Sezon 2020/2021
Relacje meczowe: 1 Liga
Lider zaplecza ekstraklasy mierzył się z ekipą z dolnej części tabeli. Alpan, który wygląda imponująco w tym sezonie pewnie zmierza w kierunku najwyższej klasy rozgrywkowej. FC Otomany muszą natomiast do samego końca bić się o utrzymanie. Standardowo prym w poczynaniach ofensywnych faworyta wiódł Mateusz Marcinkiewicz, strzelec 32 bramek w tym sezonie. Wtórowali mu Kamil Melcher, Kamil Kłopotowski oraz Piotr Skrajny. Od początku tego spotkania widoczna była różnica klas między rywalami. Alpan kontrolował wydarzenia boiskowe. Od pierwszej minuty najaktywniejszy na boisku był Marcinkiewicz, który co chwilę niepokoił golkipera drużyny przeciwnej. W 2 minucie po odbiorze piłki przez Kłopotowskiego właśnie najlepszy strzelec tego sezonu w drużynie Alpan otworzył wynik tego meczu. W 8 minucie w zamieszaniu pod bramką rywala nogę dołożył Wiktor Gajewski i mieliśmy 2:0. Kilka momentów później mieliśmy kolejną bramkę dla Alpana, tym razem Marcinkewicz podawał, a gola zdobył Artur Radomski. Do przerwy wynik nie uległ już zmianie, chociaż były ku temu okazje dla jednych jak i drugich, ale albo świetnie zachowywali się bramkarze albo poprzeczka okazywała się przeszkodą nie do przejścia tak jak przy strzale Dmytro Arterchuka. Po zmianie stron dalej stroną częściej atakującą był lider tabeli co potwierdził pomiędzy 35, a 46 minutą kiedy to zdobył aż 6 goli. 4 z nich były autorstwa Marcinkiewicza, który tylko potwierdził, że drzemie w nim niesamowity potencjał. Otomany również miały swoje sytuacje aby nieco zmienić niekorzystny dla siebie rezultat. Próbowali między innymi Yakovenko, Manzhaliy czy Gryb. Ostatecznie temu ostatniemu udało się zdobyć gola, który jak się okazało był ostatnim trafieniem w tym meczu, a więc Alpan pokonał Otomany aż 9:1.
Patrząc na historię meczów 1 ligi widać, że Tylko Zwycięstwo ma swój sposób na ekipy z Ukrainy. Drużyna braci Jałkowskich świetnie radzi sobie ze stylem gry teamów zza wschodniej granicy i przegrała do tej pory tylko z Almazem. Freedom liczył na rewanż za porażkę z poprzedniej rundy i już od pierwszego gwizdka próbował narzucić swoje warunki gry. Kyrylo Ivashchenko nie wykorzystał dwóch dobrych okazji, a do akcji ofensywnych podłączał się również golkiper gości Aleksandr Gritsak i kilka razy postraszył strzałem z dystansu. Tylko Zwycięstwo zamknięte na własnej połowie starało się grać dalekimi wrzutami w pole karne przeciwnika, ale nie przynosiło to wymiernych efektów. Blisko strzelenia gola był…bramkarz Freedomu, który obił poprzeczkę. Impas obu drużyn został przerwany dopiero w 23 minucie, kiedy rzut wolny z niemalże połowy boiska na gola zamienił Oleh Shevtsov i goście schodzili na przerwę ze skromnym prowadzeniem 0:1. Na początku drugiej połowy goście zasypali bramkę TZu gradem strzałów, ale Grzegorz Murawski popisał się kilkoma ofiarnymi interwencjami i nie dawał się pokonać. W 30 minucie głęboko w pole karne dośrodkował Mateusz Górski, a Andrzej Morawski dopadł do piłki i nie dał szans Aleksandrowi Gritsakowi. Freedom odpowiedział trafieniem Maksyma Oliinyka, a po chwili było już 1:3 po rajdzie skrzydłem i strzale Oleha Shevtsova. TZ nie składał broni i na dziesięć minut przed końcem meczu znów mieliśmy remis po golach Maćka Dombrowicza i Łukasza Adamiuka. W końcówce nie zabrakło emocji – Kyrylo Ivashchenko wyprowadził swój zespół na prowadzenie i kiedy wydawało się, że Freedom dowiezie wynik do końca, po raz kolejny ekipie Konstiantyna Vasyliuka zabrakło odrobiny szczęścia do zgarnięcia trzech punktów, ponieważ zamieszanie pod bramką gości wykorzystał Andrzej Morawski i ustalił wynik meczu na 4:4.
W poprzedniej rundzie mecz pomiędzy Cleopartner, a FC Almaz był szalenie wyrównany, a minimalnie lepsi okazali się zawodnicy Ruslana Kobyliatskyego. Ukraińskie ekipy przyzwyczaiły nas do wyjątkowo zaciętych spotkań i jak zwykle spodziewaliśmy się wyrównanej rywalizacji, szczególnie zważywszy na to, że w kontekście tabeli była to walka o brązowy medal. Niestety było to jednostronne widowisko. Gospodarzom nie udało się zebrać optymalnego składu i poniekąd przegrali z własną frekwencją. Już w 4 minucie błąd w rozegraniu wykorzystał Ihar Bakun i wyprowadził Almaz na prowadzenie. Wprawdzie na kolejną bramkę musieliśmy czekać ponad kwadrans, ale jeszcze przed przerwą Almaz prowadził już 0:3 po golach Tarasa Mysko oraz Vladyslava Andriutsy. Gospodarze szukali okazji strzeleckich, ale kolejne rewelacyjne spotkanie rozegrał Leonid Isayenia, któremu udało się zatrzymać kilka stuprocentowych akcji. Druga połowa to już kompletna dominacja ze strony zespołu przyjezdnego. Cleopartner zmuszone było gonić wynik, ale to goście stwarzali więcej groźnych i skutecznych akcji. W 29 minucie daleki wyrzut pod bramkę przeciwnika Jurii Nievdakh zgrał piętą do Tarasa Levytskiego, a ten nie dał szans bramkarzowi Cleopartner i było już 0:4. Gol ten wyraźnie zdemotywował zespół Dmytro Zhdanova, bo napastnicy Almazu coraz śmielej poczynali sobie pod bramką Lyka Dahylenki. Gospodarze w końcu zdobyli gola kontaktowego…ale przy stanie 1:9 było już dawno po meczu. Almaz zagrał świetny, drużynowy futbol, choć na indywidualne wyróżnienie zapracował Jurii Nievdakh, który był zmorą defensorów Cleopartner, szczególnie w drugiej połowie - zaliczył hat-tricka i aż cztery asysty. Ostatecznie mecz zakończył się wynikiem 2:11, co już samo w sobie jest zaskoczeniem w kwestii rywalizacji pomiędzy ukraińskimi drużynami. Almaz po raz kolejny udowodnił, że należy do topu 1 ligi, a Cleopartner zachowuje jeszcze teoretyczne szanse na trzecie miejsce, ale zdecydowanie musi poprawić frekwencję.
Spotkanie Gladiatorów z Deportivo La Chickeno zapowiadało się na ucztę piłkarską. Obydwa zespoły znane są z gry kombinacyjnej i posiadają w swoich składach wybitnych techników. Trudno było przed spotkaniem wskazać faworyta, ponieważ gospodarze przystąpili do rywalizacji dopiero w rundzie rewanżowej, ale ich dyspozycja w pierwszych dwóch meczach pokazała, że trochę punktów do końca czerwca jeszcze zdobędą. Nic dziwnego, że w trakcie meczu sprawdziły się nasze przewidywania. Pierwszą bramkę zdobyli gospodarze, jednak szybko na nią dwukrotnie odpowiedział Patryk Zych, którego jeszcze kilka miesięcy temu mogliśmy obserwować na 1 ligowych boiskach. Stracone bramki mocno rozzłościły zawodników gospodarzy, którzy najpierw dwukrotnie pokonali bramkarza gości, a w kolejnej akcji na przeszkodzie stanął słupek bramki rywali oraz bramkarz gości, który piękną paradą uratował swój zespół od straty bramki. Pod koniec pierwszej połowy obydwie drużyny jeszcze raz zdołały pokonać bramkarza rywali i na przerwę schodziliśmy z wynikiem 4:3 dla Gladiatorów. Początek drugiej połowy to kolejna wymiana ciosów, a konkretnie po dwa ciosy wyprowadziła każda ze stron. W 40 minucie spotkania przy wyniku 6:5 dla gospodarzy powoli zaczynała się uwidaczniać przewaga zespołu gospodarzy, którzy wykorzystali szeroką kadrę meczową oraz świetnie dysponowanego tego dnia Adriana Giżyńskiego. Efektem tego było odskoczenie na pięć bramek przewagi, co nie spodobało się zawodnikowi gości Konradowi Szkopińskiemu, który po jednym ze starć ze swoim rywalem w kilku niewybrednych słowach odpowiedział swojemu przeciwnikowi. Z racji tego, że nie był to pierwszy taki wyczyn tego zawodnika oprócz osłabienia zespołu w końcowych fragmentach tego spotkania czeka go dłuższa przerwa w grze w naszych rozgrywkach. W ostatnich sekundach grający w osłabieniu goście zdobyli jeszcze jedną bramkę, ale nic ona nie dała. Ostatecznie zespół Gladiatorów pokonał Deportivo La Chcickeno 10:6 i zdobywa kolejne punkty. Porażka tych drugich sprawiła, że praktycznie wyłączyli już się z walki o najwyższy stopień podium.
Spotkanie dwóch ekip walczących o coś. Z jednej strony Niski Press, który wciąż ma szanse na ligowe podium, z drugiej strony Green Lantern, które ze wszystkich sił próbuje pozostać na zapleczu ekstraklasy. Waga tego spotkania była więc niemała i lepiej z takim ciężarem gatunkowym w pierwszych minutach spotkania radzili sobie goście. Wynik spotkania otworzył Tomek Ciurzyński, który wykorzystał niepewność obrony rywali i wpakował piłkę do siatki. Niski Press na swoją odpowiedź nie kazał długo czekać. Kilka chwil po stracie bramki Bartosz Charyton wykorzystał podanie Dawida Wichowskiego i doprowadził do wyrównania. Jak się później okazało, był to ostatni moment w meczu, kiedy Niski Press nie przegrywał. Ofensywne Trio Ciurzyński-Bełczyński-Rzepecki pokazali jak wielki w nich drzemie potencjał. Budowali akcje z dużym rozmachem, na dużej szybkości, z którą nie radzili sobie defensorzy gospodarzy. Co prawda wynik spotkania do przerwy mógłby wskazywać, że było to bardzo zacięte spotkanie, bo wynik był tylko 4:3 na korzyść Green Lantern, to byli oni znacznie groźniejsi w swoich poczynaniach. Po zmianie stron obraz gry się nie zmienił, z tą różnicą, że goście byli już znacznie skuteczniejsi, a kolejne bramki tylko dodawały im skrzydeł. Nawet licznie zgromadzeni kibice gości mogli w końcu cieszyć się z kolejnych bramek swoich zawodników. Niski Press w drugiej połowie zdobył tylko jedną bramkę, co prawda przedniej urody bo gol Bartosza Charytona strzelony z dystansu to istne stadiony świata, ale to było za mało by móc myśleć o dopisaniu do swojego konta kolejnych punktów. Green Lantern pozostaje w grze o utrzymanie, natomiast Niski Press ma już bardzo trudną sytuację, by myśleć o swoim celu którym niewątpliwie jest awans na najwyższy szczebel rozgrywkowy.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)