Sezon Lato 2025
Relacje meczowe: 5 Liga
Mistrzowie Chaosu przystępowali do tego spotkania jako jeden z trzech liderów ligi – bez straty punktów. Z kolei Broke Boys mieli zaledwie trzy oczka, ale ewentualne zwycięstwo pozwoliłoby im dołączyć do walki o podium. Stawka? Ogromna. I to było widać od pierwszych minut.
Spotkanie rozpoczęło się od zdecydowanej ofensywy Broke Boys – stworzyli kilka groźnych sytuacji i w końcu dopięli swego. W 5. minucie Mikołaj Tiuryn zamknął niecelny strzał Uladzislava Ketsko na dalszym słupku i otworzył wynik. Ale odpowiedź Mistrzów Chaosu nadeszła błyskawicznie – po rozegraniu rzutu rożnego Janek Tyski precyzyjnie uderzył w długi róg – 1:1.
Przewaga Brouków trwała – byli częściej przy piłce, kreowali kolejne sytuacje, ale razili nieskutecznością. Czasem ratował rywali bramkarz Alan Bednarczyk, czasem słupek, czasem po prostu brakowało jakości w wykańczaniu ataków. Mistrzowie rzadziej atakowali, ale za to dużo skuteczniej – groźne kontry oraz kilka strzałów z dystansu. Do przerwy obie drużyny zdobyły jeszcze po jednym golu – Kiril Kud dla Brouków i Arek Woźny dla Mistrzów Chaosu. Jednak najbardziej spektakularny moment pierwszej połowy należał do bramkarza Broke Boys – po fatalnym wyjściu z bramki stracił piłkę, rywal skierował ją do pustej siatki, ale golkiper zdążył wrócić i w efektownym rzucie wybił futbolówkę z linii. Do przerwy schodziliśmy z wynikiem 2:2.
Druga połowa – déjà vu. Brouki znów przeważały, dominowały i pudłowały. Kulminacją nieszczęścia był strzał Tarasa Nesterenki – piłka trafiła w jeden słupek, potem w drugi, potem w plecy bramkarza, już niemal wpadła do bramki… ale ostatecznie zatrzymała się na linii. A jak mówi stare piłkarskie porzekadło: „Nie strzelasz – tracisz.” I tak się stało – Arkadiusz Woźny zdobył swoją drugą bramkę i wyprowadził Mistrzów Chaosu na prowadzenie 3:2.
Broke Boys odpowiedzieli wzmożonym naporem, ale tym razem to rywale mieli lepsze kontry. Mistrzowie byli o włos od „zabicia meczu” – kilka razy piłka mijała słupek o centymetry. Ale w końcu Brouki jednak wyrównały – Aliaksandr Kurbatski trafił po asyście Antona Liashuka. W ostatnich minutach obie strony miały okazje na zwycięstwo, ale wynik już się nie zmienił. 3:3 – remis, który smakuje inaczej dla każdej ze stron.
Mistrzowie Chaosu – mimo straty punktów – wciąż są w grze o tytuł. Broke Boys – widowiskowi, kreatywni, ale dramatycznie nieskuteczni. Jeśli poprawią wykończenie, mogą jeszcze wiele namieszać w tej lidze – bo nawet podium nie jest poza zasięgiem.
Spotkanie Q-Ice z Watahą miało być testem dla obu zespołów. Dla gospodarzy – na ile przełamanie sprzed tygodnia było realnym sygnałem progresu, a nie tylko jednorazowym zrywem. Dla Watahy – okazją, by wrócić na właściwe tory po dwóch bolesnych porażkach, w tym jednej szczególnie zawstydzającej, kiedy to jeden zawodnik Ajaksu zdobył przeciwko nim aż cztery bramki.
Lepiej mecz zaczęli gracze Q-Ice. Już w 3. minucie do siatki trafił Yaroslav Laivikin, wyprowadzając gospodarzy na prowadzenie. Radość nie trwała jednak długo – Miłosz Czernecki wyrównał chwilę później po asyście Roberta Malarowskiego, i od tego momentu mecz całkowicie przejęła Wataha. Prawdziwym bohaterem pierwszej połowy został Hubert Korzeniewski, który skompletował klasycznego hat-tricka jeszcze przed przerwą, raz po raz punktując niezorganizowaną defensywę Q-Ice. Po pierwszej połowie goście prowadzili już 1:5 i wydawało się, że mecz jest rozstrzygnięty.
Po zmianie stron gospodarze próbowali wrócić do gry. Strzelili kilka bramek, zbliżając się do stanu 5:7, ale wtedy ponownie do akcji wkroczył Korzeniewski, dokładając swoje czwarte i piąte trafienie, definitywnie gasząc nadzieje rywali. Wataha wygrała ostatecznie 5:8 i po dwóch porażkach z rzędu wreszcie się przełamała. Dzięki temu zwycięstwu są już tuż za podium i mogą z optymizmem patrzeć w przyszłość.
Z kolei Q-Ice musi wyciągnąć wnioski – mimo niezłego początku i momentami przyzwoitej gry ofensywnej, ponownie zawiodła defensywa, a drużyna zaczyna coraz mocniej osiadać w strefie spadkowej. Jeśli nie nastąpi szybka poprawa, walka o utrzymanie może stać się bardzo trudna.
To miało być hitowe starcie i… takie właśnie było. W niedzielny wieczór na Arenie AWF zmierzyły się dwie niepokonane dotąd drużyny 5. Ligi – Ajaks Warszawa i Kresowia. Spotkanie zapowiadane jako crème de la crème całej kolejki nie zawiodło oczekiwań. Tempo, emocje, zwroty akcji i piłkarze grający na granicy możliwości – to wszystko dostaliśmy w jednym meczu.
Ajaks rozpoczął bardzo pewnie. Już w 5. minucie Bartek Kopacz precyzyjnym strzałem z rzutu wolnego przy słupku otworzył wynik. Kresowia jednak nie zamierzała odpuszczać – Mirosław Nowacki szybko wyrównał po świetnym podaniu od Vadyma Bezbidovycha. W pierwszej połowie działo się sporo. Gospodarze ponownie wyszli na prowadzenie po kuriozalnym błędzie przeciwników – źle wykonany aut trafił pod nogi Adama Bogusza, który nie zmarnował prezentu. Ale końcówka tej części należała do Kresowii – szybko odrobili straty i dorzucili kolejną bramkę, wychodząc na prowadzenie 2:3 przed przerwą.
Po zmianie stron Ajaks wyglądał lepiej. Przejmował inicjatywę, konstruował groźniejsze akcje i zasłużenie doprowadził do wyrównania – ponownie za sprawą Kopacza, który tym razem skutecznie wykończył atak pozycyjny. Emocje sięgały zenitu, bo obie drużyny wiedziały, że stawką może być coś więcej niż tylko trzy punkty. Decydujący cios zadał Adrian Tarnawski, który pod koniec spotkania ustalił wynik na 4:3 i zapewnił Ajaksowi zwycięstwo, które może mieć ogromne znaczenie w kontekście walki o mistrzostwo ligi.
To spotkanie w pełni potwierdziło, że zmierzyły się w nim dwie najmocniejsze drużyny ligi. Przez pełne 50 minut trwała zacięta walka – nie brakowało emocji, indywidualnych popisów i taktycznej dojrzałości. Ajaks pokazał nie tylko skuteczność w ofensywie, ale też charakter i zdolność do odwracania losów meczu. Kresowia natomiast – mimo porażki – zaprezentowała się z bardzo dobrej strony i z pewnością nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa w walce o tytuł.
Spotkanie pomiędzy Oldboys Derby a Lepanes FC zapowiadało się niezwykle ciekawie, ponieważ obie drużyny zamykały tabelę i szukały przełamania po nieudanym początku sezonu. Było jasne, że żadna z ekip nie odpuści – stawką były nie tylko pierwsze punkty, ale również odbicie się od ligowego dna.
Początek meczu był wyrównany, ale to gospodarze jako pierwsi znaleźli drogę do siatki. Sławomir Nowak dobrze obsłużył Marcina Chmielewskiego, a ten pewnym wykończeniem dał swojej drużynie prowadzenie 1:0. Wynik ten utrzymał się do przerwy, choć obie strony miały swoje okazje.
Po zmianie stron obraz gry się zmienił – inicjatywę zaczęli przejmować zawodnicy Lepanes. Szybkie dwa ciosy zadał duet Mateusz Hermanowicz – Maciej Bartosiak. Hermanowicz rozrzucał piłki z odpowiednią precyzją, a Bartosiak wykańczał jego zagrania, i nagle mieliśmy 1:2. Oldboysi nie zamierzali się poddawać. Wykorzystali sprytnie rozegrany rzut wolny, kiedy Łukasz Łukasiewicz podał do Nowaka, a ten doprowadził do wyrównania. Niestety dla gospodarzy, był to jeden z ostatnich momentów radości w tym meczu. Lepanes wrzuciło wyższy bieg, a show kontynuował Mateusz Hermanowicz. Najpierw sam, po mocnym uderzeniu, wpisał się na listę strzelców, a później dołożył kolejne dwie asysty – ponownie przy golach Macieja Bartosiaka, który tym samym skompletował cztery trafienia w tym meczu. W końcówce gospodarze zdołali jeszcze odpowiedzieć bramką Łukasza Łukasiewicza, ale końcowy wynik 3:5 oznacza, że to Lepanes FC wychodzi zwycięsko i zdobywa pierwsze punkty w sezonie.
Dla Oldboys Derby to wyraźny sygnał alarmowy – jeśli chcą odbić się od dna tabeli, muszą szybko poprawić grę w defensywie i zacząć zdobywać punkty w kolejnych meczach.







)
)
)
)
)
)
)
)