Sezon 2015/2016
Relacje meczowe: 7 Liga
Spotkanie Iglicy z Interem było jednym z tych, które zainaugurowały zmagania Ligi Letniej na Arenie Picassa. Oba zespoły zostały przydzielone do 7. ligi, co w przypadku Iglicy wydawało się być trochę zaniżone, ale ten zespół miał ostatnio trudny okres i potrzebował odbudowania. Wydawało się, że z Interem pójdzie im dość łatwo, bo — nie oszukujmy się — przewaga młodości była zdecydowanie po stronie ekipy Radka Sówki. I początek też na to wskazywał — Iglica miała przewagę, prowadziła nawet 3:1, ale Inter zaczął się rozkręcać. Ten zespół potrzebował trochę czasu, by pokazać swoje możliwości, i zwłaszcza na początku drugiej połowy zaczął mocno dociskać śrubę. Ze stanu 2:4 wyszedł na prowadzenie, a pierwsze skrzypce grał wysoki i bardzo zwinny Pavlo Hordieiev.
To był trudny moment dla Iglicy, której chyba wydawało się, że jest już po sprawie — tutaj trzeba było wziąć się znowu w garść. Mecz był niesamowicie wyrównany — gdy jedni strzelali, drudzy od razu odpowiadali. Taki stan utrzymywał się aż do wyniku 7:7. Wówczas w obozie Interu zaczęły się żółte kartki — jedna nawet za zbyt szybkie wejście na boisko po innej kartce — i tego Iglica nie mogła już zmarnować. Dwa gole z rzędu przypieczętowały zwycięstwo tej ekipy, ale powiedzmy sobie szczerze — to nie był spacerek.
Najważniejsze jednak, że udało się zacząć od wygranej, która na pewno pozytywnie nastroi zespół przed kolejnymi meczami. Chcielibyśmy jednak pochwalić również Inter. Wydawało się, że będą tutaj chłopcami do bicia, a okazało się, że potrafią grać w piłkę i jesteśmy przekonani, że jeszcze niejednej ekipie w tych rozgrywkach trochę krwi napsują.
Ledwo rozpoczęliśmy letnie zmagania w Lidze Fanów, a już doczekaliśmy się pierwszej sensacji. Do niespodzianki doszło na najniższym szczeblu rozgrywek, gdzie NieDzielni zmierzyli się z Lisami Bez Polisy. Mimo że zespół Marcina Aksamitowskiego wzmocnił się latem głośnymi transferami z Pogromców Poprzeczek (Adam Maj, Mateusz Niewiadomy), to w naszych oczach to goście pozostawali zdecydowanym faworytem. „Polskie Leeds” najwyraźniej bardzo chciało wyprowadzić nas z tego błędu.
Już około 4. minuty NieDzielni objęli prowadzenie – prostopadłe podanie Lisów przeciął Daniel Czekaj, piłkę przejął Przemek Sosnowski i po przebiegnięciu kilku metrów płaskim strzałem pokonał bramkarza. Zawodnicy w pomarańczowych strojach ruszyli do odrabiania strat, ale świetnie interweniował Aksamitowski, powstrzymując szarżującego lewym skrzydłem Marcina Docha. Chwilę później niefrasobliwość gospodarzy przy przyjęciu piłki stworzyła rywalom okazję po wrzucie z autu. Dośrodkowanie Jacka Dąbkowskiego wykończył efektownym strzałem głową Kamil Jarosz, doprowadzając do remisu. Lisy poszły za ciosem – lepszy moment w ich grze został zwieńczony trafieniem Docha, który zamknął dośrodkowanie Dawida Gierady.
NieDzielni starali się odpowiedzieć, szukając swoich szans w pół-sytuacjach, jak choćby przy ciekawej próbie z woleja Jana Wójcika, ale brakowało im skuteczności. Na tle rywali wyróżniał się przede wszystkim bramkarz gospodarzy – Marcin Aksamitowski nie tylko skutecznie wprowadzał piłkę do gry, ale też popisywał się kapitalnymi interwencjami. Gdyby nie on, Doch z pewnością zakończyłby pierwszą połowę z dubletem.
Po przerwie obie drużyny ruszyły z determinacją, bo wynik wciąż pozostawał otwarty. Zarówno jedni, jak i drudzy zaczęli nadużywać długich, górnych podań, co wprowadziło sporo chaosu. W tym chaosie coraz lepiej odnajdywali się NieDzielni – w dużej mierze dzięki kolejnym udanym paradom Aksamitowskiego, który trzymał swój zespół przy życiu. Na pięć minut przed końcem wydarzyło się coś, co trudno było przewidzieć. Gospodarze wykorzystali chwilę nieuwagi rywala i wyprowadzili kontratak, w którym błysnął duet nowych nabytków – podawał Niewiadomy, a akcję skutecznie wykończył Maj, zdobywając premierową bramkę w debiucie.
Minutę później emocje sięgnęły zenitu – Jan Wójcik przechwycił piłkę, a Niewiadomy, precyzyjnym strzałem przy słupku, zapewnił NieDzielnym sensacyjne zwycięstwo.
Choć gospodarze nie byli zespołem dominującym, zostali nagrodzeni za swoją nieustępliwość i walkę do końca. Lisy z kolei nie potrafiły postawić „kropki nad i” w decydującym momencie, za co słono zapłaciły.
Po niespodziewanym zakończeniu poprzedniego sezonu Warsaw Pistons wracali na boisko z dużymi nadziejami. I rzeczywiście – początek meczu wyglądał obiecująco. Już na starcie Kacper Romanowski mocnym strzałem z bliska wykorzystał świetne podanie Pawła Nowaka i dał gospodarzom prowadzenie 1:0.
Sygnał ostrzegawczy? Zdecydowanie. To trafienie jedynie obudziło BRD Young Warriors, którzy momentalnie przejęli kontrolę nad spotkaniem. Wyrównali po kapitalnym woleju Pawła Naszkiewicza, któremu precyzyjnie dogrywał Karol Nowicki. Od tego momentu goście grali dojrzale, spokojnie i z wyrachowaniem. Przewagę potwierdzili kolejnymi trafieniami – do siatki trafili Damian Nabit oraz dwukrotnie Patryk Zawada. Pierwsza połowa zakończyła się wynikiem 1:4.
Po przerwie obraz gry się nie zmienił. Pistons próbowali odrobić straty, ale brakowało im skuteczności, a BRD Young Warriors dorzucili do swojej gry dodatkowy błysk. Marcin Miszkurka przejął stery – zdobył dwie bramki i zaliczył asystę, całkowicie rozbijając defensywę gospodarzy.
Wynik końcowy 1:7 mówi sam za siebie. BRD Young Warriors rozpoczęli sezon z przytupem, pokazując, że ich forma może być zupełnie inna niż sugerowałby spadek z poprzednich rozgrywek. Jeśli utrzymają ten poziom, będą bardzo trudni do zatrzymania.
Na zakończenie dnia, o godzinie 21:00, na Arenie Picassa pojawiły się drużyny Dynamo oraz Heavyweight Heroes. Obie ekipy znały się już dobrze — w sezonie 2023/24 mierzyły się dwukrotnie w ramach 10. Ligi, a za każdym razem górą byli Heroes, wygrywając aż 8:2 i 8:3. Wyniki te nie napawały optymizmem kibiców Dynama, zwłaszcza że przed tym spotkaniem Heavyweight zapowiadało występ w najmocniejszym składzie od dłuższego czasu.
Ale i Dynamo nie stało w miejscu. Choć sezon 2024/25 nie był szczególnie udany dla obu zespołów, drużyna z Wołomina mogła pochwalić się wyróżnieniem Gold Team — symbolicznym, ale motywującym zastrzykiem pozytywnej energii. Z takim nastawieniem weszli w ten mecz.
Od pierwszych minut Dynamo grało agresywnie i z dużą pewnością siebie. Już w pierwszych akcjach stworzyli sobie kilka stuprocentowych okazji, jednak brakowało wykończenia. Dopiero w 7. minucie kapitan Michał Matyja otworzył wynik. Chwilę później, po błędzie bramkarza Dynama, Heroes szybko wyrównali.
Z czasem Dynamo zaczęło przejmować kontrolę nad meczem i coraz częściej stwarzało zagrożenie. Prawdziwym objawieniem wieczoru był młody Mikołaj Matera — wnosząc kreatywność i dynamikę, zaliczył aż pięć asyst i był absolutnym liderem ofensywy. Świetnie zaprezentowali się również Adam Domidowicz, który rzadko pojawia się w składzie, ale zawsze wnosi jakość, oraz niezawodny Matyja. Dublet dołożył także Zając, ponownie potwierdzając swoją wartość dla zespołu.
Choć wynik 8:3 może sugerować jednostronny pojedynek, Heavyweight Heroes mieli swoje momenty — kilkukrotnie trafiali w poprzeczkę, a bramkarze Dynama musieli ratować zespół w kluczowych sytuacjach. Zabrakło jednak skuteczności, którą oponenci miało na bardzo wysokim poziomie. Ostatecznie więc Dynamo zrewanżowało się rywalowi… dokładnie tym samym wynikiem, co rok wcześniej. Czy to początek nowego rozdziału dla biało-czarnych? Czas pokaże — ale jedno jest pewne: w tym meczu pokazali dojrzałość, jakość i ogromną wolę walki.







)
)
)
)
)
)
)
)