Sezon 2017/2018
Relacje meczowe: 1 Liga
Czwarta kolejka 1. Ligi przyniosła kibicom prawdziwy rollercoaster na Arenie AWF. FC Impuls UA zmierzyło się z drużyną Warsaw Eagle, a spotkanie od pierwszego gwizdka kipiało zwrotami akcji i skuteczną grą ofensywną z obu stron.
Warto na wstępie podkreślić sportowe zachowanie piłkarzy FC Impuls, którzy – widząc, że rywale przybyli w niepełnym składzie – zgodzili się rozpocząć mecz również z jednym zawodnikiem mniej. Ten gest fair play zdecydowanie zasługuje na pochwałę. Spotkanie od samego początku nabrało tempa. Wynik otworzył Błażej Wołczyk, dając prowadzenie Warsaw Eagle. Reakcja gospodarzy była natychmiastowa – najpierw Yevhen Plaksa wyrównał, a chwilę później Bohdan Ivaniuk wyprowadził FC Impuls na prowadzenie. Goście nie pozostali dłużni – dwukrotnie do siatki trafił Ali Abdullah, odwracając wynik na 2:3. Kolejne minuty to dalsza wymiana ciosów – zawodnicy FC Impuls wyrównali, by chwilę później Warsaw Eagle znów wyszło na prowadzenie. Końcówka pierwszej połowy należała jednak do gospodarzy, którzy zdobyli trzy bramki z rzędu i schodzili do szatni z prowadzeniem 6:4.
Po przerwie oba zespoły grały już w pełnych składach, co dodało jeszcze więcej dynamiki temu widowisku. Ponownie to Warsaw Eagle rozpoczęli strzelanie – gola zdobył Konrad Szela. FC Impuls odpowiedział błyskawicznie, ale goście jeszcze raz zdołali zbliżyć się na jedną bramkę różnicy, co zapowiadało emocjonującą końcówkę. Jednak ostatnie minuty to już dominacja gospodarzy, którzy trzykrotnie znaleźli drogę do bramki rywali, pieczętując swoje zwycięstwo wynikiem 10:6.
Mecz z pewnością mógł się podobać – był dynamiczny, pełen zwrotów akcji i obfitował w bramki. Obie drużyny pokazały charakter, a sympatycy obu ekip z całą pewnością nie mogli narzekać na brak emocji tego wieczoru.
Sezon letniej ligi w wykonaniu KSB to prawdziwa loteria – nigdy nie wiadomo, której odsłony tego zespołu można się spodziewać. Liczyliśmy, że tym razem zobaczymy tę najlepszą, zwłaszcza pod względem frekwencji, tym bardziej że po drugiej stronie boiska pojawił się rywal z najwyższej półki – Zielona i Przyjaciele.
I trzeba przyznać, że pod względem personalnym KSB nie zawiodło. Choć nie był to skład optymalny, na mecz dojechała większość kluczowych zawodników, którzy od samego początku wnieśli do gry jakość. To właśnie oni mieli więcej okazji bramkowych w pierwszych minutach, choć udało im się wykorzystać tylko jedną. Ten obiecujący początek dawał nadzieję, że może tym razem uda się sprawić niespodziankę.
Niestety – to były tylko złudzenia. Wystarczyło kilka minut, by z prowadzenia 1:0 zrobiło się 1:3. A kiedy Zieloni poczuli krew, zaczęli bezlitośnie punktować rywali. W pewnym momencie pierwszej połowy prowadzili już 5:1. Wynik może nieco na wyrost w stosunku do przebiegu gry, ale oddający potencjał faworytów – oni nie muszą grać perfekcyjnie, żeby zdobywać gole i skutecznie odbierać przeciwnikom marzenia o punktach.
W drugiej połowie przewaga Zielonych utrzymywała się stabilnie na poziomie 3–4 goli. W barwach KSB wyróżniali się bracia Grabiccy, jednak to było zdecydowanie za mało na piekielnie szybkich i zgranych liderów tabeli. W końcówce KSB nieco odpuściło, straciło kolejne gole i ostatecznie przegrało 7:12. Mimo porażki – takie KSB chcielibyśmy oglądać jak najczęściej. Była walka, była podjęta rękawica i tylko szkoda, że zwłaszcza na początku nie udało się zamienić większej liczby okazji na gole. Czy to zmieniłoby coś w kontekście punktów? Pewnie nie, ale emocji byłoby z pewnością więcej.
Zieloni z kolei dokładają kolejne ważne zwycięstwo i są już niemal pewni miejsca na podium. Ale oni nie zadowolą się niczym poza złotem – dlatego w nadchodzącym meczu z FC Impuls UA na pewno nie zamierzają zdejmować nogi z gazu.
1.liga – jak sama nazwa wskazuje – powinna gwarantować najwyższy poziom sportowy. Jednak w letnich rozgrywkach ta liga rządzi się swoimi prawami, a niestety sporo jest tu meczów do jednej bramki. Kolejnym takim spotkaniem była rywalizacja pomiędzy Inferno Team a Ogniem Bielany.
Nominalni goście ratunkowo kompletowali skład jeszcze przed pierwszym gwizdkiem, prosząc o zgodę na występ niektórych zawodników... kapitana Inferno. Już samo to mówiło wiele o sytuacji kadrowej drużyny z Bielan i jasno sugerowało, że nie zobaczymy ich w najmocniejszym zestawieniu. Niestety – te przewidywania szybko się potwierdziły.
Inferno błyskawicznie wypracowało sobie ogromną przewagę i przez cały mecz dość spokojnie ją kontrolowało. Pisząc „dość spokojnie”, mamy na myśli to, że zdarzały się momenty lekkiego rozluźnienia, co wyraźnie denerwowało Igora Patkowskiego. Z drugiej strony – trudno mieć pretensje do zawodników, którzy prowadzą wysoko, wiedząc, że mecz mają pod pełną kontrolą i kolejne gole są tylko kwestią czasu. Inferno potrafiło trafiać nawet grając w osłabieniu – to mówi wszystko o przebiegu tego spotkania.
Ogień Bielany walczył na tyle, na ile mógł. Momentami potrafił zmniejszyć straty do trzech bramek, widać było chęci i zaangażowanie, ale to po prostu nie mogło wystarczyć. W końcówce, gdy zawodnicy z Bielan zdawali się już pogodzić z porażką, przewaga Inferno znacząco wzrosła, a mecz zakończył się wynikiem 18:10.
Był to mecz bez historii – rozstrzygnięty na długo przed końcem. Po triumfatorach widać było, że taki przebieg rywalizacji im nie do końca odpowiadał. Z pewnością woleliby zagrać wyrównane spotkanie, nawet z ryzykiem porażki, ale takie, które wymaga maksymalnego wysiłku i niesie ze sobą emocje. Tutaj tego zabrakło.
W ekipie Ognia Bielany na wyróżnienie zasłużyli Kacper Kubiszer oraz Sebastian Górski, który dorzucił kilka punktów do klasyfikacji kanadyjskiej. Ale z pozytywów to w zasadzie wszystko. Trzecia z rzędu wysoka porażka stała się faktem.
Batalię czwartej kolejki w 1. Lidze zamykał mecz Korsarzy z FC Kebavitą. Już przed pierwszym gwizdkiem było wiadomo, że spotkanie będzie stać na wyrównanym poziomie – obie ekipy to przecież bardzo doświadczone zespoły z jakościowymi zawodnikami w składzie. Jednakże w drużynie gości zabrakło liderującego strzelca ligi – Christiana Nnamaniego, co tylko jeszcze bardziej wyrównywało szanse obu drużyn.
Kebavita, chcąc podtrzymać swoją serię, weszła w mecz na swoim poziomie. Składną akcję prostopadłym podaniem napędził Czarek Petasz, a Azamat Qutpiddinov strzelił tuż przy słupku – po zaledwie czterech minutach było już 1:0. Mecz przebiegał w taki sposób, że Kebavita operowała piłką, próbując swoich dynamicznych akcji, natomiast Korsarze – zgodnie ze swoim duchem gry – bardzo fizycznie i przytomnie odpierali ataki przeciwnika. Tuż przed przerwą przypomniał o sobie Bartek Kowalewski, który po świetnym dryblingu minął rywala, ułożył sobie piłkę na prawą nogę i pokonał Kapustę. Kapitalna akcja!
Tuż po przerwie obie drużyny wrzuciły wyższy bieg, chcąc przechylić szalę zwycięstwa na swoją stronę. Znów jako pierwsza uderzyła Kebavita – szybką kontrę po zagraniu Azamata wykończył w sytuacji sam na sam Moatsem Aziz. Chwilę później z 1:2 mieliśmy już 3:2! Dwa szybkie „strzały” wyprowadzili Bartek Kowalewski, zamykający podanie Beniamina Chrapowickiego, oraz Jan Jabłoński po dynamicznym wejściu i uderzeniu z dystansu w krótki róg. Po kolejnych pięciu minutach znów mieliśmy remis – Petasz posłał mocny strzał zza obrońców.
W ostatnim kwadransie obie drużyny grały z dużym zacięciem, a inicjatywę przejęli Korsarze. Hattrickiem popisał się Kowalewski (a hattrick asyst zanotował Chrapowicki). Kebavita, jednak jak przystało na mocną ekipę, zdołała wycisnąć z tego spotkania chociaż remis – bramkę pieczętującą zawody zdobył Qutpiddinov po bardzo precyzyjnym strzale. Koniec końców – 4:4.
W tej sytuacji Korsarze udowodnili, jak bardzo zgraną są drużyną. Kebavita, chcąca grać o pełną pulę, zderzyła się z naprawdę niewygodnym rywalem, co oznacza lekkie potknięcie w rywalizacji o mistrzostwo. W kolejnych meczach będą musieli wygrywać z najsilniejszymi.







)
)
)
)
)
)