Sezon Lato 2021
Relacje meczowe: 9 Liga
Rywalizacja ADP z Hetmanem nieoczekiwanie nabrała rumieńców, po tym jak różnica pomiędzy tymi zespołami zmniejszyła się do 4 punktów, a przed ekipą gości pojawiła się szansa na włączenie się do walki o medale. Warunek był jeden – trzeba było ograć w bezpośrednim starciu Wolską Ferajnę, w przeciwnym razie o drugą taką okazję byłoby niezmiernie trudno. Jednak gospodarze zarówno w tej rundzie, jak i w całym sezonie, na boisku prezentowali się bardzo dobrze i to do nich należał początek tego spotkania. Po 7 minutach prowadzili już 2:0 po golach Mateusza Nejmana i Przemka Fudały. Z czasem jednak coraz częściej do głosu zaczęli dochodzić goście, którym udało się zdobyć bramkę kontaktową. W pierwszej części kluczowe wydarzenia miały miejsce między 17, a 19 minutą, kiedy to po dwóch błędach w defensywie Kuba Wiktorowski trafiał do siatki. Najpierw wykorzystał nieporozumienie pomiędzy obrońcą, a bramkarzem, a następnie przejął piłkę na połowie rywala i pewnie wykorzystał sytuację sam na sam z golkiperem Ferajny. Po 25 minutach mieliśmy więc jednobramkowe prowadzenie Hetmana (2:3). Po zmianie stron rezultat wyrównał Kamil Gałecki i obie ekipy zagrały na wymianę ciosów. Świetny tego dnia duet Kuba Wiktorowski – Piotr Jankowski wyprowadzili Hetmana na dwubramkowe prowadzenie (3:5) i od tej pory oba zespoły strzelały naprzemiennie – co ADP dochodziło na jedną bramkę straty, to Hetman momentalnie znów podwyższał swoje prowadzenie. To zaprowadziło nas do końcowego rezultatu 6:7, a sama końcówka była naprawdę emocjonująca. ADP dążyło do wyrównania, Hetman groźnie kontratakował i miał kilka naprawdę świetnych okazji, które zmarnował. Wydawało się więc, że to może się brutalnie zemścić, bo jeden błąd mógł na dobre odebrać Hetmanowi szanse na awans. Tak się nie stało, ale determinacja obu drużyn w dążeniu do zwycięstwa mogła robić wrażenie, bo akcje co chwile przenosiły się z jednego pola karnego na drugie. Na pewno był to jeden z najlepszych meczów w 9 lidze w tym sezonie i obu teamom należą się brawa za postawę w tej rywalizacji. Powody do radości miał Hetman, który zbliżył się do oponentów na 1 punkt i choć nie wszystko zależy od niego, to goście do końca będą walczyć o awans na ligowe podium.
Ściągnięte przez Rodzinę Soprano posiłki specjalnie na starcie z ekipą Nagel niestety nie przyniosły oczekiwanego wzmocnienia. Od początku spotkania to goście dyktowali warunki gry, a świetna gra zespołowa bardzo szybko przyniosła grad goli, gdyż już w 1 minucie bramkę otwierającą wynik spotkania strzelił Arthem Ugai. Minęło zaledwie kilkadziesiąt sekund, a po indywidualnej akcji Radka Przybylskiego było już 0:2. Gdy po akcji dwójkowej obu bohaterów pierwszych dwóch trafień gola na 0:3 strzelił Arthem Ugai, było raczej pewne, że gospodarzom będzie bardzo ciężko powrócić do walki o komplet punktów. Goście cały czas przeplatali dobrą grę zespołową z kontratakami napędzanymi przez bardzo szybkich skrzydłowych. Efekt przyszedł ponownie, gdy po podaniu Maksimo Stesiuka gola na 0:4 zapisał na swoim koncie Tomek Rębiewski. Małe przebudzenie w szeregach Rodziny Soprano nastąpiło, gdy po podaniu Grzegorza Bogdańskiego strzelecką niemoc przełamał Wiktor Stańczak. Ostatnie słowo w pierwszej połowie należało jednak do Nagela, a na listę strzelców po raz kolejny wpisał się Radek Przybylski, który nie zmarnował dobrego podania od Maksimo Stesiuka, tym samym ustalając wynik pierwszej odsłony na 1:5. Po zmianie stron nieco lepiej wyglądali gracze Rodziny Soprano, co początkowo pozwoliło nieco skrócić dystans, gdy po podaniu Kubę Jastrzębskiego gola na 3:6 strzelił Krzysztof Mikulski. Niestety próbę pogoni za wynikiem bardzo utrudniła druga żółta kartka dla Krzysztofa Kulibskiego, który nie tylko osłabił swój zespół ilościowo, ale jako jeden z wyróżniających się na co dzień graczy Rodziny Soprano także jakościowo. W ekipie gości natomiast, przysłowiowy dzień konia miał w tym meczu Radek Przybylski, który po bardzo ładnej akcji zespołowej sam również postanowił zapisać się w tym spotkaniu nie tylko statystykami, ale też bardzo ładnym trafieniem, które jednocześnie ustaliło wynik spotkania na 3:7. Nagel - mimo kilku zrywów Rodziny Soprano - był w tym meczu po prostu lepszy, więc rezultat końcowy nie stanowi zaskoczenia.
Gdyby postronny kibic miał wskazać faworyta w potyczce Force Fusion kontra Mistrzowie Chaosu, to więcej szans dawałby tym drugim. Z dwóch powodów – po pierwsze dlatego, że wiosną to właśnie ta ekipa prezentuje się nieco lepiej, a po drugie – jesienią podopieczni Jakuba Spławskiego wygrali z Force Fusion w stosunku 8:4. Ale według nas szanse były równe, bo nawet jeśli ferajna Rusłana Yakubiva notowała ostatnio serię porażek, to nie zapominajmy, że grała praktycznie z samą czołówką tabeli. I teraz, gdy przyszło jej się zmierzyć z kimś o podobnym poziomie, to wynik okazał się pozytywny. Zapowiadało się na to już od pierwszej połowy, bo chociaż to Mistrzowie Chaosu mieli minimalną przewagę optyczną, to bardziej konkretni byli rywale. Podobać mógł się szczególnie nowy gracz w barwach FF, czyli Tomasz Pyryza, który miał asystę przy pierwszej bramce swojej ekipy, a drugą zdobył już sam. Mistrzowie Chaosu w premierowych 25 minutach zanotowali jedno trafienie i musieli liczyć się z odrabianiem strat w drugiej. Sprawa skomplikowała się, gdy po indywidualnej szarży dystans powiększył Dawid Paradowski, ale potem Mistrzowie znów zmniejszyli straty, tym razem po trafieniu Kacpra Owczarka. I widać było gołym okiem, że goniący mają apetyt na więcej. Długimi fragmentami udało im się utrzymywać na połowie rywala, tyle że niewiele z tego wynikało. No i jak to się często kończy w takich sytuacjach – to przeciwnik zaliczył bramkę, a konkretnie Rusłan Yakubiv. Od tego momentu nominalni gospodarze zaczęli już punktować swojego oponenta, kontrując go i zdobywając w znakomitej większości łatwe gole. Mistrzom Chaosu, mimo dużej determinacji nie udało się wrócić do gry i przegrali aż 2:7. Wynik był na pewno słabszy niż sama gra, bo jednak te zespoły prezentowały dość zbliżony poziom. Zdecydowały indywidualności, a tych po stronie triumfatorów było więcej. Tym samym Force Fusion robi ważny krok, w kierunku opuszczenia strefy spadkowej, a Mistrzowie Chaosu plasują się obecnie na ostatniej bezpiecznej lokacie w tabeli. Ale nie da się ukryć, że to właśnie oni będą zespołem, który w pierwszej kolejności będą chcieli przegonić ich niedzielni rywale.
Ta runda dość mocno doświadcza Elitarnych. Ale nawet biorąc pod uwagę, że ekipę braci Głębockich toczy lekki kryzys, to chyba nikt nie zakładał, że mogą się oni potknąć na ligowym outsiderze. Łazarski zamyka ligową stawkę, a sześć punktów jakie ma na swoim koncie zdobył bardzo dawno temu, jeszcze w rundzie jesiennej. Trzeba jednak oddać temu zespołowi, że stara się walczyć z każdym i taki był również plan na niedzielę. I zaczęło się świetnie, bo po pierwszej połowie Łazarski prowadził 1:0. Stało się tak za sprawą błędu bramkarza Marcina Głębockiego, który w prostej sytuacji popełnił błąd techniczny, na którym skorzystał Vladislav Yavdonka. Przegrywający nie mogli tak tego zostawić, zwłaszcza że z każdą kolejną minutą ich napór rósł. Tylko co z tego, skoro nie byli w stanie zamieniać swojej przewagi na bramki. Ta sztuka udała im się dopiero pod koniec spotkania a gola na 1:1 zanotował Marcin Brzozowski. Remis zupełnie jednak nie satysfakcjonował faworytów, którzy rzucili się do ataków w poszukiwaniu zwycięskiego trafienia. I tak naprawdę do tej pory nie wiemy, jak to się stało, że tutaj przegrali. Mieli bowiem kilka wybornych okazji, by prowadzić 2:1 a najlepszą zmarnował Marcin Brzozowski, gdzie praktycznie widzieliśmy już piłkę w siatce. No i chyba nie musimy mówić, jak to się wszystko skończyło. Zamiast 2:1, zrobiło się bowiem 1:2. Strzał oddał Nurali Omarkul, piłka zaliczyła po drodze rykoszet, czym zaskoczyła Marcina Głębockiego i sensacja stała się rzeczywistością. Elitarni przegrali to spotkanie na własne życzenie, natomiast ta potyczka trochę wpisuje się w ich cały sezon, gdzie brakuje skuteczności, szczęścia, no i przytrafia im się masa banalnych błędów. A ta porażka może mieć poważne konsekwencje, bo dystans do 5 miejsca, które daje udział w Pucharze Ligi znów się powiększył. Brawa należą się natomiast Łazarskiemu. Chłopaki na pewno zdają sobie sprawę, że w ich sukcesie duża rolę odegrała fortuna, ale też nie odbierajmy im pracy, jaką wykonali podczas 50 minut gry. I chociaż trudno ocenić, czy za tym zwycięstwem pójdą kolejne, to taki zastrzyk pozytywnej energii tej ekipie się przyda i pozwoli z optymizmem spojrzeć na ostatnie trzy ligowe starcia.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)