Sezon Lato 2025
Relacje meczowe: 7 Liga
W lidze szóstek często o wyniku decydują detale, a chwilowe kryzysy potrafią mocno odbić się na formie zespołów. Lisy Bez Polisy od jakiegoś czasu nie mają łatwo. Po trzech kolejnych meczach bez zwycięstwa, zaledwie czterech zdobytych bramkach i aż 26 straconych, sytuacja drużyny stała się bardzo trudna. Dodatkowo, ich kadra jest mocno ograniczona, a na to spotkanie nie zapowiadano żadnych wzmocnień, co tylko wzmagało obawy o kolejny ciężki mecz. Mimo że Lisy zawsze grają ambitnie, tym razem trudno było oczekiwać przełamania.
Ich rywalem byli Heavyweight Heroes – zespół, który po falstarcie w pierwszej kolejce szybko się pozbierał i wygrał dwa kolejne spotkania. W drużynie panował dobry klimat, a obecność doświadczonych zawodników, takich jak Piotr Stefaniak czy Dariusz Jochemski, miała pomóc utrzymać zwyżkową formę. Już do przerwy Heroes prowadzili 1:0 po trafieniu Rafała Spodara. Goście kontrolowali przebieg gry i stwarzali wiele okazji, ale bramkarz Lisów spisywał się znakomicie, skutecznie powstrzymując kolejne ataki. Gospodarze nie ułatwiali zadania faworytom i twardo trzymali się w grze.
Po przerwie emocji było jeszcze więcej. Lisy Bez Polisy niespodziewanie się przebudziły – najpierw wyrównał Dawid Gierada, a chwilę później prowadzenie dał im Marcin Doch. Herosi nie zamierzali jednak składać broni – bramkę na 2:2 zdobył Krystian Potyra, a w ostatnich sekundach mieli jeszcze szansę zgarnąć pełną pulę. Napastnik stanął oko w oko z pustą bramką… i nie trafił.
Spotkanie zakończyło się sensacyjnym remisem 2:2. Wynik ten z pewnością rozczarował Heavyweight Heroes, którzy mieli przewagę i więcej okazji. Lisy natomiast, mimo problemów kadrowych i ostatnich niepowodzeń, pokazały ogromny charakter i wywalczyły punkt, który może być dla nich impulsem do poprawy w następnych kolejkach.
Spotkanie lidera 7. Ligi, mającego na koncie komplet zwycięstw, z drużyną znajdującą się w strefie spadkowej i posiadającą zaledwie 1 punkt zapowiadało się na jednostronne widowisko. I rzeczywiście – początek meczu zdawał się potwierdzać te przewidywania. Już w 3. minucie, po błędzie w obronie, Jakub Zając bezlitośnie wykorzystał sytuację. Bramkarz Pistons, Andrzej Szałkowski, co prawda dotknął piłki, ale ta niefortunnie przetoczyła się do siatki, mijając jeszcze obrońcę Kacpra Romanowskiego. Jak się później okazało – nie był to najbardziej pechowy gol tego spotkania.
Dalej gra toczyła się w dwie strony, choć bez większego zagrożenia pod bramkami. W 10. minucie zobaczyliśmy dwie bramki – efektowne uderzenie z woleja Kacpra Kubiszera oraz sprytne dobicie Mateusza Malimona po rzucie rożnym. Chwilę później nadszedł moment, o którym bramkarz Warsaw Pistons chciałby zapomnieć. Po długim dośrodkowaniu Krystiana Sobierajskiego wydawało się, że piłka zmierza poza boisko. Golkiper wyszedł z bramki, ale wtedy, jak spod ziemi, pojawił się Adam Dźwigała, który efektowną główką skierował piłkę do pustej bramki. Andrzej Szałkowski próbował jeszcze ratować sytuację, ale był bezradny.
Tuż przed przerwą drużyny znów wymieniły się ciosami i zeszły do szatni przy wyniku 4:2. Wynik ten dawał Pistons nadzieję – grali momentami nerwowo, ale z pewnością nie wyglądali jak chłopcy do bicia na tle lidera tabeli.
Po zmianie stron obraz gry nie zmienił się diametralnie – Iglica nie dominowała absolutnie, ale była pewniejsza, lepiej zorganizowana i skuteczniejsza. Kolejne trafienia dołożyli: Kacper Kubiszer, Mateusz Fejcher, Jakub Kieczka i Sebastian Szczygielski, co przypieczętowało ich zwycięstwo. Warsaw Pistons w drugiej połowie nie strzelili żadnej bramki, ale warto dodać, że oba gole zdobyte przez nich w pierwszej połowie padły po rzutach rożnych.
Iglica umacnia się na pozycji lidera i wygląda na głównego faworyta do mistrzostwa. Tymczasem Pistons, mimo porażki, pokazali, że nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa – ich gra wygląda coraz lepiej, więc możliwe, że niedługo odbiją się od dna tabeli.
W ramach 4. kolejki 7. Ligi na Arenie AWF doszło do starcia pomiędzy drużynami Niedzielnych a BRD Young Warriors. Mecz rozpoczął się o godzinie 22:00, ale mimo późnej pory emocji nie brakowało – szczególnie ze strony jednej z ekip.
Od pierwszego gwizdka było widać, że to zawodnicy BRD Young Warriors przejęli inicjatywę i to oni będą nadawać tempo temu spotkaniu. Już na początku wynik indywidualną akcją otworzył Karol Nowicki. Chwilę później prowadzenie podwyższył Arkadiusz Bieniek, a był to dopiero początek ofensywnego popisu gości. W kolejnych minutach do siatki trafiali jeszcze Patryk Zawada oraz Maciej Karczewski, ustalając wynik pierwszej połowy na 0:4. Niedzielni, mimo kilku sytuacji, wyraźnie nie mogli znaleźć swojego rytmu, a BRD konsekwentnie wykorzystywali swoje okazje.
Po przerwie gospodarze ruszyli z większym zaangażowaniem, co szybko przyniosło efekt. Gola zdobył Krzysztof Kaska, dając swojej drużynie minimalną nadzieję na powrót do meczu. Na chwilę tempo gry się wyrównało, jednak to BRD ponownie przejęli kontrolę, strzelając dwie kolejne bramki. Niedzielni jeszcze raz próbowali się podnieść, kiedy to Jakub Janczyk trafił do siatki, jednak ich radość nie trwała długo – goście niemal natychmiast odpowiedzieli dwoma błyskawicznymi trafieniami, ustalając wynik meczu na 2:8.
BRD Young Warriors pokazali klasę i skuteczność, zgarniając cenne trzy punkty. Po czterech kolejkach zajmują wysokie trzecie miejsce w tabeli i wciąż są poważnym kandydatem do gry o najwyższe cele w letnich rozgrywkach.
Mecz 4. kolejki 7. Ligi pomiędzy Dynamo Wołomin a Interem miał być dla gospodarzy kolejnym krokiem w stronę mistrzostwa. Faworytem wydawało się być Dynamo – zespół regularnie punktujący, mający szeroką kadrę i zawodników potrafiących przesądzać o losach meczu. Ale Inter nie pierwszy raz udowodnił, że nie warto ich skreślać przed pierwszym gwizdkiem. To doświadczona drużyna, która nawet bez zwycięstw w tabeli potrafiła napsuć krwi każdemu – i tym razem pokazała, że gra się do końca, a nie tylko do przerwy.
Lepiej zaczęli gospodarze – Michał Matyja precyzyjnym strzałem z dystansu przy słupku dał Dynamo prowadzenie. Goście odpowiedzieli błyskawicznie – Maksym Klypak idealnie odnalazł się w polu karnym po pięknym, długim podaniu od Serhieja Sheveleva, doprowadzając do wyrównania. Pierwsza połowa była bardzo wyrównana, a wyróżniającą się postacią po stronie gospodarzy był Adam Domidowicz – aktywny w defensywie, kreatywny w rozegraniu, praktycznie wszędzie na boisku. Obie drużyny zdobyły jeszcze po jednej bramce i do przerwy mieliśmy remis 2:2.
W drugiej połowie Domidowicz ponownie błysnął – indywidualna akcja, minięcie dwóch rywali i kapitalny strzał w okienko wyprowadziły gospodarzy na prowadzenie 3:2. Jednak z bohatera szybko stał się antybohaterem – próbował założyć przeciwnikowi „siatkę” pod własnym polem karnym, co zakończyło się stratą piłki i bramką wyrównującą. Od tego momentu coś się w grze gospodarzy zacięło. Inter przejął inicjatywę i zdobył kolejne dwa gole, wychodząc na prowadzenie 3:5. Choć Tomasz Dzięcioł w końcówce zdobył jeszcze jedną bramkę dla swojej drużyny, zabrakło już czasu, by dogonić rywala.
Inter wygrał 5:4 i może cieszyć się z pierwszego zwycięstwa w sezonie – w pełni zasłużonego za walkę i konsekwencję. Dynamo natomiast musi zastanowić się, co poszło nie tak – bo choć indywidualności mają, to bez większej dyscypliny może być im trudno o regularne punkty.







)
)
)
)
)
)
)
)