Sezon 2025/2026
Relacje meczowe: 9 Liga
Po letniej przerwie drużyny Nagel i FC Łazarski powróciły na nasze boiska. Gospodarze po zwycięstwie w debiutanckim sezonie na swoim poziomie rozgrywkowym mają spory apetyt, aby powtórzyć ten sukces grając w 9 lidze. Już od pierwszych sekund meczu gospodarze atakowali bramkę swojego oponenta i potrzebowali tylko ośmiu minut, aby wyjść na czterobramkowe prowadzenie. Kiedy goście stracili piątego gola zawodnicy drużyny Nagel zaczęli grać swobodniej, co skutkowało stratą dwóch bramek. Pierwsza połowa rozgrywana głównie pod dyktando gospodarzy zakończyła się ich dość bezpiecznym prowadzeniem. W czasie przerwy dało się słyszeć jak kapitan Nagel udziela reprymendy swoim zawodników do powroty stylu gry z pierwszych minut. Kiedy zawodnicy obu zespołów powrócili na boisko, gospodarze wcielili w życie słowa swojego kapitana i systematycznie powiększali prowadzenie. nie pozwalając FC Łazarskiemu na stworzenie dogodnej sytuacji strzeleckiej. Mający coraz mniej sił i tylko dwóch zmienników goście nie byli w stanie odeprzeć naporu rywala, który coraz częściej „bawił się piłką”. Dopiero w jednej z ostatnich akcji meczu goście zdołali zdobyć gola zmniejszającego ich przegraną w tym meczu, ale niewiele zmieniło to w ogólnym odbiorze tej potyczki. Nagel był zdecydowanie lepszy i dzięki zwycięstwu, jako pierwsza drużyna zasiadł w wygodnym fotelu lidera.
Oj wiele działo się w pojedynku Elitarnych z Rodziną Soprano. Czerwona kartka, dwa rzuty karne, piękne bramki, fatalne kiksy i zacięta walka niemal do samego końca. Ale po kolei. Zaczęło się świetnie dla gospodarzy, już praktycznie w pierwszej minucie wynik spotkania otworzył Marcin Brzozowski, po tym jak dopadł do sparowanej przez bramkarza piłki i pewnie umieścił ją w siatce. Elitarni nie poszli jednak za ciosem, za to do wyrównania doprowadzili rywale. Dłuższy czas utrzymywał się remis, ale od 15 minuty szala zwycięstwa zaczęła się przechylać na stronę gospodarzy. Dlaczego? Właśnie wtedy doszło do sytuacji, która - wydawało się - może przesądzić o losach tego meczu. Rodzina Soprano wykonywała rzut rożny, golkiper tej ekipy był mocno wysunięty i gdy Elitarni przejęli piłkę szybko oddali strzał na bramkę. Powracający bramkarz ratował się zagraniem ręką poza polem karnym, a to oznaczało tylko jedno – bezpośrednia czerwona kartka i gra jego zespołu w osłabieniu przez 10 minut. W teorii gospodarze powinni wypracować sobie sporą zaliczkę grając w przewadze, ale w praktyce wyglądało to zupełnie inaczej. Elitarni mieli swoje okazje, ale zawodziła skuteczność, szczególnie w tych najprostszych sytuacjach. Koniec końców i tak udało się zdobyć dwa gole, ale w międzyczasie skuteczną kontrę wyprowadzili goście i połowę kończyli zaledwie z jednobramkowym deficytem. Na drugą część już wychodzili w komplecie, a dodatkowo na boisko dotarł spóźniony Krzysiek Kulibski, więc gra w osłabieniu nie wyrządziła im takich szkód, jak można było się spodziewać. Krzysztof od razu zaznaczył swoją obecność asystą przy trafieniu Piotra Barana i mecz zaczął się na nowo. To był okres w którym drużyny grały schematem gol za gol. Elitarni wyszli na prowadzenie, a za chwilę, od razu ze wznowienia, znów wyrównał Wiktor Stańczuk. Potem Elitarni mieli już nawet dwa gole zapasu, a po paru minutach i tak mieliśmy remis (6:6). Rodzinie Soprano chyba nie dane było wygrać tego meczu, bo w końcówce sędzia po raz drugi podyktował przeciwko nim rzut karny, który ponownie na bramkę zamienił Łukasz Eljasiak. Wynik na 8:6 ustalił Marcin Brzozowski i trzy punkty powędrowały do ekipy z Gocławia. Okoliczności były jednak specyficzne i tutaj naprawdę niewiele zabrakło, by wynik był dokładnie odwrotny.
W tym meczu stanęły naprzeciw siebie ekipy debiutujące w naszej lidze, choć debiut ten jest nieco naciągany, bo zawodników obu drużyn znamy z wieloletnich występów w innych teamach. Co więcej – doskonale znamy potencjał tych piłkarzy i na papierze oba składy gwarantowały zacięte widowisko, a o tym, jak bardzo wyrównane było to spotkanie świadczy chociażby fakt, że na pierwszego gola musieliśmy czekać ponad kwadrans! Pierwsze minuty gry to wyraźne badanie czujności bloku obronnego przeciwnika i choć nie brakowało sytuacji pod obydwiema bramkami, pierwszego gola zdobyli goście – z rzutu rożnego zagrał Grzegorz Himkowski, a piłkę przy samym słupku zmieścił Kamil Skwierczyński. Po tym golu napastnicy obu ekip wyraźnie się ożywili – po chwili na 0:2 trafił Grzegorz Himkowski, który przejął niedokładne rozegranie od bramki i huknął pod poprzeczkę. Varsovia szybko odpowiedziała, a gola zdobył Mariusz Kozioł, ale riposta przyszła równie błyskawicznie, a na 1:3 trafił Artur Dębski i takim wynikiem skończyła się pierwsza część meczu. Zanim sędzia odgwizdał koniec pierwszej połowy żółtym kartonikiem został ukarany Krzysztof Łuczywek, ale Hetman nie wykorzystał przewagi liczebnej ani przed, ani po przerwie. W drugiej połowie tempo meczu tylko przyspieszyło, a na scenę wkroczył bohater Varsovii Karol Mroczkowski. W 28 minucie Karol otworzył swoje konto strzeleckie, a cztery minuty później zdobył gola wyrównującego, choć duża w tym „zasługa” fatalnego błędu bramkarza gości. Hetman nie pozostał dłużny i minutę później odzyskał prowadzenie po golu Oskara Kalickiego, by w 40 minucie wyjść na dwubramkowe prowadzenie po trafieniu Bartłomieja Folca. Wydawało się, że goście mają zwycięstwo w kieszeni, ale nadchodził plot-twist, którego nie powstydziłby się dobry scenarzysta filmowy. W 43 minucie gola kontaktowego zdobył Karol Mroczkowski, a w 47 minucie podanie z rzutu rożnego Łukasza Banaszczyka wykorzystał Kamil Łukasik i znów mieliśmy remis. Tym razem Varsovia była w gazie i Karol Mroczkowski dostał podanie przez pół boiska i sprytnym zagraniem „na zastawkę” wypracował sobie sytuację strzelecką, której nie zmarnował. Koledzy poszli za ciosem i minutę później z rzutu wolnego wynik spotkania na 7:5 ustalił Kamil Łukasik i po niesamowitym comebacku Varsovia zgarnęła pierwsze trzy punkty.
W zespole GLK mogliśmy obejrzeć aż czterech zawodników byłej Awantury Warszawa i od razu rzucało się w oczy, że ci gracze doskonale się ze sobą rozumieją i szukają się na boisku. Wynik otworzył Damian Sawicki po świetnym podaniu Patryka Dominiaka. Gospodarze kreowali kolejne akcje, ale to rywale najpierw doprowadzili do wyrównania, a potem wyszli na prowadzenie 1:2. Był to jednak ostatni taki moment w tym meczu, o co w głównej mierze zawodnicy Force Fusion mogą mieć pretensje tylko do siebie. Bo o ile przez 20 minut toczyli w miarę wyrównany bój z GLK, o tyle później po prostych błędach tracili niepotrzebne bramki i trudno było im w takich okolicznościach gonić rywala. Najpierw w 21 minucie bramkarz (a tak naprawdę zawodnik z pola, który awaryjnie musiał stanąć między słupkami) Force Fusion tak niefortunnie wybijał piłkę, że nabił kolegę z drużyny i piłka wtoczyła się do bramki. Jeszcze przed końcem pierwszej części na boisko dotarł etatowy golkiper, ale nie zaliczy on swoich pierwszych minut do udanych. Najpierw jego podanie przejął Patryk Dominiak, a chwilę później GLK przeprowadziło skuteczną kontrę w wyniku której tuż przed końcem premierowych 25 minut gospodarze objęli prowadzenie 4:2. Goście wyszli mocno zmotywowani na drugą część i zanotowali bramkę kontaktową, jednak GLK dość szybko odpowiedziało golem z rzutu wolnego Mateusza Rozkresa. Co więcej - w przeciągu 10 minut gospodarze podwyższyli prowadzenie do stanu 8:3. To była przewaga, której nie oddali już do końca spotkania, a końcowy rezultat do 10:4. Jednak jeżeli spojrzymy na bramki jakie tracił Force Fusion, to wcale nie musiało się skończyć takim wynikiem. Dwa samobóje, dwa błędy bramkarzy przy wyprowadzeniu piłki, dwie stracone bramki bezpośrednio z rzutu wolnego. Łącznie mogli się zachować lepiej przy co najmniej sześciu straconych bramkach i nie dziwne, że sami po meczu stwierdzili, że zaliczyli w tym starciu sześć samobójów. GLK te wszystkie błędy wykorzystał z zimną krwią i chwała im za to, bo nie raz już widzieliśmy, nawet w tej kolejce, że nie każda drużyna potrafi skorzystać z tego typu prezentów.
Mistrzowie Chaosu to nowa ekipa w Lidze Fanów, która poza ciekawą nazwą zaprezentowała też interesujący styl w starciu z weteranami z ADP Wolskiej Ferajny. Co prawda pierwsza połowa to delikatny falstart w wykonaniu gospodarzy, jednak w drugiej odsłonie pokazali zupełnie inne oblicze. Ale po kolei. Zdecydowanie lepiej w mecz weszli goście, którzy dokonali w swojej grze kluczowej zmiany, a mianowicie ich bramkarz i kapitan, Kamil Jagiełło, od nowego sezonu broni...bez rękawic. Co ciekawe, nowa taktyka przyniosła efekt, gdyż popularny "Jogi" bardzo skutecznie radził sobie w pierwszej połowie z dość groźnymi strzałami Mistrzów, zachowując w tej części spotkania czyste konto. W ofensywie ekipy z Woli świetnie radził sobie duet: Mateusz Nejman & Bartek Oleksiewicz. Pierwszy z wymienionych graczy w dość nietypowej dla siebie roli asystenta, gdyż co prawda nie wpisał się na listę strzelców, ale dwukrotnie popisywał się kluczowym podaniem przy bramkach Czarka Majewskiego oraz Bartka Staszaka. Z kolei Bartek Oleksiewicz notował trafienia przy golach na 0:3 oraz 0:4 i było widać, że jest w bardzo wysokiej formie, a bramki zdobyte w pierwszej odsłonie to nie było jego ostatnie słowo. Po przejściu szoku bojowego gospodarze świetnie zaczęli drugą połowę. Najpierw, po podaniu Jakuba Spławskiego, pierwszą bramkę dla gospodarzy zdobył Paweł Brzeziński. Trafienie na 2:4 to spore zamieszanie w okolicach pola karnego i niefortunne zagranie Sebastiana Bichty, po którym gracz ADP zanotował...bramkę samobójczą. Kolejne minuty mijały pod znakiem wyrównanej walki i ciosu za cios, gdyż najpierw gola na 2:5 zdobył Bartek Oleksiewicz, a w odpowiedzi obejrzeliśmy akcję oraz kontrę Kacpra Owczarka, po której na listę strzelców wpisał się Daniel Jabłoński i było 3:5. W tym momencie obudził się jednak Mateusz Nejman. O ile w pierwszej połowie nie błysnął jako egzekutor, o tyle w drugiej połowie zrobił istne show. Najpierw dwukrotnie samodzielnie wyłuskał piłkę od rywali, wykańczając kontry strzałami na 3:6 oraz 3:7, a następnie w duecie z Bartkiem Oleksiewiczem przeprowadzili dwie akcje, po których Mateusz miał na swoim koncie aż cztery trafienia! To nieco rozluźniło szeregi ADP i Mistrzowie Chaosu wyczuli szansę na strzelenie kilku bramek, a konkretnie trzech z rzędu. Na listę strzelców wpisywali się kolejno: Michał Kucharski, Kacper Owczarek oraz Bartek Zalewski. Jednak w kontekście wyniku te gole nie zmieniły wiele, gdyż ostatecznie goście wygrali spotkanie 6:10, notując cenną wygraną na inaugurację.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)