Sezon 2023/2024
Relacje meczowe: 7 Liga
Na rozpoczęcie siódmoligowych zmagań w 6. kolejce zmierzyły się ze sobą drużyny Lisów Bez Polisy oraz Interu. Żadna ze stron nie miała już szans na wywalczenie miejsca na podium, więc waga tego meczu sprowadzała się do tego, kto skończy wyżej w tabeli.
Dosyć szybko na prowadzenie wyszli zawodnicy z Ukrainy, kiedy to swoją szansę na raty wykorzystał Pawlo Danko. Z początku nie obserwowaliśmy znaczącej różnicy w jakości zespołów, jednak Inter był w swoich poczynaniach po prostu konkretniejszy. Goście zapewne dużo wcześniej wypracowaliby sobie bezpieczną przewagę, lecz na przeszkodzie za każdym razem stawał świetnie dysponowany bramkarz Lisów, Krystian Załucki.
Dopiero w okolicach 21. minuty padł gol numer dwa – ładna dwójkowa akcja Ufimtseva i Danko pozwoliła Dimie Ivanovowi wpakować piłkę do pustej bramki. Niedługo później ten sam zawodnik skompletował dublet po szybko rozegranym rzucie rożnym, natomiast tuż przed zmianą stron trafieniem z rzutu wolnego popisał się Damian Borkowski, podtrzymując LBP przy życiu.
Na drugą odsłonę zmagań Lisy wyszły zupełnie odmienione – nie było już widać dotychczasowego zmęczenia upałem i bezsilności, a jedynie wolę walki i ogromną motywację, co popchnęło ich do wyrównania po golach Siulkowskiego i Borkowskiego. W międzyczasie Załucki zanotował interwencję, która śmiało mogłaby kandydować do miana najlepszej w sezonie – w końcu niecodziennie widuje się strzały bronione nogą przez bramkarza, gdy ten jest w powietrzu, prawda?
Inter szybko jednak stonował radość przeciwników dzięki trafieniu Kolianovskyiego, któremu wprost na tył głowy dośrodkował Ufimtsev. Podwyższenie wyniku dla ukraińskiej drużyny przyszło po niefortunnym samobóju najjaśniejszej postaci po stronie Pomarańczowych, a więc Damiana Borkowskiego. Ów gracz z numerem 17, w ramach rehabilitacji, zdobył bramkę kontaktową i chwilę później miał szansę ponownie doprowadzić do remisu, jednak nie trafił podyktowanej „jedenastki”.
Takiego samego stałego fragmentu gry nie wykorzystał też Danko, którego zamiary przewidział Załucki, ale w wyniku powstałego potem zamieszania w polu karnym zdołał ostatecznie wbić piłkę do bramki. Swoją dominację Inter przypieczętował golami Danko oraz Zinchuka, ustalając wynik spotkania na 4:8 i pozbawiając Lisy jakichkolwiek złudzeń w kontekście opuszczenia strefy spadkowej.
Niedzielni stanęli przed ostatnią szansą na opuszczenie dołu tabeli. Aby tego dokonać, musieli „tylko” wygrać z Dynamo Wołomin, które wciąż pozostaje w grze o mistrzostwo 7. ligi sezonu Lato 2025.
Początek spotkania ułożył się dość niespodziewanie po myśli Niedzielnych. Daniel Czekaj wykorzystał podanie od stojącego w bramce Marcina Aksamitowskiego i już w 2. minucie gospodarze objęli prowadzenie. Zdziwienie było widoczne nawet na ławce gospodarzy. Pięć minut później pojawił się wręcz „szok i niedowierzanie” – było już 2:0. Ten wynik utrzymywał się dość długo, jednak zawodnicy z Wołomina zaczęli odrabiać straty. Potrzebowali zaledwie pięciu minut, aby objąć trzybramkowe prowadzenie. Podobnie jak pierwsze minuty, tak i ostatnie fragmenty połowy należały do Niedzielnych, którzy zdołali zmniejszyć stratę do jednej bramki. Rezultat 4:5 do przerwy zapowiadał spore emocje.
Po zmianie stron oczekiwania kibiców zostały spełnione – obie drużyny grały jak równy z równym. W bramce Niedzielnych błyszczał Marcin Aksamitowski, który po meczu przyznał, że od około 10. minuty bronił ze złamanym małym palcem prawej dłoni. W Dynamo Wołomin ciężar kreowania gry wzięli na siebie Andrzej Śliwka i Mikołaj Matera. Tym razem długo musieliśmy czekać, aż piłka znów zatrzepocze w siatce. Osiem minut przed końcem meczu Andrzej Śliwka zdobył swojego trzeciego gola, a Mikołaj Matera dwoma trafieniami ustalił wynik spotkania na 4:8.
Niedzielni, mimo jednego z lepszych meczów w sezonie, nie zdołali sprawić sensacji, która przez długi czas wisiała w powietrzu. Dynamo Wołomin dzięki wymęczonemu zwycięstwu w ostatniej kolejce zmierzy się w bezpośrednim starciu o tytuł mistrzowski.
Mecz dwóch z trzech najlepszych drużyn ligi miał ogromne znaczenie przed ostatnią kolejką. Najbardziej interesujący scenariusz zakładał zwycięstwo Young Warriors – wtedy trzy zespoły miałyby po 15 punktów. Z kolei triumf Iglicy oznaczałby finałowy bój o mistrzostwo z Dynamo Wołomin.
Atmosfera od pierwszych minut była napięta, wręcz elektryzująca. To nie znaczy jednak, że oglądaliśmy więcej walki niż piłki nożnej. Obie drużyny próbowały grać w piłkę, choć bardziej nerwowo, popełniając błędy, których zwykle unikają. Pierwsze 15–20 minut to faza adaptacji. Choć przewagę miała Iglica, szybciej odnaleźli się gracze Warriors. Wykorzystali niemal wszystkie swoje nieliczne okazje – Damian Nabit strzelił pięknego gola z rzutu wolnego i asystował przy trafieniu Macieja Karczewskiego, a w bramce świetnie spisywał się Mateusz Adamiec. Iglica w pierwszej połowie odpowiedziała bramką Krystiana Sobierajskiego, ale to Warriors schodzili do szatni w roli prowadzących – mimo że rywale otworzyli wynik i stworzyli więcej sytuacji. Wojownicy wyglądali spokojniej i chłodniej w kluczowych momentach.
Jeśli jednak chcesz zostać mistrzem, musisz umieć przełamywać takie mecze – a czasem nawet samego siebie. Iglica potrafiła to zrobić. Nie wiemy, co dokładnie powiedział trener w przerwie, ale na drugą połowę drużyna wyszła zupełnie odmieniona. Już w pierwszej minucie trafił Jakub Zając, a dwie minuty później Kacper Kubiszer wyprowadził Iglicę na prowadzenie. Wystarczyły trzy minuty, aby cała mistrzowska rywalizacja stanęła na głowie.
Potem długo trwała zacięta walka bez goli, aż w 42. minucie Adam Dźwigała podwyższył wynik na 4:2. Wydawało się, że to koniec emocji. Ale Łukasz Sokołowski szybko zmniejszył stratę i Warriors mieli swoje szanse, by wyrównać. Tym razem zabrakło jednak szczęścia, a Iglica utrzymała prowadzenie i dowiozła niezwykle ważne zwycięstwo.
W efekcie Iglica odniosła triumf, który może okazać się kluczowy w drodze po tytuł. Tak, sama zafundowała sobie dodatkowe nerwy – przewagę trzeba pewniej zamieniać na bramki – ale zadanie zostało wykonane. Young Warriors natomiast należy pochwalić za charakter: dwukrotnie przegrali z ligowymi topami zaledwie jedną bramką. To boli, ale walczyli do końca i naprawdę mogli liczyć na więcej. Trzecie miejsce to mimo wszystko znakomity wynik i godne zakończenie sezonu.
Niedziela, godzina 22:00 i ostatnie spotkanie w ostatniej lidze. Naprzeciwko siebie stanęli Heavyweight Heroes i Warsaw Pistons. Mecz trochę o nic, a trochę o coś. Przy sprzyjających okolicznościach gospodarze mogli powalczyć o pozycję na podium, z kolei ewentualna wygrana gości dawała im szansę na wyjście ze „strefy spadkowej”.
Początek meczu przebiegał zdecydowanie pod dyktando Pistonsów. Na wyróżnienie zasługiwała gra Kacpra Romanowskiego, który miał udział przy pierwszych czterech trafieniach swojego zespołu. Heavyweight Heroes szukali swoich okazji, ale jeśli już dochodzili do pozycji strzeleckich, to na przeszkodzie stawało obramowanie bramki. Niezbyt często zdarza się, by drużyna obiła słupek trzy czy cztery razy w jednym spotkaniu.
Gdy schodzi się na przerwę, prowadząc czterema bramkami, łatwo o rozluźnienie. Wykorzystali to Herosi, którzy w pewnym momencie zdołali zbliżyć się na zaledwie jedną bramkę różnicy. Motywowani z ławki goście szybko jednak wrócili do gry. Ładnym trafieniem popisał się m.in. Paweł Nowak po asyście bramkarza. Swoją czwartą bramkę zdobył też Romanowski, finalizując świetną akcję zespołową. Gospodarzy było jeszcze stać na kilka trafień, ale nie miały one wpływu na końcowy rezultat.
Wygrana Warsaw Pistons pozwoliła im zrównać się punktami z Herosami, a ostateczny układ tabeli 7. Ligi poznamy dopiero po ostatniej kolejce.







)
)
)
)
)
)
)
)