Sezon 2023/2024
Relacje meczowe: 1 Liga
Przed tym spotkaniem liczyliśmy, że pojedynek Kebavity z KSB będzie jednym z najciekawszych meczów tej serii gier. Warunek był jeden – goście musieli stawić się w galowym zestawieniu. O ile o mobilizację Kebavity mogliśmy być spokojni, o tyle KSB, po dwóch kolejkach, już postawiło się pod ścianą.
Niestety, zespół Michała Tarczyńskiego pojawił się jedynie w meczowej szóstce, bez kilku swoich kluczowych zawodników. Patrząc na składy obu drużyn, mogło się wydawać, że będzie to mecz do jednej bramki. Teoria teorią, ale zwycięstwo trzeba jeszcze wywalczyć na boisku – a przynajmniej w pierwszej części Kebavicie łatwo nie było. Być może wynikało to z faktu, że podopieczni Buraka Cana nie do końca wiedzieli, czego mogą się spodziewać po KSB i początkowo podeszli do rywala z przesadnym respektem. A może coś przeczuwali, bo to właśnie KSB niespodziewanie objęło prowadzenie po świetnym, mierzonym strzale po długim rogu w wykonaniu Patryka Makowskiego. Radość gości nie trwała jednak długo, bo już dwie minuty później wyrównał wracający po kontuzji Czarek Petasz. Co ciekawe, pierwsza część zakończyła się skromnym remisem 1:1. KSB rozegrało bardzo dobre premierowe 25 minut – świetnie między słupkami spisywał się Cezary Wachnik – jednak było jasne, że z każdą kolejną minutą goście będą opadali z sił, a przewaga Kebavity zacznie rosnąć. Choć gospodarze nie narzucili szczególnie wysokiego tempa, pytanie brzmiało raczej nie czy, a kiedy odskoczą z wynikiem.
Na nieszczęście KSB, stało się to już kilka minut po wznowieniu gry. Do siatki trafili kolejno Nnamani i ponownie Petasz. W tym momencie cały plan gości legł w gruzach – przy remisie mogli jeszcze się bronić i szukać swoich szans w kontratakach, ale teraz nie mieli już nic do stracenia. Mimo to KSB walczyło na tyle, na ile pozwalały siły, a kolejne bramki dla rywala zaczęły wpadać dopiero około 10 minut przed końcem meczu. Długo utrzymywał się wynik 3:1, a jeśli dodamy do tego sytuację, w której sędzia mógł przy tym rezultacie podyktować rzut karny dla gości, to KSB miało szansę jeszcze wrócić do gry. Tak czy siak - mogli zejść z boiska z podniesionymi głowami.
I na zawsze pozostanie pytanie, jak potoczyłby się ten mecz, gdyby KSB pojawiło się w pełnym składzie. Kebavita zrobiła po prostu swoje – wygrała pewnie i tutaj nie mają już większego znaczenia problemy rywala.
Mecz Zielona i Przyjaciele kontra Warsaw Eagle zapowiadał się dość jednostronnie. I początkowo mieliśmy tego potwierdzenie na boisku, bo pierwsza połowa należała wyraźnie do Zielonych. Już po 11 minutach prowadzili 5:0 i nic nie wskazywało na to, że Warsaw Eagle będą w stanie podjąć walkę. Gra toczyła się pod dyktando Konrada Szałka i Sebastiana Ignacaka, którzy dyrygowali ofensywą swojej drużyny, a koledzy skutecznie ich wspierali. Do przerwy obie ekipy schodziły przy wyniku 5:1.
Po zmianie stron zawodnicy Warsaw Eagle próbowali narzucić własne tempo. W 30. minucie jednak ponownie trafił Szałek i wydawało się, że losy meczu są już przesądzone. Wtedy goście ruszyli do odrabiania strat. Przejęli inicjatywę i zdobyli aż pięć bramek w drugiej połowie, znacząco zmniejszając różnicę. W międzyczasie raz odpowiedział Damian Dąbrowski i w końcówce spotkania przewaga Zielonych stopniała do zaledwie jednej bramki. Gospodarze jednak nie dali sobie wydrzeć zwycięstwa. W decydującym momencie wykorzystali stały fragment gry, a Dąbrowski domknął akcję strzałem do pustej bramki, ustalając wynik meczu. Mimo imponującej pogoni podopiecznych Karola Dębowskiego, trzy punkty zostały tam, gdzie zapowiadało się na to od samego początku.
Na szczególne wyróżnienie w drużynie gości zasługuje Łukasz Stanisławski, który nieustannie walczył o jak najlepszy wynik dla swojego zespołu. Dwie bramki i dwie asysty zanotował także Mateusz Telakowiec. W barwach Zielonych kilka kluczowych interwencji zaliczył bramkarz Kamil Ostapiński.
Po tym spotkaniu Zielona i Przyjaciele z kompletem zwycięstw w trzech pierwszych kolejkach wyraźnie sygnalizują swoje mistrzowskie ambicje. Z kolei Warsaw Eagle czeka trudna walka – aż pięć z ośmiu drużyn ma obecnie po trzy punkty, a każdy kolejny mecz może okazać się kluczowy w kontekście utrzymania się w górnej części tabeli.
Na zakończenie dnia los zaserwował nam starcie dwóch drużyn 1. ligi – już sam ten fakt dawał gwarancję emocji, piłkarskiej jakości i walki do ostatniego gwizdka. Urok wieczornego meczu potęgował ciągły deszcz oraz gra świateł reflektorów.
Obie ekipy chciały grać ofensywnie, ale początek meczu należał zdecydowanie do Inferno. Najpierw pięknym uderzeniem spod nóg kilku obrońców wynik otworzył Pyrzyna, a chwilę później zbyt dużo swobody pozostawiono Jakóbczakowi, który potężnym strzałem zza pola karnego podwyższył prowadzenie. Później oglądaliśmy naprawdę dobre spotkanie na wysokim poziomie: dużo walki, sytuacje pod obiema bramkami, świetne indywidualne zagrania. Jedynym, czego brakowało, były zespołowe kombinacje – było widać, że na boisku są zawodnicy wysokiej klasy, ale gra opierała się głównie na indywidualnych akcjach. Do przerwy Korsarze zdołali zdobyć kontaktowego gola – Winiarski trafił głową po wyrzucie z autu, i trudno było przewidzieć, w którą stronę przechyli się szala zwycięstwa.
Początek drugiej połowy to już dominacja Korsarzy. W ciągu zaledwie dwóch minut wyszli na prowadzenie po bramkach Jabłońskiego i Grodzkiego. Od tego momentu żadna z drużyn nie potrafiła odskoczyć: 3:2, 3:3, 3:4, 4:4... Dopiero trafienia Dzięcielskiego i Pawłowskiego w 42. i 43. minucie dały Inferno przewagę dwóch goli. Jabłoński natychmiast odpowiedział i emocje znów sięgnęły zenitu. Jednak nerwowej końcówki nie było – Inferno zdołało jeszcze dwukrotnie trafić do siatki i spokojnie dowieźć zwycięstwo.
Inferno tym samym umacnia się w ligowym topie i pozostaje poważnym kandydatem do medalu. Korsarze, mimo porażki, nie mają powodów do wstydu – zaprezentowali się z bardzo dobrej strony, zabrakło jedynie sił na końcówkę. Sezon jest krótki i wszystko w tabeli może się jeszcze zmienić w mgnieniu oka.







)
)
)
)