowadzając efektowną szarżę lewą flanką i doprowadzając do remisu. Chwilę później pech dopadł obronę gospodarzy, która zrewanżowała się golem samobójczym. Od tego momentu worek z bramkami rozwiązał się na dobre. Najpierw przyjezdni przechwycili podanie rywali i podwyższyli na 4:2, a zaraz potem zdobyli piątą bramkę głową po wyrzucie z autu. Prykarpattia próbowała jeszcze gonić wynik trafieniem Yaremiego, lecz Pusharenko natychmiast odpowiedział kolejnym golem, a po chwili jego kolega z drużyny czujnie dobił piłkę odbitą od słupka, trafiając na 7:3.
Gospodarze mieli jeszcze szansę z rzutu karnego podyktowanego za zagranie ręką, lecz Yosypchuk uderzył obok bramki. Ostatnie słowo należało do nieuchwytnego tego dnia Andriia Hehelskiego, który po rajdzie i ograniu kilku obrońców ustalił wynik na 8:3.
Świetna druga połowa w wykonaniu Legionu przesądziła o losach meczu i dała drużynie zasłużony tytuł. Zwycięstwo pozwoliło gościom wyprzedzić dotychczasowego lidera i przypieczętować mistrzostwo 4. ligi.
Spotkanie KS Iglica Warszawa z Kresowią Warszawa dostarczyło sporo emocji i zwrotów akcji. Od pierwszych minut było widać, że obie drużyny wyszły na boisko z dużą determinacją, a mecz szybko nabrał tempa. Kresowia skuteczniej wykorzystywała swoje sytuacje i przed przerwą prowadziła 3:2, jednak Iglica cały czas pozostawała w grze i nie zamierzała odpuszczać.
Dużym wsparciem dla zespołu gości byli również licznie zgromadzeni kibice Kresowii, którzy przez całe spotkanie mocno dopingowali swoją drużynę. Ich obecność zdecydowanie wpłynęła na atmosferę na stadionie i sprawiła, że mecz zyskał dodatkową, kibicowską otoczkę.
Po zmianie stron Iglica pokazała charakter i ruszyła do odrabiania strat. Gospodarze zaczęli grać odważniej, stwarzali coraz więcej okazji i w końcu doprowadzili do wyrównania. Na tym jednak nie poprzestali - kolejne trafienie dało im prowadzenie 4:3. W tym momencie wydawało się, że Iglica jest na dobrej drodze do odwrócenia losów całego spotkania i zdobycia kompletu punktów.
Kresowia nie zamierzała jednak się poddawać. Goście odpowiedzieli kolejnym trafieniem, doprowadzając do remisu 4:4. Iglica próbowała jeszcze w końcówce ponownie wyjść na prowadzenie, ale zabrakło już czasu na zdobycie zwycięskiej bramki.
Ostatecznie obie drużyny musiały zadowolić się jednym punktem. Po stronie Iglicy pozostał pewien niedosyt, ponieważ z wyniku 2:3 udało się wyjść na 4:3, a zwycięstwo było naprawdę blisko. Z drugiej strony drużyna pokazała ogromną wolę walki i charakter, odrabiając straty i przejmując inicjatywę w kluczowym momencie spotkania. Finalnie jeden punkt pozwolił Kresowii skończyć na trzecim miejscu w tabeli, a Iglica musiała się zadowolić szóstą lokatą.
Poznana przez lato Nieznana Drużyna, podejmująca Watahę, to kolejny mecz, jaki mieliśmy okazję oglądać podczas ostatniej kolejki. Sytuacja w tej lidze była na tyle wyrównana i zacięta, że zwycięzca tego spotkania miał prawo liczyć na zajęcie najniższego stopnia podium w naszej ligowej kampanii.
Spotkanie zaczęło się po myśli gospodarzy po prostu wybornie. Dwie bramki i masa wykreowanych sytuacji, przy dosyć konsekwentnej grze w obronie, nie pozostawiały zbyt wielu złudzeń, kto w tym spotkaniu czuje się lepiej i wygląda na faworyta do końcowego triumfu.
Druga odsłona tego meczu, oprócz tego, że dostarczyła nam wiele materiału do „Kalafiorów kolejki”, przyniosła również mnóstwo emocji, których po pierwszej połowie, przyznamy szczerze, nie do końca się spodziewaliśmy. Zespół gospodarzy mocno obniżył loty, a rozproszenie w obronie podziałało jak płachta na byka na tak doświadczonego w piłce sześcioosobowej rywala, jakim jest Wataha.
W zespole gości ciężko wskazać w tym meczu jednego mocno wyróżniającego się zawodnika, gdyż tutaj po prostu zadziałał kolektyw oraz pomocna dłoń ze strony drużyny przeciwnej, która jeszcze na dwie minuty przed końcem wygrywała to spotkanie. Jednak żółta kartka, do tego trochę niepotrzebna, sprawiła, że gospodarze musieli grać w osłabieniu do końca meczu. Bezlitośnie wykorzystał to Anass El Ansari, który kapitalnym uderzeniem po długim słupku dał swojemu zespołowi wyrównanie.
Niestety dla obu ekip nikt nie był już w stanie postawić kropki nad „i”. Mecz zakończył się remisem, a obie drużyny, jeśli chodzi o medale, musiały obejść się smakiem. Dziękujemy za sezon letni i mamy nadzieję, że zobaczymy się ponownie w sezonie zasadniczym!
Mecz o złoto 5. Ligi Letniej już przed rozpoczęciem zapowiadał się na widowisko godne tego tytułu, a kto miał szansę zobaczyć go na żywo, ten poświadczy tylko o słuszności tych zapowiedzi. Nieco lepsze wejście w mecz zanotowała drużyna gospodarzy – choć może nie tyle na skutek lepszej gry, bo ile można pokazać przez niespełna dwie minuty, co raczej w pełni wykorzystanej szansy z podyktowanego rzutu wolnego, po rozegraniu którego piłkę zagraną przez Mykytę Bondarenko w siatce umieścił Vadym Redko.
Radość Alliance NG nie trwała zbyt długo, bo do głosu doszedł najbardziej zabójczy duet w szeregach Gamby – Filip Wolski oraz Jan Sienicki, a owocem ich akcji był gol wyrównujący drugiego z panów. Zespołowo grająca ekipa Ivana Sulima dysponowała szeroką kadrą na to spotkanie, dzięki czemu intensywność gry nie spadała nawet przez moment poniżej oczekiwanego poziomu. Nic więc dziwnego, iż zagraniczny team wyszedł nawet na dwubramkowe prowadzenie po trafieniach Vasylevskyiego i Redko (przyjęcie górnej piłki na „klatę” i strzał z powietrza – naprawdę palce lizać!).
Dużą dozę spokoju wprowadzał na boisku doświadczony golkiper Serhii Zarubin, ale determinacja, jaką prezentowali goście, pozwoliła im przełamać kontrolę rywali nad meczem i odrobić straty – doskonała prostopadła piłka od Dybowskiego do Wolskiego, a potem podobne podanie „dziesiątki” Gamby do Sienickiego sprawiły, że przed zejściem na przerwę na tablicy wyników widniało remisowe 3:3.
Po zmianie stron wyrównany pojedynek trwał w najlepsze, a Zarubin i Skowroński stale musieli mieć się na baczności. Tej samej baczności, której niestety koledzy Antoniego nie zachowali, nie doskakując do mającego sporo miejsca na przedpolu Vsevoloda Archakova – jak można się domyśleć, ów gracz z numerem 16 przymierzył idealnie i dał swojej drużynie prowadzenie.
Kluczowym momentem tej potyczki okazało się wprowadzenie na boisko zawodnika na ogół nie aż tak wpływowego, a jednak absolutnie tej niedzieli niezbędnego. Nazariy Maksymovych, bo o nim mowa, najpierw świetnie odnalazł podaniem Emurlana Oskonalieva przy rzucie rożnym, a potem sam wpisał się na listę strzelców po dwójkowej kombinacji z Vasylevskyim.
Przy stanie 6:3 wszystko wydawało się już, potocznie mówiąc, „pozamiatane” – coraz większa frustracja Gamby Veloce bardziej rozpraszała niż motywowała, a sam mecz z minuty na minutę wyraźnie im odjeżdżał. W 46. minucie dystans do oponentów został przez szaro-czarnych zmniejszony za sprawą duetu Wolski–Sienicki, ale czasu było już zdecydowanie za mało na dogonienie Alliance.
Ostatniego gola w tym meczu zdobył Volodymyr Deidei, pieczętując cenną wygraną oraz zapewniając FC Alliance NG upragnione złote krążki. Gamba po raz kolejny może mówić o pechu, bowiem to już trzeci raz, gdy marzenia o pierwszym miejscu kończą się dla niej fiaskiem. Panowie, głowa do góry – w końcu niewiele jest zespołów, które w dwa lata gry w Lidze Fanów mogłyby się poszczycić trzema trofeami. To też nie lada sukces!
Kapitalny finisz rundy w wykonaniu zespołu gospodarzy niemal zagwarantował im miejsce na podium. Gdyby w szóstej serii gier Pany z Rejonu zwyciężyły Rodzinę Soprano, to właśnie gospodarze – ni stąd, ni zowąd – dziś świętowaliby podium, ogrywając Fuszerkę 4:2. Zryw był nagły, a początek totalnie tego nie zwiastował – trzy pierwsze mecze to trzy porażki. Swoją drogą podobnym torem szła ekipa oponenta, Fuszerki, ale niestety w jej przypadku obrany kurs pozostał niezmienny aż do samego końca.
Przejdźmy już jednak do przebiegu meczu pomiędzy tymi zespołami. Pierwsza odsłona spotkania, jak na realia szóstek, była wyjątkowo mało urodzajna w gole. Wszak w pierwszych dwudziestu pięciu minutach gry obejrzeliśmy tylko jedno trafienie, kiedy do siatki Fuszerki trafili gospodarze. 1:0 do przerwy zwiastowało nam ogrom emocji w drugiej odsłonie, natomiast te dość szybko ostygły, kiedy Pany z Rejonu podwyższyły wynik najpierw na 2:0, a następnie na 3:0.
Dopiero bramka na 1:3 kapitana Fuszerki, Kamila Weredy, wlała jeszcze trochę nadziei w serca obozu gości. Radość nie trwała natomiast zbyt długo, a kolejna bramka, tym razem na 4:1, autorstwa gospodarzy w zasadzie pogrzebała jakiekolwiek resztki emocji. Honorową bramkę, ostatnią w tej średnio udanej – łagodnie mówiąc – letniej kampanii, zdobył ponownie Wereda, ustalając wynik spotkania na 4:2 dla Panów z Rejonu.
Tym samym Fuszerka niestety ligę letnią zakończyła bez ani jednego zwycięstwa na koncie, zaś zespół w różowych trykotach w czterech ostatnich meczach aż trzykrotnie był górą – i to właśnie ten świetny finisz daje wiarę w to, iż Pany z Rejonu w przyszłości jeszcze nieco w Lidze Fanów namieszają. Natomiast o Fuszerkę... jesteśmy spokojni. Nieraz wychodzili z takich tarapatów i wierzymy, że jeszcze wszystko odpowiednio poukładają.
Spotkanie 5. Ligi rozegrane na boiskach AWF-u dostarczyło kibicom wielu emocji, zwłaszcza w drugiej części meczu. Rodzina Soprano od początku narzuciła wysokie tempo gry i mimo ambitnej postawy MWSP potrafiła przechylić szalę zwycięstwa na swoją stronę, wygrywając ostatecznie 5:2.
Mecz rozpoczął się znakomicie dla Rodziny Soprano. Już w początkowej fazie spotkania na listę strzelców wpisał się Gałecki, który otworzył wynik. Chwilę później Sadecki znalazł drogę do bramki, podwyższając prowadzenie swojej drużyny na 2:0. MWSP miało problemy z zatrzymaniem dobrze funkcjonującej ofensywy rywali, a kiedy Sadecki ponownie wpisał się na listę strzelców, sytuacja gospodarzy zrobiła się bardzo trudna.
Mimo niekorzystnego wyniku MWSP nie złożyło broni. Kontaktową bramkę w drugiej części meczu zdobył Smoleński, który wykorzystał jedną z nielicznych okazji swojego zespołu i zmniejszył straty do 1:3. Trafienie dodało gospodarzom energii, jednak Rodzina Soprano szybko odpowiedziała. Zmysłowski skutecznie wykończył akcję swojego zespołu i ponownie zwiększył przewagę do trzech trafień.
W drugiej połowie MWSP starało się wrócić do gry. Bardzo aktywny był Wrotniak, który został wybrany najlepszym zawodnikiem swojej drużyny. To właśnie on zdobył bramkę na 2:4, podtrzymując nadzieje gospodarzy na korzystny rezultat i powrót do spotkania. Przez kilka minut MWSP naciskało i próbowało zdobyć kolejne trafienie, jednak defensywa Rodziny Soprano wytrzymała ten napór. Decydujący cios zadał Oleksiewicz, który ustalił wynik spotkania na 5:2. Po tej bramce goście spokojnie kontrolowali przebieg meczu i nie pozwolili przeciwnikom na stworzenie groźniejszych sytuacji.
Bohaterem spotkania bez wątpienia został Sadecki, autor dwóch bramek i dwóch asyst, a zarazem lider ofensywy Rodziny Soprano. Świetnie wspierali go również Zmysłowski oraz Oleksiewicz, którzy dołożyli swoje trafienia. Po stronie MWSP na wyróżnienie zasłużyli Wrotniak oraz Smoleński, dzięki którym gospodarze do końca walczyli o odwrócenie losów meczu.
Ostatecznie kluczowe okazały się skuteczność i lepsze wykorzystanie sytuacji bramkowych. To właśnie te elementy sprawiły, że trzy punkty trafiły na konto Rodziny Soprano po zwycięstwie 5:2.
Dla obu zespołów był to niestety mecz o przysłowiową pietruszkę. Ani Sparta nie mogła już w tym sezonie liczyć na nic konkretnego, ani FC Melange. Przynajmniej drużynowo, bo indywidualnie sprawa wciąż była rozwojowa z perspektywy dwóch zawodników Melange – Łukasza Słowika, który walczył o miano najlepszego strzelca oraz zwycięstwo w klasyfikacji kanadyjskiej, a także Łukasza Krysiaka, mającego szansę zostać najlepszym bramkarzem rozgrywek.
I kto wie, czy fakt, że z perspektywy drużynowej Melange nie grał już o nic, nie zadziałał nawet na korzyść wspomnianych zawodników. W innych okolicznościach ciągłe szukanie Łukasza Słowika w większości akcji mogłoby być czymś niewskazanym. Tutaj można było jednak spokojnie skupić się na tym, by chociaż poszczególni gracze ekipy gości mogli uznać ten sezon za udany. A tak się złożyło, że wspomniany „Słowinho” strzelanie rozpoczął od samego początku. Przy pierwszym golu piłka de facto sama go znalazła. Po strzale Marcina Godlewskiego futbolówka odbiła się od klatki piersiowej kolegi z drużyny i zaskoczyła bramkarza Sparty. Chwilę później zrobiło się 2:0, ale wcale nie była to najgorsza informacja z perspektywy gospodarzy. Jeszcze większym problemem okazała się kontuzja Vladyslava Barabasha, a przecież doskonale wiemy, jakiej klasy jest to zawodnik.
Na domiar złego Sparta nie mogła się wstrzelić w bramkę rywala. Przy stanie 0:2 gospodarze mieli dwie doskonałe okazje, lecz świetnie spisał się Łukasz Krysiak. Ostatecznie nominalnym gospodarzom udało się jeszcze w pierwszej połowie otworzyć swój dorobek strzelecki, ale do przerwy i tak przegrywali 1:4.
Gdy niedługo po rozpoczęciu drugiej odsłony na 5:1 dla faworytów podwyższył Julek Marciniak, myśleliśmy, że jest już po zawodach. Kto wie, czy podobnie nie pomyśleli sami zawodnicy Melange, bo nagle w ich poczynania wdarła się spora nonszalancja. Sparta natomiast – jak na nazwę przystało – walczyła. I to jak! Nagle z czterobramkowej przewagi faworytów nie zostało praktycznie nic. Konsekwentna gra przegrywających sprawiła, że zrobiło się 4:5 i przez moment można było uwierzyć, że w tym spotkaniu wszystko jest jeszcze możliwe.
Okazało się to jednak złudne. Melange szybko wrócił na właściwe tory, a prawdziwe show rozpoczął Łukasz Słowik. Być może dodatkowo zmotywowała go informacja od Bartka Podobasa, który dowiedział się, że najgroźniejszego rywala Łukasza w wyścigu po koronę króla strzelców tego dnia zabrakło. Oznaczało to, że jeśli Słowinho zdobędzie sześć bramek, zgarnie to, o co walczył. I dokładnie tak się stało! Ten gracz wystrzelał sobie zarówno koronę króla strzelców, jak i zwycięstwo w klasyfikacji kanadyjskiej, co z pewnością choć trochę osłodziło jego zespołowi mimo wszystko nieudany sezon.
Uściślijmy bowiem, że wygrana 11:5 nad Spartą niczego poza czwartą lokatą Melange nie przyniosła. A przecież mówimy o zespole, który zremisował z mistrzem ligi, zremisował z wicemistrzem i pokonał trzecią drużynę w tabeli! Niestety wszystko to, co Melange wywalczył w starciach z najmocniejszymi, później oddawał niżej notowanym rywalom. Zaszczytne, choć oczywiście całkowicie nieoficjalne miano „Janosików sezonu” zostanie im więc przekazane przy okazji startu kolejnej kampanii ;)
A Sparta? No cóż… Sezon zakończyła w minorowych nastrojach. Nie udało się wygrać, a dodatkowo zespół stracił z powodu kontuzji jednego ze swoich czołowych zawodników. Mamy jednak nadzieję, że te wszystkie niepowodzenia nie sprawią, że chłopakom przestanie się chcieć. To bowiem drużyna zdecydowanie mocniejsza, niż wskazywałaby na to tabela 5 Ligi. Wierzymy, że w sezonie zasadniczym Sparta będzie chciała to udowodnić.
Spotkanie 7. kolejki w szóstej lidze miało ogromne znaczenie dla FC Olimpik. Gospodarze przystępowali do meczu ze świadomością, że zwycięstwo może im dać mistrzostwo ligi. Naprzeciwko stanął Hiszpański Galeon, zespół, który w tym sezonie kompletnie nie spełnił oczekiwań. Ostatnie miejsce w tabeli z pewnością nie oddaje potencjału drużyny naszpikowanej zawodnikami o dużych umiejętnościach, jednak przez całe rozgrywki brakowało jej stabilności i regularności.
Od pierwszego gwizdka widać było, że Olimpik nie zamierzał pozostawiać niczego przypadkowi. Gospodarze szybko przejęli inicjatywę i już na początku objęli prowadzenie po trafieniu Maksyma Lipskyiego, któremu świetnie dograł Elbek Muhammadaliyew. Galeon odpowiedział za sprawą Wiktora Milewskiego, a asystę przy wyrównującym golu zanotował Krzysztof Małażewski. Był to jednak tylko chwilowy przebłysk gości. Olimpik wrócił do swojej gry i dzięki trzem kolejnym trafieniom odskoczył na 4:1. Szczególnie dobrze funkcjonowała współpraca ofensywna gospodarzy, którzy z łatwością znajdowali sobie miejsce pod bramką rywali. Do przerwy wynik 4:1 stawiał Olimpik w bardzo komfortowej sytuacji.
Druga połowa rozpoczęła się jednak od niespodziewanego zrywu Hiszpańskiego Galeonu. Najpierw Kamil Kapica wykorzystał podanie Olka Markowskiego, a chwilę później Krzysztof Małażewski zdobył kontaktową bramkę po asyście Milewskiego. Kiedy ponownie Kapica, po kolejnym świetnym zagraniu Milewskiego, doprowadził do wyniku 4:4, na boisku zrobiło się naprawdę gorąco. Jeszcze kilka minut wcześniej wydawało się, że mistrzostwo jest formalnością, tymczasem gospodarze musieli zaczynać wszystko od nowa.
Kluczowy moment spotkania nadszedł zaraz po wyrównaniu. FC Olimpik pokazał wtedy charakter godny mistrza. Inicjatywę przejął Nazar Petriv, który dwoma szybkimi trafieniami ponownie wyprowadził swój zespół na prowadzenie. Oba gole były potężnym ciosem dla ambitnie walczącego Galeonu. Goście stracili impet, a gospodarze wyczuli swoją szansę i bezlitośnie ją wykorzystali.
Końcówka należała już wyłącznie do FC Olimpik. Kolejne trafienie dołożył Petriv, kompletując hat-tricka, a wynik podwyższył jeszcze Elbek Muhammadaliyew. Symboliczną kropkę nad „i” postawił ponownie Petriv, który ustalił rezultat meczu na 9:4. Napastnik Olimpiku był bez wątpienia jedną z najjaśniejszych postaci spotkania, jednak na wyróżnienie zasłużył również Elbek Muhammadaliyew, który został wybrany zawodnikiem meczu oraz MVP całego sezonu. Jego wpływ na grę zespołu był ogromny zarówno pod względem zdobywanych bramek, jak i kreowania sytuacji partnerom.
Hiszpański Galeon pokazał momentami, że posiada duży potencjał i przy stanie 4:4 był bliski sprawienia sensacji. Ostatecznie jednak zabrakło konsekwencji i skuteczności w defensywie. FC Olimpik nie wybaczył błędów rywala i w decydujących momentach potwierdził, dlaczego przez większość sezonu należał do czołówki ligi.
Spotkanie rozegrane o 21:00 na Sektorze B było prawdziwym festiwalem ofensywnego futbolu. Kibice zgromadzeni na trybunach obejrzeli aż dziewięć bramek, a ostatecznie KS Centrum pokonało Mistrzów Chaosu 6:3 po bardzo intensywnym i emocjonującym meczu.
Od pierwszego gwizdka inicjatywę przejęli zawodnicy KS Centrum. Już na początku spotkania Bembas otworzył wynik, wykorzystując dobre podanie od partnera. Chwilę później Marczyk podwyższył prowadzenie na 2:0, a gdy ponownie do siatki, tym razem z rzutu karnego, trafił Bembas, goście prowadzili już 3:0 i wydawało się, że całkowicie kontrolują przebieg rywalizacji. Mistrzowie Chaosu nie zamierzali jednak składać broni. Jeszcze przed przerwą bramkę zdobył Tyski, który dał swojej drużynie impuls do walki. Trafienie na 1:3 pozwoliło gospodarzom uwierzyć, że odwrócenie losów meczu jest możliwe.
Po zmianie stron emocji nie brakowało. Kowalski przywrócił KS Centrum trzybramkową przewagę, zdobywając gola na 4:1. Druga odsłona meczu była niezwykle wyrównana. Ekipy wymieniały się bramkami, dzięki czemu KS Centrum cały czas utrzymywało trzybramkową przewagę.
Ostatnie słowo należało jednak do KS Centrum. W końcówce spotkania Ciołek przeprowadził indywidualną akcję rozpoczętą na własnej połowie, a następnie pewnym, plasowanym strzałem ustalił wynik meczu na 6:3. Był to gol, który definitywnie zamknął rywalizację i przypieczętował zwycięstwo KS Centrum.
Mecz był bardzo otwarty, obie drużyny chętnie atakowały i stwarzały sytuacje podbramkowe. Szczególnie wyróżnił się Bembas, który dwukrotnie wpisał się na listę strzelców i został wybrany zawodnikiem meczu po stronie triumfatorów. Duży wkład w zwycięstwo mieli również Marczyk oraz Ciołek. W ekipie Mistrzów Chaosu na pochwały zasłużył Tyski, a także cała drużyna za walkę mimo wysokiej straty na początku spotkania.
Ostatecznie KS Centrum okazało się skuteczniejsze w kluczowych momentach i zasłużenie zwyciężyło 6:3, zgarniając komplet punktów po jednym z bardziej bramkostrzelnych meczów kolejki.
To spotkanie zdecydowanie można nazwać prawdziwym rollercoasterem. Niewiele wskazywało na to, że mecz zakończy się remisem, kiedy po pierwszej połowie Dynamo Wołomin prowadziło aż 5:1. Goście od początku wyglądali na zespół pewniejszy siebie, szybszy i lepiej zorganizowany. Dynamo wykorzystywało swoje sytuacje, a Kresowia miała ogromne problemy z zatrzymaniem rozpędzonych rywali. Przy takim wyniku można było śmiało stwierdzić, że to właśnie Dynamo zmierza po pewne zwycięstwo.
Po przerwie wydarzyło się jednak coś, czego trudno było się spodziewać. Kresowia Warszawa II zupełnie zmieniła swoje oblicze i zaczęła konsekwentnie odrabiać straty. Ogromną rolę odegrali w tym również kibice Kresowii, którzy mocnym dopingiem napędzali swój zespół i pomagali mu walczyć do samego końca. Z każdą kolejną bramką rosła wiara gospodarzy w odwrócenie losów spotkania.
Kresowia nabrała wiatru w żagle i z wyniku 1:5 doprowadziła do remisu 6:6. Co więcej, w kilku momentach gospodarze mieli nawet swoje okazje, aby pójść o krok dalej. Dynamo, które po pierwszej połowie wydawało się mieć spotkanie pod pełną kontrolą, musiało w końcówce bronić wyniku i walczyć o utrzymanie choćby jednego punktu.
Ostatecznie żadnej z drużyn nie udało się przechylić szali zwycięstwa na swoją stronę. Remis 6:6 po takim przebiegu spotkania smakuje jednak wyjątkowo, szczególnie dla Kresowii, która po bardzo słabej pierwszej połowie pokazała ogromny charakter i wróciła do gry w wielkim stylu.
To bez wątpienia jeden z najbardziej emocjonujących meczów tej kolejki. Dwanaście bramek, wielki powrót, niesamowite emocje i walka do ostatnich minut - właśnie takie spotkania kibice chcą oglądać. Dynamo może czuć niedosyt, bo miało ogromną przewagę i zamiast mistrzostwem, musiało się ostatecznie zadowolić brązem.
Everest miał przed ostatnim spotkaniem jasny cel - wygrać i przypieczętować mistrzostwo 6. ligi. Orła Cień nie miał już szans na podium, ale po trzech porażkach na początku rozgrywek złapał wiatr w żagle i przystępował do tego spotkania z serią trzech zwycięstw. Gospodarze nie zamierzali więc ułatwiać liderowi zadania.
Od początku spotkanie było wyrównane, a oba zespoły szukały swoich szans przede wszystkim po uderzeniach z dystansu. Na pierwszego gola trzeba było czekać do 13. minuty. Romashenko zdecydował się na strzał zza pola karnego, po którym piłka odbiła się od jednego z obrońców i kompletnie zmyliła bramkarza Orła. Gospodarze odpowiedzieli w 35. minucie. Karol Bienias popisał się kąśliwym uderzeniem z połowy boiska i doprowadził do remisu. Reprezentant Polski w socca był tego dnia jednym z najważniejszych zawodników Orła Cień - dyrygował grą i napędzał ofensywę gospodarzy.
Po zmianie stron emocji nie brakowało. Everest ponownie objął prowadzenie za sprawą Prokoshina, ale odpowiedź oponentów była błyskawiczna. Gralec popisał się efektownym, technicznym strzałem prosto w okienko i znów mieliśmy remis. Kiedy wydawało się, że spotkanie zakończy się podziałem punktów, ostatnie słowo należało do Bieniasa. Posłał on długą piłkę w kierunku pola karnego, do której wyszedł bramkarz Everestu. Golkiper minął się jednak z futbolówką, a gdy ta zmierzała już do bramki, napastnik Orła Cień skutecznie odciął mu możliwość interwencji. Piłka wpadła do siatki.
Orła Cień wygrał 3:2 i zakończył lato czwartym zwycięstwem z rzędu. Everestowi pozostało tylko pogodzić się z bolesnym finałem - jeszcze na kilka minut przed końcem utrzymywał prowadzenie, a ostatecznie porażka kosztowała go mistrzowski tytuł. FC Olimpik wykorzystał potknięcie rywala i to właśnie on zakończył sezon na pierwszym miejscu. Orła Cień może z kolei żałować fatalnego początku lata - gdyby sezon zaczął tak, jak go zakończył, historia tego zespołu mogłaby wyglądać zupełnie inaczej...
Zespół gospodarzy, patrząc na dotychczasowe dokonania teamu gości, tudzież w zasadzie ich brak, mógł być spokojny o trzy kolejne ligowe oczka. My jednak nie bylibyśmy tak pewni finałowego rozstrzygnięcia, zapowiadając ten mecz. Widzieliśmy, iż w zespole gości w trzech ostatnich seriach gier coś – mówiąc kolokwialnie – kliknęło, a serie gier numer pięć oraz sześć to po prostu był brak szczęścia. Zdziwić się mogło Shitable, widząc, że drużyna, która na kolejkę przed końcem ma... mniej punktów niż przed początkiem zmagań – mianowicie minus jeden – nagle mobilizuje aż trzynastoosobowy skład. Zespół gości wyglądał więc bardziej, jakby tego dnia był zebrany na grę o pierwsze miejsce, a nie o... pierwsze zwycięstwo. Tym większy szacunek dla teamu WinCars za tak honorowe podejście do sprawy.
Mimo tego dość zaskakującego obrotu spraw to jednak gospodarze dość szybko objęli prowadzenie 1:0, a chwilę później 2:0. Wydawało się, że w przypadku Shitable zastosowanie znajdzie piłkarska maksyma, że nie ilość, a jakość jest decydująca. Z biegiem czasu szeroki kadrowo zespół gości zaczął jednak dawać o sobie znać, a liczba rotacji dawała dodatkowe pole do manewru. Bramka kontaktowa na 1:2 może i była jeszcze odebrana jako dzieło przypadku, ale kiedy goście doprowadzili do wyrównania, a następnie zaczęli odjeżdżać, zdobywając bramki na 2:3, 2:4, 2:5 oraz 2:6, było wiadomo, iż jest już po zabawie.
Gol na 3:6 dla Shitable okazał się przysłowiową łyżką miodu w beczce dziegciu, a ukraiński team gospodarzy musiał – mimo wszystko pewnie dla większości dość nieoczekiwanie – uznać wyższość gości. WinCars swoją postawą od kilku kolejek zasłużyło na to zwycięstwo, a w ostatnią niedzielę dzięki golom Leschuka, Trockiego, Sivaka czy Khilhory udało się to zmaterializować, zdobywając tym samym, po sześciu porażkach z rzędu, pierwszy komplet punktów. Pozwolił on chociaż w minimalnym stopniu odzyskać twarz ekipie WinCars, za co jej chwała.
Dla zespołu gospodarzy z kolei to spotkanie nie miało już większego znaczenia w kontekście progresu w ligowej tabeli, także nie ma co rozdzierać szat, tylko skupić się na nowym sezonie, który już za rogiem!
Spotkanie Wczorajszych z Inferno III mogło zakończyć się sporą niespodzianką. Przez większą część meczu to gospodarze wyglądali na drużynę lepszą, bardziej konkretną i przede wszystkim skuteczniejszą. Inferno długo nie potrafiło znaleźć odpowiedzi na ich sposób gry, a Wczorajsi bardzo dobrze wykorzystywali swoje momenty.
Do przerwy prowadzili zasłużenie 3:2, a chwilę po zmianie stron dołożyli kolejne trafienie i zrobiło się 4:2. Duża w tym zasługa Basiaka i Dąbrowskiego, którzy byli niezwykle aktywni w ofensywie i obaj skompletowali po dublecie. Wydawało się, że Wczorajsi są na najlepszej drodze do sprawienia niespodzianki.
Inferno III nie zamierzało jednak składać broni. Spory wpływ na grę gości miał również ich bramkarz, który przez całe spotkanie bardzo aktywnie podpowiadał zawodnikom z pola i pomagał im organizować grę. Przy wyniku 4:2 potrzebny był jednak ktoś, kto pociągnie zespół za sobą.
Wtedy do głosu doszedł Ernest Bąkowski. Jego charakter, walka o każdą piłkę i ogromna determinacja sprawiły, że Inferno zaczęło wierzyć w odwrócenie losów tego spotkania. Bąkowski nie tylko napędzał swoich kolegów, ale również dołożył konkretne liczby - dwie bramki i dwie asysty w całym meczu. To właśnie jego postawa była jednym z najważniejszych elementów wielkiego powrotu Inferno.
Goście rzucili wszystko na jedną kartę. Z każdą kolejną minutą coraz mocniej naciskali, a Wczorajsi zaczęli tracić kontrolę nad spotkaniem. To, co jeszcze chwilę wcześniej wyglądało na pewne zwycięstwo gospodarzy, zamieniło się w prawdziwy thriller. Inferno III walczyło praktycznie do utraty tchu i w samej końcówce dokonało rzeczy, która jeszcze przy wyniku 4:2 wydawała się niemal niemożliwa. Goście odwrócili losy spotkania i ostatecznie wygrali 5:4.
Wczorajsi mogą mieć ogromny niedosyt, bo przez znaczną część meczu byli zespołem lepszym i mieli zwycięstwo praktycznie w swoich rękach. Inferno pokazało jednak coś, czego w piłce nie da się wytrenować - charakter. I właśnie dzięki niemu zabrało gospodarzom zwycięstwo dosłownie sprzed nosa.
Wspaniałe widowisko na zakończenie sezonu zgotowały nam zespoły Siwy Koń oraz Tirowcy, prezentując odważny i niezwykle ofensywny styl gry. Spotkanie było otwarte chociażby ze względu na fakt, że obie ekipy nie grały już praktycznie o nic. Tirowcy zapewnili sobie wcześniej wysoką, trzecią lokatę w ligowej tabeli, zaś gospodarze nie mieli już realnych szans na znaczący awans. Efektem takiego podejścia było starcie, podczas którego kibice obejrzeli aż szesnaście trafień, a żadna ze stron ostatecznie nie zdołała przechylić szali zwycięstwa na swoją korzyść.
Worek z bramkami rozwiązał się dopiero w ósmej minucie za sprawą Adriana Skrebutenasa, który wykorzystał dogranie kolegi i skierował piłkę do pustej bramki. Jak się później okazało, był to dopiero początek jego świetnego występu, zakończonego hat-trickiem. Gospodarze nie pozostali dłużni i błyskawicznie odpowiedzieli, wychodząc na prowadzenie dzięki trafieniom Macieja Morry oraz Jurija Pijasiuka.
Po utracie przewagi Tirowcy szybko się otrząsnęli i zdominowali pozostałą część pierwszej połowy, zdobywając jeszcze cztery bramki. Na szczególne wyróżnienie zasługiwała współpraca duetu Jędrasik–Kucharski. Obaj zawodnicy świetnie się rozumieli, regularnie szukali siebie na boisku i napędzali kolejne ataki swojego zespołu. Do przerwy goście prowadzili 5:3.
Po zmianie stron Tirowcy jeszcze powiększyli przewagę i, patrząc na dotychczasowy przebieg spotkania, wydawało się, że są już na najlepszej drodze do przypieczętowania kolejnego zwycięstwa. Piłka nożna po raz kolejny pokazała jednak, że niczego nie można być pewnym do ostatniego gwizdka. W końcowej fazie meczu gościom zaczęło brakować sił, a Siwy Koń wyczuł swoją szansę i ruszył do szaleńczej pogoni.
Gospodarze zdołali odrobić aż trzy bramki straty. Dwukrotnie w sytuacjach sam na sam bezbłędnie zachował się Kurhanski, a fantastyczny comeback dopełniło piękne uderzenie Izotova z dystansu. Siwy Koń dokonał tego, co jeszcze kilka minut wcześniej wydawało się niezwykle trudne, doprowadzając do remisu i zapewniając kibicom emocje aż do samego końca.
Tym niezwykle widowiskowym spotkaniem oba zespoły zakończyły swoje zmagania w 7. Letniej Edycji Decathlon Ligi Fanów. Siwy Koń uplasował się ostatecznie na szóstej pozycji, natomiast Tirowcy zakończyli sezon na najniższym stopniu podium. Sam przebieg meczu pokazał jednak, jak niewielkie różnice dzieliły poszczególne drużyny na tym poziomie rozgrywkowym. Remis po szesnastu bramkach był idealnym zwieńczeniem niezwykle wyrównanego sezonu.
Mecz pomiędzy Ternovitsią a Vikersonnem miał wyraźnego faworyta. Była nim Ternovitsia, jeden z głównych kandydatów do złotych medali. Tym razem jednak spotkanie nie od początku układało się po jej myśli.
Pierwsza połowa należała raczej do Vikersonna. Rywale kilkukrotnie wychodzili na prowadzenie i potrafili stworzyć sporo zagrożenia, ale Ternovitsia za każdym razem znajdowała odpowiedź i nie pozwalała przeciwnikowi odskoczyć. Do przerwy wciąż wszystko było więc otwarte.
Druga połowa to już jednak prawdziwy pokaz siły Ternovitsii. Zawodnicy w swoim stylu przejęli kontrolę nad spotkaniem, zaczęli seryjnie zdobywać bramki i ostatecznie pewnie wygrali 8:5.
Za zwycięstwo w dużej mierze odpowiadali liderzy zespołu: Serhii Romanovskyi oraz Volodymyr Hrydovyi. To właśnie oni napędzali praktycznie całą ofensywę Ternovitsii i poprowadzili ją do kolejnego mistrzostwa, tym razem w 7. lidze.
Vikersonnowi należy oddać ogromny szacunek za walkę, szczególnie za bardzo dobrą pierwszą połowę. Niestety, zabrakło paliwa na całe spotkanie, a Ternovitsia po przerwie pokazała, dlaczego przez cały sezon była jednym z głównych faworytów do złota. Gratulacje dla Ternovitsii II za kolejne mistrzostwo!
Mecz miał ogromne znaczenie dla końcowego układu tabeli 8. ligi. Na boisku spotkały się drużyny zajmujące przed tym spotkaniem 3. i 4. miejsce, a przy odpowiednim układzie wyników obie wciąż mogły nawet myśleć o mistrzostwie. Z drugiej strony porażka mogła oznaczać wypadnięcie z TOP 3, dlatego stawka była naprawdę wysoka.
Na wielkie widowisko ostatecznie się jednak nie doczekaliśmy. YUG.BUD odniósł pewne zwycięstwo 7:2, choć pierwsza połowa była dla niego bardzo trudna. Zespół zdołał zdobyć zaledwie dwie bramki. YUG.BUD miał co prawda przewagę, ale Heavyweight Heroes skutecznie utrudniali rywalom grę w ofensywie i sami również potrafili stworzyć kilka groźnych sytuacji.
Po przerwie różnica zaczęła jednak stopniowo rosnąć. Im bliżej było końca spotkania, tym wyraźniejsza stawała się przewaga YUG.BUD. Liderem zespołu był Volodymyr Kharin, który zdobył w tym meczu trzy bramki oraz zanotował jedną asystę i w dużej mierze przyczynił się do końcowego zwycięstwa.
Porażka oznaczała dla Heavyweight Heroes 4. miejsce, natomiast YUG.BUD zakończył sezon na drugim stopniu podium. Dla Heavyweight Heroes był to mimo wszystko bardzo dobry sezon, choć jego zakończenie z pewnością pozostawia niedosyt. YUG.BUD może natomiast świętować udane rozgrywki i miejsce w TOP 3.
Spotkanie FC Śmietanki z Interem miało dla gości ogromną stawkę. Inter walczył o podium i doskonale wiedział, że każdy punkt może mieć znaczenie w końcowym układzie tabeli. Po drugiej stronie stanęła jednak Śmietanka - drużyna niezwykle niewygodna, która nie zamierzała ułatwiać rywalom walki o medale.
Od początku spotkanie wyglądało zupełnie inaczej, niż można było oczekiwać po meczu o tak dużą stawkę. Zamiast wymiany ciosów oglądaliśmy przede wszystkim walkę o przestrzeń i cierpliwe szukanie swoich okazji. Obie drużyny miały spore problemy z wykreowaniem sytuacji, a gra przez dużą część pierwszej połowy toczyła się w środku pola. Było bardzo równo, momentami chaotycznie, a każdy metr boiska trzeba było sobie zwyczajnie wywalczyć.
Pierwszy przebłysk jakości pojawił się po stronie Interu. Oturbekov przeprowadził indywidualną akcję, po której świetnie wyłożył piłkę Kyselowi, a ten wykorzystał okazję i otworzył wynik spotkania.
Śmietanka nie zamierzała jednak odpuszczać. Jeszcze przed przerwą gospodarze doprowadzili do wyrównania, a pomógł im w tym błąd defensywy oraz bramkarza Interu. Bogdan zachował się przytomnie i wykorzystał prezent, dzięki czemu do szatni obie drużyny schodziły przy wyniku 1:1.
Po zmianie stron obraz gry niewiele się zmienił. Nadal oglądaliśmy dużo walki, sporo chaosu i niewiele klarownych okazji. Inter w końcu zdołał ponownie wyjść na prowadzenie i przy wyniku 2:1 wszystko wskazywało na to, że goście zrobią kolejny krok w kierunku podium.
Wtedy wydarzyło się coś, co całkowicie zmieniło sytuację w tabeli. Obrońcy Interu popełnili błąd we własnym polu karnym, a sędzia bez wahania wskazał na jedenasty metr. Do piłki podszedł Bogdan i zachował pełen spokój. Pewnie wykorzystał rzut karny, doprowadzając do remisu 2:2.
Inter miał podium na wyciągnięcie ręki, ale stracił je w ostatniej minucie spotkania. Ten jeden błąd kosztował gości nie tylko dwa punkty, ale również srebrny medal. Zamiast świętować miejsce na podium, Inter zakończył sezon na 5. pozycji.
Dla Śmietanki był to kolejny dowód na to, że nawet w meczu, w którym nie wszystko układa się po jej myśli, potrafi postawić twarde warunki. Dla Interu - niezwykle bolesna lekcja, że w walce o najwyższe miejsca jeden moment nieuwagi może przekreślić cały sezon.
Podczas ostatniej kolejki 8. poziomu rozgrywkowego Letniej Edycji Decathlon Ligi Fanów naprzeciw siebie stanęły zespoły Szereg Homogenizowany oraz Lisy Bez Polisy, zajmujące kolejno ósmą i siódmą lokatę. W teorii spotkanie nie toczyło się już o większą stawkę, jednak ogromny duch walki i charakter zaprezentowane przez obie ekipy stworzyły idealne warunki do zadziornej rywalizacji aż do ostatniego gwizdka.
Pierwsze minuty przyniosły dynamiczną wymianę ciosów, z której zwycięsko wyszli gospodarze. Worek z bramkami otworzył Jakub Myszór, jednak ogromna w tym zasługa Artura Moczulskiego. Zawodnik Szeregu świetnie zachował się pod bramką rywala i wystawił koledze piłkę do praktycznie pustej bramki.
Przez długi czas wydawało się, że rezultat 1:0 utrzyma się aż do przerwy. Końcówka pierwszej odsłony całkowicie odmieniła jednak sytuację. Lisy Bez Polisy w błyskawicznym odstępie czasu nie tylko odrobiły stratę, ale zdołały również wyjść na prowadzenie. Najpierw do siatki trafił Borkowski, a chwilę później jego śladem podążył Cieliszak. Dzięki temu goście schodzili do szatni z jednobramkową zaliczką.
Po zmianie stron Szereg Homogenizowany natychmiast ruszył do odrabiania strat. Częste rotacje w składzie szybko przyniosły oczekiwany efekt. Tuż po wejściu na boisko Eryk Borczon zdecydował się na uderzenie z dystansu i doprowadził do wyrównania. Nie minęło nawet pięć minut, a gospodarze ponownie mogli cieszyć się z prowadzenia. Tym razem, przy odrobinie szczęścia, na listę strzelców wpisał się Dawid Safin, zdobywając trzecią bramkę dla swojego zespołu.
Szereg Homogenizowany musiał już tylko utrzymać korzystny rezultat przez ostatnie dziesięć minut. Właśnie w takich momentach piłka nożna potrafi jednak zaskakiwać najbardziej. Presja i determinacja Lisów sprawiły, że goście do samego końca szukali swojej szansy. Wysiłek został nagrodzony trafieniem na wagę pierwszego punktu w tym sezonie.
Jakby dramaturgii było mało, bohaterem Lisów Bez Polisy został… bramkarz Kamil Jarosz! Przy stałym fragmencie gry golkiper ruszył w pole karne rywali, świetnie odnalazł się w zamieszaniu i sprytnym uderzeniem między nogami bramkarza doprowadził do remisu 3:3.
Końcowy rezultat doskonale oddaje przebieg tego spotkania. Szereg Homogenizowany dwukrotnie obejmował prowadzenie, Lisy potrafiły odwrócić losy pierwszej połowy, a ostatnie słowo należało do bramkarza gości. Remis 3:3 zapewnił Lisom Bez Polisy pierwszy punkt sezonu i był świetnym zwieńczeniem zmagań obu ekip w letniej edycji naszych rozgrywek.
Zespół gospodarzy, opromieniony trzema zwycięstwami z rzędu, miał prawo wierzyć, iż po dość rwanym początku (trzy punkty po pierwszych trzech kolejkach), by nie powiedzieć słabym, nagle odwróci bieg wydarzeń. Los sprawił, że „żółci”, dzięki aż trzem zwycięstwom w seriach gier numer cztery, pięć i sześć, stanęli przed szansą, aby w ostatniej kolejce zdetronizować team Luminy. Jak im poszło?
Z dużej chmury mały deszcz. Tak powinniśmy – niestety, patrząc z perspektywy gospodarzy – spuentować ten mecz. Nim fani NieDzielnych zdążyli się rozsiąść, nim my, jako koordynatorzy, zdążyliśmy poczuć klimat tego piłkarskiego, szóstkowego święta, było już w zasadzie po zabawie. Lumina przyjechała na obiekty AWF Warszawa udowodnić wszem i wobec, iż to jej ten mistrzowski tytuł należał się najbardziej, co – trzeba przyznać – wyszło jej doskonale.
0:1, 0:2, 0:3, 0:4 – a z każdym kolejnym golem marzenia „żółtych” wydawały się coraz bardziej mgliste i nierealne... Niepokój oraz widmo nieuchronnego wyroku spotęgował początek drugiej odsłony, kiedy Lumina podwyższyła wynik na 0:5, 0:6, 0:7 i nawet 0:8. Game over. Niestety, ale do pewnego momentu wyglądało to naprawdę źle, tym bardziej biorąc pod uwagę, że dość mocno ostrzyliśmy sobie zęby na to starcie. O tytule mistrzowskim można było zapomnieć, teraz pozostawała już jedynie kwestia honorowa.
NieDzielni nie chcieli za wszelką cenę zakończyć meczu z takim rezultatem i uznanie dla nich, że udało im się swój mini-cel zrealizować. W końcówce spotkania oglądaliśmy wpierw honorową bramkę na 1:8, a następnie – po odpowiedzi Luminy i golu na 1:9 – kolejne trafienie, ponownie autorstwa Damiana Lady.
Oczywiście NieDzielni po cichu liczyli na odwrócenie losów rywalizacji i finalne zwycięstwo w ósmej dywizji, ale to – jak widać, w pełni zasłużenie – padło łupem zespołu gości, Luminy. Ale spokojnie: mamy dobrą informację dla fanatyków NieDzielnych. Mimo porażki „żółtych” dla gospodarzy także znalazło się miejsce na podium, a brązowe medale również dumnie prezentowały się na ich szyjach podczas dekoracji drużyn.
Tak czy siak, NieDzielni mogą jak najbardziej uznać tę letnią kampanię za bardzo przyzwoitą, o gościach przy tym już nie wspominając, gdyż ci dokonali rzeczy pięknej, wyjątkowej i historycznej!







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)