Sezon Lato 2020
Relacje meczowe: 4 Liga
Bad Boys po wysokiej porażce z Boca Seniors uporali się z Warszawską Ferajną, ale do rywalizacji z Hetmanem nie przystępowali z pozycji faworyta – rywal w dwóch kolejkach był bezbłędny i zgarnął komplet punktów. Początek meczu był jeszcze w miarę wyrównany – obie ekipy próbowały narzucić swój styl gry. Źli Chłopcy, mając między słupkami Konrada Litwiniuka, starali się grać z wysoko wysuniętym bramkarzem, który miał tworzyć przewagę przy rozgrywaniu piłki. Taka taktyka ma jednak jedną wadę – jest bardzo ryzykowna, a każda strata piłki może być niezwykle kosztowna.
Hetman ma w swoich szeregach zawodników, którzy potrafią błyskawicznie wyjść z zabójczą kontrą. Strzelanie rozpoczął Grzegorz Himkowski, ale z szybką odpowiedzią pospieszył Kuba Solecki. Niestety dla Bad Boys, kolejne dwa trafienia powędrowały na konto rywala i gdy wydawało się, że na przerwę goście zejdą z dwubramkowym prowadzeniem, gola „do szatni” wbił im Karol Kalicki.
Drugą część spotkania rozpoczął strzał w poprzeczkę Arka Kiblera i – w myśl powiedzenia, że niewykorzystane sytuacje lubią się mścić – zamiast 2:4 zrobiło się 3:3 po trafieniu Grzegorza Dryki. Niestety, był to ostatni moment w meczu, w którym zespół Bartka Podobasa utrzymywał tak bliski kontakt z rywalem. Na wyższe obroty weszli Filip Motyczyński i Damian Kucharczyk, i z remisu zrobiło się 3:6 dla Hetmana.
Jeszcze nadzieję na korzystny rezultat dla gospodarzy podtrzymał Kuba Solecki, który doprowadził do stanu 5:6, ale kolejne dwa trafienia Damiana Kucharczyka właściwie przesądziły sprawę. Bad Boys powalczyli z wyżej notowanym rywalem, jednak Hetman wygrał zasłużenie – był tego dnia po prostu drużyną lepszą piłkarsko.
Niezwykle zacięty pojedynek oglądaliśmy w meczu Furduncio Brasil F.C. z Team Ivulin. Od pierwszych minut obie ekipy starały się dobrze wejść w spotkanie – gospodarze, w swoim charakterystycznym stylu, wywierali presję na defensywie przeciwnika, często odbierając piłkę już na jego połowie. To właśnie Brazylijczycy jako pierwsi wyszli na prowadzenie po składnej, zespołowej akcji.
Goście jednak szybko potrafili odpowiedzieć i mieliśmy remis 1:1. Nie trwało to jednak długo – ekipa z kraju kawy włączyła wyższy bieg i po kilku błędach w obronie Ivulina ponownie wyszła na prowadzenie. Kolejne trafienia pozwoliły im odskoczyć na 4:1, a szczególnie czwarta bramka, zdobyta grając w osłabieniu, była dużym zaskoczeniem dla rywali. Jeszcze przed przerwą Team Ivulin zdobył gola i pierwsza połowa zakończyła się wynikiem 4:2.
W finałowych 25 minutach goście szybko złapali rytm i dołożyli kolejne trafienie, zmniejszając stratę do jednej bramki. Od tego momentu gospodarze ponownie ruszyli do ataku – mieli swoje sytuacje i co najważniejsze, byli skuteczni. Świetne zawody rozgrywał Rafael Andrade, który znakomicie współpracował z Douglasem Mesquitą. W pewnym momencie na tablicy wyników widniało już 7:3 i wydawało się, że losy meczu są przesądzone. Ale wtedy przyszło kapitalne pięć minut w wykonaniu Team Ivulin. Popis gry dał Dmitry Balish, który praktycznie w pojedynkę poderwał swój zespół do walki. Goście grali jak natchnieni, a w szeregach Furduncio pojawiło się nerwowe oczekiwanie i niedowierzanie – czterobramkowa przewaga stopniała w ekspresowym tempie. Na minutę przed końcem mieliśmy sensacyjny remis 7:7!
Wszystko rozstrzygnęło się w ostatniej akcji meczu. Rzut rożny dla gospodarzy, do piłki dopadł Ismiley Maia i pewnym strzałem zapewnił Brazylijczykom komplet punktów. Ogromna radość po jednej stronie i niedosyt po drugiej – Team Ivulin walczył dzielnie do samego końca, ale zabrakło dosłownie kilku sekund, by wywieźć z tego meczu choćby punkt.
W meczu 3. kolejki 4. Ligi Fanów doszło do starcia drużyn o zupełnie odmiennych nastrojach. FC Bulls miało na koncie dwa zwycięstwa i liczyło na podtrzymanie passy, natomiast Sportowe Zakapiory przystępowały do spotkania po dwóch porażkach i z nożem na gardle. Jak się okazało – to właśnie goście udźwignęli presję i rozegrali kapitalny mecz, wygrywając aż 6:1.
Od pierwszych minut Zakapiory zaprezentowały zupełnie nowe oblicze – solidne w defensywie, szybkie w kontrze i przede wszystkim świetnie zorganizowane, dzięki wzmocnieniu w bramce, które okazało się kluczowe. Już w 4. minucie goście wyszli na prowadzenie – po świetnym dograniu Westenholza do siatki trafił Widelski. FC Bulls ruszyło do odrabiania strat, przejmując inicjatywę, ale mimo optycznej przewagi niewiele z tego wynikało. Zakapiory skutecznie odpierały ataki i groźnie kontratakowały. W 19. minucie podwyższyli wynik – tym razem na listę strzelców wpisał się Lasota, który zakończył szybką akcję celnym uderzeniem. Do przerwy było 0:2.
Początek drugiej połowy to kolejny cios – Sałajczyk w 28. minucie podwyższył na 3:0. Chwilę później Churiukanov zdobył kontaktowego gola dla FC Bulls, ale był to jedyny moment radości dla gospodarzy. Goście przejęli kontrolę nad meczem i nie zwalniali tempa.
W dalszej części spotkania gole dla Sportowych Zakapiorów zdobyli kolejno: Smoliński, ponownie Lasota (drugi gol w meczu) oraz Lach, który ustalił wynik spotkania na 6:1.
Warszawska Ferajna, bez choćby punktu na swoim koncie, podejmowała w weekend niepokonane Boca Seniors. Pierwsze minuty należały do nominalnych gospodarzy, którzy rozpoczęli spotkanie ofensywnym stylem. Jednak to goście już w 4. minucie objęli prowadzenie. Po odbiorze piłki na własnej połowie zawodnicy Boca Seniors ruszyli z kontratakiem, a Przemek Kostrzycki pięknym lobem pokonał wysoko wysuniętego bramkarza rywali.
Z każdą upływającą minutą gra gości wyglądała coraz lepiej i swobodniej. Zawodnicy Warszawskiej Ferajny nie odstawali na tle rywala, jednak brakowało im najważniejszego – skutecznego wykończenia akcji. W okolicach 11. minuty mieli szansę na odrobienie strat, gdyż rywal grał w osłabieniu przez trzy minuty. Nałożona kara zepchnęła Boca Seniors do gry defensywnej, ale mimo mniejszej liczby zawodników na boisku goście tuż przed końcem kary podwyższyli prowadzenie. Pierwsza połowa nie przyniosła już więcej goli, ale emocji nie brakowało. Obie drużyny dawały z siebie wszystko, by szala zwycięstwa przechyliła się na ich stronę.
Druga część meczu rozpoczęła się od szybko zdobytej bramki kontaktowej, która przywróciła gospodarzom wiarę w odwrócenie losów spotkania. Wyrównana gra i kolejne okazje dla obu stron były ozdobą tej rywalizacji. W 35. minucie goście ponownie odskoczyli na dwubramkowe prowadzenie. Rywale, mimo starań, nie potrafili pokonać dobrze dysponowanego Damiana Dąbrowskiego.
Na około pięć minut przed końcowym gwizdkiem nadzieja na choćby punkt znów się pojawiła – Kacper Domański pewnym strzałem z „wapna” zdobył gola. Warszawska Ferajna ruszyła do ataku, grając odważniej i z większym zaangażowaniem. Chwilę po zdobyciu bramki szczęście wciąż im sprzyjało – po stracie piłki w środkowej strefie boiska ich bramkarz zdążył wrócić między słupki i złapał futbolówkę na linii.
Co się odwlecze, to nie uciecze – to przysłowie idealnie oddaje ostatnie minuty meczu. Tuż przed gwizdkiem kończącym spotkanie goście ustalili wynik, odnosząc trzecie z rzędu, dwubramkowe zwycięstwo. Warszawska Ferajna musiała uznać wyższość rywala i pozostaje jedną z trzech drużyn z zerowym dorobkiem punktowym.
O godzinie 16:00 na Arenie Grenady, w ramach trzeciej kolejki, zmierzyły się drużyny Ukraine United i BJM Development. Mecz zapowiadał się dość jednostronnie – i początkowo mieliśmy tego potwierdzenie na boisku, bo pierwsza połowa należała wyraźnie do ekipy gości. Pierwsza bramka padła już po niespełna minucie – do siatki trafił Bartek Bąk, który z zimną krwią wykorzystał błąd defensywy rywali.
Pomimo tego, że gospodarze tworzyli sobie klarowne sytuacje, nie potrafili ich sfinalizować. Patryk Siczek był tego dnia genialny – swoimi paradami wielokrotnie ratował skórę BJM, znacząco przyczyniając się do zwycięstwa swojej drużyny. Do przerwy zdecydowanie skuteczniejszy zespół gości prowadził aż 4:0.
Druga część spotkania była już znacznie lepsza w wykonaniu Ukraine United. Wiatru w żagle dodała im obroniona jedenastka przez Alberta Kulaka, który wyczuł intencje Kuby Jóźwiaka. Przez niespełna dwadzieścia minut oglądaliśmy piękne, dynamiczne akcje, które jednak nie znajdowały finału w postaci bramki. Worek z golami ponownie rozwiązał się na osiem minut przed końcem – po rajdzie Jóźwiaka, który zrehabilitował się za zmarnowany rzut karny. Honorową bramkę dla gospodarzy zdobył Yaroslav Ilkiv, który dołożył nogę do pustej bramki. Nim się obejrzeliśmy, po rozpoczęciu od środka ponownie trafiło BJM, ustalając wynik meczu na 6:1.
Końcowy rezultat mówi sam za siebie. Sam mecz obfitował w efektowne akcje i piękne bramki, czyli dokładnie to, czego wszyscy oczekiwaliśmy.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)