Sezon 2014/2015
Relacje meczowe: 1 Liga
Przed tym meczem Kebavita była typowana do roli niekwestionowanego faworyta. W gruncie rzeczy patrząc na tabelę to team Buraka Cana po prostu musiał ten mecz wygrać, a mając w swoim składzie Azamata Qutpiddinova, Moatasema Aziza czy powracającego po okresie nieobecności Christiana Nnamani gospodarze powinni przejść to spotkanie spacerkiem. Boisko bardzo szybko zweryfikowało, że skazywanie Dream Teamu na porażkę było grubym nadużyciem. Właściwie od pierwszego gwizdka Kebavita była w natarciu i już w 4 minucie mogło być 1:0, ale Azamat Qutpiddinov nie wykorzystał stuprocentowej szansy. Gospodarze praktycznie zamknęli Dream Team na jego połowie, a golkiper gości Mikołaj Pietrzak co i rusz pokazywał, że na swoim fachu zna się jak mało kto. Kebavita grała swoim typowym schematem z głęboko wysuniętym bramkarzem, a wysoki pressing powodował, że Dream Team był w stanie atakować tylko z kontr. No i właśnie z takiej sytuacji padła pierwsza bramka i to dla gości – w 11 minucie Krzysztof Gołos wyłożył piłkę Krystianowi Kołodziejskiemu, a ten nie dał szans bramkarzowi rywali. Frustrujący brak skuteczności wśród napastników gospodarzy przełamał w 13 minucie Moatasem Aziz i choć Kebavicie nie brakowało okazji strzeleckich był to jedyny gol, jaki udało się drużynie Buraka Cana zdobyć w pierwszej połowie. Mieliśmy więc nieco zaskakujący remis 1:1, ale w drugiej połowie obraz meczu dość szybko uległ diametralnej zmianie. W 28 minucie Vladyslav Budz wyprowadził swoją drużynę na prowadzenie, ale Dream Team błyskawicznie zripostował drugim trafieniem Krystiana Kołodziejskiego. Kolejny gol był punktem zwrotnym tego spotkania. Baris Kazkondu zdecydował się na indywidualną akcję, wyłożył piłkę Moatasemowi Azizowi, a ten spokojnie pokonał Mikołaja Pietrzaka. Po tym trafieniu Kebavita złapała wiatr w żagle i praktycznie zdominowała pozostałą część spotkania. Szczególnie aktywny był autor ostatniej bramki, który zakończył ten mecz z czterema trafieniami na koncie. Dream Team również stwarzał groźne akcje - Krystian Kołodziejski skompletował hat-tricka, a jedno trafienie dołożył Ihor Puzenko, ale było to zdecydowanie za mało do przełamania naporu gospodarzy. W ostatniej minucie Tomasz Mikołajczyk postawił kropkę nad i ustalając wynik meczu na 10:4. Choć nie bezproblemowo to Kebavita zdobyła ważne 3 punkty, a chłopaki z Dream Team Warsaw mają sporo materiału do analizy, bo widać ambicję i umiejętności, ale do ligowego topu jeszcze trochę brakuje.
W niedzielny wieczór FC Kebavita podejmowała nowicjusza w rozgrywkach Ligi Fanów Brygadę Progres. Gospodarze stawili się na te spotkanie w bardzo solidnym składzie i na papierze wydawali się być zdecydowanym faworytem. Trzeba jednak zaznaczyć, że ekipa Buraka Cana rozgrywała tego dnia dwa mecze i te spotkanie było ich drugim w niedzielne popołudnie. Od samego początku obie ekipy wykazywały spore zaangażowanie, co zapowiadało bardzo dobre widowisko. Pierwsi na prowadzenie wychodzą goście, a bramkę po składnej akcji zdobywa Stanisław Królikiewicz. Kilka minut później na tablicy wyników było już 1-1, kiedy to Azamat Qutpiddinov wyrównał stan rywalizacji. Pierwsza odsłona była bardzo wyrównana i obie ekipy zmieniały się prowadzeniem. Raz prowadzili goście, by po chwili oddać palmę pierwszeństwa na rzecz Kebavity. Po 25 minutach o jedną bramkę lepsi byli zawodnicy gospodarzy, a wynik na tablicy pokazywał 4-3. Druga połowa przyniosła nam grad goli. Do wyniku 5-5 gra była jeszcze wyrównana, natomiast od rezultatu 6-5 gra w obronie Brygady Progres posypała się zupełnie. Zawodnicy gości mając tylko jedną zmianę na ławce rezerwowych często już nie nadążali z powrotami, czego efektem była powiększająca się utrata bramkowa. Goście w drugiej połowie zdołali strzelić w drugiej połowie trzy gole, ale sami stracili ich aż osiem, czym zupełnie przekreślili szansę na wygranie tego meczu. Spotkanie mogło podobać się tylko w pierwszej połowie, w drugiej na boisku było sporo chaosu co zdecydowanie wpływało jakość widowiska. Mecz ostatecznie kończy się wynikiem 12-6. Gospodarze dzięki wygranej dalej przewodzą w tabeli pierwszej ligi, goście natomiast zaledwie z trzema punktami są czerwoną latarnią tego poziomu rozgrywkowego.
Energia i Narodowe Śródmieście nie odgrywają w 1.lidze większej roli, ale trzeba im oddać, że mimo iż sezon Ligi Letniej wybitnie im się nie ułożył, to do swoich kolejnych spotkań jedni i drudzy podchodzą bardzo profesjonalnie. Nie inaczej było w bezpośredniej potyczce, gdzie każdy chciał wygrać, a już zwłaszcza Energia, dla której była to szansa na pierwsze punkty w sezonie. A często jest tak, że gdy dwie ekipy bardzo chcą, to kończy się remisem i tak było właśnie w tym przypadku. Inna sprawa, że przewidzenie kto tutaj wygra graniczyło z cudem, bo sytuacja na boisku zmieniała się jak w kalejdoskopie. Bardzo długo, bo mniej więcej do połowy drugiej części spotkania, lepiej prezentowali się Narodowcy. Odzwierciedlał to wynik, albowiem podopieczni nieobecnego Marka Szklennika prowadzili różnicą 1-2 bramek i myśleliśmy, że spokojnie taki rezultat dowiozą do ostatniego gwizdka. Niewykluczone, że sami zawodnicy myśleli tak samo, co o mało nie doprowadziło do katastrofy. Przy prowadzeniu 5:3 zespół Śródmieścia chyba liczył, że to spotkanie samo się dogra, tymczasem rywale włączyli wyższy bieg i dzięki dobrej grze przede wszystkim Bohdana Ivaniuka i Heorhii Parnitskiego, zaczęli sukcesywnie gonić rywala, a następnie go przegonili i na kilka chwil przed ostatnim gwizdkiem prowadzili 7:5! To spowodowało, że na placu gry w ekipie Narodowców znowu pojawili się ci, którzy tego dnia prezentowali się najlepiej, czyli Arek Kibler czy Dmytro Solomiichuk. Ich dobra postawa, wsparta zaangażowaniem reszty graczy spowodowała, że Narodowe rzutem na taśmę odrobiło straty, a gola na wagę jednego punktu zdobyło w ostatniej akcji spotkania! I tak naprawdę ciężko stwierdzić, gdzie było większe rozczarowanie z racji remisu. Jedni i drudzy mogli liczyć na więcej, ale w końcowym rozrachunku ten podział punktów był sprawiedliwy, bo tutaj obydwie ekipy dały z siebie naprawdę sporo i byłoby niesprawiedliwe, gdyby któraś wróciła do domów z pustymi rękoma.
Co to był za mecz! Cóż za widowisko! Derby Ukrainy to spotkania, które zawsze odznaczały się wysokiej jakości futbolem i walką do samego końca, ale takich emocji raczej nikt się nie spodziewał. Worek z bramkami rozerwał się już w 1 minucie, kiedy Arsen Oleksiv wyłożył piłkę Eugenowi Sitarence, a ten zapakował ją do siatki. Goście byli non stop w natarciu i grając wysoki pressing wymuszali na rywalach popełnianie błędów. W 6 minucie Eugen Sitarenko zdobył swojego drugiego gola, ale Otamany wyprowadziły kontrę i trafił Vitali Yakovenko. W 10 minucie było już 1:3, bo Prykarpattia okrutnie „usiadła” na obrońcach gospodarzy i wykorzystała niezdecydowanie w rozegraniu piłki. Bramki sypały się jak z rękawa i po chwili było 2:4 dla gości, ale w 13 minucie mieliśmy pierwszy plot-twist. Za zagranie ręką w polu karnym czerwonym kartonikiem musiał zostać ukarany Victor Yaremii. Była to dość przypadkowa „interwencja”, ale w tym wypadku przepisy są bezlitosne. Rzut karny na gola zamienił Żenia Baiew, a Otamany dostały dziesięć minut gry w przewadze. Zasadniczo powinno to ustawić resztę meczu, ale Prykarpattia dzielnie się broniła i na szczególne brawa zasługuje bramkarz Mykola Osichniy, który podczas gry w osłabieniu skapitulował tylko trzykrotnie, ale praktycznie pod koniec kary. Za to kiedy składy wyrównały się, goście przeszli znów do ofensywy i jeszcze przed przerwą Andrii Dutchak zdobył gola kontaktowego, a pierwsza połowa skończyła się wynikiem 6:5. Początek drugiej części należał zdecydowanie do ekipy Olega Bortnyka. Otamany w końcu zaczęły grać swoje, a zabójcza skuteczność przełożyła się na to, że w 33 minucie było już 10:6 dla gospodarzy. Wydawało się, że cztery bramki różnicy to bezpieczny wynik, ale goście w końcu otrząsnęli się a sygnał do ataku dał Andrii Dutchak, który z dobitki zdobył gola na 10:7. W międzyczasie defensor Otamanów został ukarany żółtym kartonikiem i był to punkt zwrotny, bo przewagę Prykarpattia wykorzystała bardzo solidnie. Po golach Vitalija Knisha i Oleha Dvoliatyka zaliczka Otamanów stopniała do zaledwie jednego oczka. Jednocześnie gospodarze nie mogli odnaleźć rytmu gry, a ich ataki były coraz mniej groźne. W 39 minucie Oleh Dvoliatyk wyłożył piłkę Arsenowi Oleksivowi, a ten mądrze minął obrońcę, położył bramkarza i zdobył gola wyrównującego. Prykarpattia była w gazie – w 41 minucie Oleh Dvoliatyk wyprowadził swój zespół na prowadzenie, a wynik na 10:12 ustalił Andrii Dutchak. Wprawdzie do końca zostało jeszcze siedem minut, jednak Otamany nie mogły przełamać defensywy gości, a na dodatek sami musieli non-stop uważać na groźne kontrataki. Pod koniec meczu Vitalii Yakovenko musiał nieprzepisowo zatrzymać przeciwnika, który wychodził na czystą pozycję i został ukarany czerwonym kartonikiem, ale nie miało to już większego znaczenia, bo Otamany po prostu nie miały pomysłu na dogonienie wyniku i Prykarpattia wywiozła z tego spotkania trzy punkty. Obu drużynom należą się brawa i mamy nadzieję, że w przyszłym sezonie ligowym, takie mecze będziemy oglądali w ramach rozgrywek Ekstraklasy.







)
)
)
)
)
)
)