Sezon 2016/2017
Relacje meczowe: 6 Liga
FC Łazarski na pewno bardzo liczył na to, że w ostatnim spotkaniu rundy jesiennej będzie w stanie przerwać serię porażek, nawet jeśli zdobycie 3 punktów nie dawało szans na ucieczkę ze strefy spadkowej. Ale rywal w ostatnią niedzielę był wymagający, bo Saska Kępa gra w tym sezonie bardzo solidnie. Ekipa Kornela Troszczyńskiego zdawała sobie sprawę, że tutaj trzeba zwyciężyć, aby podstemplować tę część sezonu, a zgarnięcie całej puli mogło spowodować, iż Saska zdoła wskoczyć na najniższy stopień podium. I tak też się stało! Ten zespół w sposób bardzo dojrzały wypunktował Łazarskiego, chociaż początek nie wskazywał, że będzie to „bułka z masłem”. W premierowych fragmentach Łazarski grał naprawdę dobrze, miał swoje okazje i wyszedł na prowadzenie, ale potem dał się zaskoczyć po dwóch stałych fragmentach gry i szybko zrobiło się 1:2. Od tego momentu przewaga Saskiej Kępy rosła, a fajnie patrzyło się przede wszystkim na współpracę duetu Jan Sroka – Łukasz Marat. Do przerwy wynik brzmiał 2:7 i było jasne, że faworytom nie stanie się tutaj krzywda. Przeciwnicy nie zamierzali jednak składać broni, to oni zdobyli w drugiej połowie pierwszego gola, a potem mieli kolejne okazje, lecz bardzo dobrze bronił Daniel Piecyk. A gdy nie wykorzystujesz swoich szans, to musisz liczyć się z tym, że zrobi to przeciwnik. Saska znów włączyła tryb „punktowania” oponenta i komfortowo dowiozła wynik 10:4 do ostatniego gwizdka. Triumf zasłużony a ponieważ rezultaty innych spotkań ułożyły się korzystnie dla chłopaków, to przezimują oni najbliższych kilka miesięcy na 3 miejscu w tabeli. Łazarski jest z kolei przedostatni, natomiast według nas ta drużyna nie jest tak słaba, jak wskazuje na to ligowa hierarchia. Tutaj wskazana jest cierpliwość, bo mamy do czynienia z młodymi zawodnikami, którzy potrzebują jeszcze zgrania i doświadczenia. Gdy to przyjdzie, to wyniki ekipy Bauyrzhana Zhanuzakova szybko się poprawią.
Mecz drużyn, które są w całkowicie odmiennej formie. Gospodarze po trzech zwycięstwach z rzędu przystąpili do tego spotkania z zamiarem podtrzymania dobrej passy. Goście natomiast po ósmej serii gier zajmowali 3 miejsce w tabeli, ale byli po sromotnej porażce z Saską Kępą co mogło dawać powody do niepokoju. I rzeczywiście od początku pojedynku stroną przeważającą była ekipa A.D.S Scorpion's, która na tle przeciwników wyróżniała się przede wszystkim dobrą i konsekwentną grą w obronie. Do tego dorzuciła swoje atuty w ofensywie w postaci Bartka Filipa, Macieja Boguszewskiego oraz Pawła Poniatowskiego, którzy raz po raz zagrażali bramce Artura Hermanna. Pierwszy z nich otworzył wynik tej potyczki w 5 minucie meczu. Kolejne dwa trafienia dołożył Boguszewski, a gola na 4:0 dorzucił ostatni z nich. Goście w pierwszej połowie byli w stanie odpowiedzieć tylko bramką Konrada Ciesielczyka, ale ostatni cios w pierwszych 25 minutach należał do "Skorpionów", a konkretnie do Adama Ignatowskiego, który ustalił wynik do przerwy na 5:1. Obraz gry w drugiej części spotkania wyglądał identycznie. Dobrze poukładana ekipa gospodarzy na bardzo niewiele pozwalała swoim przeciwnikom. I tak o to po raz kolejny Filip, Boguszewski i Poniatowski wiedli prym w działaniach ofensywnych swojego zespołu. To oni między sobą rozdzielili gole strzelane w 2 połowie, a konkretnie 3x Filip, 1x Boguszewski, 1x Poniatowski. Dla ADP Wolska Ferajna odpowiedział Mateusz Nejman i ostateczny rezultat tego pojedynku to 10:2.
FC Radler Świętokrzyski w tym sezonie zawodzi i zajmuje ostatnie miejsce, Perła WWA potknęła się tylko raz i przewodzi w tabeli 6 ligi. Teoretycznie faworyt był więc jasny. Wynik spotkania już w 6 minucie otworzył Igor Bartkowski, a niespełna po dwóch minutach było już 0:2. Po bardzo dobrze rozegranym rzucie rożnym bramkę zdobywa Oliwier Tetkowski. Goście chyba nie spodziewali się aż tak dobrego wejścia w mecz, ale nie ustawali w atakach i po golu Tetkowskiego prowadzili już 0-3. Z przebiegu meczu nic nie wskazywało na to, że gospodarze mogą w jakikolwiek sposób zagrozić zawodnikom gości. Po zmianie stron Perła kontynuowała swoje ataki, a zawodnicy gospodarzy byli bezradni i czasami rozpaczliwym interwencjami ratowali się z opresji. Po 30 minutach gry mieliśmy już 0-6, ale Radler nie składał broni, a Michał Główczyk szukając rehabilitacji za błędy w obronie wypracował sytuację strzelecką Maciejowi Lisowi, a ten nie dał szans bramkarzowi Perły. Goście odpowiedzieli błyskawicznie i już po kolejnej akcji było 1:7. Gospodarzom brakło zdecydowania i skutecznego wykończenia akcji, za to gościom wychodziło niemalże wszystko i mecz zakończył się wysokim wynikiem 1-11. Dzięki temu zwycięstwu Perła WWA spędzi zimową przerwę w fotelu lidera, a Radler Świętokrzyski już teraz musi myśleć o wzmocnieniach i poprawie gry, aby w kolejnej rundzie skutecznie walczyć o utrzymanie w lidze.
Na zakończenie rundy jesiennej wicelider szóstej ligi – FC Dziki z Lasu rozgrywał mecz przeciwko nieobliczalnej drużynie FC Popalone Styki, która zajmowała piątą lokatę z trzema punktami straty do „pudła”. Gospodarze w pierwszych minutach spotkania przeważali na boisku narzucając swój styl gry. Dziki, które jak zwykle przyszły w bardzo szerokiej kadrze nie dawały rady grać swojej ofensywnej piłki. Pierwsza bramka padła w 10 minucie i zapisaliśmy ją na konto Styków, a jej autorem był Filip Targowski. Po upływie czterech minut mimo przewagi gospodarzy goście zdołali wyrównać. Wynik remisowy trwał dość krótko. Szymon Bednarski idealnie wykorzystał podanie od Łukasza Sypiańskiego i umieścił piłkę w siatce rywala. Radość z prowadzenia Dzików była mniej niż krótsza. Szybka akcja po wznowieniu gry z środka pola przyniosła bramkę wyrównującą wynik spotkania. Zakończona remisem pierwsza połowa zapowiadała ciekawy dalszy przebieg meczu. Druga odsłona to wciąż dobrze grająca ekipa Popalonych Styków, która bez pardonu narzucała tempo gry i znowu, jako pierwsza wyszła na prowadzenie. Dziki rozkręcały się coraz bardziej, lecz nie były w stanie wyrównać, a tym bardziej objąć prowadzenia. Sekundy przed końcowym gwizdkiem Szymon Bednarski uratował remis, który nie zadawalał żadnej ze stron. Lider odskoczył Dzikom na cztery punkty, a Popalone Styki pomimo utrzymania trzech punktów straty do podium spadły na szóstą pozycję.
Niezwykle emocjonujące było jedno z ostatnich spotkań rundy jesiennej na boiskach AWFu. Zarówno Tornado Squad jak i Slavic Warszawa plasowały się w dolnej części tabeli i bezpośrednie starcie decydowało która ekipa przezimuje w strefie spadkowej w szóstej lidze. Emocji od początku nie brakowało i szczerze mówiąc z przyjemnością patrzyło się na to spotkanie, bo trzymało w napięciu niemal do ostatnich sekund meczu. Początek zdecydowanie lepszy w wykonaniu gości którzy szybko strzelili trzy bramki i wydawało się, że będą mieli pod kontrolą sytuację na boisku. Od stanu 0:3 do gry powrócili gospodarze. Mozolnie tworzone kolejne ataki przyniosły efekty i w stosunkowo niedługim czasie doprowadzili do remisu. Od stanu 3:3 gra się wyrównała, ale to Tornado przeważało i miało kolejne okazje. Szczególnie aktywni byli Arkadiusz Sajnóg i Piotrek Markiewicz. To właśnie ich gra spowodowała, że po raz pierwszy tego wieczoru ich zespół wyszedł na prowadzenie. Przy stanie 5:3 Slavic ponownie zaczął lepiej organizować swoją grę i tuż przed przerwą strzelił gola kontaktowego. Wynikiem 5:4 zakończyła się pierwsza połowa i nie lada emocje czekały na nas w drugich 25 minutach. Od początku goście starali się szybko wyrównać, ale mimo kilku okazji nic nie chciało wpaść. Rywale też mieli swoje szanse, lecz Mateusz Gołębiewski bronił niesamowicie. To dało impuls drużynie i w końcu udało się wyrównać. Od stanu 5:5 nie padł już żaden gol. Mimo wielu sytuacji jakie miały zespoły to bramkarze wychodzili z tych opresji obronną ręką. W końcówce kapitalne strzały Tornado zatrzymał golkiper Slavicu, za co zasłużenie zgarnął tytuł MVP kolejki.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)