Sezon Lato 2025
Relacje meczowe: 6 Liga
Trzecia drużyna 6 ligi Saska Kępa podejmowała czerwoną latarnię, czyli FC Łazarski. Pierwsze minuty spotkania to szybkie 1-0 dla gospodarzy i równie szybka odpowiedź gości. Jednak zyskana przewaga w środku pola Saskiej ekipy oraz dobrze zorganizowana obrona spowodowały, że do końca pierwszej połowy bramki zdobywali tylko oni. Huraganowe ataki rozpędzonych gospodarzy oraz dosyć duża nieporadność drużyny gości dały nam 4-1 do przerwy dla faworytów. Zawodnicy Saskiej brylowali w środku pola i bez problemu stwarzali sobie coraz to więcej okazji do zdobywania goli. Łazarski oczywiście starali się im w tym przeszkodzić, ale nic im tego dnia nie wychodziło. Pierwsza połowa zakończyła się wynikiem 4-1 dla Saskiej Kępy. Na drugą połowę obydwie drużyny wyszły mocno zmotywowane, jednak to ekipa gospodarzy bardziej przyłożyła się do tego zadania. Do 40 minuty mieliśmy już 7-2 dla Saskiej Kępy i FC Łazarski miał bardzo mocno pod górkę. Faktem jest, iż goście zdobyli do końca meczu jeszcze 3 bramki i na pewno nie poddali się bez walki, jednak gospodarze to cwane wygi i dobrze wiedzieli jak wykorzystać słabszą tego dnia dyspozycję przeciwnika. Wpakowali oni do końca meczu jeszcze 4 bramki i spotkanie zakończyło się wynikiem 11-4. FC Łazarski nie potrafił znaleźć recepty na bardzo dobrze zorganizowaną obronę przeciwnika i musiał się pogodzić z dość bolesną porażką. Mimo to musi walczyć do końca, nawet jeśli o utrzymanie będzie niezwykle ciężko. Saska Kępa spokojnie czeka na 3 miejscu w tabeli i na pewno jeszcze powalczy o wyższą lokatę. Życzymy powodzenia jednej i drugiej ekipie. W piłce nożnej wszystko jest możliwe i to jest piękno tej dyscypliny!
W niedzielne popołudnie na arenie AWFu drużyna FC Dziki z Lasu podejmowała FC Radler Świętokrzyski. Faworytem tego spotkania byli gospodarze, którzy w tabeli 6 ligi zajmują wysokie drugie miejsce. Goście natomiast po dwóch kolejnych wygranych liczą na małą sensację w walce o utrzymanie w ligowej tabeli. Gospodarze już od pierwszych minut kontrolowali przebieg spotkania. Potrafili szybko wyjść na prowadzenie, co spowodowało, że nabrali dużą pewność siebie, przez co w ich grze widać było spokój i doświadczenie. Mimo to, że rywale potrafili wysoko postawić szyki obronne, poprzez agresywne doskakiwanie po utracie piłki, to nie zrobiło to na gospodarzach większego wrażenia. W tej części gry Szymon Bednarski doskonale potrafił kreować sytuacje podbramkowe kolegom z drużyny. Przy wyniku 2:0 Radler mimo nieprzychylnego obrotu sytuacji wierzył i przede wszystkim dążył do zwrotu akcji. W samej końcówce pierwszej połowy goście dopięli swego i strzelają bramkę kontaktową, gdy po zespołowej akcji piłkę do siatki skierował Szymon Fałowski. Do przerwy mieliśmy 2:1. Druga część spotkania należała już zdecydowanie do drużyny Dzików. Gospodarze przycisnęli w ataku, co przyniosło błyskawiczny efekt w postaci gola Tymka Kuroczko. Dziki w tej części meczu zasypywali bramkę Pawła Urbana gradem strzałów, ale golkiper Radlera dwoił się i troił między słupkami i długo nie dawał się pokonać. Dopiero w 33 minucie skapitulował po strzale Szymona Bednarskiego i gospodarze prowadzili już 4:1. Zawodnicy Dzików szli jak po swoje, a efektem kolejnych minut były coraz to ładniejsze bramki. Pomimo, że gracze gości walczyli o każdą piłkę i nie brakowało im chęci do gry, to nie potrafili tego przenieść na zdobywanie bramek. Natomiast gospodarze spokojnie rozgrywali piłkę po ziemi i często gościli w polu karnym rywala. Dziki z Lasu bezlitośnie rozklepywali przeciwników, a napastnicy z zimną krwią pakowali piłkę do siatki. Szczególnie z dobrej strony w tym meczu pokazał się Szymon Bednarski, który zaliczył świetne spotkanie zarówno w defensywie jak i ofensywie. Mecz ostatecznie kończy się wysoką wygraną gospodarzy 8:1. Liczymy, że obie ekipy będą walczyć na tym samym poziomie zaangażowania w kolejnych spotkaniach, choć w przypadku gości z nieco lepszym rezultatem.
Konfrontacja Popalonych Styków z ADP Wolska Ferajna zapowiadała wielkie emocje jeszcze na długo przed pierwszym gwizdkiem. Wiedzieliśmy bowiem, że dość ekstrawaganckie zachowanie bramkarza Styków Krzyśka Grabowskiego w połączeniu z gorącym temperamentem niektórych zawodników ADP może stanowić mieszankę wybuchową. No i faktycznie - w tym spotkaniu oprócz goli, doświadczaliśmy też wzajemnych prowokacji a nawet lekkiej konfrontacji, która na szczęście nie przerodziła się w nic poważniejszego. A jak wyglądał sam mecz? Był on równie szalony. W pierwszej połowie długo oglądaliśmy wyrównane zawody i nagle gra Popalonych Styków kompletnie się załamała, co świetnie wykorzystali miejscowi i z 0:0 zrobiło się 4:0! Chyba nawet przegrywającym trudno byłoby wytłumaczyć, co się tutaj tak naprawdę stało. Ten rezultat powodował, że w drugiej połowie Styki nie miały już nic do stracenia i nakręcane do ataków przez swojego bramkarza, zaczęły mozolny proces odrabiania strat. I z minuty na minutę nabierały coraz większej wiary w happy end, tym bardziej, że deficyt regularnie się zmniejszał. Po klasycznym hat-tricku Kamila Paszka było już tylko 3:4, jednak Popalonym było mało. Ten zespół widział, że rywale zgubili pewność siebie, w ADP znów zaczęło się robić nerwowo i oczyma wyobraźni widzieliśmy tutaj bramkę na 4:4. Ale nie spodziewaliśmy się, że gdy do niej dojdzie, to będzie to tak fantastyczne trafienie, a właśnie takim popisał się Filip Targowski. Wolska Ferajna była więc o włos od zmarnowania czterobramkowej przewagi, jednak w końcówce zdołała się przebudzić i stworzyła sobie kilka dogodnych okazji, by ten mecz ostatecznie przechylić na swoją stronę. Najlepszą okazję zmarnował Mateusz Nejman, gdzie wszyscy widzieli już piłkę w siatce, tymczasem ta zatrzymała się na słupku! Tym samym mecz zakończył się remisem, co dla ADP stanowiło rozczarowanie nie tylko dlatego, że zespół stracił dwa punkty, ale też z racji postawy bramkarza rywali, która wyraźnie nie przypadła im do gustu. Nie udało się jednak utrzeć nosa Krzyśkowi Grabowskiemu, któremu trzeba oddać, że był jednym z głównych architektów tej remontady. Jego interwencje to jedno, ale swoje zrobiły głośne motywacyjne okrzyki, które nie pozwalały kolegom z pola przestać walczyć, z kolei oponentów doprowadzały do białej gorączki. W końcowym rozrachunku wynik 4:4 należy uznać za sprawiedliwy, bo jeśli Wolska Ferajna nie potrafi spokojnie dowieźć czterech bramek przewagi do końca, to na całą pulę po prostu tutaj nie zasłużyła.
W spotkaniu pomiędzy Perłą WWA a A.D.S. Scorpion's zdecydowanym faworytem byli gospodarze, którzy z dużą przewagą pewnie zmierzają do awansu. Goście natomiast plasując się w środku tabeli chcieli przede wszystkim zagrać dobry futbol i postawić się faworytowi. Obie ekipy wystąpiły w solidnych zestawieniach i to zapowiadało, że ten mecz będzie ciekawym widowiskiem dla postronnego kibica. Pierwsze minuty spotkania były niezwykle wyrównane i szczególnie w środku pola trwała zażarta walka o każdy centymetr boiska. Pierwsi do bramki rywali trafili zawodnicy Perły. ADS jednak nie zamierzał odpuszczać i miał swoje okazje, ale często brakowało ostatniego podania. Team Perły Wwa stopniowo się rozkręcał i już po chwili zdołał podwyższyć wynik na 2:0. Szczególnie aktywny w ofensywie był Grzegorz Tymolewski, który brał udział praktycznie w każdej akcji swojego zespołu. Kolejne minuty to już zdecydowana przewaga gospodarzy, goście zupełnie się pogubili w grze defensywnej i bramki zaczęły padać hurtowo. Do przerwy było 6:0 i był to dla gości zdecydowanie najniższy wymiar kary. Po zmianie stron liczyliśmy, że popularne Skorpiony powalczą jeszcze o korzystny rezultat, ale niestety nic takiego nie miało miejsca. Na domiar złego w zespole gości zaczęły się wzajemne pretensje i to dodatkowo nie pomagało w grze. Perła Wwa nie patrząc na kłopoty rywali grała swój futbol i strzelała kolejne bramki. Przy wyniku 8:0 gdy wynik spotkania był już ustalony gospodarze nieco spuścili z tonu, co wykorzystała ekipa ADS, która w samej końcówce zdobyła cztery gole. Ostatecznie ekipa gospodarzy deklasuje rywali w stosunku 11:4 i jest to dla nich kolejny krok do mistrzostwa 6 ligi. Co do Skorpionów, to mamy nadzieję, że trener Artur Kałuski przeprowadzi rozmowę z chłopakami z drużyny i w kolejnych meczach zobaczymy ten zespół zupełnie odmieniony.
Oglądając spotkanie Slavic kontra Tornado Squad, aż trudno uwierzyć że te drużyny były przed pierwszym gwizdkiem sąsiadami w tabeli 6.ligi. Ba! Ekipa Slavic znajdowała się nawet o oczko wyżej od niedzielnego oponenta, co znając wynik ich bezpośredniego pojedynku brzmi dość komicznie. No bo w teorii wszystko wskazywało tutaj na w miarę wyrównane spotkanie, tymczasem Tornado zmiotło swoich rywali z boiska w stosunku 11:2! To był w dużej mierze mecz do jednej bramki i naprawdę z przyjemnością patrzyło się na poczynania triumfatorów, zwłaszcza że tutaj nie było słabego ogniwa. Żadnego z zawodników piłka nie parzyła, u każdego dało się zauważyć spore zaawansowanie taktyczne i ta ekipa naprawdę nie wyglądała na taką, która przed tą serią znajdowała się w strefie spadkowej. Slavic wyglądał przy Tornado bardzo blado, a wiele mówiącym faktem o ich grze jest ten, że ich najlepszym zawodnikiem był bramkarz. Gdyby nie Mateusz Gołębiewski to ta ekipa przegrałaby tutaj znacznie wyżej. Fajnych i płynnych akcji po stronie Slavic było jak na lekarstwo, co po prostu musiało się źle skończyć. Końcowy wynik nie jest więc za wysoki i piszący te słowa jest w szoku, że dla zwycięzców była to dopiero czwarta wygrana w sezonie. Przecież tego samego dnia na Arenie Grenady grały też inne zespoły z 6.ligi i żaden z nich nie zaprezentował takiej jakości. Gdzie więc tkwi haczyk? Trudno powiedzieć, lecz nie chce nam się wierzyć, by z taką dyspozycją Tornado mogło spaść z ligi. Co innego Slavic. Tutaj sytuacja robi się niebezpieczna, aczkolwiek wiemy, że ten zespół ma swoje problemy i być może po majówce, gdy do składu wróci kilku ważnych graczy, będzie to wyglądało lepiej. I tego im życzymy, bo to bardzo fajna ekipa, a cały mecz był pod względem atmosfery wręcz idealny na zakończenie długich, 10-godzinnych zmagań na obiekcie przy Grenady 16.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)