Sezon 2015/2016
Relacje meczowe: 11 Liga
W rywalizacji Lisów bez Polisy z Dżentelmenami to gospodarze byli murowanym faworytem – nie tylko ze względu na formę i wyższą pozycję w tabeli, ale także biorąc pod uwagę ich pewne zwycięstwo w bezpośrednim starciu jesienią. Rewanż okazał się potwierdzeniem dominacji Lisów, którzy szybko objęli prowadzenie... po bezpośrednim strzale z rzutu rożnego! Chwilę później było już 3:0 i wszystko wskazywało na łatwą przeprawę.
Dżentelmeni jednak nie zamierzali oddawać pola bez walki. Po jednej z kontr zdołali zdobyć gola kontaktowego, a niedługo później ponownie trafił Marcin Parda, dając swojej drużynie nadzieję na powrót do gry. Mimo że to Lisy dłużej utrzymywały się przy piłce, grając spokojnie i konsekwentnie atakiem pozycyjnym, to goście groźnie kontrowali. Przed przerwą jednak to gospodarze znów trafili do siatki i do szatni schodzili z dwubramkowym prowadzeniem – 4:2.
Druga połowa rozpoczęła się podobnie jak pierwsza – od błyskawicznych ciosów Lisów, które de facto zamknęły emocje w tym spotkaniu. Dżentelmeni walczyli ambitnie o korzystniejszy wynik, ale nie byli w stanie zagrozić poważnie rywalowi. Kapitalne zawody rozegrał duet Damian Borkowski – Miłosz Górski, nieustannie nękający defensywę gości. Dżentelmeni odpowiedzieli jeszcze jednym golem, gdy wynik brzmiał już 8:2, ale było to jedynie zmniejszenie rozmiarów porażki. Ostatecznie mecz zakończył się wynikiem 10:4.
W zespole gości warto wyróżnić Marcina Pardę, autora hat-tricka, jednak jego wysiłki nie wystarczyły, by odwrócić losy meczu – zabrakło wsparcia reszty drużyny. Lisy bez Polisy odniosły zasłużone zwycięstwo, które pozwala im pewnie utrzymać się w środku tabeli. Dżentelmeni zaś muszą wciąż szukać przełamania – kolejna szansa już w następnej kolejce.
Choć przed meczem różnica trzech punktów dzieląca Legion od Borowików mogła sugerować wyrównane starcie, niedzielny pojedynek 14. kolejki brutalnie zweryfikował rzeczywistość. Kadrowe braki po stronie gości, w zestawieniu z szeroką i wyrównaną ławką Legionu, przyniosły widowisko jednostronne, zakończone pogromem 14:2.
Spotkanie rozpoczęło się od mocnego uderzenia gospodarzy – już po niespełna trzech minutach Vlad Seniuk wyprowadził kontratak po rzucie rożnym Borowików i idealnie obsłużył Olega Kremienishchuka. Chwilę później Seniuk sam wpisał się na listę strzelców, a Legion wyraźnie zaznaczył, kto będzie rozdawał karty tego dnia. Kolejne trafienia były tylko kwestią czasu – Dima Vysotskyi podwyższył na 3:0, a na 4:0 trafił Pavlo Kremienishchuk po dokładnym zagraniu Mikalaia Filimonaua. Legion nie tylko dominował w posiadaniu piłki, ale również narzucał fizyczny styl gry, co doprowadziło do kilku ostrzejszych starć. Po jednym z nich Borowiki miały szansę z rzutu wolnego, ale intencje strzelca wyczuł Bartek Klimczak.
Mimo dobrej interwencji Bogdana Szmajdy po strzale Kremienishchuka, Borowiki nie zdołały zatrzymać lawiny – kolejne trafienia zanotowali Seniuk, Vysotskyi (dwukrotnie) oraz Sardar Abduraxmonov, który w efektownym stylu minął bramkarza. Do przerwy było już 8:0.
Po zmianie stron goście wreszcie trafili – rzut z autu Michała Rzeczkowskiego wykończył głową Denis Shevchenko. Borowiki próbowały iść za ciosem, ale na więcej nie pozwalała skuteczna defensywa Legionu. Gospodarze nie spuszczali z tonu – gole dołożyli Vysotskyi oraz Roman Sadzhanytsia. Druga bramka dla Borowików padła po niefortunnej interwencji Klimczaka, który skierował piłkę do własnej bramki po mocnym dośrodkowaniu z rzutu rożnego. Na tym jednak gole się nie skończyły – Seniuk skompletował hat-tricka po dwójkowej akcji z Kremienishchukiem, a Vysotskyi odpowiedział jeszcze dwoma trafieniami, kończąc mecz z dorobkiem sześciu bramek.
Mimo miażdżącej porażki, sytuacja w tabeli dla Borowików nie uległa pogorszeniu – pozostają na tym samym miejscu. Legion zaś wysłał bardzo wyraźny sygnał: są drużyną kompletną, nie tylko w składzie, ale i w jakości gry. Jedynym niedosytem dla kibiców może być fakt, że nie dane im było oglądać Borowików w ich najmocniejszym zestawieniu – bo wtedy, jak pokazał jesienny mecz między tymi zespołami, emocji byłoby znacznie więcej.
W ostatni weekend FC Astana podejmowała zespół Boiskowego Folkloru – drużynę, która w tej rundzie walczy o zupełnie inne cele niż gospodarze. Już podczas rozgrzewki dało się wyczuć napięcie – zapowiadał się dynamiczny i emocjonujący mecz. I te zapowiedzi okazały się prorocze – już w 1. minucie Patryk Świtaj musiał ratować swój zespół przed stratą bramki.
Pierwsze fragmenty to bardzo wysokie tempo gry – pressing, dużo podań i konsekwentne kreowanie sytuacji bramkowych przez gospodarzy. Goście ustawili się zbyt nisko i mieli trudności z wyjściem spod naporu Astany, choć starali się odpowiadać kontratakami. Niestety, brakowało im siły przebicia w starciach z dobrze zorganizowaną obroną rywala. Jeszcze przed przerwą byliśmy świadkami prawdziwego rollercoastera – padł gol samobójczy, piękne trafienie z rzutu wolnego, pojawiły się ostre wejścia, żółta kartka, a także bramka zdobyta przez Astanę w przewadze. Emocji nie brakowało, a wynik do przerwy 4:2 zwiastował jeszcze więcej w drugiej części meczu.
Po zmianie stron tempo nie spadło – zawodnicy obu ekip grali ambitnie, z zacięciem i ogromną wolą walki. Kluczowym elementem była presja po stracie piłki – to właśnie intensywny pressing i ograniczanie przestrzeni przynosiły kolejne trafienia. Na szczególne wyróżnienie w barwach gospodarzy zasługuje Zhasulan Kamantay – autor dwóch goli i dwóch asyst, który napędzał ofensywę Astany przez całe spotkanie. Po stronie gości liderem był bez wątpienia Kacper Miriuk – zanotował hat-tricka i asystę, robiąc co mógł, by dać Boiskowemu Folklorowi nadzieję na punkty.
Mecz zakończył się wynikiem 8:6 na korzyść FC Astany, która potwierdziła, że nieprzypadkowo lideruje w tabeli 11. ligi. Boiskowy Folklor mimo porażki swojej postawy wstydzić się jednak nie musi.
W starciu Furduncio Brasil II z Force Fusion zdecydowanym faworytem byli goście, którzy od początku tej rundy prezentują bardzo wysoką formę. Spotkanie od pierwszych minut potwierdzało tę tezę – Force Fusion błyskawicznie narzuciło swoje warunki i już po kilku minutach prowadziło trzema bramkami, praktycznie zamykając temat końcowego wyniku.
Zespół złożony z zawodników z Polski i Ukrainy imponował organizacją gry, a ich defensywa była na tyle szczelna, że gospodarze mieli ogromne problemy z przedostaniem się pod pole karne. Bramkarz Volodymyr Antoshka miał wyjątkowo spokojne zawody – poza kilkoma interwencjami na początku meczu, jego udział w grze ograniczał się głównie do obserwowania poczynań kolegów z przodu.
Furduncio Brasil próbowało walczyć, jednak kolejne ciosy ze strony rywali skutecznie odbierały im wiarę. Do przerwy było już 1:4 i tylko największy optymista mógł wierzyć w cud po zmianie stron. Druga połowa była kontynuacją dominacji Force Fusion. Na boisku błyszczał Ruslan Yakubiv, a cała drużyna wyglądała jak świetnie naoliwiona maszyna. Gospodarze zdołali wprawdzie zdobyć jeszcze jedną bramkę, ratując częściowo honor, ale końcowy wynik 2:14 mówi wszystko o przebiegu meczu.
Co więcej, można odnieść wrażenie, że Force Fusion nawet nie wykorzystało w pełni swojego potencjału – gdyby nieco bardziej podkręcili tempo, rezultat mógł być jeszcze wyższy. Po tym spotkaniu sytuacja w tabeli dla gości pozostaje bez zmian, ponieważ wszystkie czołowe zespoły zgodnie wygrały swoje mecze. Furduncio Brasil II z kolei wydaje się pogodzone ze spadkiem. A jeśli myślą o lepszym przyszłym sezonie, będą musieli przemyśleć zarówno taktykę, jak i skład personalny.
W 11. lidze doszło do spotkania drużyn z przeciwległych biegunów tabeli – walczące o podium Shitable zmierzyło się z Joga Bonito, która wciąż próbuje wydostać się ze strefy spadkowej. Mimo że faworytem byli gospodarze, goście pokazali, że nie będą tutaj chłopcem do bicia i postawili poprzeczkę naprawdę wysoko.
Początek spotkania należał do Shitable, które już w 6. minucie objęła prowadzenie po trafieniu Fedira Ivanchenki. Ten sam zawodnik był zdecydowanie najlepszy w pierwszej połowie – dołożył kolejne dwa trafienia, kompletując hat-tricka i dając swojej ekipie prowadzenie 3:0 do przerwy. Joga była wyraźnie zaskoczone taką skutecznością rywali i musiało się przegrupować przed drugą połową.
Po przerwie rozpoczęło się powolne odrabianie strat. W 44. minucie Joga strzeliła bramkę kontaktową na 3:1, co mogło zwiastować jeszcze większe emocje. Jednak chwilę później Aliaksei Buhtarevich odpowiedział kapitalnym uderzeniem zza pola karnego i Shitable ponownie odskoczyło. Jeszcze w 46. minucie świetnie rozegrana akcja i gol Patryka Wasowskiego sprawiły, że zrobiło się 4:2. Joga Bonito nie odpuszczała – Dorian Kwieciński przywrócił nadzieję kontaktowym trafieniem na 4:3. Jednak ostatnie słowo należało do Shitable. Kolejny dobrze skonstruowany atak przyniósł piątą bramkę i ustalił wynik meczu na 5:3.
Shitable inkasuje trzy punkty i umacnia się w strefie medalowej, natomiast ambitna Joga Bonito pozostaje na 8. miejscu, ale z taką postawą może jeszcze sprawić niejedną niespodziankę w końcówce sezonu.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)