Sezon 2014/2015
Relacje meczowe: 4 Liga
W piątej kolejce 4 ligi Husaria Mokotów II podejmowała Compatibl. Od samego początku spotkanie układało się tylko i wyłącznie po myśli gospodarzy. Już w 5 minucie Patryk Hermann dobił bardzo mocny strzał Marka Wdowińskiego i bez problemu trafił na 1-0. Kilka minut później było już 2-0. Arkadiusz Urmanowski sprytnym zagraniem w uliczkę uruchomił Tomasza Hubnera i ten drugi bez problemu wykorzystał okazję. Chwilkę później w 14 minucie ponownie Patryk Hermann trafił do bramki i wynik zaczął puchnąć. Compatibl oczywiście starał się kreować swoje akcje, ale zawodnicy Husarii bardzo dobrze pracowali w obronie i sprytnie kontrowali swojego rywala. W 20 minucie na 4-0 trafił Krzysztof Mamla uderzając po długim rogu bramki rywala. Bramka na 5-0 to już dzieło duetu Patryk Borowski & Łukasz Gołębiowski. Długi i celny wyrzut pod nogi wychodzącego za plecy obrońców napastnika spowodował, że golkiper gości jedyne co mógł zrobić to wyciągnąć piłkę ze swojej bramki. Nie minęły dwie minuty a padło następne trafienie dla Husarii. Ponownie atomowy strzał jednego z atakujących graczy zmusił golkipera gości do wybicia piłki wprost przed siebie. Na taką okazję czyhał już Marek Wdowiński, który bez problemu wykorzystał prezent i trafił na 6-0. Pod koniec pierwszej połowy Patryk Borowski ładnie z klepki obsłużył wychodzącego na czystą pozycję Patryka Hermanna i doświadczaliśmy pogromu. Chwilę po tej akcji arbiter zakończył pierwszą cześć spotkania. Na drugą połowę zawodnicy Husarii wyszli podobnie zmotywowani, z kolei Compatibl wciąż miał ogromny problem z organizacją gry. Niestety dla gości oponenci nie spuszczali z tonu. Efektem tego była zdobyta w 42 minucie bramka na 8-0. Tomasz Hubner wykorzystał podanie od najlepszego asystenta w tym spotkaniu Arkadiusza Urmanowskiego i bez problemu pokonał bezbronnego golkipera. Potem padły jeszcze trzy gole, aż wreszcie sędzia uznał, że Kompatybilnym już wystarczy tej klęski. Husaria II zdobywa bardzo cenne punkty w kwestii awansu do wyższej ligi, natomiast Compatibl musi poprzednią niedzielę wyrzucić z głowy najszybciej, jak tylko się da...
Będąca w wyśmienitej dyspozycji Laga Warszawa, która nie przegrała jeszcze meczu podejmowała trapioną kontuzjami ekipę OldBoys Derby, która znajduję się w strefie spadkowej i tym meczem Marcin Wiktoruk razem ze swoim zespołem chciał pokazać, że słabszy start sezonu to bardziej splot nieszczęśliwych wydarzeń, niż rzeczywistej formy poszczególnych zawodników. To co założył sobie Marcin, a to jaki plan na ten mecz miała Laga to jednak dwie zupełnie inne sprawy. Gospodarze potrzebowali zaledwie pięć minut, by pokonać bramkarza rywali i wyjść na prowadzenie. Po tej bramce mecz był wyrównany, na pewno nie rzucała się w oczy różnica, która jest między tymi zespołami w tabeli. Co wiecej - po kwadransie gry Michał Kurowski zamienił na bramkę podanie Rafała Bugajskiego i było 1:1. Tuż przed przerwą to jednak Laga wyszła na prowadzenie, a na listę strzelców wpisał się Hubert Szalski. Po przerwie Oldboys Derby znów doprowadzili do wyrównania i wszystko wróciło do punktu wyjścia. Końcówka meczu należała jednak do Lagi Warszawa, która dołożyła dwa kolejne trafienia tym samym ustalając wynik spotkania na 4:2. Tym zwycięstwem Laga potwierdziła, że w tym sezonie chce walczyć o najwyższe cele i pozostaje na fotelu lidera, wyprzedzając o trzy punkty FC Dziki z Lasu. Oldboys Derby mimo, że przegrali, to na pewno ich gra mogła się podobać i jesteśmy niemal pewni, że kwestią czasu jest kiedy zaczną wreszcie regularnie punktować.
Zespół BJM Development można nazwać królami remisów w tym sezonie. Chłopaki po czterech rozegranych meczach mieli na swoich koncie zwycięstwo i trzy podziały punktów. Myśleliśmy, że limit spotkań, gdzie wynik pozostaje nierozstrzygnięty mają już za sobą i oni sami pewnie równie liczyli na to, że w końcu uda im się jedno oczko zamienić na trzy. Ale gdy zobaczyliśmy, że w ich składzie brakuje kilku ważnych graczy, na czele z Olivierem Aleksandrem (który znowu zerwał więzadła:(), to bliżej było nam do scenariusza, w którym to Popalone Styki sięgają tutaj po całą pulę. W tym sezonie na Arenie Grenady mieliśmy okazję po raz drugi obejrzeć ich grę, ale teraz zobaczyliśmy zupełnie inną drużynę niż wtedy. Dużo, dużo silniejszą, bo wcześniej nie widzieliśmy w ich składzie takich zawodników jak Paweł Malec czy Mateusz Kostylew. A to naprawdę bardzo poważne wzmocnienia, co potwierdziło się przeciwko BJM. Styki miały bowiem ten mecz na wyciągnięcie ręki i prawda jest taka, że powinny wygrać go w cuglach. Do przerwy było 2:0, a potem chłopaki dysponowali wieloma okazjami, by „zabić” to spotkanie. Na ich drodze stawał jednak znakomicie broniący Filip Odoliński. To właśnie on w końcówce meczu przy stanie 0:2 w sobie tylko znany sposób obronił strzał z najbliższej odległości jednego z rywali, a gdyby to wpadło, to BJM już by się nie podniósł. Zamiast tego za chwilę zrobiło się 2:1, a potem 2:2! Ten remis pojawił się znikąd, bo nawet najwierniejsi fani BJM będący urodzonymi optymistami, nie mogli przewidzieć, że ich pupile wyjdą z takich opresji. Ale to nie był jeszcze koniec spotkania. Popalone Styki miały świadomość, że zwycięstwo wymyka im się z rąk i mimo dużej porcji nerwów, udało im się ustabilizować emocje i zainkasować trafienie na 3:2. Lecz Deweloperzy nie zamierzali tak tego zostawić. Na kilka chwil przed końcem Piotr Sobieszek wywalczył rzut karny, do którego dość niespodziewanie podszedł Filip Odoliński. Bramkarz BJM uderzył jednak perfekcyjnie, nie zostawiając złudzeń swojemu vis-a-vis. W tym momencie do końca potyczki pozostawało dosłownie kilkadziesiąt sekund, ale Stykom udało się stworzyć jeszcze jedną, 100% okazję. Sytuacji sam na sam z golkiperem Deweloperów nie wykorzystał jednak Antek Zieliński i Styki zremisowały wygrany mecz. Sztuką było tego spotkania nie zapisać na własne konto, bo przewaga we wszystkich statystykach była zdecydowanie na korzyść Popalonych. Brawa jednak dla zawodników BJM, bo chociaż mecz im się nie układał, to wiara była w nich do samego końca. Los ich za to wynagrodził i mimo, że to już ich czwarty podział punktów w tym sezonie, to na pewno żaden z poprzednich nie smakował tak dobrze jak ten.
Przed tym spotkaniem w ultra ciężkim położeniu znajdowali się zawodnicy Big Balls, którzy jako jedyni w lidze nie zdobyli jeszcze punktu. Mimo wcześniejszych dotkliwych porażek na pewno w planach mieli przerwanie złej passy, co zbliżyłoby ich do odbicia z dna ligowej tabeli. FC Shadows dwóch porażkach w ostatnich kolejkach, również chciało za wszelką cenę wygrać i wrócić na zwycięską ścieżkę. W pierwszej połowie meczu obie ekipy starały się kontrolować piłkę i szukały okazji do zdobycia bramki. Na trafienia w tym pojedynku czekaliśmy niebywale długo, bo aż do 19 minuty, kiedy to Bohdan Odnokoz celnie uderzył z rzutu wolnego. Dwie minuty później Big Balls doprowadzili do wyrównania po bramce Kacpra Jakubowskiego, ustalając wynik do przerwy na 1:1. W drugiej odsłonie spotkania również oglądaliśmy bardzo wyrównaną i zaciętą grę. Wynik ciągle pozostawał na styku. Jeśli goście zdobywali gola, długo nie musieliśmy czekać na odpowiedź gospodarzy. FC Shadows strzelając bramkę starali się utrzymać przewagę, jednak Big Balls nie zwalniali tempa, szybko odpowiadając trafieniem. Taki obrót spraw pozytywnie działał na widowisko i podwyższał poziom dramaturgii na boisku. Ostatecznie Big Balls przegrali 5:6. Mimo porażki możemy śmiało powiedzieć, że był to ich najlepszy występ w tym sezonie. Seria porażek trwa, należy jednak zaznaczyć, że gra wygląda znacznie lepiej i niedługo może nastąpić poprawa sytuacji, w jakiej się obecnie znajdują. FC Shadows po trudnym spotkaniu są już o krok od podium. I tak jak powiedział w ostatnim wywiadzie Oleksandr Koval, potwierdzają swoje ambicje do walki o mistrza czwartej ligi.
Bez większych problemów Dziki z Lasu pokonały w miniony weekend ekipę Pantery. Od początku spotkania gospodarze zdominowali to co się działo na boisku i ani na chwilę nie pozwolili rywalom pomyśleć o punktach w tym pojedynku. Goście mimo ambitnej walki i chęci nie mieli zbyt wiele argumentów wobec tak dobrze dysponowanego przeciwnika. Dziki w swoim stylu skoncentrowani podeszli do rywalizacji i szybko wyszli na prowadzenie. Stabilna, szczelna obrona i duża rotacja wśród zawodników powodowała, że rywale mieli spore problemy by powstrzymywać ataki, które z każdą minutą były coraz groźniejsze. Kilka razy dobrze interweniował Łukasz Kulesza, ale w końcu musiał skapitulować. Co więcej ekipa z Bielan wysoko ustawiła pressing, przez co Pantera miała sporo problemów z budowaniem akcji. Do przerwy mieliśmy wynik 4:1 co pokazywało jak sporo przewagę mieli zawodnicy Dzików nad przeciwnikami. Po zmianie stron szybkie kolejne bramki odebrały nadzieję gościom na korzystny wynik. Gospodarze mając sporą przewagę rotowali składem i wpuszczali kolejnych zawodników, którzy w tym sezonie rzadziej pojawiali się na placu. Pantera nie rezygnowała i dołożyła jeszcze jedno trafienie, ale to była kropla w morzu potrzeb. Dziki z Lasu ostatecznie wygrały 8:2 i w dobrych nastrojach mogą czekać na swój kolejny. Goście jak na razie zadomowili się w strefie spadkowej i cel na tę rundę to zagwarantowanie sobie miejsca w środku tabeli, co patrząc na jakość ich rywali, nie będzie jednak proste...







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)