Sezon Lato 2020
Relacje meczowe: 1 Liga
W przedostatniej kolejce Ligi Letniej zmagania na poziomie pierwszej ligi otwierało spotkanie FC Otamanów z FC Kebavitą. Ewentualna porażka gości mogłaby pozbawić ich szans na podium, ponieważ pierwsze cztery zespoły odskoczyły znacząco reszcie stawki. Od początku meczu obie drużyny ruszyły do ataku próbując jak najszybciej otworzyć wynik. I już kilka minut po rozpoczęciu gospodarze jako pierwsi posłali piłkę między słupki i wyszli na prowadzenie. FC Kebavita jednak nie przejęła się za bardzo utratą bramki. Przez całą drużynę przemawiało doświadczenie rozgrywkowe i świadomość, że zaraz wszystko może odwrócić się na ich korzyść. FC Otamany nie zdejmowały nogi z gazu. Po krótkim rozegraniu rzutu wolnego podwyższyli prowadzenie na 2:0. Mimo to zawodnicy FC Kebavity byli pewni swoich umiejętności i czekali na dogodną okazję, aby pokonać bramkarza rywali. Nie musieli czekać na nią zbyt długo, bo szybko piłkę w siatce umieścił Nnamani. Goście złapali kontakt i jeszcze gorliwiej dążyli do wyrównania. Bramkarz gospodarzy często wychodził wysoko przy ataku pozycyjnym, co po przejęciu piłki wykorzystał Aziz przerzucając nad nim futbolówkę. Przez kolejne minuty mogliśmy oglądać dojrzałą piłkę, w której było dużo dokładności oraz spokoju. Bardzo dobre dośrodkowanie wykorzystał Didenko, który dał ponowne prowadzenie Otamanom. Gospodarze chcieli pójść za ciosem i udało podwyższyć się im wynik na 4:2 wykorzystując luki w formacji defensywnej rywali. W ostatnich minutach pierwszej połowy FC Kebavita zepchnęła przeciwników w ich własne pole karne. Bierność w defensywie Otamanów dała im bramkę kontaktową w tym spotkaniu. Po przerwie doszło do wielu emocjonujących momentów. Przewaga gości od pierwszych minut po wznowieniu gry pozwoliła im wyrównać, a następne objąć pierwsze prowadzenie w meczu. Kolejne minuty były wyrównane i każdy z zespołów strzelił po jednej bramce. Ostatnie fragmenty były przesiąknięte dramaturgią i emocjami, co sprawiało, że wspaniale się je oglądało. Ostatecznie goście wygrali 5:6, co pozwoliło im na uplasowanie się na pozycji lidera.
Piekielnie trudne wyzwanie stało w niedzielę przed zawodnikami Dream Team Warsaw. Nie dość, że musieli grać aż dwa spotkania, to w obydwu przypadkach ich rywalami byli uczestnicy walki o mistrzostwo. Ekipa Krystiana Kołodziejskiego podeszła jednak do sprawy bardzo ambitnie, a nie na zasadzie, że skoro pewnie i tak przegramy, to nie ma się co starać. Wręcz przeciwnie – kapitan zespołu zorganizował mocny i szeroki skład, dzięki czemu ten zespół był naprawdę konkurencyjny dla FC Prykarpatti. Zaczęło się jednak bardzo niefortunnie, bo Dream Team stracił bramkę samobójczą, ale natychmiast odpowiedział, czym udowodnił, że nie da się tutaj łatwo złamać. Chłopaki dobrze wyglądali biegowo, nie odpuszczali, ale rywal to jednak najwyższa półka i po dwóch z rzędu bramkach faworyci zbudowali sobie dość bezpieczną przewagę przed drugą połową. Ta zaczęła się jednak od fenomenalnego trafienia Rafała Grzywacza, który posłał niesamowitą bombę i nawet taki fachowiec jak Mykola Osichnyi nie miał nic do powiedzenia. Dream Team marzył o tym, by pójść za ciosem, tyle że za chwilę znowu trzeba było odrabiać dwa gole straty. I o ile na tę sytuację przegrywający znaleźli receptę, ponownie niwelując straty do najmniejszej możliwej wartości, to dalsza część spotkania toczyła się już pod dyktando ekipy z Ukrainy. Dwa gole z rzędu doprowadziły do stanu 6:3 i było jasne, że nie ma szans na jakąkolwiek niespodziankę. Ostatecznie mecz skończył się wynikiem 7:4, który nie stanowi zaskoczenia, ale warto odnotować dobrą postawę przegranych. Mieli być tutaj chłopcem do bicia, a zmusili rywala do naprawdę dużego wysiłku. I aż chciałoby się zapytać – panowie, dlaczego tak późno? Bo gdybyście takim składem przyjeżdżali wcześniej, to dziś wasza sytuacja byłaby zupełnie inna. Nie zmieniła się za to sytuacja Prykarpatti, która wciąż może marzyć o mistrzostwie i jeśli w najbliższą niedzielę wszystko potoczy się po myśli zespołu z Ukrainy, to właśnie do nich trafią złote medale w najwyższej klasie rozgrywkowej.
Kto twierdzi, że pojedynki w dolnej części tabeli są nudne, nie zna się na piłce. Starcie Brygady Progres z Narodowym Śródmieściem było istną walką o przetrwanie, gdyż obie ekipy przystąpiły do tego starcia - dość nieoczekiwanie - bez zmian, co przy niemal trzydziestu stopniach ciepła mogło sugerować, że obie drużyny będą oszczędzać siły. Nic bardziej mylnego. Od pierwszych sekund tempo było wysokie, do tego stopnia, że jeden z graczy gospodarzy zdobył gola w pierwszej minucie, z tym że trafił... do własnej bramki. Spory udział w tym zamieszaniu miał Marcin Banasiak, który był również autorem asysty przy bramce na 0:2, gdy wypatrzył wychodzącego z własnej bramki Marka Reszczyńskiego, a ten huknął niemal z połowy, nie dając szans swojemu koledze po fachu. Gospodarze ocknęli się jednak po kilkunastu minutach, a szczególną rolę w powrocie do gry odegrał Staszek Królikiewicz, który najpierw potężnym strzałem pokonał golkipera "Narodowców", a w kolejnej akcji dwójkowej obsłużył ładnym podaniem Tadka Epszteina, który pewnym strzałem doprowadził do stanu 2:2. Kiedy wydawało się, że wiatr mocniej zaczął dmuchać w żagle "Brygadzistów", do akcji wkroczył duet: Mateusz Okrasa i Marcin Banasiak. Pierwszy z wymienionych graczy dwukrotnie popisywał się kunsztem strzeleckim, natomiast świetnie dysponowany tego dnia Marcin Banasiak przy obu tych trafieniach asystował, dzięki czemu goście do przerwy prowadzili 2:4. W przerwie doszło do wymuszonej roszady, gdyż kontuzjowany Darek Pliszka nie był w stanie grać w polu, a w obliczu braku zmian, stanął między słupkami, co oznaczało, że Marek Reszczyński zagra w polu. Druga połowa zaczęła się po myśli gości, którzy po golu dającym Mateuszowi Okrasie hat-tricka wyszli na prowadzenie 2:5, jednak gra dalej toczyła się wyraźnie pod dyktando gospodarzy. Zaskakująco dobrze w bramce spisywał się Darek Pliszka, jednak przy strzałach Tadka Epszteina i Staszka Królikiewicza nie miał za wiele do powiedzenia. Po tych trafieniach było tylko 4:5, a Brygada Progres cały czas napierała. Ostatecznie jednak, dzięki tytanicznej pracy całego zespołu Marka Szklennika, udało się dowieźć korzystny wynik do końca spotkania, a cenne trzy punkty oddaliły Narodowe Śródmieście od strefy spadkowej na dobre.
W pierwszej lidze na prowadzeniu są trzy drużyny z taką samą liczbą punktów, a zaraz za ich plecami na 4 miejscu plasuje się Contra, która cały czas liczy na podium w tych rozgrywkach. Dream Team Warsaw w tym sezonie gra poniżej oczekiwań i znajduje się zaraz nad strefą spadkową, dlatego pojedynek między tymi zespołami był bardzo ważny dla obu ekip. Spotkanie już od pierwszych minut meczu było wyrównane i toczone w szybkim tempie. Obie drużyny wykazywały sporo chęci do gry a to w połączeniu z silną kadrą meczową zapowiadało ciekawe widowisko. Jako pierwsi z gola cieszyli się goście, którzy za sprawą Adriana Giżyńskiego wychodzą na prowadzenie. Contra starała się długo grać piłką oraz konstruować składne akcje zespołowe. Gospodarze zepchnięci do defensywy grali z kontry i liczyli na błędy ze strony rywali. Dream Team Warsaw jeszcze przed przerwą strzela bramkę, która okazała się być ostatnią w tej części meczu. Po zmianie stron uwidoczniła się przewaga ekipy Michała Raciborskiego. Z minuty na minutę wyprowadzali groźne akcje, w których często brakowało tylko wykończenia. W 40 min meczu Radosław Parszewski po dobitce wyprowadza Contrę na prowadzenie. Był to przełomowy moment meczu, bo od niego gospodarze zupełnie się pogubili. Po chwili mieliśmy 1-3, a potem Maciej Kurpias strzela na 1-4. Gra Dream Team Warsaw posypała się kompletnie, obrona przypominała szwajcarski ser a w ataku brakowało prawdziwego killera. Spotkanie ostatecznie kończy się wynikiem 1-5, a Contra dzięki trzem punktom zbliża się do rywali i na kolejkę przed końcem rozgrywek sytuacja w tabeli 1.ligi jest fascynująca, bo aż cztery ekipy pozostają w grze o mistrzostwo!
Narodowe Śródmieście, jeszcze zanim przystąpiło do konfrontacji z Ogniem Bielany, swój plan minimum na niedzielny wieczór zdążyło już wykonać. Podopieczni Marka Szklennika o godzinie 20:00 pokonali w zaległym spotkaniu Brygadę Progres i mogli bez większego stresu podejść do rywalizacji z jednym z faworytów do złota. Oczywiście należało wziąć pod uwagę zmęczenie, jakie na pewno nawarstwiło się w obozie Narodowców, ale nawet gdyby to był pierwszy mecz chłopaków ze Śródmieścia, to i tak faworyt byłby po drugiej stronie boiska. Tym bardziej, że Ogień miał solidny skład z Kacprem Cetlinem na czele i zamierzał zgarnąć trzy punkty, bo ich brak mógłby bardzo skomplikować życie tej drużynie w walce o tytuł. Jak widzimy po wyniku – cel udało się zrealizować, chociaż początkowo wcale nie była to droga usłana różami. Póki rywale mieli siły i póki celowniki napastników Ognia nie były wyregulowane, to tutaj było w miarę równo. Ale od stanu 3:2 dla ekipy z Bielan, zespół Janka Napiórkowskiego zanotował serię czterech trafień z rzędu, co definitywnie ustawiło mecz. Wynik 7:2 do przerwy nie pozostawiał żadnych złudzeń w kontekście wyłonienia zwycięzcy, co miało wpływ na przebieg finałowych 25 minut. Tutaj nie było forsowania tempa, nie było szaleńczych ataków i w tej odsłonie zobaczyliśmy tylko trzy bramki, gdzie o jedną więcej zdobyli gracze Ognia. Skończyło się więc na 9:3, co spowodowało, że Ogień zachował miejsce w ścisłej czołówce tabeli i wciąż może marzyć o złocie w 1.lidze wakacyjnej Ligi Fanów. Narodowemu Śródmieściu trzeba z kolei pogratulować ambicji, bo nawet jeśli rezultat mówi co innego, to oni niczego tutaj za darmo nie oddali, ale 100-minutowy wysiłek po prostu musiał się odbić na ich kondycji. Teraz trzeba już regenerować siły i powalczyć w ostatniej kolejce z Otamanami, bo jak się okazuje – trzy punkty mogą dać piąte miejsce w tabeli, a skoro tak, to trzeba o to powalczyć!
Contra od samego początku w meczu z Brygadą Progres przeważała. Częściej transportowała piłkę pod bramkę rywali, ale jej nieskuteczność musiała w pewnym momencie się zemścić. W efekcie czego to oni musieli nadrabiać stratę bramki. Wielką korzyścią gospodarzy była swoboda wyprowadzania piłki przez Mateusza Tumulca, który współpracował z Adrianem Giżyńskim. Padały bramka za bramką, żadna z ekip nie chciała odpuścić, szczególnie, że mimo przewagi Contry na papierze to Brygada potrafiła egzekwować sytuacje podbramkowe. Potrafiła się także skutecznie bronić, kiedy cały zespół gospodarzy nacierał na ich pole karne, raz nawet obrońcy wyratowali piłkę z linii, nie pozwalając na utratę gola. Do przerwy niezwykle wyrównane spotkanie i wynik 4:4 odwzorowywał realne sytuacje na boisku. Po zmianie stron doświadczenie i ogranie Contry wzięło górę. Kolejni ligowcy brali na siebie ciężar gry, więc kiedy jeden z kolegów był nieskuteczny, to zaraz drugi wchodził w jego miejsce. Brygada mimo dobrej postawy w defensywie nie była w stanie nadążyć za oponentem, dlatego też Contra w końcu odskoczyła i kontrolowała przebieg gry. Pojawiło się także więcej przestrzeni, dzięki czemu Parszewski, czy Kurpias mogli wykazać swoje atuty. Podsumowując wynik 9:6 był sprawiedliwy, praca drużynowa, cierpliwość i skuteczność pod bramką doprowadziła do tego, że to Contra skończyła mecz dodając do ligowej tabeli trzy punkty. Niezwykle ważne w kontekście końcowej układanki.







)
)
)
)
)
)
)
)