Sezon Lato 2024
Relacje meczowe: 2 Liga
W drugiej kolejce Ligi Fanów Zoria Streptiv podejmowała zawsze waleczną drużynę Dzików z Młochowa. Obie ekipy chciały jak najszybciej zapomnieć o porażkach w pierwszych meczach i szybko zrehabilitować się po słabym początku. Spotkanie od pierwszych minut stało - jak przystało na 2 ligę - na bardzo dobrym poziomie. Jedni i drudzy walczyli o każdy centymetr boiska. Pierwsi z bramki cieszyli się goście, którzy wyprowadzili piękną akcje wykończoną przez Viktora Herasymiuy. Taki rezultat długo jednak się nie utrzymał i kilka minut później mieliśmy już 1-1 a spotkanie na nowi nabierało rumieńców. Potem nastąpiła obustronna wymiana ciosów, która zmieniła rezultat na 2:2. Chwilę później drugą bramkę w tym meczu a trzecią dla gości strzelił Viktor Herasymiuy. Gospodarze starali się szybko odpowiedzieć, jednak zamiast wyrównać, to stracili czwartego gola po strzale Jacka Mirackiego. Wynik do przerwy już się nie zmienił i na pauzę schodziliśmy przy stanie 2:4. Po zmianie stron do odrabiania strat ruszyli goście. Po mocnych słowach w przerwie widać było, że są zdeterminowani, co najpierw przyniosło bramkę na 3-4, by po chwili po samobójczym trafieniu jednego z braci Skrzydlewskich był już remis. Do końca meczu pozostawało jeszcze sporo czasu, jednak podział punktów nie urządzał żadnej z ekip. Zarówno Zoria jak i Dziki starały się wygrać i zapisać na swoje konto pierwsze oczka. W 36 minucie po raz trzeci ze świetnej strony pokazał się Herasymiuy, który skompletował hat-tricka. To był kulminacyjny punkt meczu, bo po chwili goście odskoczyli na dwa, a potem aż na trzy trafienia. Zoria próbowała odrabiać straty, jednak świetnie między słupkami gości prezentował się Arkadiusz Żyznowski. W końcowych minutach gospodarze strzelają jeszcze bramkę na 5-7, ale na więcej zabrakło czasu, a tuż przed końcowym gwizdkiem Aleksander Augustyn pieczętuje zwycięstwo Dzików Młochowa ósmym trafieniem. W meczu o premierowe ligowe punkty górą drużyna braci Skrzydlewskich. Dla triumfatorów to spora ulga, bo wiemy jak ważne jest, aby na starcie rozgrywek czołówka nie odskoczyła. Zoria Streptiv zagrała dobre spotkanie, jednak przegrała i pozostaje bez punktów. Liczymy, że w kolejnych meczach w składzie gospodarzy zobaczy Zurabiego Saginadze, który z pewnością byłby wielkim wzmocnieniem w trudnych okolicznościach, w jakich na początku zmagań znalazła się jego ekipa.
Bardzo interesująco zapowiadała się wewnątrz-ukraińska potyczka na Arenie Grenady między FC Niko a Siriusem. Walka szła o zbudowanie serii zwycięstw, bo jedni i drudzy swój pierwszy mecz wygrali. Teraz nie wolno było lekceważyć żadnego scenariusza, nawet takiego, gdzie zespoły dzielą się punktami. Początek spotkania należał do Niko, a konkretnie do kapitana tej ekipy Anatolija Ursu, który zdobył pierwszego gola. Wtedy jeszcze nikt nie miał prawa przypuszczać, że to będzie jedyne trafienie, jakie nominalni gospodarze tutaj zdobędą. Im dłużej trwała pierwsza połowa, tym coraz odważniej grali przedstawiciele Siriusa. Mieli trochę okazji, lecz świetnie bronił Yevhen Malenko. W końcu i on musiał jednak skapitulować. Wszystko za sprawą rzutu karnego, który skutecznie wyegzekwował Ihor Pivovar. Więcej goli w pierwszej połowie nie zobaczyliśmy i o wszystkim miała zdecydować druga. Tutaj zaczęło się dobrze dla Siriusa, który po ładnej akcji zakończonej kolejnym trafieniem Ihora Pivovara objął prowadzenie 2:1. Niko nie było w stanie odpowiedzieć. Tydzień wcześniej, gdy coś szło nie tak, to piłkę brał Zakharii Mor i praktycznie w pojedynkę odwracał losy meczu. Tyle że tutaj go nie było, przez co siła rażenia Niko była zdecydowanie mniejsza. Sirius mógł to spotkanie „zabić” golem na 3:1, lecz nie potrafił wykorzystać najpierw kary minutowej dla Yuriiego Butsa, a potem rzutu karnego, który wykonywał Ihor Pivovar. Ostatecznie te dwie zmarnowane szanse nie zemściły się i Sirius dowiózł wygraną 2:1 do finałowego gwizdka. Ogólnie oglądaliśmy równy mecz, natomiast zwycięzcy byli po prostu odrobinę konkretniejsi. Przegranym brakowało kogoś z przodu, bo do pewnego momentu wszystko wyglądało nieźle, lecz brakowało finalizacji. W ten sposób trzeba się było pogodzić z porażką, która pokazała, ile znaczy tutaj Zakharii Mor. Bo wydaje nam się, że z nim w składzie, gospodarze tego meczu by nie przegrali.
W meczu między Husarią Mokotów III i FC Kryształ Targówek można było spodziewać się wysokiego poziomu sportowego. Widowisko nie zawiodło, lecz zdecydowanie lepsi okazali się piłkarze gości. Pomimo dobrego początku meczu w wykonaniu ekipy Tomasza Hubnera, do głosu doszedł Kryształ. Zrobili to w dość dosadny sposób, ponieważ po stracie bramki zdobyli w odpowiedzi aż pięć goli, tym samym nie zostawiając złudzeń, kto w tym starciu opuści boiska AWF z kompletem punktów. W drugiej połowie gracze Husarii próbowali odrobić straty, lecz ich przeciwnicy byli świetnie dysponowani tego dnia. Dodatkowo zaliczka z pierwszej połowy była na tyle znacząca, że bardzo ciężko było odrobić taką stratę. Kreatorem akcji ofensywnych gości był nie kto inny, jak Igor Ruciński. W tym meczu zdobył cztery gole, czym bezapelacyjnie napsuł krwi rywalom i dołożył sporą cegiełkę do końcowego sukcesu swojego zespołu. Ostatecznie Kryształ pewnie zwyciężył spotkanie 8:3, tym samym pokazując innym drużynom, żeby mieli się na baczności w kontekście walki o podium.
Na papierze starcie UEFA Mafia Ursynów z Korsarzami zapowiadało się świetnie. W obydwu ekipach nie brakuje zawodników o podobnej charakterystyce, czyli szybkich, lubiących techniczną piłkę, ale potrafiących również uderzyć z dystansu. Zacieraliśmy więc ręce na ten mecz, nie tylko dlatego, że było już dość zimno. Spotkało nas jednak duże rozczarowanie, bo UEFA rozniosła swoich rywali w pył. Początek jeszcze na to nie wskazywał, bo na bramkę Mafii szybko odpowiedział Sebastian Sobieszek, jakby dając sygnał, że Korsarzy tutaj wcale nie będzie tak łatwo złamać. To jednak tylko na chwilę zakrzywiło rzeczywistość, bo w dalszej części potyczki zawodnicy z Ursynowa robili co chcieli. Trzy gole z rzędu dały im bezpieczną przewagę i tylko naiwni mogli sądzić, że trafienie do szatni Jakuba Łojka może w jakikolwiek sposób zmienić to, co było tutaj nieuchronne. Jak się później zresztą okazało – był to ostatni bramkowy akcent Korsarzy w tym meczu. Druga odsłona to totalna supremacja UEFY, która tę część spotkania wygrała aż 8:0. Przegrani byli tak zdominowani, że nawet gdy grali w przewadze jednego zawodnika, to i tak stracili gola. Finalnie przegrali 2:12 i muszą o tym spotkaniu jak najszybciej zapomnieć. Chcemy ich jednak trochę usprawiedliwić, bo musieli sobie radzić bez trzech bardzo ważnych dla siebie graczy, ale po ostatnim gwizdku nie miało to pewnie większego znaczenia. Dla triumfatorów to był raczej spacerek i tak naprawdę, to bardziej niż samym meczem żyliśmy tym, jak zawodnicy tej ekipy walczą o minuty na boisku. Było to trochę zabawne, aczkolwiek w dalszej perspektywie oby nie stanowiło podwalin pod jakiś konflikt lub rozłam. Bo przyjdą mecze, gdzie wynik będzie na styku i wtedy chęć pozostania na boisku, będzie jeszcze większa niż teraz. Nie zazdrościmy Norbertowi Wilkowi takiego kłopotu bogactwa.
Na zakończenie niedzielnych meczów w drugiej lidze przyszło nam zobaczyć starcie dwóch drużyn, które nie przegrały swoich pierwszych spotkań. Agape poznało już smak zwycięstwa, natomiast Orzeły Stolicy po remisie za cel stawiały sobie zdobycie pełnej puli. Goście osłabieni brakiem Filipa Woźnicy nie dawali po sobie odczuć, że brakuje im jednego z lepszych zawodników drużyny, a Krzysiek Gołos w jednej z pierwszych akcji meczu wyprowadził swój zespół na prowadzenie. Gospodarze ruszyli do ataku i udało im się doprowadzić do wyrównania po pierwszej z trzech bramek, jakie tego dnia zdobył Paweł Miłkowski. Po tym trafieniu Agape Team odskoczyło od rywali zdobywając trzy bramki z rzędu, a na drugiego gola Pawła Miłkowskiego szybko odpowiedział Piotr Płatek i goście do przerwy schodzili prowadząc bezpiecznie 5-2. Druga połowa była bardziej wyrównana a drużyny zdobyły bramki naprzemiennie. Na szczególną uwagę zasługuje gol, jaki zdobył Piotr Amermajster, który może nie jest najbardziej bramkostrzelnym zawodnikiem, jednak to konkretne uderzenie zapamiętamy na długo, bo takich bramek nie oglądamy zbyt często. Mecz zakończył się zwycięstwem gości 9:5, którzy w tym momencie mają komplet punktów na swoim koncie. Natomiast Orzeły Stolicy dalej pozostają bez zwycięstwa w trwającej od dwóch tygodni kampanii, ale na pewno z taką grą zaczną wreszcie gromadzić punkty seryjnie.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)