reklama reklama
usuń na 24h reklama
menu ligowe
Archiwum
poziomy rozgrywek
aktualności
aktualności
Rozgrywki
Statystyki
Futbol.tv
turnieje
Wywiady
SUPERBET CUP
Galeria
1 Liga
2 Liga
3 Liga
4 Liga
5 Liga
6 Liga
7 Liga
8 Liga

ELIMINACJE MISTRZOSTW POLSKI 2026 - PODSUMOWANIE!

W marcu 2025 roku Liga Fanów podczas eventu w Kaliszu otrzymała od władz Polskiej Federacji Socca tytuł najlepszych rozgrywek socca w kraju. Czas potwierdził, że tytuł ten nie był nadany pochopnie. Jeszcze w 2025 roku komplet czterech najważniejszych klubowych imprez padł łupem zespołów z naszej ligi. W głównej mierze za sprawą absolutnie historycznej i niebywałej postawy, jaką zaprezentowało GWA Media Ochota zdobywając potrójną, złotą koronę: mistrzostwo Polski, Puchar Polski oraz Ligę Mistrzów Szóstek w Grecji. Czwarty skalp dołożyły FC Łowcy Aleksa Ługowskiego wygrywając trzeci co do rangi i prestiżu turniej w PFS6 w kraju, czyli 3RK. Aktualnie jesteśmy jeszcze przed finałowymi rozstrzygnięciami za rok 2026, ale już teraz możemy stwierdzić, że jest lepiej, niż kiedykolwiek wcześniej. Podczas finałów mistrzostw Polski Socca ponad połowę stawki – jedenaście z finałowych dwudziestu ekip – będą stanowiły teamy z naszej rodzimej Ligi Fanów! To dla nas piękny i wyjątkowy moment. Zapraszamy na telegraficzne podsumowanie eliminacji mistrzostw Polski Socca 2026, które w ten weekend miały miejsce na warszawskim Hutniku. 

Do stolicy Polski zjechało się 100 najlepszych oraz najbardziej wyróżniających się ekip z kraju w Polskiej Federacji Socca. Drużyny zostały podzielone na trzy sloty. Pierwszy rozegrany został jeszcze w sobotę, zaś dwa kolejne – w niedzielę. Idąc zgodnie z chronologią zobaczymy teraz wspólnie, jak to przebiegało, skupiając się tylko na zespołach reprezentujących nas.

I slot (sobota 16:00 – 20:00)

Jako pierwsi w bój ruszyli zawodnicy InPlus Warszawa oraz FC Ternovitsii. Odpowiednio brązowy medalista Ekstraklasy oraz złoty medalista drugiej dywizji Ligi Fanów. Przy podzieleniu tych dwóch ekip na sobotni slot optymizm był ogromny, ulotnił się on jednakowoż wraz z wylosowaniem grup. Nie dość, że oba nasze teamy trafiły do tego samego zestawu, to jeszcze była to zdecydowanie najsilniejsza grupa tego dnia. Całe szczęście zarówno InPlus, jak i Ternovitsia pokazały klasę wychodząc razem, w duecie, do "meczu o wszystko". Z pierwszego miejsca uczynił to zespół "niebieskich" (10 punktów), zaś z drugiego "żółto-niebieskich" (9 punktów). Tym samym drogi InPlusu oraz Terno w finałowym starciu skrzyżowały się kolejno z zespołami z Kalisza oraz Lubiatowa. I obie te batalię łączyła niesłychana dramaturgia...

Mecz o wszystko:

In Plus Warszawa 3:2 Speed Car Kalisz

Ternovitsia Warszawa 6:5 LKS Lubiatowo

Mimo, iż wynik w starciu ekipy Janka Skotnickiego oscylował wokół remisu, to raczej byliśmy jakoś wyjątkowo spokojni o los InPlusu. Rywal owszem kontakt miał, ale raczej dość mglisty, patrząc na przebieg meczu. Niebiescy błyskawicznie objęli prowadzenie, a następnie starali się chłodzić temperaturę spotkania. To się im udało niemal perfekcyjnie. Koniec końców drobne błędy sprawiły, iż Speed Car dał sobie drugą szansę – na całe szczęście nie wykorzystał jej w pełni. Naszym zdaniem InPlus zasłużenie awansował dalej potwierdzając, że są topowym zestawem nie tylko w mieście, ale i w kraju. To co natomiast działo się w meczu "żółto-niebieskich" to hardcor i jazda bez trzymanki po całości – absolutne kino, kwintesencja emocji i... co najważniejsze... szczęśliwy finał. Gole padały jeden za drugim, a ten rollercoaster pędził, jakoby rozpędzony raz nie potrafił już zwolnić nigdy. To jednak hegemon drugiej dywizji Ligi Fanów z sezonu zasadniczego zadał ten ostatni, decydujący, jakże kliniczny cios, posyłając tym samym na łopatki dzielnie walczącą ekipę z Lubiatowa. Cóż to było za piękne widowisko!

II slot (niedziela 9:00 – 15:00)

Najwięcej, bo aż dziesięć ekip spod egidy Ligi Fanów mieliśmy ulokowanych w drugim slocie eliminacyjnym. Nie sposób rozpisać się szerzej o wszystkich ekipach, dlatego dzielimy tę część na dwie. Zespołami, które zakwalifikowały się poprzez "mecz o wszystko" i były to:

KSB Warszawa 2:1 Sokół Chotów Kalis

Łowcy Warszawa 7:0 CnB Sadyba Warszaw

Dzbany Łódź 4:1 MP-Bud Shadows TTM

Q-Ice Warszawa 2:0 Silversaints Łódź

KSB Warszawa, zespół Michała Tarczyńskiego, wszedł w cykl grupowy na pełnej p... petardzie. Pierwsze trzy mecze? Komplet zwycięstw. Dziewięć punktów, kapitalne humory i tylko katastrofa (mała tabelka po wysokiej porażce z Wolves Wrocław) mogła coś tu jeszcze namieszać. Jej nie było, także spokojnie. Była za to jedynie radość z świetnie wykonanej roboty, pierwszego miejsca w grupie A oraz wyczekiwanie meczu finałowego. Dodatkowo, patrząc na rywala powód do optymizmu miał prawo zostać spotęgowany. Z drugiego miejsca można było trafić (przy innym układzie drabinki) na przykład Q-Ice Warszawa. Dlatego zeswatanie przez los z Sokół Chotów Kalisz wydawało się fair układem. Jesteśmy pewni, że gdyby nie ciężar gatunkowy tego meczu, to dla KSB owy mecz byłby formalnością. Niemniej doskonale sobie zdajemy sprawę, iż "mecze o wszystko" to nie tylko gra "na rywala", ale także "na emocje". Tu każda akcja jest bardziej kalkulowana, niż zazwyczaj, bo waży o wielokroć więcej. Jednym nieodpowiedzialnym zachowaniem można położyć całoroczny trud. KSB nie dało rady zamknąć tego w podstawowym czasie gry, a obawy nasiliły się, kiedy od razu w turbodogrywce KSB straciło gola. I wtedy – kiedy panowie w zielonych trykotach poczuli zacieśniającą się wokół szyi pętlę – lotem błyskawicy momentalnie zerwali się z tego stryczka za sprawą soczystego uderzenia Krystiana Pękula. Jeden na jeden? C"mon! Mając naprzeciw Maćka Grabickiego werdykt mógł być tylko jeden. To właśnie on, boiskowy lider oraz MVP II slotu eliminacyjnego posłał KSB Warszawa prosto do finałów finału piekielnie mocnym, plasowanym uderzeniem. A następnie utonął w objęciach kolegów z drużyny oraz prezesa Ligi Fanów, Rafała Milewskiego. 

Łowcy? Tu nie było dyskusji. Jakość piłkarska sprawiła, iż ani przez moment team żółto-pomarańczowych nie miał prawa czuć się zagrożony. Zwierzyna w popłochu, kiedy Łowcy na polowaniach – tak można to streścić. Grupa okazała się więc formalnością (12 na 12 punktów oraz plus osiemnaście w bramkach), a mecz "o Wrocław"... tym bardziej. Biedny los oponenta, którego los tak niewdzięcznie połączył w finałową batalię. Werdykt? Srogi, bo gracze Aleksa Ługowskiego napędzani dwoma strzelbami wyborowymi (łącznie 14 goli, co obu dało tytuł Króla Strzelców II slota), czyli Jaszczem oraz Dudzinem, rozbili bank wygrywając 7:0. 

Jedna ekipa z naszej palety drużyn zrobiła podobny do Łowców Warszawa przemarsz po eliminacjach, idąc im w sukurs. Tym zespołem był łódzki as (dzban) wyciągnięty z talii Przemka Kaczmarka, który odpowiada za łódzką Ligę Fanów. Panowie w białych trykotach wpierw odprawili z kwitkiem całą grupową stawkę (niestety przez to rykoszetem oberwało się Q-Ice Warszawa, ałć), a następnie po wyjściu z tabeli – z piekielnie imponującym bilansem plus szesnastu goli oraz kompletem punktów – zameldowali się w meczu o wszystko stając w szranki z MP Bud Shadows Team Tomaszów Mazowiecki. Cóż, zespoły MP Bud i CnB Sadyby mogły uścisnąć sobie dłoń w geście zrozumienia i wspólnego politowania. Obie wszak wpadły wprost pod rozpędzone maszyny. Łowcy, jak widzieliśmy wyżej, wygrały aż 7:0, zaś Dzbany Łódź 4:1. Słowem: szefostwo. Dwoma: szefostwo totalne. 

Już przed pierwszym gwizdkiem mieliśmy pewność, iż kolejny bilet powędruje do teamu z Ligi Fanów. Pytanie pozostawało jednak czy z tej warszawskiej czy łódzkiej sekcji. W "meczu o wszystko" mieliśmy bowiem derby Ligi Fanów. Do bratobójczego pojedynku stanęli gracze Łukasza Mroza Q-Ice Team Warszawa oraz przedstawiciel łódzkiej sceny socca Silversaints Łódź. Podobno tylko zza ogrodzenia – z dystansu – tylko na siebie złowrogo spoglądali prezesi Ligi Fanów Warszawa i Ligi Fanów Łódź, czyli Miles i Kaczmar. 

Ale to tylko plotki. Wróćmy do boiskowych zdarzeń. Q-Ice dopiero na dobre rozpoczynające swoją przygodę od początku wnosząc odpowiednią jakość. Drudzy w szóstkach goszcząc już od dłuższego czasu, więc wiedzieli "z czym to się je" i jak to wygląda. Zespół z Warszawy – nie licząc jednego gorszego momentu z Dzbanami – był jednak tego dnia w takim gazie, że trudno było powstrzymać rozpędzoną, lodowatą lokomotywę. Święci próbowali, jak mogli, ale finalnie trzeba było uznać wyższość zespołu Łukasza Mroza. Q-Ice Team Warszawa tym samym za pierwszym swoim podejściem awansuje do finałów mistrzostw Polski Socca, co jest wyczynem godnym podkreślenia. Saintsom dziękujemy za dobre reprezentowanie naszych barw na arenie międzymiastowej – może gdyby los sparował z kimś innym... to już pozostanie tylko gdybologią.

Niestety mieliśmy również pierwsze wtopy. Te jednak warto rozróżnić. Dla przykładu Inferno Team bardzo długo sprawiało dobre wrażenie oraz prezentowało styl godny finałów. Niestety w najważniejszym dla siebie momencie zawiodło po całości. Zapewne bardziej niż nas, to samych siebie. Wydawało się, że rywal o finały nie mógł wylosować się łaskawszy, ale tak jak wcześniej podczas akapitu poświęconego KSB Warszawa wspominaliśmy, mecze finałowe to nie tylko gra na rywala, ale także na emocje temu towarzyszące. Tym razem się nie udało, ale był to zdecydowanie lepszy występ, niż rok temu, kiedy nie udało się wyjść z grupy. Może więc do trzech razy sztuka i za rok? Tym razem wyniki 0:4 nie pozostawił złudzeń. O Silversaints Łódź już wspominaliśmy wyżej. Pechowy meczing w najważniejszym momencie. FC Otamany, reprezentant warszawskiej Ligi Fanów, to zespół który zna smak finałów czy Ligi Mistrzów Szóstek. Team z topu, ale także drużyna, która aktualnie zmaga się ze swoimi kadrowymi problemami. Niestety były one widoczne. "Żółci" przegrali niby tylko raz i to nieznacznie, bo 3:4, ale z drugiej strony... także tylko raz wygrali. Oni jednak jeszcze powrócą – o to jesteśmy spokojni – zbyt klasowy klub. Natomiast AKS Joker z łódzkiej Ligi Fanów nie zaliczy tego turnieju elimnacyjnego do udanych, ale z drugiej strony oczekiwań większych nie było, a zebrane doświadczenie miejmy nadzieję, że jeszcze zaprocentuje. Fortuna Łódź pokpiła sprawy w pierwszym meczu. Nieoczekiwana porażka 3:4 z CnB Sadybą postawiła ten zasłużony łódzki klub pod żółtą ścianą ich własnych oczekiwań i aspiracji. Pech potęgował fakt, iż jeden rywal nie dojechał, a dwa, że w grupie była "gruba ryba", czyli Bartist Toruń. Najzwyczajniej w świecie brakło miejsca i czasu do odkręcenia wpadki z pierwszego meczu. Hetman? Zero oczekiwań. Zaproszenie w dosłownie ostatniej chwili, jako "dzika karta". Tym samym zespół z piątej dywizji Ligi Fanów Warszawa spróbował liznąć ogólnopolskich turniejów. Smak ten raczej gorzki, ale pierwszy debiutancki punkt po remisie z zespołem z Tczewa, mógł akurat smakować nieco lepiej. I tego się trzymajmy. 

III slot (niedziela 16:00-22:00)

W ostatnim, wieńczącym elimnacje slocie do gry posłaliśmy może nie tyle ekip, co popołudniu, ale zestaw ten... w całości awansował dalej. Przynajmniej co chodzi o finałowe batalie. Zgadza się! Żaden z siedmiu zespołów z wieczornego grania nie poległ w grupie, a dwie grupy gdzie mieliśmy po dwóch przedstawicieli (Sirius z ETPromo oraz GWA Ochota z Manitasem) nie zawiodły nas wychodząc ze swoich tabel w duopolu. W tym przypadku nie ilość, lecz jakość. 

FC Sirius Warszawa 5:4 442 Sport PUB Kraków 

ET Promo Łódź 3:1 FC Kasprzak Sosnowiec 

Eternis Zakład Pogrzebowy E.W. Winniccy 5:0 PzB Twardogóra

Tanatos Husaria Mokotów Warszawa 2:1 Manitas Konserwacja Podwozia Warszawa 

GWA Media Ochota Warszawa 3:2 Cemibaba Land Of Fire

Absolutnie szalony mecz mieliśmy przyjemność oglądać na boisku numer jeden, kiedy medalista pierwszej dywizji Ligi Fanów stanął do walki z zespołem z Krakowa mającym w swoim zestawieniu kadrowiczów Socca (Stanecki & Linca). W samo spotkanie lepiej wszedł zespół rywala, co gracze w zielonych koszulkach udokumentowali zasłużonym prowadzeniem. Wtem jednak ukraiński kolektyw wziął się na dobre do roboty i podkręcił temperaturę widowiska. Wpierw gol na wagę remisu, a chwilę później kolejny cios. Tym samym to 442 musiało odrabiać straty. Po... nieco kontrowersyjnym karnym Dawid Linca doprowadził do wyrównania. Goli w regulaminowym czasie gry już więcej nie było, więc o wszystkim zadecydować miała dogrywka. A w niej... armagedon i grad... goli. Trzy na trzy, esencja szóstek, emocje sięgnęły zenitu. Gol za gol, odpowiedź za odpowiedź. I to jakie bramki! A wszystko, na sekundy przed końcem zakończył Artur Prokop fenomenalnym strzałem po widłach Krystiana Staneckiego, podstawowego bramkarza reprezentacji Socca – istne szaleństwo, radość, ogień. A w tym całym wirze wydarzeń debiutujący Sirius. Klasa.

Eternis Zakład Pogrzebowy E.W. Winniccy doszlusował do duetu Łowców i Dzbanów, co chodzi o eliminacyjną hegemonię i genetyczną dominację. Pierwsze dwie ekipy jak letnia burza: gromiły i gromiły, tak bez ustanku, bez przerwy. A jeśli pokaz siły, to wiadomo, że i EZPEWW (spory akronim, ale nadal nie tak spory jak ich meczowe kadry po kilkaset tysięcy osób) musiała zasygnalizować swoją obecność. Wyniki w grupie? Cóż, między innymi 12:0... czy trzeba coś jeszcze dodawać? Może tylko to, że łączny bilans w grupie w golach wyniósł skromne 26-3. A warto tu dodać ciekawostkę, że duet Nowakowski-Bienias przy tym nie zdobył ani jednej bramki – przy tylu golach – trzeba przyznać że jest to nielada sztuka. Kiedy natomiast przyszło już do tego najważniejszego spotkania, finałowego, to emocje nim się na dobre zaczęły, to już się właściwie skończyły i można było się rozejść na zapiekanki. Iście reprezentacyjna forma z grupy została zachowana, a rezultat 5:0 nad Przyjaciółmi Z Boiska Wrocław nie pozostawiał złudzeń, kto bardziej zasłużył na awans. Przyjaciele z Boiska wrócili więc do Wrocławia, a inni przyjaciele z boiska dopiero do niego pojadą. Ot, subtelna ale znacząca różnica. 

Zespół Kamila Jurgi przez całą fazę grupową dumnie piastował zaszczytną pierwszą lokatę, ale w ostatniej chwili – dosłownie na ostatniej prostej – został prześcignięty, przez co spadł wraz z swoimi współtowarzyszami na drugą pozycję. Oznaczało to, że ich drogi skrzyżowały się z Katowickim Land Of Fire – jednym z faworytów całych mistrzostw Polski. Zespół z południa Polski na ten rok przygotował wyjątkowo silną hybrydę, połączenie trzech czołowych ekip ze Śląska: AKS Grzybowice, No Name Team Katowice oraz – rzecz jasna – Land Of Fire. Było oczywistym, iż potrójnie złotą Ochotę będzie czekała diabelnie trudna przeprawa i... i w rzeczy samej. Właśnie taki był to szlak, a już szybko stracona bramka na 0:1 zwiastowała giga turbulencje. Kto jednak, jak nie mistrz Polski, zdobywcą Pucharu Polski oraz Ligi Mistrzów Szóstek ma wychodzić z giga opresji? Turbokrzychu zaczarował bramkę na amen prezentując swoją najwyższą"piątkowo-klubową formę", starszyzna zaryglowała zasieki obronne, zaś za młodzieńczą fantazję odpowiadać miał duet Miles&Mazi. I to właśnie ten duet Traktorków (teraz już półtraktorka pół znicza – no nieważne) straszył raz po raz Land Of Fire. Wpierw zdobywając dwie bramki w regulaminowym czasie gry (po jednej), a następnie w dogrywce, kiedy był już grany złoty gol, Piotr Milewski, rasowy, bardzo silny, dobrze zbudowany snajper (przynajmniej na takiego wygląda z daleka – bardzo daleka) wziął to na swoje bareczki i posłał Ochotę tam, gdzie jej miejsce, czyli do najlepszych. I czy ktoś ma na to ochotę czy nie, mistrz Polski jeszcze nie powiedział ostatniego słowa: przynajmniej Kamil Jurga tak powiedział. Ale nie do końca jeszcze wiadomo o co mu chodziło. No ale to musiało być coś mądrego i z sensem. 

Ostatnią parą, która grała swój finał równolegle z innym, mniej ważnym finałem mistrzostw świata stanowił duet z naszej warszawskiej Ligi Fanów. Los przeciął ze sobą Husarię i Manitas, które w grupie przegrały po razie i z bardzo podobnym bilansem (po 9 pkt., Husaria +8 w golach, Manitas +4) przystąpiły do napierdalanki o wszystko. Z nieba lał się rzęsisty deszcz, zmęczenie całym dniem było przeogromne, a po obu stronach barykady stanęły osoby, które na co dzień... często ze sobą wspólnie grają lub spędzają razem czas. Na boisku nie było jednak mowy o uprzejmościach. Team z Manitasu złożony z II i III ligowców dał się zaskoczyć z rzutu wolnego w okolicach piątej minuty, co postawiło graczy w beżowych strojach w arcytrudnej pozycji, bo Husaria w obronie broniła, jakby jutra miało nie być. Manitas z czasem jednak zaczął spychać Husarię głębiej i głębiej, ryzykując all-in i co jakiś czas nadziewając się na bardzo groźne kontry. Jako że jednak żadna nie przyniosła gola, a niewykorzystane sytuacje, jak wiemy, lubią się mścić w 17. minucie po wstrzeleniu piłki z dystansu ta zatrzepotała w bramce bronionej przez Seweryna Kiełpina. Obie drużyny przed meczem zarzekały się przez godzinę jak to bardzo spieszą się na finał MŚ, że w efekcie postanowili... pograć przez kolejne 10 minut dogrywkę. Pierwsze trzy minuty nie przyniosły rozstrzygnięcia, więc o wszystkim miał zadecydować złoty gol – tak zwana nagła śmierć. Okazje, popularne patelnie, mieli jedni i drudzy, a Husaria mogła mieć deja vu z zeszłego roku, kiedy w analogicznej sytuacji pożegnała się z turniejem po "złotym golu" Norberta Jaszczaka na 2:3. 7 minut nikt nie potrafił jednak zamknąć spotkania aż finalnie Adrian Dembiński mocnym strzałem po widłach zakończył ten bój i wszyscy błyskawicznie zbiegli z boiska biegnąc do aut. No... mniej więcej... trochę w uproszczeniu. W każdym razie Manitas dopiero debiutował podczas eliminacji i jak na debiutanta pokazał się z kapitalnej strony, zaś Husaria w końcu wywalczyła to, na co tak długo polowała. W innym razie chyba na Mokotów wracaliby pieszo. 

Na placu boju w meczu o wszystko mieliśmy jeszcze dwie łódzkie ekipy. W przypadku EtPromo można mówić już o doświadczonym, starym wyjadaczu. Dla nich tego typu eventy to nie pierwszyzna i to było widać i to było czuć. Cały cykl eliminacyjny zagrali na spoczynkowym pulsie, a nowe stroje które odebrali za Decathlon CUP leżały tak dobrze, jak kolejny awans w gablocie "czerwonych". W finałowym meczu zwyciężyli zespół z Sosnowca 3:1 i można było obrać kierunek na Łódź, by powoli... przekierowywać się na Wrocław. Niestety tego samego o sobie nie może powiedzieć drużyna FC Feniks Car Łódź. Przynajmniej nie w całości, bo powrót do Łodzi się zgadzał, ale z tym Wrocławiem... przede wszystkim warto tu zaznaczyć, że Feniks trafił niemal najgorzej jak się dało. W grupie grali fenomenalnie, wygrali wszystkie mecze, mieli świetny bilans i... trafili na Dzikie Knury Ruda Śląska – kolejną szalenie utalentowaną paczkę (i to nie tylko co chodzi o rolki na tiktoka), a werdykt był... słony, smutny, bolesny. Niebo się rozpłakało nad Feniksem, ale nie było drugich szans.  Niestety, zespół ten walczył jak lew, ale poległ jak... po prostu poległ. Niemniej szacunek za kapitalną postawę w fazie grupowej się należy!

Tym samym mamy prawo być szczęśliwi i bardzo dumni. Nasze ekipy nas nie zawiodły. W bój posłaliśmy 19 zespołów i aż 11 z nich wróciło z tarczą (jeden nawet z dwoma, chyba że był senior, to trzema). Dodatkowo z 19 drużyn aż 15 dobrnęło do finałowej batalii. W dwóch przypadkach (Silversaints vs Q-Ice oraz Husaria vs Manitas) siłą rzeczy ktoś odpaść musiał, bo los już tak chciał. Eliminacje możemy uznać więc za kapitalny czas i nie pozostaje nam nic innego, jak wierzyć, iż nasze ekipy we Wrocławiu ponownie namieszają tak, jak namieszały rok temu. Kto będzie głównym reżyserem biegu wydarzeń? Kto zaskoczy najbardziej, a kto rozczaruje? Czy prezes znów zrobi tourne biegnąc po bosku z parasolem w ręku? A jeśli nie za Grzybkiem (raczej się nie wykuruje, a o kulach biegać nie będzie) tym razem, to ewentualnie za kim? Spokojnie – w przeciągu 2 tygodni wszystko będzie już tak jasne, tak oczywiste i tak klarowne... 

Facebook

Reklama

Tabela

Social Media

Youtube

Reklama