Sezon 2021/2022
Relacje meczowe: 7 Liga
To bez wątpienia było jedno z najlepszych starć w ten weekend. Zaczęło się świetnie, bo już w 4 minucie mieliśmy 2:1 dla Furduncio. W końcu Zaruby wyrównują po strzale sam na sam, ale przed końcem tej części gry Maia odpowiada finezyjnym uderzeniem i do połowy mamy wynik 3:2. W przerwie obie strony zebrały się w kółeczko, słuchając wskazówek od obu kapitanów, co zwiastowało nam dużo lepszą drugą połowę i rzeczywiście tak było! Widać było motywację, wolę walki i chęć wygrania tego zaciętego spotkania. Ponownie dwie bramki padają w ciągu minuty, a ich strzelcem był Valerii Rusal z Zarubów. To jednak nie był koniec emocji w tej potyczce. Za zagranie ręką został podyktowany rzut karny dla Furduncio. Niesamowita dyspozycja bramkarza nie dała nam ujrzeć piłki w siatce. Drużyna gości się cofnęła i zaczęła się bronić spokojnie, rozgrywając piłkę i kradnąc bardzo cenne minuty dla gospodarzy. A ponieważ ekipa Canarinhos musiała się otworzyć, to znów Rusal strzela bramkę na 3:5 w ostatniej minucie meczu, kończąc nam to spotkanie z hat trickiem. Na koniec warto wyróżnić bramkarzy po obu stronach, dzięki którym oglądaliśmy tak mało goli.
Z racji spóźnienia jednego ze swoich zawodników, Drunk Team grał do 15 minuty w pięciu, co powodowało, że musiał obrać jedyną słuszną strategię - obronę. Łatwiej było jednak powiedzieć, niż zrobić - chłopaki tracili kolejne bramki po dobrych strzałach drużyny Tornado Squad, gdzie bramkarz nie miał nic do powiedzenia. Odkąd pojawił się szósty gracz w Drunk Teamie mecz nabrał zupełnego innego obrotu sprawy. To gospodarze zaczęli dyktować warunki i odrabiać straty. I to mimo, że grali bez zmian. Łukasz Walo na koniec pierwszej połowy strzela hat-tricka, na którego skompletowanie potrzebował zaledwie 4 minut! Wynik do przerwy 3:4 dla Tornado. W drugiej połowie nie było już wzlotów i upadków żadnej ze stron. Oglądaliśmy równe widowisko w którym zdobycie bramki to był niesamowity wyczyn. Dopiero pod koniec spotkania padły kolejne cztery trafienia - po dwie dla obu stron. Dwa zdobył Łukasz Walo, ale to niestety nie wystarczyło nawet do remisu. Bramka dająca zwycięstwo dla Tornado padła w ostatnim akcencie spotkania. Po stronie triumfatorów warto wyróżnić przede wszystkim Andreasa Altanisa, który zanotował 3 trafienia i 1 asystę. To był bardzo dobry i równy mecz.
W czwartej kolejce zmierzyły się zespoły TRCH i Bulbez Team Bemowo. W tym widowiskowym starciu obie ekipy dostarczyły niezapomnianych emocji. TRCH, składający się głównie z młodych zawodników, początkowo dominował nad doświadczoną drużyną Bulbez Team Bemowo. Przez większą część meczu gospodarze kontrolowali posiadanie piłki i tworzyli wiele groźnych sytuacji pod bramką rywali. Niezwykle skuteczny Kacper Sokołowski i świetnie kreujący sytuacje Kamil Pasik dręczyli swoimi poczynaniami defensywę gości. Jednak sytuacja diametralnie się zmieniła w drugiej połowie, gdy wynik 7:2 na korzyść TRCH nie zdołał osłabić determinacji Bulbezu. Z zaskakującym uporem i niezłomnym duchem, gracze z Bemowa rozpoczęli niezwykły odwrót, zdobywając bramki z niezwykłą zaciętością. Zespół ten zaczął odzyskiwać straty, strzelając bramki jedna za drugą. Nawet sami zawodnicy nie mogli za bardzo uwierzyć w to, co się działo na boisku. Zdeterminowani do walki do końca, zdołali wyrównać z TRCH wynikiem 7:7, ukazując prawdziwą siłę i zaangażowanie. Mecz był pełen pasji i nieprzewidywalnych zwrotów akcji, co stanowi jedno z najbardziej ekscytujących aspektów piłki nożnej. Ten niezwykły mecz służy jako przypomnienie, że w futbolu żaden wynik nie jest pewny, a skoncentrowana gra do ostatniego gwizdka jest kluczowa, zwłaszcza przeciwko zgranej i doświadczonej drużynie.
Pogrążony w kryzysie Tartak liczył na pierwszą zdobycz punktową w meczu, w którym ich przeciwnikiem było znajdujące się na drugim biegunie Virtualne Ń. Tartak osłabiony brakiem kilku kluczowych zawodników, w tym charyzmatycznego kapitana Luca Kończala. Virtualni niemal w optymalnym składzie i z dobrą formą szybko zaczęli strzelanie, kiedy to jeden z liderów gości czyli Michał Płotnicki wykorzystał dogranie Wojtka Kalinowskiego i technicznym strzałem pokonał bezradnie interweniującego Konrada Dudka. Kolejne dwa trafienie były autorstwa oczywiście Szymona Kolasy, który w każdym kolejnym meczu udowadnia swoją wartość w zespole Marka Giełczewskiego. W pierwszej połowie Tartak było stać na tylko jedno trafienie, a jego autorem był Łukasz Łukasiewicz, który odpalił rakietę z rzutu wolnego i nie dał najmniejszych szans na interwencję golkiperowi rywali. Do przerwy goście prowadzili 4-1 po kolejnym trafieniu Szymona Kolasy. Druga część spotkania przebiegiem niewiele różniła się od pierwszych 25 minut. Virtualni razili nieskutecznością, każdy z oglądających ten mecz zastanawiał się, jak jest możliwe, że piłka nie wpada do bramki. Duża w tym zasługa oczywiście Konrada Dudka, który dwoi się i troił w bramce, ale na niewiele to się ostatecznie zdało. Tartak zaczął być aktywniejszy w akcjach ofensywnych, co przełożyło się na strzelenie dwóch bramek, ale przy tak dobrze grających gościach, to było zdecydowanie zbyt mało. Virtualne Ń dorzuciło też kilka swoich bramek i zamknęli tę zimną niedziele zwycięstwem 8:4. Tartaku, pora się obudzić, bo widmo spadku z 7 ligi zaczyna być coraz bardziej realne...
Zmobilizowanie się do gry o godzinie 22:00, zwłaszcza przy niskiej temperaturze, to na pewno nie jest łatwa sprawa. A właśnie z takim wyzwaniem przyszło się zmierzyć drużynom KK Wataha oraz FC Ballers. Nie był to mecz ekip z górnej połowy tabeli 7.ligi, a raczej zespołów, które do tego miana aspirują. Bliżej celu przed pierwszym gwizdkiem byli gracze Watahy, którzy mieli na swoim koncie trzy punkty, podczas gdy rywal tylko jeden. Początek zapowiadał, że FC Ballers być może zaznają smaku premierowego zwycięstwa, bo weszli solidnie w mecz i gdybyśmy właśnie wtedy mieli wyrokować, kto otworzy worek z bramkami, to postawilibyśmy właśnie na nich. Ale w ekipie Watahy był tego dnia Piotr Cieślak, który swoją lewą nogą potrafi dokonywać rzeczy naprawdę fajnych. Pierwszy raz użytek ze swojej kończyny zrobił właśnie przy stanie 0:0 i z dobrego początku Ballersów nic nie zostało. Co więcej – stracony gol zdeterminował przebieg pierwszej połowy. Podopieczni Przemka Kacperskiego poszli za ciosem, zbudowali aż trzybramkową przewagę i dopiero przy stanie 0:3 rywale znaleźli sposób, by wreszcie otworzyć swój dorobek. Gol z rzutu wolnego Alekseia Ignatieva niewiele jednak zmienił. Za chwilę kontrola wróciła do Watahy, która do przerwy prowadziła 4:1 i nie zapowiadało się na to, że tej drużynie może się tutaj stać piłkarska krzywda. Druga odsłona tę tezę potwierdziła. Gospodarze grali swobodnie, skutecznie, nie tracili koncentracji, a dodatkowo coraz więcej osób z ich składu wpisywało się na listę strzelców czy asystentów. Jak zwykle bardzo pracowity był Wojtek Wolny i łącznie dorobek ośmiu bramek dla Watahy solidarnie podzieliło między sobą aż czterech graczy. W obozie FC Ballers wyglądało to znacznie słabiej. Wynik 2:8 nie pozostawia złudzeń kto był lepszy i trudno powiedzieć, co dzieje się z tym zespołem. Zwłaszcza w grze do przodu widzimy dużą potrzebę wzmocnień, bo 10 goli w czterech spotkaniach to naprawdę bardzo słaby wynik. Brakuje tutaj kogoś, kto będzie kończył akcję kolegów, lub wymyśli coś z niczego. W przeciwnym razie takie wyniki jak ten niedzielny mogą się powtarzać. Chociaż i tutaj mogło być znacznie wyżej, bo gdyby Wataha wykorzystała wszystko co miała, to dwucyfrówka pękłaby lekko…







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)