Sezon 2015/2016
Relacje meczowe: 5 Liga
Początek zmagań 3 kolejki 5 ligi rozpoczęły drużyny KS Centrum i Lisy Bez Polisy. Młodzi i ambitni gospodarze tego meczu mieli przed sobą bardziej doświadczonych rywali. Spotkanie lepiej rozpoczęli goście, którzy skutecznie odpierali zapędy ofensywne rywala i wykorzystali spóźnienie nominalnego bramkarza oponentów, prowadząc po 7 minutach różnicą dwóch goli. Kiedy miedzy słupkami stanął Piotr Bąkowski, szybko został zmuszony do wyciągnięcia piłki z siatki po strzale Przemka Goworka, który wykorzystał podanie od będącego w fenomenalnej formie tego dnia Damiana Borkowskiego. W 20 minucie Lisy prowadziły już 4:0 i wydawało się, że mają wszystko pod kontrolą. Jednakże ambicja KS Centrum w dążeniu o pozostanie w meczu sprawiły, że na przerwę zespoły schodziły przy zaledwie dwubramkowej różnicy. Druga odsłona tego spotkania była bardziej atrakcyjna. Przewaga gości powoli znikała, a gospodarze powoli odrabiali straty i z każdą upływającą minutą ich ataki robiły się coraz groźniejsze. Pięć minut przed końcem KS Centrum zbliżyło się na różnicę jednego gola, lecz błąd w obronie bardzo szybko wykorzystały Lisy. Od tego momentu przegrywający postawili wszystko na jedną kartę. Zdołali strzelić jeszcze jednego gola i mieli szansę na doprowadzenie do remisu. Być może gdyby mecz trwał jeszcze chwilę, to zobaczylibyśmy podział punktów. Jednak sędzia zakończył to spotkanie i Lisy Bez Polisy cieszyły się ze swojego drugiego zwycięstwa oraz awansu na najniższy stopień podium. KS Centrum mimo porażki poprawiło swoje statystyki i awansowało o jedną pozycję, pozostając jednak z zerowym dorobkiem w strefie spadkowej.
Po początkowym falstarcie i remisie 4:4 z Lisami Bez Polisy, ekipa trenera Artura Kałuskiego odniosła bardzo przekonujące zwycięstwo aż 9:1. Tym razem ich przeciwnikiem byli Mistrzowie Chaosu, którzy swojego dorobku jeszcze nie otworzyli. Zestawiając ze sobą te dwa fakty, mogliśmy doszukiwać się o wiele większych szans na finalny triumf w zespole ADS-ów. Zapowiadało się jednak na trudne starcie, ponieważ gospodarze od samego początku wykazywali się ogromną wolą walki. I właśnie oni jako pierwsi doszli do głosu, kiedy to po indywidualnej akcji piłkę w bramce umieścił Radosław Niziołek. Radość nie trwała jednak zbyt długo, ponieważ zaledwie minutę później trafienie samobójcze zaliczył Jakub Spławski. To właśnie przy wyniku 1:1 zakończyła się pierwsza połowa, która - delikatnie mówiąc - nie porywała. Obydwie ekipy grały dość zachowawczo, przez co mogliśmy oglądać zasadniczo tylko strzały z dystansu. W drugiej odsłonie tego widowiska sytuacja diametralnie się poprawiła, ponieważ mecz się otworzył. Dzięki dobrej i przede wszystkim zespołowej grze duetu Niziołek - Zalewski zawodnicy w czerwonych strojach szybko wyszli na prowadzenie, które udało im się stopniowo podwyższyć, aż do stanu 4:1. W ekipie Scorpionów zdecydowanie widać zamysł taktyczny, mnogość schematów rozegrania i przede wszystkim równy poziom zespołu, ale tym razem zabrakło niestety tego co najważniejsze, czyli bramek. Być może gdyby nieobecny tego dnia Roman Krieger, znalazł się w podobnych okolicznościach wynik rywalizacji byłby inny. Nie nam jednak rozwodzić się nad wszelakimi "ale". Gospodarzom należą się szczere gratulacje za pierwsze i mamy nadzieję, że niejedyne punkty w tym sezonie.
BRD Young Warriors podejmując Broke Boys nie byli skazywani na pożarcie i jednostronną porażkę. A co pokazało boisko? Goście od pierwszych minut rzucili się na rywali, nie odstawiali nogi, w środku pola było dużo starć i rywalizacji. Worek z bramkami rozwiązał Hrnatau, po podaniu Volkau. Chwilę później Marek Sanecki trafił tylko w słupek. Po chwili znowu gospodarze napierali w odwecie na akcje Broke Boys, ale ewidentnie męczyli się i czasami frustrowali w związku z błędnymi reakcjami na sytuacje boiskowe. Przez kilka minut pierwszej połowy trochę zwolniło tempo, ale dalej pojawiały się sytuacje podbramkowe, szczególnie z wykorzystaniem długich podań. Jednak to generowało sporo przechwytów przeciwników, bo trudność podań była dużo wyższa, niż w przypadku decyzji o grze krótkimi podaniami. Warto wyróżnić bramkarza gospodarzy, który nie raz ratował skórę kolegom. Do przerwy pewne prowadzenie Broke Boys 1:3. Po zmianie stron goście podkręcili jeszcze tempo, wychodząc szybko na 1:5, gdzie mieli pełną kontrolę nad sytuacją na boisku. Pechowo, bo dwukrotnie doszło w trakcie spotkania do podkręcenia stawów skokowych, mamy jednak nadzieję, że to nic poważnego i ligowców zobaczymy w pełnej dyspozycji już za tydzień! Gra była momentami przewidywalna, gospodarze mieli pojedyncze zrywy, jednak brakowało wykończenia czy jednego celnego podania więcej. Przy tak wysokim wyniku i pewności rywali mało kto byłby w stanie nawiązać równorzędną walkę i zdobyć cztery lub pięć bramek z rzędu, aby być jeszcze w grze. Końcowy wynik to 1:7, a skuteczność i długa ławka bardzo pomogła gościom zdobyć komplet punktów w tym spotkaniu.
Nie będzie przesadą jeśli napiszemy, że to spotkanie było spektaklem jednego zawodnika. Mowa tu oczywiście o Bartku Kopaczu, który niemalże sam wygrał ten mecz Ajaksowi, strzelając ostatecznie aż 6 z 7 goli swojej drużyny, przy czym już pierwsza połowa wystarczyła, aby Bartek dał swojemu teamowi bezpieczne prowadzenie i praktycznie kontrolę nad dalszym przebiegiem rywalizacji. Co ciekawe początek nie zwiastował takiego stanu rzeczy, bo to Herosi zapunktowali jako pierwsi, a podanie Filipa Blusa na gola zamienił Adam Piekarniczek. Jednak szybko okazało się, że Bartek Kopacz jest tego dnia po prostu nie do zatrzymania i raptem dwie minuty zajęło mu odwrócenie losów meczu i strzelenie aż trzech goli. Warto zwrócić uwagę na bramkę z 14 minuty, kiedy napastnik Ajaksu pogalopował lewym skrzydłem i nie dał się zatrzymać nawet mimo ewidentnego faulu przeciwnika, a następnie bez mrugnięcia okiem pokonał golkipera HH Artura Macka. W ostatniej minucie pierwszej połowy dołożył jeszcze jedno trafienie i sędzia odgwizdał przerwę przy stanie 4:1. Po wznowieniu gry niewiele się zmieniło i Herosi byli praktycznie tłem dla gospodarzy. Mieli wyraźne problemy z wypracowaniem sobie klarownych sytuacji strzeleckich, a ich gra była zbyt statyczna i czytelna. Z drugiej strony Ajaksowi również należy się kilka gorzkich słów za ilość zmarnowanych sytuacji bramkowych, bo gdyby gospodarze byli bardziej precyzyjni w wykończeniu, to wynik byłby dużo wyższy. W 42 minucie Herosi zdobyli nawet gola kontaktowego, ale supersnajper gospodarzy szybko ostudził rosnący zapał gości i razem z Jakubem Pietrzakiem przypieczętował sukces swojej ekipy.







)
)
)
)
)
)
)
)