Sezon Lato 2024
Relacje meczowe: 4 Liga
Dużo emocji i walki oglądaliśmy w meczu FC Shadows z Dzikami z Lasu. Od pierwszej minuty dało się wyczuć, że obie ekipy koniecznie chcą zdobyć komplet punktów i sędzia musiał być czujny od samego początku tego starcia, bo nie brakowało gry kontaktowej i akcje szybko przenosiły się z jednej na drugą stronę boiska. Jako pierwsi dobrą okazję do strzelenia bramki mieli goście. Michał Janowicz z rzutu wolnego huknął z dystansu, ale golkiper rywali sparował piłkę na rzut rożny. Ekipa z Ukrainy też miała swoje szanse, lecz najlepszą w porę skasował bramkarz Dzików wychodząc poza pole karne. W pierwszej odsłonie goście grali w przewadze, ale nic z tego nie wyniknęło w kontekście zmiany wyniku. równolegle z końcowym gwizdkiem sędziego sygnalizującego koniec pierwszej połowy doszło do przepychanki między graczami obu ekip. Arbiter pokazał zawodnikom zamieszanym w to zwarcie po żółtej kartce i drugie 25 minut ekipy zaczynały o jednego zawodnika mniej na boisku. Gdy wydawało się że ten mecz może skończyć się podziałem punktów, wynik sprytnym strzałem z dystansu otworzył Michał Janowicz. To kompletnie rozbiło przeciwników, którzy próbowali grać z lotnym bramkarzem, ale nic to nie dało. Co więcej - po kontrach tracili kolejne bramki i Dziki znakomicie potrafiły wypunktować rywali łapiąc pewność siebie na placu gry. Świetnie spisywał się Kajetan Jasiński, który sam strzelił i asystował przy bramce kolegi i sporo wniósł w grę swojego zespołu. Ostatecznie mecz zakończył się wynikiem 0:4. Dla Dzików z Lasu to cenne zwycięstwo i możliwość zbliżenia się do czołówki tabeli. FC Shadows po znakomitym początku straciło pierwsze punkty, ale ta ekipa wciąż będzie się liczyła w walce o najwyższe cele w tej lidze.
Starcie BJM z Husarią było bez wątpienia jednym z najlepszych meczów 4 ligi. W 3 minucie wynik spotkania po podaniu niemalże na pustą bramkę otwiera Patryk Gorzycki. Do 12 minuty oglądamy kilka ładnych akcji po obu stronach, jednak bramkarze nie dają się pokonać. W końcu kapitan Husarii Tomasz Hubner bierze sprawy w swoje ręce i podnosi wynik spotkania na 2:0. Z czystego konta świetnie dysponowany Łukasz Gołębiowski nie cieszy się długo - już po 5 minutach odpowiada BJM strzałem z dystansu w okienko. Tym razem bramkarz Husarii był bezradny. W końcówce pierwszej połowy Patryk Borowski daje nam trzecią bramkę dla Husarii po akcji kombinacyjnej. Wynik do przerwy 1:3 dla drużyny z Mokotowa. Wydaje się, że to już koniec. Husaria spokojnie rozkoszuje się swoim prowadzeniem mądrze rozgrywając piłkę. Nie spiesząc się, nie ryzykując. Swobodnie szukając sobie luki, aż w końcu się udaje i Tomasz Hubner zdobywa drugiego gola w tym spotkaniu. Po 3 minutach Olivier Aleksander strzela od słupka na 2:4, przywracając swojej ekipy nadzieję. W 41 minucie Husaria dostaje bramkę w prezencie w postaci samobója. Czyżby koniec emocje? Nic z tego! W 7 minut BJM zdobywa aż trzy bramki i doprowadza do remisu! Wszystkie gole to efekt rozklepania obrony rywala. Akcje były na tyle dobre i skuteczne, że Husaria była bezradna i to właśnie oni na dwie ostatnie minuty musieli się bronić przed porażką. Świetny mecz zarówno dla zawodników, jak i dla kibicowskiego oka. Niczego w nim nie zabrakło a końcowy wynik to 5:5.
Powiedzieć, że początek przygody Big Balls z Ligą Fanów jest bolesny, to nic nie powiedzieć. W pierwszym meczu przegrali z Dzikami z Lasu aż 3:16, w 2.kolejce w ogóle się nie zebrali, a perspektywy na przełamanie w trzeciej serii również nie wyglądały najlepiej. Głównie dlatego, że Jakub Sobczak musiał dopisać przed spotkaniem aż trzech nowych zawodników – gdyby tego nie zrobił, to niestety znowu nie byłoby składu. No ale było jasne, że w takich okolicznościach ciężko będzie powalczyć ze zgranym i solidnym Compatiblem. Co prawda ta drużyna też zanotowała na wstępie dwie porażki, jednak piłkarsko wyglądała lepiej i była naszym faworytem w tej parze. I jak widzimy – nie zawiodła oczekiwań. Inna sprawa, że końcowy rezultat czyli 11:1 jest tutaj trochę krzywdzący dla Big Balls. Na pewno aż tak słabi nie byli, natomiast widać było, że brakuje komunikacji, kondycji i pewnie jeszcze wielu czynników, które mamy nadzieję przyjdą z czasem. Ta ekipa miała oczywiście przebłyski niezłej gry, natomiast w perspektywie całego spotkania to było za mało na dobrze usposobionych i konsekwentnie grających rywali. Już do przerwy było 4:0, a widząc purpurowe twarze zmęczonych graczy Big Balls, wiedzieliśmy że druga odsłona to będzie dla nich męczarnia. Chęci nie można im było odmówić, widać też że pod względem indywidualnym ta ekipa miała umiejętności, lecz to się zupełnie nie przekładało na aspekt drużynowy. Dość powiedzieć, że chłopaki dopiero przy stanie 0:8 zdobyli tutaj bramkę, którą zainkasował najlepszy w ich szeregach Jakub Sobczak. Ale na więcej nie było już ich stać. Z kolei Compatibl chciał chyba powetować sobie wcześniejsze przegrane i mimo wysokiego prowadzenia, szedł po kolejne bramki. I dopiął swojego, bo ostatecznie poczęstował rywala dwucyfrówką. Widząc ich grę jesteśmy przekonani, że gdyby takim składem zebrali się chociażby na Popalone Styki, to "oczek" na koncie mieliby więcej. Ale najważniejsze, że wreszcie zaczęli punktować i teraz powinno pójść z górki. A Big Balls? Wpierw muszą poukładać ekipę pod względem organizacyjnym. Jeśli to się uda, to tak jak napisaliśmy – umiejętności są, więc jest w czym rzeźbić. Tylko trzeba to wszystko ustabilizować, bo bez tego ciężko będzie im wyjść z miejsca, w którym właśnie się znaleźli.
Przewidywaliśmy, że będzie to bardzo wyrównane spotkanie i nasze predykcje sprawdziły się, choć niestety tylko częściowo. Wynik w 5 minucie otworzyli goście, a pięknym, spadającym strzałem z dystansu popisał się Damian Dobosz. Goście długo dłużni nie pozostali, bo już w praktycznie następnej akcji Wojciech Buraś pokazał, że również umie uderzyć z odległości i mieliśmy remis. W 13 minucie Łukasz Kulesza przerzucił piłkę przez całe boisko do Bartłomieja Fabisiaka, a ten przyjął, obrócił się i nie dał szans Antoniemu Dudzie, a Pantera znów wyszła na prowadzenie. I tym razem nie była w stanie go zbyt długo utrzymać, bo już trzy minuty później wyrównał Jan Bieniek, a w 22 gospodarzom udało się nawet wyjść na prowadzenie, kiedy drugiego gola, trochę na raty, zdobył Wojciech Buraś. W samej końcówce pierwszej połowy doszło do sytuacji, która miała spory wpływ na przebieg dalszej rywalizacji. W akcji ofensywnej został nieprzepisowo zatrzymany napastnik Pantery, a ławka rezerwowych zbyt nadgorliwie domagała się, niesłusznie zresztą, żółtej kartki dla faulującego, co ostatecznie skończyło się kartonikiem dla jednego ze zmienników. Laga wykorzystała przewagę liczebną i skończyła pierwszą część spotkania prowadząc 4:2. Zawodnicy Pantery długo nie mogli pogodzić się z decyzją sędziego i bardziej skupili się na przeżywaniu tej sytuacji, niż układaniu planu taktycznego na drugą połowę. Ta utrata koncentracji drogo ich kosztowała, bo o ile wynik 4:2 jest łatwy do odrobienia, o tyle po chwili było już 6:2 dla Lagi i Pantera znalazła się w mało komfortowej sytuacji. W 32 minucie gości poderwał do walki Mariusz Felicki, ale wyraźnie kończyły się pomysły na przełamywanie defensywy gospodarzy, a granie przysłowiowej, nomen omen, lagi do przodu nie przynosiło wymiernych efektów. Gospodarze za to rozkręcali się z minuty na minutę, czarując zarówno grą zespołową, jak i indywidualną. W 42 minucie żółtą kartkę zarobił Paweł Janiszewski, ale długo na ławce nie posiedział, bo Hubert Szalski momentalnie zapakował piłkę do siatki. Goście wyraźnie opadli z sił, a Laga stosując wysoki pressing nie pozwalała nawet na spokojne rozegranie od bramki. Kropkę nad i w ostatniej minucie postawił Kuba Sokół i Laga wygrywając 8:3 zgarnęła trzy punkty.
Popalone Styki przed tym spotkaniem znajdowały się w środkowej części tabeli. Żeby szybko nadrobić stracony dystans, który na początku sezonu nie jest zbyt okazały, należało wygrać z ambitną drużyną Oldboys Derby. Goście po dwóch spotkaniach mieli na koncie tylko remis z Panterą i również potrzebowali punktów. Zaczęło się dość niespodziewanie, bo mimo przewagi, jaką miały Popalone Styki, to Oldboje wyszli na prowadzenie. Tradycyjnie, ich najlepszy strzelec – Jacek Pryjomski, znalazł się w dobrej sytuacji i strzelił mocno obok bezradnego bramkarza gospodarzy. Popalone Styki jednak szybko otrząsnęły się po tej stracie i przekuły przewagę w posiadaniu piłki na bramki. Konrad Dzięciołowski i Paweł Malec wyprowadzili ich na prowadzenie 2:1. Znów jednak trafił Pryjomski i na tablicy mieliśmy remis. Gospodarze jednak przekonali rywali, że są dużo skuteczniejsi, mają pomysł i przede wszystkim są skuteczni. Do przerwy strzelili dwa gole, a na to już gracze z Osiedla Derby nie byli w stanie odpowiedzieć. Jak wiadomo 4:2 to nie jest duża strata, ale w drugiej połowie na boisku obejrzeliśmy przede wszystkim mecz walki. Jedyną bramkę strzelił Marcin Wiktoruk, który trafił w dość niespotykanych okolicznościach, gdyż na skutek błędu defensywy… nie pozostało mu nic innego, jak z bliska skierować piłkę do siatki rywali. Ostatecznie Popalone Styki dowiozły wynik i wygrały 4:3. Dzięki temu awansowały na 3 miejsce, a Oldboys Derby pozostali na 9 lokacie.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)