Sezon 2016/2017
Relacje meczowe: 3 Liga
Freedom w tej rundzie wygląda lepiej niż na jesieni. Widać mobilizację w tym zespole a cel jaki sobie założyli zdeterminował fakt, że kilku zawodników dołączyło do tego teamu. Remis w poprzedniej kolejce z Orzełkami dał sygnał, że na pewno nie można ich lekceważyć. Z kolei East Team zagrał kapitalnie z Ballersami i zdobył komplet punktów i chciał kontynuować dobrą passę. Od pierwszego gwizdka oba zespoły chciały narzucić swój styl gry. Mieliśmy po kilka sytuacji z jednej i z drugiej strony, ale nie były to okazje na tyle klarowne, by bramkarze mieli problemy z obroną. Dlatego długo na tablicy wyników był wynik bezbramkowy a pierwsze trafienie obejrzeliśmy dopiero tuż przed przerwą. Po błędzie obrony gości napastnik gospodarzy nie miał problemu by trafić do siatki. Gdy wydawało się, że skromnym 1:0 zakończy się pierwsza połowa błąd bramkarza wykorzystał Georgii Parnickii i podwyższył wynik na 2:0. W obozie graczy z Kazachstanu pojawiło się niedowierzanie i chęć, by w drugiej połowie jak najszybciej odrobić straty. Gdy Zhasulan Kamantay strzelił bramkę na 2:1, wydawało się iż goście pójdą za ciosem i postarają się odwrócić losy meczu. Jednak dobrze grająca w defensywie ekipa z Ukrainy przeczekała natarcie rywali i po kontrach zaczęła podwyższać wynik. W pewnym momencie East Team nie miał już nic do stracenia i postawił wszystko na jedną kartę. Jednak tego dnia zawodziła skuteczność, bo sytuacji gracze z Kazachstanu mieli kilka i to naprawdę z gatunku stuprocentowych. Ostatecznie Freedom zasłużenie wygrywa 7:1 i pokazuje, że nie składa broni i nadal będzie walczyć o utrzymanie. East Team stracił kolejne punkty i ekipy z czołówki niestety po raz kolejny uciekają w tabeli, przez co dogonienie choćby trzeciego miejsca wydaje się coraz mniej prawdopodobne...
Zdecydowanym faworytem starcia Wilków z Wiernym Służewcem byli gospodarze. Gospodarze w tej edycji Ligi Fanów jeszcze nie doznali porażki, natomiast goście z południa Warszawy ledwo unoszą się nad strefą spadkową. Jak to często bywa w starciach "Dawida" z "Goliatem" faworyzowany zespół zaspał, co zostało wykorzystane przez Tomka Krzyżańskiego, który podbitą piłkę huknął z całej siły, pakując ją w okno bramki rywali. Swoisty szok bojowy bardzo dobrze podziałał na Wilki, gdyż od tej pory rozpoczęli swój marsz po zwycięstwo. Najpierw, po dość szczęśliwym dostarczeniu piłki przez Marcina Siwego, do stanu 1:1 doprowadził Sergei Bankiv, a następnie wynik pierwszej odsłony ustalił na 2:1 Marcin Siwy, który nie zmarnował podania od Mikhaila Yakavinchuka. Trzeba jednak przyznać, że jak na starcie dwóch ekip z różnych krańców tabeli, "Wierni" radzili sobie naprawdę dobrze i kilkukrotnie przetestowali umiejętności bramkarskie Oleksandra Petrovskyi'ego. Druga odsłona bardzo długo była strzeleckim impasem, jednak do przełamania doszło gdy golkiper Wiernego Służewca, Maksym Wadach, wybrał się na wycieczkę w okolice pola karnego przeciwników, a zemściło się to strzałem z własnej połowy, na pustą bramkę autorstwa Vadima Chuckvy. Ten sam zawodnik zainicjował akcję, po której na listę strzelców wpisał się Sergei Bankiv i mieliśmy 4:1. Vadim miał również udział w dość pechowym dla siebie zdarzeniu, gdyż bramka na 4:2 była także jego autorstwa, z tym że pokonał on... własnego bramkarza. Nie załamał się jednak i szybko zrehabilitował, gdyż po podaniu Marcina Siwego zdobył bramkę na 5:2. Wynik spotkania na 6:2 ustalił Marcin Siwy, którego doskonałym podaniem obsłużył Yevhenii Kost. Wynik bez niespodzianki. Wilki nadal liderem, a Wierny Służewiec wciąż z przewagą trzech oczek nad czerwoną strefą.
Mecze z udziałem Old Eagles Koło często nazywamy spotkaniami doświadczenia z młodością. Nie inaczej było przy okazji kolejnego starcia z udziałem zespołu Janka Drabika, gdzie ich rywalem byli zawodnicy AFC Goodfellas. Orzełki musiały sobie radzić bez Piotrka Parola, a lista nieobecnych była dłuższa. Po stronie konkurentów ci od których zależy najwięcej zjawili się na Estadio Grenady, co kazało przypuszczać, że ekipie z Ukrainy uda się zrewanżować przeciwnikom za porażkę z jesieni (4:6). I jeżeli faktycznie potraktujemy tę potyczkę jako rewanż, to był on bardzo, bardzo słodki. Tylko na początku spotkania AFC Goodfellas mieli drobne problemy ze swoimi oponentami, jednak w miarę upływu czasu ich przewaga robiła się coraz większa. Orzełki miały duży problem z upilnowaniem szybkich i sprytnych rywali, którzy zmuszali Janka Drabika do regularnych kapitulacji. Do przerwy wynik wyglądał jeszcze w miarę obiecująco dla Old Eagles, bo przegrywali „tylko” dwoma golami, lecz druga część spotkania to już ONE TEAM SHOW. Faworyci robili na boisku co tylko chcieli i jedyną niewiadomą pozostawało, ile goli zapakują swoim rywalom. Dość powiedzieć, że Orzełki w tej części gry zdobyły tylko jedną bramkę, z kolei Goodfellas aż osiem i mecz skończył się wynikiem 13:4. To spotkanie nie miało wielkiej historii i tym razem samo doświadczenie po prostu nie wystarczyło na tak dobrze dysponowanego rywala. Możemy gdybać, czy z Piotrkiem Parolem wyglądałoby to lepiej, ale przy tak dużej różnicy bramek, trudno sobie wyobrazić, by jeden zawodnik coś by zmienił. Triumfatorzy wskoczyli tym samym na trzecie miejsce w tabeli i teraz trzeba je będzie utrzymać. Orzełki są z kolei szóste, lecz ich przewaga nad strefą spadkową wciąż wydaje się bezpieczna. Chociaż 3.liga jest tak wyrównana, że tutaj jeszcze długo nie poznamy ostatecznych rozstrzygnięć.
W niedzielne popołudnie na obiektach warszawskiego AWFu będąca w strefie spadkowej ekipa Smoczej Furiozy podejmowała drużynę z drugiego bieguna ligowej tabeli czyli Awanturę Warszawa I. Gospodarze w tym sezonie grają poniżej swoich oczekiwań i walczą o utrzymanie, goście natomiast cały czas zajmują wysokie miejsce w ścisłej czołówce tabeli. Niedzielny mecz zapowiadał się bardzo interesująco, obie ekipy już od początku spotkania radziły sobie bardzo dobrze i postronni kibice zgromadzeni na trybunach liczyli na dobre widowisko. Jako pierwsi na prowadzenie wyszli goście, strzałem z rzutu wolnego popisał się Damian Sawicki. Na odpowiedź gospodarzy nie trzeba było długo czekać. Oni również precyzyjnym strzałem z rzutu wolnego pokonali bramkarza gości i mieliśmy 1:1. W kolejnych minutach ekipy toczyły wyrównaną rywalizację w środku pola, raz po raz zmuszając do interwencji cały blok defensywny. Cały mecz toczony był w bardzo wysokim tempie i nikt kto tego dnia wybrał się na obiekt AWFu nie mógł żałować. Po upływie kilku minut to gospodarzom udało się wyjść na prowadzenie, podanie Łukasza Cieszyńskiego wykorzystał Kacper Bogucki. Po stracie bramki Awantura Warszawa natychmiast rzuciła się do odrabiania strat, chcąc jeszcze przed przerwą doprowadzić do remisu. W końcówce pierwszej części spotkania, na mocny strzał z dystansu zdecydował się Sebastian Dydecki. Był on na tyle precyzyjny, że zaskoczył bezradnego bramkarza gospodarzy i na pauzę schodziliśmy przy wyniku 2:2. Chwila odpoczynku i rozmowa motywacyjna w szatni zdecydowanie lepiej wpłynęła na gospodarzy. To oni wyszli z większą motywacją na drugą odsłonę, co odbiło się na ich postawie w tej części spotkania. Już na początku drugiej odsłony Smocza Furioza odskakuje na dwie bramki, a przy obu trafieniach uczestniczył jeden z liderów drużyny Aleksander Janiszewski. Od tego momentu w grze gości widać było sporo niedokładności oraz wzajemnych pretensji, co nie ułatwiało sprawy. Z kolei gospodarze mądrze się bronili, uzupełniali na całym boisku a gdy już przytrafił się jakiś błąd i Awantura strzeliła bramkę na 4:3, to po chwili po świetnym podaniu Aleksandra Janiszewskiego gospodarze ponownie odskakiwali. Smocza Furioza kontrolowała to spotkanie, co prawda w samej końcówce goście ponownie łapią kontakt, jednak na więcej zabrakło już czasu i sędzia odgwizdał koniec meczu. Skazywana na porażkę Smocza Furioza po bardzo dobrym meczu pokonuje Awanturę Warszawa 5:4 i dzięki wygranej zmniejsza straty do drużyn będących zaraz nad strefą spadkową.
Kanonierzy to jedna z takich ekip, po której nigdy nie wiesz, czego się można spodziewać. Gdy przyjdą pełnym składem i dają z siebie maxa, to są w stanie uprzykrzyć życie absolutnie każdemu. I spodziewaliśmy się, że chociaż z FC Ballers pewnie nikt nie postawiłby na nich złamanego grosza, również napsują trochę krwi wyżej notowanemu przeciwnikowi. No i nie zawiedliśmy się. Owszem – ekipa Artura Baradzieja-Szczęśniaka przegrała to spotkanie 0:3, to ze swojej postawy może być zadowolona. Wiadomo, że nie jest miło zakończyć mecz bez strzelonej bramki, jednak biorąc pod uwagę, że w bloku obronnym rywali był zawodnik z doświadczeniem w Lidze Mistrzów, to wyraźnie pokazuje, z jaką skalą trudności przyszło im się zmierzyć. Poza tym to nie było tak, że chłopaki zamknęli się na swojej połowie i tylko czekali na najniższy wymiar kary. Gdy były okazje, to próbowali kontrować, lecz brakowało im kogoś, kto mógłby przetrzymać piłkę z przodu i poczekać na kolegów. Rywale dość długo nie mogli się z kolei wstrzelić i dopiero w drugiej połowie, gdy wynik 1:0 nie zmieniał się przez kilkanaście minut, indywidualną szarżą popisał się Daniel Sobczyk i to on zdobył kluczowe trafienie dla triumfatorów. Kanonierzy musieli się wtedy trochę odkryć, co spotkało się ze stratą kolejnego gola i stąd wynik 0:3. Nie stanowi on zaskoczenia, oddaj przebieg zdarzeń, ale tak jak napisaliśmy – przegrani mogli zejść z boiska z otwartą przyłbicą. Z kolei FC Ballers trochę się tutaj męczyli, lecz najważniejszy był cel. A ten został zrealizowany, dzięki czemu ta ekipa umocniła się na podium i wciąż pozostaje w grze nie tylko o awans, ale też o mistrzostwo 3.ligi.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)