Sezon 2015/2016
Relacje meczowe: 3 Liga
Chyba nikt, kto czyta nasze zapowiedzi nie mógł być zdziwiony, że w rywalizacji Gentleman Warsaw Team z BRD Dynamit zapowiadaliśmy wyrównane widowisko. Wszak dla tych pierwszych to była jedna z ostatnich okazji na premierowe punkty w Lidze Letniej, co samo w sobie stanowiło motywację i sugerowało, że ekipa Jakuba Augustyniaka postawi poprzeczkę BRD Dynamit bardzo wysoko. Ten mecz okazał się jednak kolejnym przykładem, jak teoria potrafi się różnić od praktyki, bo w starciu zespołów, które przecież w tej edycji nie zachwycały, o przynajmniej klasę lepszy okazał się ten dowodzony przez Adama Wojciechowskiego. Początek jeszcze na to nie wskazywał, bo Gentlemani bronili się skutecznie i szczęśliwie, ale gdy padła pierwsza bramka dla rywali, to w ich szeregach coś zaczęło się psuć. Przeciwnicy mieli coraz więcej miejsca, brakowało agresywnego podejścia do zawodników z piłką i to wszystko powodowało, że Dynamit szybko ułożył sobie ten mecz. Duża w tym zasługa Rafała Dobrosza, który pokazał, że w Lidze Fanów grał już na trochę wyższym poziomie, bo jego ostateczny dorobek z tego spotkania to aż trzy gole i trzy asysty. Również pozostali zawodnicy dość sowicie obłowili się bramkami i ostatnimi podaniami a końcowy wynik brzmiał 10:1. Honorowe trafienie dla przegranych było autorstwa najbardziej ambitnego w ich szeregach Pawła Domańskiego, który jednak w pojedynkę nie mógł za wiele zdziałać. Niestety było to spotkanie do jednej bramki i tak jak przy okazji wielu innych spotkań z udziałem Gentlemanów, wynik mógł być jeszcze gorszy, ale kilka sytuacji obronił Jakub Augustyniak. Ale założymy się, że kapitan tej ekipy te wszystkie dobre interwencje i wskazania przez rywali na najlepszego zawodnika swojej ekipy zamieniłby na chociaż jedno zwycięstwo. Niestety wszystko wskazuje na to, że w tej kwestii nic nie uda się już zrobić...
Walka o pierwsze miejsce w 3.lidze trwa w najlepsze. I musimy się przyznać, że tak bardzo się nią zaaferowaliśmy, że zwycięstwo Bejernu nad KS Centrum przyjmowaliśmy jako pewnik. A naprawdę niewiele zabrakło, byśmy bardzo się pomylili, bo nawet jeśli nie dane nam było obejrzeć wszystkich spotkań z udziałem ekipy Filipa Pławiaka, to możemy w ciemno skonkludować, że to niedzielne było jednym z najsłabszych w ich wykonaniu. Faworyt bardzo długo męczył się z KS Centrum i to mimo faktu, że cały czas w tym spotkaniu był na prowadzeniu. W pewnym momencie przewaga wynosiła nawet trzy gole (4:1), ale właśnie wtedy lider rozgrywek złapał dołek, który o mało nie spowodował poważnych perturbacji. Rywale zaczęli bowiem grać coraz lepiej, doszli oponenta na odległość jednego trafienia, a mieli nawet okazję, by wyrównać. Bejern był zamroczony, niewiele się tej ekipie udawało, ale wtedy w sukurs przyszedł swojej drużynie kapitan. Filip Pławiak sprytnie wygrał walkę o pozycję z przeciwnikiem, który chcąc uratować sytuację, wybił piłkę wślizgiem spod nóg przeciwnika, a arbiter nie miał wątpliwości – rzut karny! I chociaż Filip Pławiak sprawę załatwił na raty (pierwszy strzał, który okazał się niecelnym, został oddany bez gwizdka), to Bejern ostatecznie zdobył bramkę na 5:3 i był to kulminacyjny moment meczu. Przegrywający chcieli za wszelką cenę wrócić na właściwe tory, lecz odważniejsza postawa nie tylko nie przyniosła im żadnej zdobyczy bramkowej, a dodatkowo osłabiła defensywę, z czego skrzętnie skorzystali faworyci zdobywając jeszcze dwa trafienia i wygrywając mecz 7:3. Z jednej strony trzeba oddać Bejernowi, że nawet mimo słabszej dyspozycji, potrafił to spotkanie przeciągnąć na swoją stronę. Z drugiej – jakość gry musi w ciągu najbliższych dni mocno podskoczyć, bo ten poziom na pewno nie wystarczy na Hiszpański Galeon. Ale ponieważ mamy do czynienia z bardzo świadomymi zawodnikami, bo chyba nie musimy im tego tłumaczyć. Co do KS Centrum, to ten zespół może sobie zarzucać, że w momencie, gdy miał rywala na widelcu, nie potrafił go skonsumować. Bo strach okazał się mieć tylko wielkie oczy i tutaj przy większej skuteczności, wcale nie musiało się skończyć porażką.
Mecz pomiędzy zajmującą trzecie miejsce w ligowej tabeli drużyną Legion, a czwartym FC Torpedo zapowiadał się interesująco. Wygrana gospodarzy dawała im gwarancję zakończenia sezonu letniego na co najmniej najniższym stopniu podium, a w przypadku gości możliwość wejścia na „pudło”. Gospodarze zaczęli mecz bez odkrywania wszystkich swoich kart, grając z niewielką przewagą na boisku. Goście natomiast starali się nie dopuszczać rywala w obręb swojego pola karnego, lecz w jedenastej minucie Andrii Baran był zmuszony do wyciągnięcia piłki z własnej bramki. Sześć minut po stracie bramki FC Torpedo zdołało doprowadzić do remisu i tyle samo czasu potrzebował Legion, aby po raz drugi wyjść na prowadzenie. Zanim sędzia odgwizdał koniec pierwszej połowy gospodarze powiększyli swoje prowadzenie i na przerwę schodzili z dwubramkową przewagą. Druga część spotkania lepiej rozpoczęła się dla gości, którzy szybko zmniejszyli stratę. Gospodarze nie chcąc, aby rywal nabrał wiatru w żagle zaczęli grać bardziej ofensywnie i co ważniejsze skutecznie, zdobywając trzy gole zapasu. Mając sporą stratę i coraz mniej czasu FC Torpedo zaczęło grać odważniej. Coraz częściej gościli pod polem karnym rywala i w 35 minucie kolejny raz pokonali bramkarza. Radość ze zdobytej bramki nie trwała długo. Dobrze dysponowani zawodnicy Legionu mieli mecz pod kontrolą i za każdą straconą bramkę w szybkim tempie odpowiadali tym samym. Finalnie Legion wygrał 7:5 i zagwarantował sobie miejsce na podium. FC Torpedo, mimo, że uległo zaprezentowało się naprawdę dobrze i w następnym meczu musi powalczyć o utrzymanie czwartego miejsca.
Dla Dżentelmenów był to drugi tego dnia mecz. W zapowiedziach przewidywaliśmy, że pojedynek z BRD może być bardziej wyrównany niż ten z Galeonem biorąc pod uwagę poziom zmęczenia i siłę rywala. W końcu gospodarze wciąż walczą o mistrzostwo, a goście zamykają tabelę nie zdobywszy nawet jednego punktu. Ledwie minęła minuta spotkania, a już nasze przewidywania zaczęły się sprawdzać. Podopieczni Magnusa Michalskiego szybko objęli prowadzenie po golu Antoniego Żbikowskiego. Choć wydawało się że gospodarze pójdą za ciosem to na kolejne bramki musieliśmy trochę poczekać. Niemniej jednak po 15 minutach mieliśmy pewne prowadzenie 3:0. Wtedy to Dżentelmeni zdobyli swoją premierową bramkę w meczu – składną kontrę wykończył Piotr Loze po podaniu Pawła Domańskiego. I jeżeli mielibyśmy szukać plusów w drużynie gospodarzy, to na pewno ten duet by się tam znalazł. Jeżeli istniało jakiekolwiek zagrożenie pod bramką Galeonu, to w główniej mierze za sprawą tej dwójki. Po 25 minutach mieliśmy wynik 5:1 i zwycięstwo gospodarzy nie było w żaden sposób zagrożone, niewiadomą pozostawała przewaga z jaką zakończą spotkanie. Nie ma się co oszukiwać, zmęczenie poprzednim spotkaniem coraz mocniej dawało się we znaki gościom i choć Jakub Augustyniak robił co mógł między słupkami coraz częściej musiał wyciągać piłkę z siatki. Galeon rozpędzał się z każdą minutą, a bezpieczny wynik tylko dodawał animuszu zawodnikom gospodarzy. Wygrywali niemal każdą stykową piłkę, która jak bumerang wracała w okolice pola karnego gości. Wynik 15-2 nie pozostawia złudzeń, kto był w tym spotkaniu lepszy, Gentleman Warsaw Team ma jeszcze jedną szansę na zdobycie choćby punktu i choć letnia kampania nie należała do najlepszych, to może być cennym przetarciem przed sezonem zasadniczym. Z kolei przed Hiszpańskim Galeonem mecz sezonu – gra o złote medale z Bejernem. Mamy tylko nadzieję, że gracze Galeonu nie wystrzelali się przed kluczowym pojedynkiem…
Tylko kilkadziesiąt minut odpoczynku mieli zawodnicy BRD Dynamit, którzy po wygranym starciu z Gentlemanami musieli stawić czoła kolejnemu wyzwaniu. Ich drugim przeciwnikiem w niedzielny wieczór byli AFC Niezamocni, więc z jednej strony jawiła się tutaj szansa na kolejny komplet punktów, ale z drugiej istniało ryzyko, że benzyny w baku może nie wystarczyć, a wtedy zaczną się problemy. Początkowo druga z tych kwestii nie miała jednak żadnego znaczenia, albowiem Dynamit wszedł w mecz tak, jak na swoją nazwę przystało. Mimo, że szanse mieli jedni i drudzy, to gole zdobywał tylko Łukasz Skwarnik, który dwukrotnie pokonał Tomka Ogórka i gracze BRD zbudowali sobie niezłą zaliczkę. Ale potem tak kolorowo już nie było. Rywal powoli wchodził na właściwe obroty, chociaż doświadczyliśmy tutaj pewnego paradoksu. Bo o ile Niezamocni tworzyli sobie naprawdę sporo okazji, to dwie które pozwoliły im wyrównać, zupełnie nie pachniały bramką. No ale taka już jest piłka. Do przerwy mieliśmy więc 2:2 i sądziliśmy, że za chwilę zmęczenie po stronie graczy w żółto-niebieskich koszulkach zrobi się tak duże, iż kwestią czasu będzie, gdy rywal zapędzi ich do narożnika. I gdy Niezamocni faktycznie zdobyli bramkę na 3:2, myśleliśmy że sprawa jest klepnięta. Ekipa Adama Wojciechowskiego nie chciała się jednak poddać i dzięki swojej ambitnej postawie wywalczyła punkt, a gola na wagę jednego oczka zanotował Łukasz Skwarnik, który tym samym skompletował hat-tricka. A mogło być jeszcze lepiej, bo ekipa Dynamitu przez kilka minut grała w przewadze jednego zawodnika i miała okazję, by zdobyć bramkę na 4:3, lecz tylko w słupek trafił Adam Wojciechowski. Rezultat 3:3 nikogo jednak nie krzywdzi. Mecz był wyrównany, nikt nie zbudował sobie wielkiej przewagi i w naszym odczuciu podział punktów był jak najbardziej sprawiedliwy.
Tabela podpowiadała, że minimalnym faworytem pary WKS Bęgal – WEiTI United będą ci pierwsi. Z drugiej strony – chyba każdy kto trochę orientuje się w realiach 3.ligi wiedział, że jeśli w składzie WEiTI pojawi się Wiktor Ciołek, to wówczas szala może się przechylić na drugą stronę. A ponieważ rzeczony zawodnik przyjechał na Arenę AWF, to było jasne, że defensywę WKSu czeka bardzo trudne chwile. Okazało się jednak, że to nie Wiktor Ciołek był największym problemem bloku obronnego Bęgala. Tym problemem byli zawodnicy, którzy tenże blok tworzyli, bo tylu prostych błędów w ich wykonaniu dawno nie widzieliśmy. A zaczęło się świetnie, bo WKS wyszedł na prowadzenie po golu Szymona Piątka, ale to był praktycznie ostatni pozytywny akcent tej ekipy w niedzielny wieczór. Potem zaczęła się seria banalnych pomyłek, które spowodowały, że rywal ze stanu 0:1 wyszedł na 3:1. Ale jeśli jedna z bramek padła tak, że asystę zaliczył Przemek Chojnacki, który podał rywalowi piłkę na sam na sam z własnym bramkarzem, to czego możemy oczekiwać? Problemy w ekipie w granatowych koszulkach zaczęły się piętrzyć i po 25 minutach gry ten zespół przegrywał 2:5. Druga połowa toczyła się już pod pełne dyktando WEiTI. Bezpieczna przewaga powodowała, że nawet wiele niewykorzystanych okazji nie miało swoich konsekwencji, bo wciąż utrzymywała się przewaga na poziomie 3-4 trafień. Bęgal nie potrafił zbliżyć się na krótszy dystans, a nawet gdy już zdobywał jakiegoś gola, to rywal błyskawicznie odpowiadał. I w ten dość spokojny sposób doczekaliśmy się ostatniego gwizdka sędziego, a końcowy wynik brzmiał 8:5. Mecz niestety bez wielkiej historii, WEiTI miało zdecydowanie więcej atutów, popełniało mniej błędów i zwycięstwo nie było efektem przypadku, a dobrej i konsekwentnej gry. Tym samym te zespoły zamieniły się miejscami w tabeli, co patrząc na przebieg ich boiskowej rywalizacji, nikogo dziwić nie powinno.







)
)
)
)
)
)
)
)